JĘZYKI. (Dar języków w czasach apostolskich).

Chrystus Pan przed swojem wniebowstąpieniem obiecał tym, co uwierzą weń, wiele darów cudownych, a pomiędzy innymi dar: „Nowymi językami mówić będą” (Mar. XVI, 17). Obietnica ta ziściła się po raz pierwszy w Jerozolimie, w uroczystość Zesłania Ducha Św. w dziesięć dni po Wniebowstąpieniu Pańskiem. Uczniowie w liczbie około stu dwudziestu „byli wszyscy społem na jednem miejscu. I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki, jakoby ognia. i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni byli wszyscy Ducha św. i poczęli mówić rozmaitymi językami (ἑτέραις γλώσσαις), jako im Duch św. wymawiać dawał” (Dz. Ap., II, 1-4). Później znowu książę apostołów, ostrzeżony głosem z nieba, udał się do mieszkania rotmistrza Korneliusza i nauczał go i domowników jego: „A gdy jeszcze Piotr mówił, padł Duch święty na wszystkich, którzy słuchali Słowa. I zdumieli się z obrzezania wierni, co z Piotrem byli przyszli, iż i na pogany łaska Ducha św. była wydana. Albowiem słyszeli ich mówiących językami i wielbiących Boga” (Dz. Ap. X, 44—46). Ten sam cud powtórzył się jeszcze w Efezie na rzecz dwunastu uczniów Jana Chrzciciela, nawróconych przez św. Pawła: „A gdy na nie włożył ręce Paweł, przyszedł na nie Duch św. i mówili językami i prorokowali” (Dz. Ap., XIX, 6).

Dar języków, o którym mowa, aczkolwiek bardzo powszechny w czasach apostolskich, nie dostał się jednak w udziale wszystkim wiernym, którzy otrzymali Ducha św. „gdyż jak powiada św. Paweł: „Każdemu bywa dane okazanie ducha ku pożytkowi. Jednemu przez Ducha bywa dana mowa mądrości, a drugiemu mowa umiejętności, według tegoż Ducha; inszemu wiara... drugiemu łaska uzdrowienia; drugiemu czynienie cudów, drugiemu proroctwo, drugiemu rozeznanie duchów, inszemu rozmaitość języków (γένη γλωσσῶν), a drugiemu tłumaczenie mów” (I Kor. XII, 8—10). W Kościele Korynckim dar ten w szczególny sposób ceniono, i dla tego był on powodem nadużyć, które św. Paweł usiłował naprawić. Znaczna część pierwszego listu do Koryntczyków została poświęcona temu przedmiotowi (Roz. XIII i XIV). Św. Paweł wyraża najpierw życzenie, by wzajemna miłość regulowała używanie darów Ducha św.; następnie objaśnia, o ile dar języków jest niższy od daru proroctwa. „Abowiem kto mówi językiem, nie ludziom mówi, ale Bogu: bo żaden nie słucha. Lecz duchem mówi tajemnice. Bo kto prorokuje ludziom, mówi ku zbudowaniu i napominaniu i pocieszeniu. Kto językiem mówi, samego siebie buduje; lecz kto prorokuje, Kościół boży buduje. Chcę, abyście wy wszyscy mówili językami, ale więcey abyście prorokowali. Abowiem większy jest, co prorokuje, niż co językami mówi; chyba jeśliby wykładał, aby kościół wziął zbudowanie... A dla tego kto mówi językiem, niech się modli, aby wykładał, bo jeżelibym się modlił językiem, duch się mój modli, lecz rozumienie moje bez pożytku zostaje. Cóż tedy jest? Modlić się będę duchem, modlić się będę i rozumieniem. Będę śpiewał duchem, będę śpiewał i rozumieniem” (I Kor. XIV, 2—14).

Poprzestańmy na teraz na tych cytatach i określmy ściśle, co jest przedmiotem daru języków. Kwestya ta zrodziła pomiędzy nowożytnymi egzegetami wiele sporów. Jedni utrzymują, że zjawiska, o których mowa w księdze „Dziejów Apostolskich,” nie mają nic wspólnego z darem języków, opisanym przez św. Pawła w liście do Koryntczyków; inni mniemają, i słusznie, że św. Łukasz i św. Paweł mówią o jednym i tym samym darze Ducha św. Szkoła racyonalistyczna podaje kilka tłumaczeń, które wykluczają z tego daru wszelki pierwiastek nadprzyrodzony.

Niektórzy mniemają, że λαλεῖν γλώσσῃ znaczy mówić językiem, t. j. poruszać językiem, aby wydawał dźwięki bez znaczenia. Tak, mówią, uczynili uczniowie w dzień Zesłania Ducha św., i dla tego też wzięto ich za pijanych (Dz. Ap. II. 13). Tak też uczynili wierni Koryntu: co tłumaczy się faktem, iż nikt ich nie rozumiał i że oni sami siebie nie rozumieli; tłumaczy się to także i tem, że pewien człowiek, obcy temu zjawisku, wziął ich za szalonych. Kiedy zaś zarzuci tym pisarzom, że żydzi, stojący naokoło wieczernika, rozumieli doskonale mowę uczniów, każdy w swoim ojczystym języku, odpowiadają na to, że opowiadanie Dziejów Apostolskich przytacza wypadki nie tak, jak one zaszły w rzeczywistości, ale tak, jak je przekształciły wieści ludowe. Taka odpowiedź jest bardzo wygodna, ażeby wybrnąć z trudnego położenia: usuwa ona trudność, ale jej nie rozwiązuje i dla tego nikogo zadowolnić nie zdoła.

Inni są zdania, że mówić językami, jest to mówić po cichu, nie wydając zrozumiałych dźwięków. Podobna mowa, mówi św. Paweł, buduje tych, co ją głoszą, ale dla ogółu zostaje bezużyteczna. „Albowiem, kto mówi językiem, nie ludziom mówi, ale Bogu, bo żaden nie słucha” (I Kor. XIV, 2). Ażeby ten, kto mówi językami budował kościół, trzeba, by tłumaczył to jest, by wypowiadał głośno to, co Duch św, kazał mu mówić pocichu. Według tych pisarzy, w dzień Zesłania Ducha św. uczniowie zaczęli w podobny sposób t. j. pocichu odmawiać swoje modlitwy, każdy w swym narzeczu, a potem tłómaczyli ludowi, każdy w swojem narzeczu, to co odmawiali pocichu. Tego rodzaju rozumienia rzeczy, podawanego niegdyś przez Wieseler'a, przyjąć niepodobna:

  1. Ponieważ, w opowiadaniu św. Łukasza, nadaje ono temu wyrazowi γλώσσαι podwójne znaczenie; jeśli bowiem, stosownie do tej hypotezy, miało ono w wierszu czwartym („i poczęli mówić rozmaitymi językami”) miało oznaczać: mówić pocichu, to już z wszelką pewnością jest ono użyte w znaczeniu: mówić językami w następnych wierszach: „słyszeli ich mówiących językami i wielbiących Boga.”

  2. „Mówić pocichu” nie może nigdy mieć znaczenia „mówić rozmaitymi językami.”

  3. Według tej hypotezy, wszyscy ci Galilejczycy umieliby każdy z osobna przynajmniej jeden język obcy i piętnaście języków obcych znalazłoby swych przedstawicieli w zgromadzeniu ludzi z gminu pochodzących!

  4. Tłómaczenie mów nie byłoby darem Ducha św., każdy bowiem rozsądny człowiek jest zdolny powtórzyć to głośno, co mówi w sobie pocichu. A mimo to, św. Paweł chce, aby ten, kto otrzymał dar języków, prosił Boga jeszcze o dar tłómaczenia mów: oret ut interpretetur (l. c. 13):

  5. Apostoł przyrównuje tego, kto mówi językami, do trąbki bojowej, wydającej niezrozumiałe dźwięki. Przypuszcza zatem, że wierny, posiadający dar języków, wydaje również dźwięki, które inni słyszą: tylko że są to dźwięki, których znaczenia nie można uchwycić.

  6. Nakoniec św. Paweł mówi: „Jeślibym się modlił językiem, duch się mój modli, lecz rozumienie moje bez pożytku zostaje.” Kto więc modli się, będąc pod wpływem daru języków, (byleby jednocześnie nie posiadał daru tłómaczenia), nie rozumie sam słów, które wypowiada. Modli się więc w języku, którego się nie nauczył.

Są egzegeci, którzy wyrażeniu λαλεῖν γλώσσῃ chcą dać znaczenie: mówić glossami; a przez glossy rozumieją wyrażenia przestarzałe, poetyczne, tudzież prowincyonalizmy. Ci, co mieli dar gloss, posługiwali się w swych publicznych modlitwach podobnemi wyrażeniami, które poddawała im żarliwość, z jaką się modlili. —Tłómaczenie to nie zdaje sobie sprawy z liczby pojedynczej loqui lingua, używanej po wielekroć przez św. Pawła, tudzież nie zgadza się z opowiadaniem o fakcie, opisanym w Dziejach Apostolskich. Wyrażenie τῇ ἰδίᾳ διαλέκτῳ (Dz. Ap. II, 8) nie jest prowincyonalizmem. Jest ono wyrażeniem bliskoznacznem z ταῖς ἡμετέραις γλώσσαις (ib. 11). Co większa, Persowie, Partowie, Egipcyanie etc. nie uważali za języki ojczyste dyalektów języka greckiego i aramejskiego.

Inne analogiczne tłómaczenie wyjaśnia, że język, którym mówili Koryntczykowie, wspominani przez św. Pawła, był to język Ducha świętego, to jest pewien sposób mówienia entuzyastyczny i wyższy, stosownie do wielkości boskich tajemnic. — Lecz jeśliby tak było, to czemżeby się odróżniał dar języków od daru proroctwa? Czyżby można było powiedzieć o podobnej mowie, że nie była przeznaczona dla zbudowania wiernych i że przez nikogo nie była rozumiana? Że ten język Ducha św. nie był ten sam, którym mówiono w wieczerniku, na to się wszyscy zgadzają, byle tylko św. Paweł był dobrze o rzeczy powiadomiony. Lecz przypuszczają zarazem, że idea o obcych językach mogła być zmyślona w pierwotnem opowiadaniu o wypadkach zaszłych w Zielone Świątki. Ale próżne to przypuszczenie.

Pewien profesor hollenderski, van Hengel, w ostatnich czasach podał inne tłómaczenie, jeszcze bardziej oryginalne. Podług niego, loqui lingua, znaczy mówić otwarcie. Do Zesłania Ducha świętego uczniowie zachowywali milczenie, albo też mówili o rzeczach wiary niewyraźnie i potajemnie; po otrzymaniu zaś Ducha św. zaczęli mówić innymi językami, t. j. odtąd wyznawali i opowiadali swoją wiarę otwarcie i z świętą śmiałością. Pisarz ten usiłuje zastosować swą myśl do tego, co św. Paweł pisze do Koryntczyków. By dojść do zamierzonego przez siebie celu, rozwija wielką erudycyę, lecz wszyscy, co go będą czytali, przyznają, że daremne są jego wysiłki w udowodnieniu swego założenia.

Poznajmy tłómaczenia mniej dowolne. Dar języków po raz pierwszy ujawnił się w wieczerniku w dzień Zesłania Ducha Św. Wydarzenie to miało bez wątpienia w Kościele wielki rozgłos; pamięć jego zachowała się i przekazana została wiernie, nawet jeszcze przed zapisaniem go przez św. Łukasza w „Dziejach Apostolskich.” Ile razy jaki dar języków objawiał się później, zawsze musiał on przypominać języki w wieczerniku, i wyrażenie mówić językami stało się, bez wątpienia, w ustach wiernych skróconą formułą, oznaczającą to, co się stało w dzień Zesłania Ducha Św. i co się potem często powtarzało. To też św. Piotr, mówiąc o tem, co się działo w domu Korneliusza, tak się wyraża: „Gdym począł mówić, Duch Św. padł na nie, jako i na nas z początku” (Dz. Ap. XI, 15), t. j. w dzień Zesłania Ducha Św. Przypomnijmy też, jak św. Łukasz opowiada o tym fakcie: „Te słowa gdy jeszcze Piotr mówił, padł Duch Św. na wszytki, którzy słuchali słowa. I zdumieli się z obrzezania wierni, co z Piotrem byli przyszli, iż i na pogany łaska Ducha św. była wydana. Abowiem słyszeli je mówiące językami i wielbiące Boga” (Dz. Ap. X, 44— 46). Takie więc było podobieństwo między dwoma tymi wypadkami. Nowonawrócona rodzina Korneliusza, poganina, mówiła językami, jak niegdyś apostołowie i ich towarzysze mówili innymi językami w wieczerniku. Niema więc żadnej wątpliwości, że wyrażenie loqui linguis albo lingua na wszystkich miejscach Nowego Testamentu zawsze jedno oznacza. Ten sam dar języków, który ujawnił się po raz pierwszy w dzień Zesłania Ducha Św. w wieczerniku, powtarzał się potem często wśród wiernych w czasach apostolskich. Nigdzie nie jest on tak jasno opisany, jak w drugim rozdziale „Dziejów Apostolskich.” Rozdział ten przeto ma być punktem wyjścia dla należytego ocenienia natury tego daru.

Uczniowie, na których Duch Św. zstąpił, poczęli mówić rozmaitymi językami. Co to były za języki? Były to narzecza, różne od ich języka ojczystego, narzecza, których używały ludy obce w Galilei. Taki wniosek z łatwością wywodzi się z kontekstu. Żydzi, zamieszkali wśród różnych narodowości, wyliczonych przez św. Łukasza, „zdumiewali się wszyscy i dziwowali,” słysząc ich swym językiem mówiących (τῇ ἰδίᾳ διαλέκτῳ). „Izali, mówili między sobą, nie są Galilejczykami wszyscy ci, którzy mówią? A jakośmy słyszeli każdy z nas swój język, w którymechmy urodzili?” (Dz. Ap. II, 7, 8). Byli pomiędzy tymi żydami słuchacze, mniej roztropni, którzy nie zdając sobie dokładnie sprawy z tego, co się działo, wyobrazili sobie, że uczniowie Pana w przystępie uniesienia wymawiali dźwięki bez znaczenia; i skutkiem tego wzięli ich za ludzi pijanych.

Przychodzimy więc do wniosku, że dar języków, udzielony w dzień Zesłania Ducha Św. i potem często się powtarzający, był to dar mówienia obcemi narzeczami, których się nigdy nie uczono. Lecz do czego miał służyć ten dar języków? Czy do nauczania apostolskiego? W tekście Pisma św. niema nic coby na taki cel naprowadzało. Uczniowie zaczęli mówić obcymi językami w miejscu, gdzie byli zgromadzeni, a tam ludu nie było. Co więcej, nie sami tylko głosiciele słowa bożego, t. j. apostołowie, mówili w ten sposób, lecz i stu dwudziestu uczniów, którzy się znajdowali w wieczerniku: „I napełnieni byli wszyscy Ducha Świętego, i poczęli mówić rozmaitemi językami.” Między nimi znajdowały się także „niewiasty święte (Dz. Ap. I, 12 — 15; II. 4). Nadto, żydzi około nich zebrani podziwiają nie tylko to, że słyszą ich nauczających w swoim ojczystym języku, lecz bardziej, że „mówią językami naszemi wielmożne sprawy boże” (Dz. Ap. II, 11). Zresztą, czyżby można było zrozumieć przemowę, głoszoną jednocześnie w jednym i tym samym wieczerniku przez apostołów, przemawiających piętnastoma językami; a to tembardziej, że zgodnie z tekstem Świętym, Piotr św. sam jeden przemawiał do rzeszy, a jedenastu pozostałych stali obok niego: „Stanąwszy Piotr z jedenaścią podniósł głos swój” (Dz. Ap. II, 14). Niektórzy tłumacze przypuszczają, że apostołowie mówili jednym tylko językiem, a każdy słuchacz słyszał ich w swoim ojczystym języku. Tłómaczenie takie jednak nie zgadza się z kontekstem opowiadania, które wyraźnie kładzie cud w tych, którzy otrzymali Ducha Św., a nie w ich słuchaczach. Tłómaczenie takie ma tę jeszcze słabą stronę, iż nie zgadza się z mową domowników Korneliusza, ani z mową dwunastu uczniów z Efezu. Wszak tamci uczniowie chyba nie nauczali, zaś towarzysze apostołów nie pochodzili z różnych narodowości.

Przejęci myślą, iż cud języków ujawnił się podczas nauczania, i że, w zamiarach Boga, cud ten był antytezą cudownego pomieszania języków przy wieży Babel, niektórzy egzegeci (Bisping, etc.) tak tłumaczą mówienie językami w dzień Zesłania Ducha Św. Uczniowie, napełnieni Duchem Św., w rzeczywistości wcale nie mówili różnymi językami, w tej epoce używanymi, lecz jednym tylko językiem, wspólnym do pewnego stopnia wszystkim językom rodzaju ludzkiego, językiem pierwotnym, którym mówiono niegdyś przed rozejściem się ludzi z pod wieży Babel. Przytaczają też na poparcie tego twierdzenia ustęp ze św. Augustyna (In Psalm., LIV, n. 11): „Duch pychy pomieszał języki, Duch Święty je połączył.” Atoli słowa te i tym podobne tego świętego oznaczają to tylko, że Duch Święty połączył w jednym Kościele wszystkie języki. Niepodobna zresztą pojąć, jakim sposobem słuchacze uczniów Chrystusa mogliby rozróżnić w tym pierwotnym języku swój ojczysty język, jak mogliby zrozumieć jedno nawet zdanie, chybaby trzeba przypuścić w każdym ze słuchaczów nowy cud subjektywny, którego niema nawet śladu w tekście świętym. I przypuściwszy nawet taki cud, trzebaby jeszcze przekręcić znaczenie tekstu, ażeby ze słów ἑτέραις γλώσσαις wnioskować o jednym tylko języku, któryby był naturalnie wielorakim, ile że byłby wspólnym wszystkim narzeczom.

Usunąwszy powyższe przypuszczenie, przychodzimy do tych samych wniosków, któreśmy wyżej wypowiedzieli, t. j., że daru języków nie należy szukać w nauczaniu apostołów w dzień Zielonych Świątek. My pojmujemy następstwo wypadków w ten sposób: Cud języków zaczął się w wieczerniku; w dalszym ciągu trwał na zewnątrz w obecności licznego tłumu. Apostołowie pozwolili naprzód uczniom swoim objawić święty entuzyazm; następnie sami się do nich przyłączyli, i wszyscy razem wielbili w różnych językach cuda Pańskie, ulegając działaniu Ducha Świętego, który im poddawał i przedmioty do uwielbienia i słowa do wypowiadania tych uwielbień. Skoro cud został przez tłumy stwierdzony, Piotr, podniósłszy głos z pośrodka wszystkich, we wspaniałej mowie wytłómaczył zgromadzeniu, rozmaicie go pojmującemu, prawdziwe znaczenie spełnionych przed chwilą tajemnic. W jakim języku wygłoszona została ta mowa? Czy Piotr powtórzył ją w piętnastu różnych językach po kolei, ażeby każdy z obecnych słyszał go w swoim własnym języku? W Piśmie świętem niema o tem żadnej wzmianki, i jest to rzeczą mało prawdopodobną. Słuchacze Piotra, jakkolwiek po większej części cudzoziemcy, jednakże mieszkali wtedy w Jerozolimie (Dz. Ap., II, 5, 14). Rozumieli przeto wszyscy, albo prawie wszyscy, dyalekt aramejski, którego używano w mieście świętem. Większość musiała też rozumieć język grecki, bardzo rozpowszechniony podówczas w Jerozolimie. Byłoby zatem zbytecznem, ażeby Piotr powtarzał swoją mowę w wielu językach: dość mu było przemówić w języku ludowym Jerozolimy, albo po grecku, ażeby być zrozumianym przez otaczające go tłumy.

Z tego, cośmy powiedzieli, okazuje się, iż w dzień Zielonych Świątek dar języków objawił się jedynie w wychwalaniu cudów Pańskich (τὰ μεγαλεῖα τοῦ θεοῦ), w którem wzięli udział wszyscy uczniowie, natchnieni przez Ducha Świętego. Takie pojęcie o darze mówienia językami spotyka się na wszystkich miejscach Nowego Testamentu, gdzie jest mowa o tym darze. Wszędzie chodzi o wychwalanie Boga i uczynków Jego. W Cezarei, towarzysze Piotra słyszeli, jak Korneliusz i jego domownicy mówili językami i chwalili Pana (Dzieje Apostolskie X, 46). W Efezie, „mówili językami i prorokowali” (Dz. Ap., XIX, 6), t. j. opowiadali w mowie natchnionej o prawdach wiary. W Koryncie nie inaczej też było. Słuchajmy św. Pawła apostoła: „Kto mówi językiem nie ludziom mówi, ale Bogu” (I Kor. XIV, 2), to znaczy, iż zasyła swą prośbę do Boga. „Bo jeślibych się modlił językiem (obcym), duch się mój modli, lecz rozumienie moje bez pożytku zostaje. Cóż tedy jest? Modlić się będę duchem, modlić się będę i rozumieniem, będę śpiewał Duchem, będę śpiewał i rozumieniem. Lecz jeślibyś błogosławił duchem, ten który jest na miejscu nieuka (t. j. należący do prostego ludu), jakoż rzecze: Amen, na twe błogosławienie? (dziękczynienie) bo nie wie, co mówisz. Abowiem acz ty dobrze dziękujesz, ale się drugi nie buduje. Dziękuję Bogu mojemu, iż językiem was wszystkich mówię. Chociaż kto językiem mówi, po dwu, albo co najwięcey po trzech, i po sobie (niech mówią), a jeden niechay tłumaczy. A jeśliby tłumacza nie było, niechże w Kościele milczy (kto chciałby mówić językiem), a niech mówi sobie a Bogu” (I Kor. XIV, 14 — 17, 27, 28).

Z porównania tych różnych ustępów okazuje się, że przedmiotem owej mowy były, mniej więcej ogólnie, formuły modlitw, któremi wierny, obdarzony darem języków, sławił w obcym języku Boga i dzieła Jego. Odkupienie i uświętobliwienie dusz zajmowały w tem, bez wątpienia, pierwsze miejsce. Formuła Abba (ojcze) Maran atha (Pan nasz przyszedł), czyż nie wzięły początku z daru języków? (Rzym., VIII, 15; Gal., IV, 6; I Kor., XVI, 22)?

Można postawić sobie pytanie, czy dar języków, raz wiernym udzielony, trwał w nich ciągle, i czy, będąc w posiadaniu tego daru, mieli oni możność mówienia w każdej chwili językiem, jakimby tylko chcieli mówić? Pismo św. nie daje żadnej pewnej odpowiedzi na obydwa te pytania. Naszem zdaniem jednak, wyrażenie prout Spiritus Sanctus dabat eloqui illis wskazuje, iż formuła języka obcego była natchniona bezpośrednio przez Ducha Świętego, i że, skutkiem tego, ani tekst formuły, ani język, w jakim była ona wygłoszona, nie zależy od wolnego wyboru wiernych. Można przypuścić wszakże, iż dar języków udzielał pewną łatwość modlenia się i wychwalania Boga w obcych językach.

Czy trzeba wierzyć, że apostołowie posługiwali się darem języków do głoszenia ewangelii ludom barbarzyńskim? Pismo św. nie mówi o tem. Atoli nie można wątpić, iż tak było, ponieważ tym tylko sposobem dar języków stawał się pożytecznym dla dzieł Ducha Świętego: rozszerzenia i uświęcenia Kościoła. Historya uczy, iż dar języków był udzielony w tej formie wielu świętym katolickim missyonarzom, mianowicie św. Wincentemu Ferreryuszowi i św. Franciszkowi Ksaweremu. To też wolno przypuszczać pod tym względem, że apostołowie nie mniej od tych ostatnich zostali ubogaceni, ponieważ mieli opowiadać ewangelię wszystkim narodom ziemi. Taka jest zresztą opinia ogólnie przyjęta przez Ojców Kościoła i uczonych katolickich. Opinia ta zapuściła korzenie w sercach wiernych tak głęboko, że wielu pojmuje dar języków jedynie tylko w zastosowaniu go do głoszenia ewangelii obcym narodom. Widzieliśmy, iż takie pojmowanie jest niedokładne; jest ono, co najmniej, zbyt ciasne. Dokładne pojęcie zdaje się być takie: jest to dar mówienia obcymi językami o rzeczach boskich, bądź w stanie zachwytu, jednoczącym duszę z samym Bogiem (co się zdarzało zarówno słuchającym jak i nauczającym), bądź w stanie zupełnej samowiedzy, nawet podczas nauczania ewangelicznego (co było udziałem samych apostołów, posłanych bezpośrednio przez Ducha Świętego).

Zarzuty.

Pomiędzy tymi, co byli obecni zjawisku w wieczerniku w dzień Zielonych Świątek, byli tacy, którzy słysząc pomieszane głosy uczniów i widząc ich ożywionych świętem uniesieniem, wołali: „Muszczu pełni są!” (Dz. Ap. II, 13). Św. Paweł pisze do Koryntczyków: „Jeśliby się zeszło wszystko zgromadzenie wiernych wespółek, a wszyscyby językami mówili, a weszliby nieukowie albo niewierni, izali nie rzeką, że szalejecie?” (I. Kor. XIV, 23). Taki sam zgoła sąd wydaje o darze języków nowoczesna niewiara. Wystarcza przeczytać np. brednie, jakie pisze w tym przedmiocie Renan w dziele „Les Apôtres” (str. 64—72). Czyż naprawdę w objawianiu się i w używaniu tego daru zachodzi jakaś nieprawidłowość pokrewna obłędowi? Św. Paweł nie miał tego na myśli, gdyż, w tem samem upomnieniu do Koryntczyków wszystkim życzył posiadania daru języków (ibidem 5); dzięki składa Bogu za to, że jemu użyczył tego daru w większej mierze, niż im wszystkim (πάντων ὑμῶν μᾶλλον, w. 18); zakazuje przeszkadzać objawianiu się tego daru na zgromadzeniach (w. 39); gani jedynie tylko nadużywanie rzeczy w samej sobie dobrej; prostuje zaś przesadne wierzenia Koryntczyków względem tego daru: gdyż powinni oni byli przekładać nadeń dar proroctwa, jako bardziej budujący wiernych; nie chce, by popisywano się łaską udzieloną przedewszystkiem dla zjednoczenia duszy z Bogiem. Jeśli co według św. Pawła dla niewtajemniczonych mogło mieć pozór obłędu, to nie dar języków, lecz zamęt, kakofonia, wywołana głosami wielu, odmawiających z przejęciem się lub śpiewających bez zgody niezrozumiałe modlitwy. Dla tego-to właśnie apostoł kreśli do Koryntczyków te pełne mądrości przepisy: „Gdy się schodzicie, każdy z was ma psalm, ma naukę, ma objawienie, ma język, ma wykładanie, wszystko niech będzie ku zbudowaniu. Chociaż kto językiem mówi, po dwu, albo co najwięcej po trzech, i po sobie (niech mówią), a jeden niechay tłumaczy. A jeśliby tłumacza nie było, niechay w kościele milczy (kto chciałby mówić językiem), a niech mówi sobie a Bogu. A tak, bracia, żądajcie prorokować, a mówić językami nie zabraniajcie. A wszystko niech się dzieje uczciwie i wedle porządku” (ibidem 26—28; 39—40). Gdzie przepisy te były przestrzegane—a przełożeni kościołów mieli czuwać nad tem, aby były przestrzegane wszędzie — używanie daru języków nie sprowadzało żadnych trudności. Odmawianie pewnej modlitwy pod wpływem ekstazy nie zawierało w sobie nic nierozsądnego, podobnie jak niema aktu nierozsądku w mowie krasomówcy, przejętego swoim przedmiotem; tony hymnu śpiewanego z natchnienia Ducha Świętego na nutę bądź znaną, bądź improwizowaną, nie różniły się wielce od śpiewu melodyjnego i dyalogowego naszych modlitw liturgicznych. Dar języków w ten sposób zużytkowany nie przedstawiał więc nic niezgodnego z powagą należną miejscu świętemu.

Lecz powiadają, że nierozumną jest rzeczą a tem samem niegodną Boga, aby Duch Święty poddawał ludziom, obdarzonym rozumem, formuły modlitw i śpiewów, których sensu nikt nie rozumie, ani słuchający, ani nawet mówiący. Zarzut ten więcej ma pozornej, aniżeli istotnej wartości. Zauważmy najpierw, że „kto mówi językiem, nie ludziom mówi, ale Bogu” (I. Kor. XIV, 2). Otóż niema języka, któregoby Bóg wszystko wiedzący nie rozumiał. Co więcej, kiedy wierny modli się w ten natchniony od Boga sposób, to nie tyle on się modli, ile Duch Święty mieszkający w jego duszy i posługujący się władzami tej duszy, jako żywemi narzędziami. Takie działanie boskie, jedna z najwznioslejszych tajemnic wiary naszej, jest wyraźnie nauczane przez św. Pawła w liście do Rzymian (VIII, 26, 27). „Duch, powiada ten Święty, dopomaga krewkości naszej, abowiem o cobyśmy prosić mieli, jako potrzeba, nie wiemy, ale sam Duch prosi za nami wzdychaniem niewymownem. A (ten) który wypatruje serca, wie czego Duch pożąda: iż według Boga prosi za świętymi.” A więc rzec można, iż formułka wypowiedziana „językiem” jest zrozumiała i dla tego, do kogo się ona odnosi, i dla tego, kto bierze głównie udział w odmawianiu jej. Zresztą, św. Paweł mówi, „kto mówi językiem, samego siebie buduje” (w. 4). I, w istocie, dusza, owładnięta przez Ducha Świętego, aby się modliła w ten sposób, czuje się zjednoczoną z Bogiem, cieszy się modlitwą zjednoczenia; otóż doświadczenie stwierdza, że nic nie przyczynia się skuteczniej do postępu duszy na drodze uświętobliwienia, jak modlitwa zjednoczenia. Przeciwnicy nasi nie wierzą w przedmiotową rzeczywistość tego wpływu Ducha Świętego; lecz nie mogą zaprzeczyć, i nie przeczą w istocie, żeby subjektywne przekonanie o tym wpływie boskim nie sprowadziło na duszę zbawiennych skutków, pobudzając ją do praktykowania cnót najwznioślejszych. To powinnoby wystarczać niewierze, by nie miotała sarkazmów na modlitwy, odmawiane w czasach apostolskich w językach niezrozumiałych, tudzież na modlitwy odmawiane dziś jeszcze w języku łacińskim w świątyniach katolickich i w klasztorach Bogu poświęconych dziewic. Co się tyczy wiernych obecnych na zgromadzeniach, gdzie objawiał się dar języków, zalecenia św. Pawła czyniły daremnemi wszelkie niedogodności, wynikające dla nich z używania języka niezrozumiałego. To bowiem, co się objawiało na zewnątrz pod wpływem daru języków, powinno było zawsze być wytłómaczonem; jeśli zaś nie było tam nikogo, ktoby mógł dać tłómaczenie, „język” skazany był na milczenie. Zresztą, każdy komu Duch Święty natchnął modlitwę w języku niezrozumiałym, posiadał zwykle zarazem i dar tłumaczenia; a tem samem znikała i dla niego niedogodność, jaką niewiara śmie zaznaczać w darze języków. Wniosek ten wyprowadzamy z następujących słów apostoła: „Tak i wy, mówi on, gdyż duchów żądacie (t. j. ponieważ pragniecie tych łask duchownych), szukajcież, abyście ku zbudowaniu Kościoła obfitowali (t. j. pragnijcie ich ku zbudowaniu wiernych). A dla tego, kto mówi językiem, niech się modli, aby wykładał (t. j. niech prosi Boga, by mu dał dar tłómaczenia tego, co mówi). „Cóż tedy jest? Modlić się będę duchem (t. j. darem języków, który jest we mnie), modlić się będę i rozumieniem (t. j. rozumiejąc sens mojej modlitwy). Będę śpiewał duchem, będę śpiewał i rozumieniem” (I. Kor. XIV, 12—15).

Po tem, cośmy powiedzieli, pozostają jeszcze dwa pytania do rozstrzygnięcia. Pierwsze, dla czego Duch Święty dopuścił, aby pierwotni wierni modlili się w stanie mniej lub więcej ekstatycznym, w językach, których od urodzenia nie umieli? Drugie, dla czego dar ten zniknął w Kościele od czasów apostolskich, podczas gdy inne dary, jak np. prorokowanie, wiedza naturalna i t. d. przetrwały w pewnej mierze aż do naszych czasów?

Na pierwsze pytanie możemy odpowiedzieć najpierw ze św. Pawłem: „Języki nie są na znak wiernym, ale niewiernym” (I. Kor. XIV, 22). Cud bowiem języków, objawiwszy się po raz pierwszy, potężnie poruszył niewierzących jeszcze żydów, których szum wiatru gwałtownego pociągnął do wieczernika: „Zdumiewali się wszyscy i dziwowali” (Dz. Ap. II, 7). Tak samo musiało być i później, ilekroć niewierzący, wchodząc na zgromadzenie chrześcijan, byli tam świadkami takiegoż samego cudu. Cud ten był łatwy do sprawdzenia zarówno ze względu na fakt sam, jak i na przyczynę jego koniecznie nadprzyrodzoną. Niewierzący, widząc na własne oczy dzieło Boga, pociągnięty bywał ku zgromadzeniu, z którem tak widocznie Bóg przebywał. I niech nikt nie mówi, że znak ten był niepewny i omylny, gdyż podobne objawy ekstatyczne zdarzały się wówczas i dziś jeszcze zdarzają w sektach heretyckich i nawet w zgromadzeniach wolnomyślicieli. Nie ma tu bowiem żadnego podobieństwa; wystarcza odpowiedzieć słowy: „Z owoców ich poznacie je.” Dyabeł, że tak powiem, „naśladuje Boga” i usiłuje naśladować dzieła boskie; lecz oszukaństwo zawsze się w ten lub ów sposób ujawnia i okazuje się zwłaszcza w próżnych i bezecnych skutkach, będących wynikiem tych objawów. Niewierzący zaś, uderzeni znakiem języków, mieli przed oczami, prócz wzmiankowanego wyżej boskiego początku, jeszcze przykład wszelakich cnót, jakiemi świecili chrześcijanie.

A oto odpowiedź na drugie z dwóch powyższych pytań. Znak ten, ze wszystkich innych był najwłaściwszy do wprowadzenia niewiernych do Kościoła: on bowiem ukazywał w sposób wybitny cechę powszechności nowego społeczeństwa teokratycznego, które miało zastąpić odtąd synagogę przeznaczoną dla jednego tylko narodu. Sprawy boskie, opowiadane w rożnych językach, czyż nie były znakiem spełnienia się przepowiedni Malachiasza: „Od wschodu słońca aż do zachodu wielkie jest imię moje między narody: a na każdem miejscu poświęcają imieniowi memu ofiarę czystą” (Mal. I, 11).

W kilka lat potem Ewangelia była głoszona wszystkim narodom; a więc cecha powszechności Kościoła Chrystusowego sprawdziła się rzeczywiście. Dar języków dopiął już wówczas swego celu, mógł więc znikać powoli. Ślady jego spotykamy jeszcze w drugim wieku, jak świadczą słowa św. Ireneusza: „Słyszeliśmy bracia w kościele posiadających dary (χαρίσματα) proroctwa i mówiących Duchem różnymi językami” (Haer. V, 6). Tylko dar proroctwa, znak nie dla niewiernych, ale dla wiernych (ibidem 22), miał w dalszym ciągu budować wiernych. Dar języków rzadko już objawiał się niewiernym, i to tylko w tej postaci, w jakiej został udzielony apostołom, opowiadającym Ewangelie narodom.

Prw. Smith. Dictionary of the Bible, art. „Tongues.” Riickert. Der erste Brief Pauli an die Korinther, rozdz. XIV, i drugie wydanie: Ueber die Charismen der Prophethie und des Glosseredens. Bisping. Der erste Brief an die Korinther, rozdz. XIV, 13—40. Landt. Ueber die Gabe der Sprachen. Patrizi i Beelen. Commentaria in Acta Apostolorum, rozdz. II, 1—14. (J. Corluy).

(X. A. K.)