DOGMAT KATOLICKI. (Rozwój D'u)

Nie bez pewnej obawy stawiamy na czele tego artykułu napis, tak odpowiadający wymaganiom dzisiejszych czasów, ale zarazem mogący tak łatwo być źle zrozumianym: Rozwój dogmatu katolickiego. W istocie, dogmat katolicki najzupełniej stały, od chwili zamknięcia Objawienia chrześciańskiego jest ostatecznie utrwalony. Nic do niego dorzucić nie można, albowiem nic nie może powiększyć skarbnicy prawd objawionych. Nic w nim zmienione być nie może, gdyż Słowo boże, które go stanowi, trwa na wieki. Kościół, ustanowiony stróżem tego skarbu wiary, nie ma innego zadania nad to, by przekazać go dalej takim, jakim go otrzymał; doskonale tłómaczy to św. Wincenty Leryneński przy wykładzie tekstu św. Pawła: Bonum Depositum custodi (Strzeż dobrej rzeczy zwierzonej) (Timot. II. 1). Język tego pisarza jest tak piękny, powaga, jaką się cieszy w danym przedmiocie, tak wielka, a myśl jego tak ściśle się łączy z nauką, którą tu mamy przedstawić, że nie możemy się oprzeć chęci przytoczenia tu w całości odnośnego ustępu:

„Któż jest dziś owym Tymoteuszem, jeśli nie Kościół powszechny w ogólności albo zbiorowe ciało biskupów w szczególności, którzy powinni sami posiadać i innym udzielać całkowitą znajomość boskiej religii?

„Cóż to znaczy: Strzeż dobrej rzeczy zwierzonej? Strzeż, mówi, przeciwko złodziejom, przeciw nieprzyjaciołom, aby ci, gdy ludzie zasną, nie zdołali rozrzucić kąkolu między dobre ziarno pszeniczne, zasiane ręką Syna Człowieczego na własnej roli.

Strzeż dobrej rzeczy zwierzonej“ powiada. Co to za rzecz zwierzona?—To co ci zostało powierzone, nie zaś to, coś ty sam wynalazł; to coś otrzymał, nie to coś sam wymyślił; sprawa to nie bystrości umysłu, lecz nauki, nie prywatnego trudu, lecz publicznego przekazywania, rzecz-to co zstąpiła do ciebie, ale nie przez ciebie na świat wydana: rzecz, której ty być winieneś nie właścicielem, lecz stróżem, — nie mistrzem lecz naśladowcą, — nie nauczycielem lecz uczniem.

Strzeż dobrej rzeczy zwierzonej“ powiada. Zachowaj nietkniętym i nienaruszonym skarb wiary katolickiej. Co ci zostało powierzone, to winno pozostać w twych rękach—, i to innym winieneś przekazać. Otrzymałeś złoto, złoto też oddaj: nie chcę, abyś mi rzecz jedną za drugą oddawał; nie chcę, abyś zamiast złota, bezwstydnie przedstawiał mi ołów, lub niegodziwie podsuwał mi miedź; wymagam nie pozorów, ale samej istoty złota.

„O Tymoteuszu, o kapłanie, o nauczycielu! jeśli posłannictwo boże dało ci odpowiednią zdolność, doświadczenie, naukę, bądź Bezeleelem duchowego tabernakulum (Ezech. 31, 2 ss), obrabiaj drogocenne kamienie boskiego dogmatu, starannie je składaj, gustownie oprawiaj, nadawaj im blask, wdzięk, piękno. Niech będzie przy twym wykładzie jaśniej pojmowane to, w co początkowo wierzono niewyraźnie. Niechaj przez ciebie potomność ma szczęście zrozumieć to, co starzy czcili nie rozumiejąc. Nauczaj tylko tego, czegoś się sam nauczył, abyś nie mówił rzeczy nowych, gdy mówisz na sposób nowy.“ (Commonitorium. cap. 22).

Niezmiennym jest przeto dogmat katolicki, i gdyby jego rozwój miał polegać na zmianie, choćby tylko skutkiem zwykłego przyrostu w przedmiocie wiary, to musielibyśmy twierdzić ze św. Wincentym Leryneńskim, z tradycyą i z nauką katolicką, że dogmat nie dopuszcza żadnego rozwoju.

Ale choć sam w sobie pozostaje takim, jakim był zawsze, dogmat katolicki może być lepiej i głębiej badany. Może on przeto wzrastać i rozwijać się dla nas przez dokładniejsze poznanie go z naszej strony. I tę właśnie myśl ze zwykłą sobie jasnością wypowiada św. Wincenty Leryneński.

„Powie kto: czyżby nie miało być w Kościele Chrystusowym żadnego postępu religijnego? Otóż może być postęp religijny i bardzo wielki. Albowiem, któż się okaże tak dalece nieprzyjaznym człowiekowi a wrogim Bogu, by chciał ten postęp zatrzymać? Ale potrzeba, żeby to był prawdziwie postęp w wierze, a nie przemiana wiary. Do istoty bowiem postępu należy, aby rzecz jakaś nabierała wzrostu sama w sobie; przemiana zaś polega na tem, że rzecz staje się inną, niż była poprzednio. Potrzeba więc, aby rzecz jakaś wzrastała, aby czyniła wielkie i gwałtowne postępy zarówno w jednostce jak w całym ogóle, zarówno w każdym człowieku z osobna jak w całym Kościele; na wszystkich stopniach czasów i stuleci, w wiedzy, w mądrości, ale w swoim tylko zakresie, to jest w tymże dogmacie, w tem samem rozumieniu, w tem samem znaczeniu.“ (Tamże. cap. 23).

W tem znaczeniu i tylko w tem znaczeniu chętnie się zgadzamy na rozwój dogmatu katolickiego. Rozumie się, że z góry odrzucamy wszystko, coby mogło tracić w rozwoju dogmatu jakąkolwiek przemianą wiary lub sposobu pojmowania prawd objawionych. W szczególności potępiamy to pojmowanie rozwoju dogmatu, które ściągnęło na się klątwę Soboru Watykańskiego:

„Jeśliby kto utrzymywał, że zdarzyć się może, iż kiedyś z postępem nauki podawane przez Kościół dogmaty nabiorą innego znaczenia, aniżeli to, którego nauczał i naucza Kościół, niech będzie wyklęty.“ (C. Vatic. De Fide et ratione. can. 3).

I my też będziemy mieli bezustannie przed oczyma to orzeczenie konstytucyi Dei Filius, którem tenże Sobór kończy rozdział De Fide et ratione:

„Objawiona przez Boga nauka wiary bynajmniej nie została nam podana jako wytwór filozoficzny dla udoskonalenia umysłu ludzkiego, lecz jako boski depozyt powierzona została oblubienicy Chrystusowej, która powinna go wiernie strzedz i nieomylnie wyjaśniać. Stąd też płynie konieczność nadawania świętym dogmatom zawsze tego znaczenia, jakie im raz nadał Kościół, święta Matka nasza, i od jakiego nigdy się nie powinno odstępować pod pozorem głębszego lub wyższego (altioris) ich rozumienia. “- (Tamże. n. 23).

A po za temi ograniczeniami jakże obszerne pozostaje pole do rozwoju dogmatu?! Św. Wincenty Leryneński, który granice tego rozwoju tak dokładnie opisał, daje nam różne jego określenia, pozwalające nam przynajmniej domyślać się jego rozciągłości i bogactwa. „Godziwa to rzecz starożytne dogmaty niebiańskiej filozofii z biegiem czasu starannie wyjaśniać, opiłowywać, wygładzać, ale niegodziwa je zmieniać, obcinać i kaleczyć. Niech się stają przejrzystymi, jasnymi, wyraźnymi, ale niech zachowają koniecznie swą pełność, dokładność, charakter...“

„...Kościół Chrystusowy, troskliwy i roztropny stróż powierzonych sobie dogmatów, nic w nich nie zmienia, nic nie uszczupla, nic nie dodaje, nic potrzebnego z nich nie usuwa, nic zbytecznego nie dorzuca, nic ze swego nie zatraca, nic cudzego sobie nie przywłaszcza, lecz całą siłą o to się stara, by drogą wiernego i mądrego traktowania dawnych dogmatów udoskonalał i wygładzał pierwotną ich formę i pierwsze zarysy, by ustalał i wzmacniał ich formuły oraz przyjęte już tłómaczenia, aby poręczał dane, poprzednio już potwierdzone i określone. Wreszcie cóż kiedy innego miał Kościół na względzie w orzeczeniach swoich Soborów, jeśli nie to, aby staranniej wierzono w to, w co poprzednio wierzono poprostu, aby żarliwiej nauczano tego, czego poprzednio nauczano niedbale, aby staranniej czczono to, co poprzednio czczono obojętnie. To właśnie, powtarzam zawsze, i nic nad to innego dekretami soborów swoich nie pragnął osiągnąć Kościół; co otrzymał od przodków drogą tradycyi, to potomnym na piśmie zostawił, w niewielu wyrazach zawierając cały ogrom przedmiotu, a najczęściej dla lepszego zrozumienia rzeczy, oznaczając nową nazwą nie nową treść dogmatu.“ (Tamże. n. 23).

Najmniejsza przesada w słowach powyższych zdolna byłaby obudzić podejrzenie co do znaczenia samego przedmiotu, gdyby ten przedmiot był mniej bogaty i mniej prawdziwy. Lecz trudno byłoby lepiej od św. Wincentego Leryneńskiego wypowiedzieć istotę rozwoju, jakiemu podlega dogmat katolicki. Dla tego też by nabrać dokładnego pojęcia o postępie w nauce kościelnej, wystarcza dać krótki komentarz na wyż przytoczone ustępy znakomitego kościelnego pisarza.

Żeby dany przedmiot traktować metodycznie, wytłómaczymy z kolei: jakie pierwiastki dogmatu katolickiego podlegają rozwojowi, a na zakończenie powiemy słowo o przyczynach, działających w tym rozwoju. Stąd cztery następujące punkta:

1-o Dogmat katolicki w ogólności jest-to ogół prawd przez Boga objawionych i do wierzenia przez Kościół katolicki podanych, w które wierzyć jesteśmy obowiązani wiarą nadprzyrodzoną.

Wiele składa się pierwiastków na dogmat katolicki. Pierwszym z nich jest objawienie boskie. Dogmat, w istocie, jest tem, w co wierzyć jesteśmy obowiązani uczuciem wiary boskiej czyli teologicznej. Otóż taką wiarą boską możemy wierzyć tylko w to, co nam Bóg objawił. Pojęcie przeto dogmatu z natury swej wymaga przedewszystkiem objawienia boskiego.

Objawienie to, jak mówią Ojcowie Soboru Watykańskiego, „podobało się mądrości i dobroci Boga udzielić ludziom“ i „drogą nadprzyrodzoną objawić rodzajowi ludzkiemu i Jego samego i odwieczne wyroki Jego woli, według tych słów apostoła: Rozmaicie i wielą sposobów mówiwszy dawno Bóg oycom przez proroki, naostatek tych dni mówił do nas przez Syna...“ (Conc. Vatic. C. Dei Filius. c. II). Tak więc dla rodzaju ludzkiego wiarogodnymi zwiastunami objawienia boskiego byli prorocy, czyli natchnieni przez Boga mężowie Starego Testamentu, i Jezus Chrystus, Syn Boży, twórca Nowego Zakonu. Stanowią oni jedną całość z Objawieniem, gdyż przez nich to tylko samych przemawiał Bóg do ludzi. Bez nich nie mielibyśmy Objawienia, z nimi otrzymujemy je prawdziwie; po za tymi heroldami, wysłanymi przez Boga do ludzi, niemasz Objawienia, w któreby wszyscy ludzie byli obowiązani wierzyć wiarą boską, gdyż Pan Bóg nie chciał udzielać tajemnic swej boskiej mądrości bezpośrednio każdemu człowiekowi zosobna.

Mógłby Pan Bóg, co prawda, dać nam nowych wysłańców, obowiązanych nowe prawdy zwiastować światu; gdyby to uczynił, musielibyśmy dorzucić ich imiona do imion tamtych głosicieli Objawienia, a naukę ich włączyć do całości naszych wierzeń. W takim razie w niczem nie zmieniłby się sposób objawienia, lecz tylko obszar dogmatu przez nowe prawdy by się powiększył, a to powiększenie, że pochodziłoby od samego Twórcy Objawienia, słusznie nazwaćbyśmy mogli rozwojem dogmatu. Nie można bowiem przypuszczać, aby Pan Bóg przez nowe objawienie chciał coś innego uczynić, jak tylko rozwinąć dawne swe Objawienia.

Czy to przypuszczenie urzeczywistniło się po Chrystusie Panu lub czy kiedykolwiek się urzeczywistni? czy dogmat katolicki rozwinie się kiedy przez rozszerzenie samej treści Objawienia?

Aż do przyjścia Chrystusa Pana Objawienie boskie postępowało i rozwijało się ustawicznie. Pierwsza obietnica o Odkupicielu świata, dana człowiekowi po jego upadku, postępowała naprzód, uzupełniając się nowemi proroctwami, rozjaśniała się światłość w miarę zbliżania się terminu, naznaczonego przez Mądrość Najwyższą. W chwili przyjścia Słońca Sprawiedliwości spełniły się czasy. Ale odtąd próżno wyczekiwać nowego Objawienia, któreby udoskonaliło i zastąpiło religię chrześcijańską, tak jak ona udoskonaliła i zastąpiła religiję mojżeszową. Prorocy zapowiedzieli, że królestwo Chrystusowe ma trwać do końca wieków. (Ps. 88, 5; Izaijasz. LXI, 8, 9; Dan. II. 44). Św. Paweł stwierdza wieczną trwałość Nowego Przymierza (Żyd. XII. 7), wyklina wszelkie głoszenie nowej ewangelii. (Galat, I. 8).

Skądinąd, jakżeż mamy przypuszczać nowe objawienie? Wszak musiałoby ono swą doskonałością przewyższać Objawienie chrześcijańskie, inaczej byłoby niepożyteczne i wsteczne, pozbawiłoby doskonałości lud nowy, urobiony przez Chrystusa Pana; tego zaś racyonalnie przypuszczać nie można. Boć jakże znaleźć pośrednika wyższego nad samego Syna Bożego? Jakże tu dorzucić cośkolwiek do przedmiotu Objawienia, kiedy sam Chrystus oświadcza, że nauka Jego zawiera wszelką prawdę? (Jan. XIV, 26; XVI, 12—15). I coby się stało z Kościołem, założonym na to, by trwał aż do skończenia światów, coby się stało z nowem przypuszczalnem objawieniem, któregoby stróżem nie był ustanowiony Kościół św.? Te i tym podobne niemożliwości nie pozwalają oczekiwać po nowem przypuszczalnem objawieniu żadnego rozwoju dogmatu katolickiego.

Ale czy przynajmniej możnaby przypuścić, że Bóg, nie zastępując nowem objawieniem objawienia chrześcijańskiego, udoskonaliłby to ostatnie przez uzupełnienie go przedmiotami z tegoż zakresu wiary wziętymi? Nie, i to niemożebne. Chrystus Pan obiecał apostołom swoim, że Duch św., którego im przyśle, nauczy ich wszelkiej prawdy (Jan. XVI, 13), a tem samem rozumiał, że Duch św. przypomni im to, czego On sam ich nauczał (Jan. XIV, 16), i to tak dalece, że już do końca świata nie będą potrzebowali niczego więcej nauczać, tylko tego, czego się sami od Niego byli nauczyli. (Mat. XXVIII, 19—20).

Lecz objawienie znajduje swój wyraz w Piśmie św. i w ustnej tradycyi, otrzymanej od Chrystusa przez Apostołów, a przekazywanej przez ich następców wszystkim pokoleniom; czyż więc nie możnaby mieć nadziei, żeby Księgi Święte się udoskonalały, żeby tradycya się uzupełniała i oczyszczała, a dogmat katolicki tym sposobem rozwijał się przez rozwój środków Objawienia? I w tym razie również trzeba się wyrzec wszelkiej myśli o postępie. Kanon Ksiąg świętych ustalił liczbę ksiąg natchnionych i składających je części, zamykając ją pismami św. Jana Ewangelisty, ostatniego przedstawiciela Kollegium apostolskiego. Tradycya początkowo była tylko nauką Chrystusa i Apostołów; nauka ta pozostanie na wieki taką, jaką była na początku; wszelkie dodatki pozostaną jej zawsze obcymi. Pismo św. i Tradycya są depozytem i skarbem, powierzonym straży Kościoła, który, jak doskonale powiada św. Wincenty Leryneński, nic doń nie może dodać, nic odjąć, nic zmienić. Można będzie lepiej poznać Pismo święte i Tradycyę—to prawda, i zobaczymy, że wtem właśnie dokładniejszem poznaniu leży jedno ze źródeł rozwoju dogmatu katolickiego, lecz postęp ten odbywać się będzie w rozumie wiernych, nie zaś w samem Piśmie św. i w Tradycyi.

A zatem dogmat katolicki nie może się rozwijać w swym pierwszym składowym pierwiastku, t. j. w Objawieniu. Rozważmyż teraz drugi z tych pierwiastków katolickiego dogmatu.

  1. Drugim pierwiastkiem dogmatu katolickiego jest podanie go wiernym przez Kościół. Kościołowi bowiem—i jemu tylko samemu powierzył Bóg skarbnicę objawienia: od niego też powinni się ludzie uczyć rzeczy objawionych. Na jego przeto nauczaniu i na jego przedstawieniu powinni budować gmach swojej wiary. Bez tego przedstawienia ze strony Kościoła, któremu zapewnił Bóg nieomylność, nie moglibyśmy z zupełną pewnością wiedzieć, co nam Bóg objawił; a w niepewności o fakcie lub o przedmiocie boskiego Objawienia nie moglibyśmy posiadać wiary, wykluczającej wszelką wątpliwość. Stąd taki wniosek, że bez podania prawdy przez Kościół nie mógłby istnieć prawdziwy dogmat. To przeto podanie prawdy przez Kościół jest drugim pierwiastkiem katolickiego dogmatu.

Urząd nauczycielski, powierzony przez Boga Kościołowi, może przyjmować rozmaite stopnie, względnie do tego, czy Kościół oświadcza się więcej lub mniej wyraźnie w przedmiocie dogmatu, zawartego w źródłach boskiego Objawienia, t. j. w Piśmie św. i w Tradycyi.

Pierwszym z tych stopni, dla swej doniosłości stanowiącym podstawę dwu innych, choć od nich znacznie niższym, jest ogólne orzeczenie Kościoła, że Objawienie boskie zawiera się w tekście Ksiąg świętych, których ten Kościół jest stróżem, jak również w Tradycyi, którą Kościół otrzymał od Apostołów drogą podwójnej dziedziczności: drogą hierarchii i drogą nauczania.

Przez pierwszy ten objaw swego nauczycielstwa Kościół orzeka w ogólności, że wszystko, co się zawiera w Piśmie św. i w Tradycyi, jest słowem Bożem objawionem; to właśnie wyraził Sobór Trydencki temi słowy: „Święty Sobór Powszechny zważywszy, że ta prawda i ta nauka (prawda objawiona) zawiera się w Księgach Pisma św. i w Tradycyi niepisanej, którą Apostołowie otrzymali z ust, samego Chrystusa, i która od Apostołów pod tchnieniem Ducha Św., przechodząc niejako z rąk do rąk, przyszła aż do nas i t. d.“ (Sess. 4 Decret. de Can. Script.).

Drugim stopniem boskiego nauczycielstwa Kościoła jest orzeczenie, którem Kościół wyjaśnia lub tłómaczy jakiś ustęp z Pisma św., albo też jakieś dane z Tradycyi, nie czyniąc z nich wszakże przedmiotu uroczystej definicyi: ten rodzaj nauczycielstwa wykonywa Kościół rozmaitym sposobem, naprzykład: zapisując te tłómaczenia albo wyjaśnienia w uroczystych aktach soborów po za definicyami dogmatycznemi, umieszczając je w świętych tekstach liturgii, w swej praktyce powszechnej, w swem zwykłem i powszechnem nauczaniu po całym świecie.

Trzeci stopień nauczycielstwa Kościoła polega na uroczystem orzeczeniu, mocą którego papież przy współudziale Soboru Ekumenicznego lub też bez niego postanawia, że ta lub owa nauka powinna być przez wiernych uważana za objawioną przez Boga. Ostatni ten objaw nauczycielstwa kościelnego jest najdoskonalszy, już to ze względu na towarzyszące mu uroczystości, już też ze względu na dokładność formuł, wyrażających orzeczony dogmat.

Nie mamy zamiaru podawać tu głębszego studyum o każdym z tych trzech stopni nauczycielstwa kościelnego; wystarcza nam je tylko zrozumieć. Przy świetle zaś tego rozróżnienia obaczymy, jakim sposobem dogmat katolicki rozwijać się może na gruncie podawania przez Kościół wiernym prawdy objawionej.

Pierwszy rodzaj rozwoju prawdy dogmatycznej polega na tem, że dana prawda objawiona, w Piśmie św. albo w Tradycyi zawarta, niczem nie zwracająca na siebie szczególnej uwagi, ani przez Kościół św. do wierzenia nie podana, chyba tylko niewyraźnie w ryczałtowem nauczaniu wiernych o treści Ksiąg św. i Tradycyi, powoli wyłania się z tej ogólnej massy prawd, staje się dokładniej poznawana, czy to przez nauczanie, czy przez kult liturgiczny, czy przez praktyki kościelne, czy przez pobożność wiernych, i tak przechodzi ta prawda do liczby prawd, wyraźnie i formalnie głoszonych przez Kościół. Następnie pod wpływem okoliczności, pod naciskiem ducha pobożności wiernych i pod tchnieniem Ducha Św. w tym samym kierunku się objawiającego, Kościół św., to jest papież, sam przez się lub przy współudziale soboru, wpisuje daną prawdę do katalogu tych prawd, w które każdy chrześcijanin boską katolicką wiarą wierzyć powinien. Tak było z dogmatem Niepokalanego Poczęcia.

Chwalebny ten przywilej Przenajświętszej Maryi Panny, długo pozostający w skarbnicy objawienia bez zwracania na się uwagi, wyszedł powoli z ukrycia w skutek hołdów, jakie oddawać mu chcieli wierni i pobożni. Znalazła się opozycya: obawiał się św. Bernard wprowadzenia jakiej nowości już to w dogmacie, już też wprost w samej liturgii; zganił kanonikom Lyońskim wprowadzenie święta Niep. Poczęcia. Później zajmowano się tą sprawą po szkołach; roztrząsano ją wszechstronnie na podstawie dogmatu. Kościół popierał tezy, broniące przywileju Niepokalanego Poczęcia; samą tę nazwę wprowadzono nawet do tekstu liturgicznego. Wreszcie d. 8 Grudnia 1854 r., po wyczerpującem zbadaniu wiary Kościoła, pomników przeszłości, wierzenia ludów, po wezwaniu Ducha Św. i za Jego natchnieniem, papież ku powszechnej radości katolickiego święta, dogmatycznie orzekł niezrównany przywilej Niepokalanego Poczęcia N. M. Panny.

Takiemu rozwojowi, w którym dogmat jakiś powoli przechodzi od nauki niewyraźnej do wyraźnego orzeczenia i do uroczystej definicyi, odpowiada równoległy rozwój formuł, wyrażających ten dogmat, oraz rozwój wyjaśnień, prawdziwe jego znaczenie zawierających.

Przez zastanowienie się nad dogmatem i przez rozważanie go wszechstronne wszystkie jego części lepiej się pojmuje; same nawet napaści przeciwników dogmatu stanowią jakoby tarczę przeciw nadużyciom, jakim łatwo możnaby uledz, oraz bodziec do wyszukiwania wyrażeń, najdokładniej wypowiadających naturę dogmatu, tak, że w końcu terminy uroczystej definicyi wszechstronnie obejmują dogmat i ściśle go odgraniczają od wszystkiego, co jest błędem. Tak np. definicya Niepokalanego Poczęcia ścisłością swej formy usuwa wiele błędów, które były niegdyś przedmiotem żywych sporów naukowych: że wspomnę tylko takie błędy jak ten, że wyjęcie N. M. Panny z pod jarzma grzechu odnosi się do drugiej, a nie do pierwszej chwili jej poczęcia, lub ten inny, że N. M. Panna, więcej niż inni święci uświęcona i na otrzymanie łaski uświęcającej nie potrzebująca po swem poczęciu czekać aż do dnia swych narodzin, lub choćby tylko kilka miesięcy, jak św. Jan Chrzciciel, nie mniej jednak otrzymała tę łaskę uświęcającą takim samym sposobem, jak inni święci; lub taki błąd np., że zupełna wolność Matki Boskiej od wszelkiego grzechu stawia ją po za zasługami Chrystusa Pana, który po to przyszedł na ziemię, aby odkupić człowieka od grzechu.

Wszystkie te błędy zostały usunięte, a przeciwne im prawdy orzeczone przez tę cudowną w swej prostocie i bogactwie formułę: „Orzekamy, iż nauka, która utrzymuje, że N. M. Panna w pierwszej chwili swego poczęcia, za łaską i szczególnym przywilejem Boga Wszechmocnego, przez wzgląd na zasługi Chrystusa Pana, Zbawiciela rodu ludzkiego, została zachowana wolną od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest objawiona przez Boga, a skutkiem tego, powinna być silnie i niewzruszenie wierzona przez wszystkich wiernych.“

Nie ten tylko istnieje rozwój dogmatu katolickiego, o którym mówiliśmy, a który się odbywa na gruncie podawania prawdy przez Kościół; bywa inny jeszcze rozwój dogmatu, odnoszący się nie już do prawd, zawartych w źródłach objawienia, lecz do samych źródeł objawienia.

Tak np. Kościół z całą wiarogodnością podaje nam Księgi święte za słowo Boże pisane, za księgi częściowo zawierające Objawienie boże, za księgi natchnione przez Boga. To pojęcie o Piśmie św., podane nam przez Kościół, jest wprawdzie tak dawne, jak samo Pismo święte, ale Kościół może z biegiem czasu dokładniej określić, jak należy rozumieć tę prawdę, że Pismo św. jest Słowem Bożem. Z biegiem czasu oznacza Kościół autentycznym spisem, jakie księgi w Piśmie św. są kanoniczne, a tem samem kładzie koniec sporom o niektóre z tych ksiąg świętych, jak np. o List do Żydów i o Apokalipsę w N. Testamencie. Orzeka też, że wszystkie księgi kanoniczne ze wszystkiemi częściami mają być uważane za natchnione. O istocie tego natchnienia Kościół wyjaśni z czasem, iż aby księga jakaś była uważana za natchnioną, nie wystarcza, żeby będąc pierwotnie napisaną z pomysłu swego autora, została następnie uznana przez władzę kościelną za obejmującą Objawienie prawdziwe i bez żadnego błędu..., lecz potrzeba, aby ta księga ze strony Kościoła była uznana za natchnioną przez Ducha św. i mającą samego Boga za autora.

Po takiem utrwaleniu istoty natchnienia pozostaje Kościołowi jeszcze określić rozciągłość takowego. Kwestya ta jest roztrząsana obecnie: jedni utrzymują, że natchnienie ksiąg św. rozciąga się jedynie do nauki nadprzyrodzonej, nie zaś do zakresu nauk przyrodzonych: fizyki, astronomii, geologii, chronologii etc., inni przeciwnie, nie przypuszczają, aby się godziło tekst święty dzielić na dwa działy, i tylko do jednego z nich ograniczać natchnienie boskie. Utrzymują oni, że pod tym względem mamy tradycyę wyraźną i zaprzeczyć się nie dającą. Spór ten prawdopodobnie prędzej lub później sprowadzi orzeczenie ze strony nieomylnego nauczycielstwa, które na zawsze ustali rozciągłość inspiracyi. I to będzie postęp dogmatu katolickiego w podawaniu nam przez Kościół tekstu Pisma św.

Również może Kościół święty stopniowo określać warunki, po których się rozpoznaje, czy jakaś nauka należy do zwykłej nauki Kościoła. Uczynił to już nawet w formie negatywnej, orzekając na Soborze Watykańskim, że nie wolno tłómaczyć Pisma św. w sposób przeciwny jednomyślnej zgodzie Ojców świętych.

Do tegoż samego rzędu rozwoju w dogmacie katolickim należy orzeczenie o nieomylności papieskiej, które to orzeczenie kładzie koniec wszystkim poprzednim sporom, poprawia używane dawniej formuły, w tem co one mogły zawierać zbytecznego lub niedokładnego, i wskazuje z największą ścisłością osobę, przedmiot, naturę, bezpośrednie skutki nieomylności papieskiej, będącej podstawą uroczystych orzeczeń w przedmiocie wiary.

  1. Objawienie boskie i podanie go wiernym przez Kościół, są to dwa przedmiotowe pierwiastki dogmatu katolickiego. Wskazaliśmy dotychczas, jak po stronie tego przedmiotowego pierwiastku wiary odbywać się może rozwój dogmatu. Pozostaje nam jeszcze w tym rozwojowym procesie dogmatu katolickiego zbadać inny jeszcze pierwiastek, który nazwać można pierwiastkiem podmiotowym. Chcemy tu mówić o tem świetle, jakiego nam udziela podane przez Kościół Objawienie, jak również o tem przyzwoleniu z naszej strony, jakiem odpowiadać mamy na to boskie nauczanie Kościoła. Musimy przyznać, że dogmat istnieje sam w sobie przed wszelkiem przyzwoleniem nań ze strony wiernych, którzy mają obowiązek weń wierzyć i zewnętrznie go wyznawać. Ale nie miałby on żadnej racyi bytu, gdyby się nie miał stać światłem dla rozumu, a prawidłem dla woli człowieka. Otóż przez wiarę-to podmiotową, subjektywną wiernych osięga on cel swój bezpośredni i formalny; wiara tedy wiernych stanowi trzeci pierwiastek, pierwiastek podmiotowy, czyli subjektywny dogmatu katolickiego.

Jeżeli z dwóch poważnych pierwiastków przedmiotowych, jeden sprzeciwia się wszelkiemu rozwojowi, a drugi ulega mu tylko do pewnego stopnia, to przeciwnie, pierwiastek subjektywny przypuszcza rozwój nieskończony w swej rozmaitości i rozciągłości. Innemi słowy, wiara osób wierzących przy rozważaniu i badaniu dogmatu może bezwarunkowo czynić postępy w poznawaniu i w miłowaniu objawionej prawdy. Wypowiedział to św. Wincenty Leryneński właściwym sobie wspaniałym krasomówczym językiem. Sprobujemy wykazać to w uwagach, jakie się nam nasuną z filozoficznego i teologicznego rozważania tego przedmiotu.

Dwa gatunki światła oświecają dogmat katolicki: pierwszym z nich jest światło wiary, polegające na łasce oświecającej i pobudzającej, mocą której człowiek daje swe niewzruszone przyzwolenie na prawdy objawione ze względu na prawdomówność objawiającego je Boga; drugim — jest światło rozumu, które się zasadza na ogóle świateł naturalnych, przy pomocy których człowiek może w zakresie dogmatu: 1) znane poprzednio prawdy oprzeć logicznie na akcie wiary, i 2) rozwinąć wyniki prawd objawionych, wyjaśnić wzajemny ich stosunek do siebie i do prawd przyrodzonych. Bezpośrednim skutkiem tej podwójnej pracy rozumu jest oświecenie umysłu w głównych zasadach i w treści dogmatu, które to zasady na pierwsze wejrzenie same przez się nie były widoczne. Lecz, ponieważ umysł, który w tej podwójnej pracy rozumuje, jest tym samym umysłem, który wierzy, przeto i jedna i druga praca kończy się naturalnie postępem w wierze. Umysł, lepiej oświecony w zasadach dogmatu, mocniej się przywiązuje do niego. Więcej wykształcony w tem wszystkiem, co zamyka prawda objawiona, umysł ludzki rozszerza swe nadprzyrodzone przyzwolenie do większej ilości przedmiotów wyraźnie poznanych. W tej przeto podwójnej pracy rozumu zawiera się podwójna przyczyna postępu w wierze, i co za tem idzie, rozwoju w dogmacie.

Dodajmy, że ten rozwój wiary i dogmatu, jakkolwiek przeprowadzany siłą rozumu, nie może się dokonać bez pomocy łaski nadprzyrodzonej, albowiem wszelkie powiększenie wiary, zarówno jak sama wiara, jest doskonałością nadprzyrodzoną, wymagającą odrębnego dla siebie zasiłku łaski. Z drugiej znów strony, jeżeli zadziwiające dary, jakiemi nieraz podoba się Bogu udoskonalać wiarę dusz wierzących, mają rozszerzać zakres posiadanych już wiadomości w przedmiocie objawienia, to rzeczone rozszerzenie wiadomości przyjść do skutku nie może inaczej, tylko drogą rozumowego rozwoju dogmatu; inaczej bowiem byłoby ono niedostępne dla tych, coby wspomnianych darów nie otrzymali. A zatem, wszelki możliwy rozwój dogmatu katolickiego, uważany ze stanowiska pierwiastku subjektywnego, znaczy tyle, co postęp rozumu oświeconego wiarą—czy to w danych przedwstępnych do wiary, czy też w badaniu samego dogmatu.

Ale to pole obszerne, szeroka i bogata kopalnia; zużyłby się umysł ludzki przy wydobywaniu tych skarbów, które jeszcze w niej do odszukania zostały. Cała wieczność nie wystarczy duszom błogosławionym na wyczerpanie tego źródła prawdy, przy którem napawać się będą, a przecież siły ich będą wzmocnione wiekuistą światłością niebiańskiej chwały. Jakżeż my tedy przy słabem światełku naszego rozumu, zdołalibyśmy wyczerpać w ciągu lat kilku, albo choćby w ciągu kilku wieków, bezdenną głębię wiedzy i mądrości bożej?... Zawsze więc przy łasce Bożej będziemy mogli czynić postępy w poznawaniu objawionej prawdy i do poprzednich zdobyczy będziemy dodawali wciąż nowe.

Postęp ten będzie się mógł odnosić do oderwanych i spekulatywnych formuł dogmatu. Już-to się odnajdzie lub w potrzebie się stworzy wyrażenie, najodpowiedniejsze do oddania objawionej prawdy; tak powstały wyrażenia: współistotny (consubstantialis) dla wypowiedzenia istoty Syna Bożego, transubstancyacya dla wyrażenia przemiany substancyi chleba w substancyę Ciała Chrystusowego. Już-to znów może się okazać potrzeba bliższego oznaczenia różnicy i rozdziału pojęć, które aż do chwili objawienia mogą uchodzić za identyczne albo przynajmniej z konieczności ze sobą złączone jak np. natura rozumna (natura rationalis) i osoba, substancya i jej właściwości; osoba jest oddzielona od natury swej w tajemnicy Wcielenia, accidentia pozbawione są substancyi w Eucharystyi. Już-to znów urabiać się mogą reguły potrzebne do dokładnego wyrażenia dogmatu, a które z czasem oświetlą nowem światłem całą część logiki: tak np. w orzeczeniach, tyczących się tajemnic Trójcy Przenajśw. i Wcielenia Słowa, podane są reguły o używaniu nazw bezwzględnych i względnych, nazw konkretnych i abstrakcyjnych, rzeczowników i przymiotników. Ten postęp dogmatu jest jednocześnie postępem wiedzy filozoficznej. —Inny rodzaj postępu w wierze zależy na rozwoju prawdy, wyraźnie (explicite) w samej sobie objawionej, celem wyprowadzenia z niej wszystkich zawartych w niej i domyślnie (implicite) objawionych prawd szczegółowych. Tak naprzykład, z prawdy, że Chrystus Pan jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, wyprowadza się wniosek, z jednej strony, że tenże Chrystus jest współistotny swojemu Ojcu, z drugiej, że posiada ciało ludzkie, duszę ludzką, rozum ludzki, wolę ludzką, i co za tem idzie, że ma podwójny rozum, podwójną wolę: jedną boską, drugą ludzką. Z tej prawdy naprzykład, że chleb przemienia się w Ciało Chrystusowe, wnioskować trzeba, że pod postacią chleba zawiera się także krew Chrystusa Pana, a to z tej przyczyny, że ciało i krew od chwili zmartwychwstania Chrystusa Pana są w Nim nierozerwalnie złączone; co więcej, pod postacią chleba zawiera się dusza Chrystusowa wskutek jedności żywej natury ludzkiej, jednoczącej duszę z ciałem człowieka; pod tą postacią znajduje się również Osoba Słowa, a to na mocy hypostatycznego zjednoczenia natury ludzkiej ze Słowem Przedwiecznem; natura boska, ze względu na rzeczywistą tożsamość Słowa z naturą boską; — znajdują się tam dwie inne jeszcze osoby boskie, z powodu ich współistotności z tąż samą naturą boską, i wskutek tego związku boskiego, który naprzód Ojcowie Greccy, a później teologowie łacińscy wyrazili słowem περιχωρησις i circuminsessio. Najwyższe i najgłębsze choćby teologiczne rozumowania pozostaną zawsze dalekiemi od wyczerpania skarbów zawartych w naszych świętych tajemnicach.

Rozwój dogmatu katolickiego pozwala również z prawd objawionych wyciągać praktyczne następstwa. Z tej naprzykład prawdy, że Jezus Chrystus jest Synem Boga, wyprowadza się wniosek, że Jego święte człowieczeństwo, Jego ciało, Jego krew, Jego boskie serce powinny być czcią boską czczone, albowiem hołd czci bożej oddaje się osobie i podług godności osoby przybiera odpowiednią formę. Wnioskuje się stąd również, że czyny i cierpienia Jego ludzkiej natury są nieskończonej wartości, ponieważ są czynami i cierpieniami samego Boga.

Badania faktów historycznych oraz świeckich lub kościelnych pomników starożytności pozwolą na szerszej podstawie oprzeć dowody, służące za przygotowanie do wiary. Również i nauki przyrodzone wezmą udział w tej pracy. Gruntowniej badana filozofia ukaże przekonywającą siłę motywów wierzenia.

Same nawet zarzuty, których przedmiotem bywają nasze dogmaty, wywołają głębsze i gruntowniejsze ich zbadanie, a odpowiedzi, z konieczności dawane na te zarzuty, zawierać będą bardziej naukowy i mocniejszy wykład naszych wierzeń.

Trudno doprawdy wyliczyć wszystkie formy rozwoju, jakie przybrać może dogmat katolicki, uważamy w rozumieniu go ze strony wiernych. A ten rozwój jeżeli będzie prawdziwie postępem, a nie przemianą prawdy, jak zastrzega św. Wincenty Leryneński, uczyni w naszych oczach naukę objawioną piękniejszą i wspanialszą, a wiarę wierzących w Boga szerszą i głębszą. Do skarbnicy Objawienia nic nie zostanie dorzucone. Cała praca ludzka, wspomagana łaską Bożą, nic innego nie dokona, tylko wydobędzie z tego niewyczerpanego skarbca cząsteczkę bogactw i odda je w darze szerokim massom dusz ludzkich.

4-o Pierwszorzędną przyczyną rozwoju dogmatu katolickiego czyli wzrostu wiary jest łaska Boga, który rozlewa na Kościół swój dary, jakie Mu się podoba, środkami, jakie sam za stosowne uznaje. Dopuszcza herezye, aby pobudził żarliwość i pracę nauczycieli kościelnych, namaszcza dusze święte balsamem swej łaski, aby się one mocniej przywiązały do jakiejś prawdy objawionej, a same w niej zasmakowawszy, innym udzielały słodkiej pociechy, przemożnej zachęty, podniosłej rozwagi; Pan Bóg we wszystkiem, zawsze i wszędzie, On sam przewodniczy temu rozwojowi własnej nauki.

Z Bogiem współdziała praca wiernych, szczególniej tych, których wola Opatrzności powołała do badania i nauczania prawd objawionych.

W pierwszym rzędzie między tymi współpracownikami bożymi jaśnieją Ojcowie Kościoła, w których zazwyczaj z godnością hierarchiczną i z posłannictwem nauczania łączyła się świętość życia, umysłowe zdolności, wiedza niezwykła, środki udowodnienia danych z pierwotnej Tradycyi. Dzieła ich są niewyczerpaną kopalnią dla prac teologicznych. Niektórzy wyobrażają sobie, że ciągły rozwój naszych dogmatów daleko po za sobą zostawił prace Ojców Kościoła. Otóż niech ich nie zdziwi twierdzenie nasze, które bez obawy zaprzeczenia stawiamy, że wszelki nowy postęp, jakiego jeszcze przy zgłębianiu naszej wiary spodziewać się możemy, będziemy zawsze zawdzięczali głównie badaniom Ojców Kościoła; ci bowiem, będąc już najpewniejszymi tłómaczami Pisma św. i najlepszymi świadkami Tradycyi, są nadto najwznioślejszymi badaczami tajników naszych dogmatów.

Za Ojcami Kościoła idą teologowie, których rozumowe dociekania wszystkich części katolickich dogmatów wzniosły przedziwny gmach katolickiej teologii, gdzie każdy dogmat jest we właściwem miejscu ustawiony, określony, wyjaśniony, odparty, rozwinięty i odpowiednio zastosowany.

Wprawdzie już sama chęć wyjaśnienia prawd objawionych mogłaby teologów zachęcić do podjęcia tylu prac, które zapewniły katolickiemu dogmatowi tak wspaniały rozwój. Wszakże wyznać trzeba, że sama miłość wiernych dla przedmiotu ich wiary, zostawiona sama sobie, nie zaprowadziłaby ich tak daleko w ich pobożnych badaniach. Najzwyczajniejszym bodźcem do odnośnych badań były napaści ze strony heretyków. Na jedno dzieło, którego wyłącznym celem jest zbudowanie wiernych, przypada dziesięć dzieł innych, których głównem zadaniem jest zbić błędy i przeciwstawić im dowody prawdy. Dla tego też można w ogólności śledzić za rozwojem dogmatu katolickiego, przebiegając w kolei wieków wszystkie napaści ze strony herezyi, oraz odpowiedzi, stawiane na ich przeczenia.

Św. Augustyn doskonale zcharakteryzował to, co herezya uczyniła dla rozwoju dogmatu: „Widzieliśmy, że każda herezya podnosi przeciw Kościołowi swoje własne zarzuty, przeciw którym należało bronić Pisma św. staranniej, aniżeli się do tego było zmuszonym tą koniecznością.“ (lib. 2. De Dono persev. cap. 20) i w tych jeszcze wyrazach:

„Żeby módz bronić rzeczy, do wiary katolickiej należących, gdy te przewrotną niespokojnością heretyków bywają napastowane, rozważamy je pilniej, rozumiemy jaśniej, głosimy żarliwiej, a przez przeciwnika poruszone pytanie daje sposobność uczenia się.“ (S. Aug. De Civ. Dei. lib. XVI. c. 2).

Ale trzeba dobrze zauważyć: raz, że herezye są tylko przypadkową przyczyną owego postępu w wierze, najzupełniej ich widokom przeciwnego i wyłącznie pracom ich przeciwników katolików zawdzięczanego; i powtóre, że katolicy znajdują rozwój i postęp swej nauki daleko mniej we własnej wiedzy, aniżeli w dziedzinie Pisma św. i Tradycyi,

Istotnie, nie trzeba sobie wyobrażać, żeby dogmat zaczynał się od danych niedokładnych, ciemnych, nieokreślonych, pierwotnych, żeby praca ludzka musiała go bezustannie wygładzać, określać, wyjaśniać, uzupełniać i stopniowo udoskonalać, aż do czasu, gdy zostanie dokładnie opisany przez formułę, w której trzeba będzie widzieć pierwszy zupełny wyraz objawienia. Przeciwnie dogmat jest od początku cały i skończony, nie tylko sam w sobie, ale i w szczegółach, powierzonych naprzód Apostołom, a przez nich przekazanych ich następcom albo zapisanych w Piśmie św. To też, ile razy chodziło w Kościele o zwalczenie błędów i o wyjaśnienie dogmatycznej prawdy, uciekano się nie do filozofii i rozumowania, lecz do powagi Tradycyi i Pisma św. Filozofia i rozumowanie służyły tylko do wydobycia na jaw tego, co zawierały te dwa wyłączne źródła objawienia.

Stąd też łatwo pojąć błąd tych, co, uwiedzeni niedokładnemi, oderwanemi od kontekstu, a niezgodnie z prawami zdrowej krytyki tłómaczonemi cytatami z Pisma św., wyobrazili sobie naprzykład, że pojęcie o tajemnicy Trójcy Przenajświętszej było aż do Nicejskiego Soboru niezdecydowane.

Prawda, że i sposób wyrażania się niektórych przedniejszych Ojców Kościoła musi być bardzo oględnie przyjmowany: „Zanim powstał w Alexandryi Aryusz, ten demon południa, mogli Ojcowie posługiwać się pewnemi nieszkodliwemi choć nieroztropnemi wyrażeniami, które nie mogły być podjęte przez złą wolę ludzi przewrotnych.“ (Apol. 2 contra Ruff).

Ale chcieć tego używać za dowód, jakoby nauka o Trójcy św. nie była jeszcze wtedy całkowicie skończona, znaczyłoby tyle, co nadużywać tych tekstów, jakie O. Petau zebrał w swojej pierwszej książce De Trinitate, celem wykazania śladów platonizmu u Ojców trzech pierwszych wieków Kościoła. Tym, którzy tak na swój sposób przekształcili myśl tego sławnego teologa, należałoby odczytać przedmowę, dodaną przezeń do drugiego tomu swego dzieła w celu zadosyćuczynienia sprawiedliwej ówczesnej krytyce. Przekonaliby się wtedy z tekstów przednicejskich Ojców i z formalnego oświadczenia O. Petau, „że wiara w katolicki dogmat o Trójcy Przenajświętszej pochodzi od Chrystusa i od Apostołów aż do Soboru Watykańskiego drogą nieprzerwanej Tradycyi.“ (In tom. II. Ap., c. 6, n. 1-o). Uogólniając ten wynik poszukiwań prawdziwej i szczerej nauki tego męża, nie zawahają się dla wszelkiego rozwoju dogmatu katolickiego przyjąć tego wniosku, zaczerpniętego u Nicefora Konstantynopolitańskiego, a przytoczonego przez O. Petau: „Rzecz to dla wszystkich widoczna, że stara i dawna Tradycya Kościoła jest czemś najsilniejszem, że ona swą widocznością i gruntownością przewyższa wszelkie inne dowodzenia, jak tego uczą nasi Ojcowie zgodnie z orzeczeniami Apostołów.“ (Petau, Ibid. c. I. n. 7-o). Niechaj to zdanie będzie zakończeniem naszego artykułu.

(F. Perriot). X. W. S.