KONSTANTYN (Chrześcijańskość Konstantyna).

Nawrócenie Konstantyna było w ostatnich czasach przedmiotem bardzo szczegółowych badań krytycznych, zmierzających do znacznego obniżenia, jeżeli nawet nie do zupełnego zaprzeczenia szczerości jego uczuć chrześcijańskich.

Nie przeczymy, że przy tych badaniach krytyka mogła wykazać polityczne motywy, które przygotowały to nawrócenie; że ściślej zbadała zanadto entuzyastyczne opowiadania pierwszych panegirystów wielkiego cesarza, ale bynajmniej nie myślimy, jak niektórzy pisarze, że te krytyczne badania doprowadzają do zupełnego wywrócenia tradycyjnych przekonań o nawróceniu Konstantyna.

Niezależnie od cudownego faktu, podanego przez Euzebiusza i Laktancyusza, (ob. artykuł poprzedzający), wierzono dotychczas, że Konstantyn wyrzekł się pogaństwa niebawem po swem zwycięstwie nad Maxencyuszem (r. 312); wierzono zaś temu na podstawie współczesnych wypadkowi pisarzy, na podstawie licznych aktów urzędowych, świadczących o względach, jakimi ten panujący otaczał Kościół i chrześcijan. Miałożby być obalone to powszechne przekonanie? W oczach Duruy np. (Hist. d. Romains, t. VII, str. 36—88), Konstantyn nie był ani chrześcijaninem ani poganinem, albo raczej był on i jednym i drugim, w miarę okoliczności, według wymagań polityki. Sceptyk w rzeczach religii, z dniem każdym przechylał się bardziej na stronę Kościoła; ale „jego sumienie religijne aż do końca będzie miało niepewności.” (Tamże. str. 61).

Też same zdania, tylko jeszcze bardziej tendencyjne, spotykamy u wielu współczesnych nam niemieckich pisarzy. Dla niektórych z nich Konstantyn był „wolny od wszelkiej idei chrześcijańskiej.” (Jakób Burckhardt 1 i J. Marquardt), „wyznający co najwięcej tolerancyjny monoteizm.” Przyznają mu niektórzy rodzaj przesądu chrześcijańskiego (Teodor Brieger), ale „zmieszanego z praktykami otwarcie pogańskiemi” (J. Burckhardt).

Rzecz przytem szczególna i charakterystyczna, że ci panowie, przystępując do tak bezwzględnej zmiany dawnych pojęć o pierwszych chrześcijańskich cesarzach, bynajmniej nie troszczyli się o odkrycie nowych dokumentów, któreby umacniały te ich nowe poglądy! „Od edyktu Medyolańskiego, pisze Duruy, katolicy stwierdzali pobożność Konstantyna dowodami których większość jest prawdziwa, ale które nie przedstawiają prawdy całkowitej, albowiem ukazują tylko jednę stronę tej polityki, która przecież bez hypokryzyi i bez kłamstwa, lecz tylko dla spokoju publicznego, była podwójna: jedna dla chrześcijan, druga dla pogan; ta ostatnia pozostaje dotąd niewyjaśniona dla braku dowodów pogańskiego pochodzenia.”

Otóż-to frazes: brak dowodów pogańskiego pochodzenia!... Cała jego wartość, że doskonale osłania słabość niekrytycznej opinii. Ale zobaczmy, czy argument ten o braku dowodów pogańskich, jakkolwiek jest bardzo słaby sam w sobie, posiada chociaż tę wagę, jaką mu jego przypisują zwolennicy?

Mówią, że w r. 315 Konstantyn nic nie czynił i nic nie mówił, coby zdradzało zmianę jego przekonań. Myślano, że po swojem zwycięstwie, pisze Duruy, Konstantyn nie dopełnił zwykłych ofiar na Kapitolu. „Opuścić ten zwyczaj, dodaje tenże autor, byłoby rażącą apostazyą wśród miasta nawskroś pogańskiego.” Po takim wstępie spodziewaćby się można od autora Historyi Rzymian dowodu, że Konstantyn rzeczywiście, przeciw przyjętemu dotychczas mniemaniu, udał się na Kapitol dla złożenia ofiary bogom; ale cóż, kiedy panegirycy pogańscy, sławiący tryumfalny wjazd Konstantyna do Rzymu po zwycięstwie nad Maxencyuszem (paneg. IX, 19) zapomnieli—i słusznie—powiedzieć o złożonych przez cesarza na Kapitolu bogom ofiarach! A przecież ci sami panegirycy nie przepomnieli wspomnieć ani o widowiskach, ani o walkach gladyatorów, ani o świętych igrzyskach, na których obywatele rzymscy mogli własnemi oczyma oglądać cesarza: „Homines diebus munerum sacrorumque ludorum... te ipsum spectare potuerunt.” A zatem trzeba zawnioskować, że Konstantyn, zaniedbując tę istotną ceremonię złożenia ofiar w urzędowej świątyni państwa i religii rzymskiej, złożył dowód jaskrawej apostazyi.

Rychło po porażce Maxencyusza ukazał się edykt Medyolański, przyznający chrześcijanom swobodę wyznawania ich wiary. Czyn ten nie jest czynem chrześcijańskim, powiadają nasi przeciwnicy: „ogłasza on równość wszystkich kultów, przyznaje najzupełniejszą wolność praktykom religijnym, nosi podpis dwóch monarchów, przyznających sobie pogański tytuł najwyższego kapłana, Pontifex Maximus.” (Ob. Duruy, ibid. str. 61). Wszystko to prawda w pewnej mierze, ale jeżeli edykt Medyolański z powodu poruszonych w nim zasad nie posiada charakteru ściśle i wyłącznie chrześcijańskiego, to mniej jeszcze posiada on charakteru pogańskiego; zrywa otwarcie z pogańską zasadą urzędowej religii rzymskiego państwa, a tchnie jedynie życzliwością i sprawiedliwością względem chrześcijan. Czyż tylko pod warunkiem prześladowania pogan mógł się cesarz stać chrześcijaninem? Któżby to śmiał utrzymywać? Wskutek takiego to pomieszania sumienia politycznego z sumieniem religijnem Konstantyna zaczęto podawać w wątpliwość szczerość nawrócenia się tego cesarza do chrystyanizmu.

Inne fakta, przytaczane przez tychże historyków, dają się uporządkować pod uwagi powyższe i mają znaczenie tylko negatywne.

W r. 315 wzniesiono w Rzymie łuk tryumfalny dla Konstantyna. Umieszczone tam płaskorzeźby przedstawiają religijne ofiary pogańskie; „nie widać tam ani Labarum ani krzyża” (Duruy, ibid. str. 65). Ale należało przy podnoszeniu tego zarzutu zauważyć to, co już Baroniusz był uczynił, że ów łuk tryumfalny został przyozdobiony wieloma kamieniami, wydobytymi z pomników, wzniesionych na cześć Marka-Aureliusza i innych cezarów, oraz przedewszystkiem należało powiedzieć, że łuk ów został wzniesiony przez Senat rzymski, będący wówczas ostatniem w państwie silnem przedmurzem poganizmu.

Ze Konstantyn obdarzał pogan swem zaufaniem, że przysłuchiwał się mowom, w których wzywano imienia bogów, że obok licznych jego dekretów na korzyść chrystyanizmu znajdują się dekrety na rzecz poganizmu, o tem wszyscy oddawna wiedzieli; ale nikomu przez myśl nie przeszło upatrywać w tem argument przeciw nawróceniu się Konstantyna. Wiedziano bowiem dobrze, że Konstantyn to nie św. Ludwik, a jego wiek to nie wiek XIII. Nie ma przeto potrzeby dłużej się zastanawiać nad tą stroną tej sprawy. Ale czy przypadkiem nie zdają się znamionować pewnej stałej sympatyi dla religii pogańskiej, albo przynajmniej pewnych zwyczajów, nie łatwo zgadzających się z czystem uczuciem chrześcijańskiem, pewne owe czyny religijne Konstantyna, pewne znaki, na monetach jego zachowane?

Wyżej przytoczeni historycy niemieccy szczegółowo zbadali prywatne i publiczne życie Konstantyna, a jeden z nich, Burckhardt, odważył się twierdzić, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat panowania cesarza znalazł „widoczne dowody anti-chrześcijańskich i otwarcie pogańskich sympatyi. Ze swej strony O. Grisar poddał mniemane bałwochwalcze czyny Konstantyna gruntownej krytyce 2 i dowiódł jak na dłoni, że należy znacznie obniżyć doniosłość tych rzekomych aktów bałwochwalstwa. Idźmy więc w ślad za myślą tego powszechnie dziś poważanego chrześcijańskiego pisarza. Podaje Zozym, historyk w V w. żyjący, że Konstantyn kazał zbudować w Konstantynopolu trzy świątynie pogańskie: jednę dla matki bogów, Rhea, drugą dla Dyoskurów i trzecią dla Tyche albo Fortuny. Ale dwie pierwsze z tych świątyń miały tak widocznie charakter budowli publicznych, że sam Burckhardt był zmuszony wyznać, iż one nie były właściwemi świątyniami pogańskiemi. Matka bogów uległa takim okaleczeniom i modyfikacyom, że one odjęły jej wszelki przerażający pogański charakter: ramiona jej, poprzednio wyciągnięte nad lwami, teraz wzniesione ku niebu nadają jej błagalną postawę raczej chrześcijańskiej Orante, aniżeli pogańskiej bogini. Sprowadzono także wiele innych posągów do Konstantynopola i przeznaczono je ku ozdobie nowego grodu. Tym sposobem Kastor i Pollux zostali wprowadzeni pod portyk nowego hypodromu, a Zozym tak dalece nie uważa tej wystawy za cześć dla dwóch braci bliźniąt, iż utyskuje na widok resztek starego kultu, służących za narzędzie do zwycięstw kultowi nowemu. „Prowadzono, mówi Euzebiusz, jakoby więźniów jakich, tych bogów sławnych z baśni starodawnych i ciągniono ich sznurami.”

Jedynym punktem wątpliwym, jedynym przedstawiającym rzeczywiste trudności, jest Tycheon, budowla przeznaczona dla posągu Fortuny. „Ta Tyche, powiada Grisar, żadną miarą nie jest mi sympatyczna; w czasie, gdy poganizm uciekał z monarszego tronu, mogła ona stanowić zachętę do praktyk, jeśli nie wprost bałwochwalczych, to przynajmniej zabobonnych.” Trudna to rzecz zaiste, aby w atmosferze tak bardzo przesiąkniętej chrześcijaństwem cześć oddawana Fortunie wolna była od bałwochwalstwa. Wszelako, kult Fortuny należał do tego rodzaju kultów, które najłatwiej przejść mogły w symbolizm, a właśnie na pewnych danych przypuszczać można, że kult Fortuny wówczas powoli nabierał tej cechy symbolizmu; podług bowiem Preller'a (Mitologie greque), w miarę znikania wiary w bóstwa, wzrastał i poważniał kult Tyche. Zaiste, to wielką ofiarą dla rzymskiego cezara było porzucenie myśli, która symbolizowała wielkość i przyszłość państwa. To też zdziwiło Konstantyna, że ten szmat poganizmu wolno mu przyszyć do swej szaty neofity. Kult Tyche był nieodłączny od istnienia Konstantynopola. Podług Chronicon Paschale corocznie świętowano pamięć założenia tego miasta i w dzień ten oprowadzano po ulicach złocony posąg, przedstawiający samego Konstantyna z posążkiem Tyche w ręku, a przed tą gruppą musiał padać na twarz panujący monarcha. Czy zaś to na twarz padanie miało oznaczać cześć religijną, oddawaną przedmiotowi, przed którym się na twarz padało? Z góry powiedzieć można, że nie; zwłaszcza zaś, jeśli się uwzględni obyczaje wschodnie. Jakiekolwiek zresztą nadawać się będzie tłómaczenie kultowi Tyche, nie będzie ono miało zbyt doniosłego znaczenia w kwestyi religijnych pojęć Konstantyna, albowiem kult ten przetrwał po jego śmierci i był zachowywany przez cesarzów, których chrześcijańskie uczucia najmniejszej nie podlegają wątpliwości.

Doroczne te ceremonie konstantynopolitańskie przypominały może zanadto apoteoze,—tak przynajmniej utrzymują niektórzy, ale w rzeczywistości nie były one właściwą apoteozą cezarów, lecz słabem jej naśladownictwem, gdyż cześć boska cesarzom oddawana, polegała przeważnie na paleniu kadzidła.

Pisarze, chrześcijańskim tradycyom niechętni, przytaczają wiele innych faktów, mających jakoby dowodzić, że Konstantyn sprzyjał a nawet uganiał się za tą umiarkowaną apoteozą; do takich faktów zaliczają przyjęty przezeń tytuł „Pontifex Maximus,” ustanowienie kollegium kapłanów na cześć swojej rodziny i, podług napisu w Spello, wzniesienie świątyni w tym samym celu. Prócz tego podaje historyk Filostorgiusz, że prawowierni anti-aryańscy chrześcijanie w Konstantynopolu wykonywali wszelkiego rodzaju zabobony przed wielką porfyrową kolumną, na której stał posąg Konstantyna. Filostorgiusz mówi o tem, co się działo za jego czasów, t. j. w sto lat po Konstantynie.

Otóż wszystkie fakta powyższe dalekie są od tego znaczenia, jakie im nadają przeciwnicy. Przedewszystkiem trzeba pamiętać, że tytuł „Pontifex Maximus” zamykał w sobie przywileje polityczne, które trudno byłoby określić przy braku tego tytułu. Pojęcie państwa było pogańskie i takiem długo jeszcze pozostać musiało. Chrystyanizm nie starał się bezpośrednio o zmianę tego pojęcia. Cesarze chrześcijańscy aż do Gracyana nie przestają ozdabiać się tytułem „Pontifex Maximus,” a przecież władza kościelna nic na tem nie traci.

Napis w Spello, którego autentyczność sprawdzono, wcale nie powiada, że Konstantyn kazał wznieść świątynię na cześć rodziny Flawiuszów, lecz tylko, że pozwolił wznieść taką świątynię, —a wielka to przecież różnica pomiędzy jednem wyrażeniem a drugiem. Wreszcie rzekome ustanowienie kollegium kapłanów w tym samym jakoby celu jest niczem więcej, tylko prostym wymysłem.

Co się zaś tyczy roczników, to naprzód grzeszy on małą niedokładnością: gdyż nie wiadomo dla czego łączy swe opowiadanie z nawróceniem Konstantyna, a następnie opowiadanie jego traci wszelkie znaczenie wobec szczegółów uzupełniających, podanych o tym samym przedmiocie przez Nicefora Kallista. Historyk ten mówi, że wspomniana przez Filostorgiusza kolumna zawierała w sobie część prawdziwego krzyża Chrystusowego. Już zatem choćby z tego samego powodu mogła ona być przedmiotem czci wiernych; ale, co więcej, tenże Nicefor dodaje, że posąg, umieszczony na tej kolumnie, przedstawiał Konstantyna, trzymającego w prawej ręce kulę złotą z następującym napisem: „Tobie-to, Chryste Boże, poświęcam to miasto,” co właśnie nie odejmowałoby wzniesieniu tej kolumny wszelką cechę pogańską. Wobec tego upada i ten zarzut przeciw chrześcijańskości Konstantyna.

Zwolennicy zbijanej przez nas opinii o pozornej chrześcijańskości Konstantyna korzystali z monet tego cesarza, by skuteczniej oprzeć swą teoryę. I rzeczywiście, dużo jeszcze na tym punkcie pozostaje do wyjaśnienia, choć już daleko jesteśmy dzisiaj od czasu, kiedy numizmatyk Eckhel mógł utrzymywać, że cała monetarna historya panowania Konstantyna była historyą pogańskiego cesarza. Dziś już posiadamy monety Konstantyna, jedne typu wyłącznie chrześcijańskiego, inne ze znakami pogańskimi i chrześcijańskimi na obu stronach jednej i tej samej monety. Oba kulty sprzymierzone ze sobą; na nieszczęście, wskutek nie wykazanej na tych monetach daty niepodobna z chronologiczną dokładnością oznaczyć, do jakiej epoki panowania Konstantyna dana moneta należy. Co najwięcej, to możnaby w tym przedmiocie zbadać pewne zdania i wyjaśnić znane typy monetarne, bez możności wszakże wyprowadzenia wniosków chronologicznie dokładnych i pewnych.

Jak słusznie zauważył O. Grisar, niema żadnego dowodu na to, by monety o charakterze pogańskim były późniejsze nad rok 324, t. j. czas, kiedy Konstantyn po upadku Licyniusza został sam jeden panem cesarstwa; zkądinąd znów niektóre wyobrażenia na tych monetach odciśnięte, jak np. wyobrażenie Jowisza i Herkulesa, zdają się pochodzić z przed roku 312. O. Grisar powołuje się w tym razie na powagę Garucci'ego.

A teraz pytanie, czy monety o znakach pogańskich można uważać za dowody, że Konstantyn publicznie wyznawał dwie wiary: chrześcijańską i pogańską? Takiego wniosku nie można wyprowadzać z rzeźbienia postaci bogów na monetach. Chrześcijanie bardzo wcześnie zaczęli używać pogańskich symbolów dla wyrażenia pojęć chrześcijańskich. W niezbyt oddalonych od Konstantyna czasach Auzoniusza kładli oni na swych pomnikach postacie bogów pogańskich jako znaki abstrakcyjne—już to dla prostej ozdoby już też dla ukrycia pod ich osłoną rzeczywiście głębszej myśli chrześcijańskiej. Garucci mówi, że na chrześcijańskich najstarożytniejszych pomnikach bywa przedstawiana bogini zwycięstwa, Victoria, ale w takiem np. rozumieniu chrześcijańskiem, jak to: „A Deo datur Victoria,” od Boga pochodzi Zwycięstwo. — Podaje on jednę figurę, gdzie bogini Concordia, Zgoda, jest przedstawiona pod postacią Psyche i Amora, mających symbolizować jedność i zgodę małżonków chrześcijańskich. Konstantyn zatem, gdy na swych monetach kazał bić wyobrażenie Marsa lub Victoryi, wcale nie wykraczał przeciw religijnemu uczuciu swojej epoki, tem bardziej, że w postaci Marsa, jaką nam podają monety, jest odtworzona głowa Konstantyna o rysach bardzo wyrazistych. Omawiane zatem monety przedstawiają osobę Konstantyna-Zwycięzcy, a postać Marsa służy tu tylko dla obudzenia uczucia brawury i wojskowej odwagi.

W szczególny wszakże sposób powoływano się na monety, których jedna strona przedstawia podobiznę słońca, z takimi np. napisami: „Solž invicto comiti,” „Soli invicto,” „Soli comiti Aug.” Z tego wyprowadzono wniosek, że Konstantyn był zwolennikiem czci słońca, która w owych czasach pod imieniem Apollina, Herkulesa lub Mithry powoli się rozszerzała po rzymskiem imperium.

Stwierdzono w istocie, że Konstantyn oddawał szczególną cześć Apollinowi; tem nie mniej jednak nie mamy dotychczas dowodów na to, by cesarz ten po swem nawróceniu pozostał kultowi Apollina wierny; owszem Julian Apostata wyrzuca mu nawet głównie to jedno, że porzucił cześć słońca. „O synu mój, czemużeś swym ostrym pociskiem nie uderzył na tego śmiertelnego zuchwalca, zbiega od czci twojej?” Tak każe Julian przemawiać Apollinowi przez usta Jowisza. Współczesny Konstantynowi pisarz, J. Firmicus Maternus tak dalece nie podejrzywa cesarza o skłonność ku czci bożka Słońca, że przypisuje mu swe dzieło o „błędach religii pogańskich,” w którem szczególnie uwzględnia kult słońca.

Jakież więc nadać znaczenie tym licznym monetom, przedstawiającym Konstantyna z głową otoczoną promieniami słońca?

Nie trudna to rzecz do wyjaśnienia. Symbol słońca odnosi się tu nie do Apollina, lecz do samego Konstantyna cesarza. Cała ówczesna literatura— chrześcijańska i pogańska — przypisuje Konstantynowi przymioty słońca. Porfiryusz Optacyanus, zwracając się do Konstantyna, mówił: „Magna data tu lux awrea Romae” (panegyr. IID); w innem zaś miejscu nazywa go „Jubar lucis primum” (paneg. VIII).

Nazaryusz oddaje, że Maxencyusz, wywracając posągi Konstantyna, wywracał „światło świata.” Euzebiusz w swej Historyi Kościelnej (X, 9), mówi, że panowanie tego cesarza było światłem (φωτὸς) napełniającem wszystko: po śmierci jeszcze synowie jego jaśnieją promieniami w dziele swem Vita Constantini (I, 43) dodaje tenże Euzebiusz, że Konstantyn ukazał się wszystkim rzymianom, jako oswobodziciel i dobroczyńca, „podobnie jak słońce wznosi się ponad ziemię i szczodrze posyła swe światło wszystkim ludziom.” Symbole te zresztą i wyrażenia przenośne wdrażały się zarówno w chrześcijańskie jak i pogańskie umysły. Ze słońca, ze światła żydowscy i chrześcijańscy pisarze brali porównania i niemi przyozdabiali swe krasomówcze zwroty. Rychło po epoce Konstantyna spotkać będzie można rysowaną na szkle głowę Chrystusa, otoczoną promieniami słońca, zupełnie tak samo, jak głowa Konstantyna na owej rzymskiej monecie. Dowodzi to tylko, że w chrystyanizmie, przynajmniej z owej epoki, nie przywiązywano znaczenia do pierwiastkowego pochodzenia rzeczy, skoro takowe nie dotyczyły istotnych punktów wiary. Poganizm chylił się ku upadkowi. Z bezpośredniego zetknięcia się z nim nie odczuwano już niebezpieczeństwa. Słońce zresztą świeciło dla wszystkich. Nie było przeto powodu, dla któregoby Konstantyn, raz będąc chrześcijaninem, miał odrzucać ten symbol słońca. Co najwięcej, to symbol ten pomagał tylko niestety do ubóstwiania władzy; i jeżeli skądś, to stąd właśnie groziło niebezpieczeństwo.

Jakeśmy widzieli, przytaczane przeciwko nawróceniu Konstantyna fakta nie są ani liczne, ani doniosłe. Prawie nic z nich nie pozostaje, gdy je podda szczegółowemu rozbiorowi; zaś absolutnie nicby z nich nie pozostało, gdybyśmy je postawili obok faktów licznych i znaczących, odsłaniających religijną wiarę pierwszego chrześcijańskiego cezara.

Ob. O. Grisar, Die vorgeblichen Beweise gegen die Christlichkeit Constantin d. Grossen. Zeitschr. f. Kath. Theol. IV. 1882. (Guilleux).

Przypisy

Footnotes

  1. Die Zeit Coust. d. Gr. Basel. 1853 (b. jednostronny i Kościołowi wrogi).

  2. Zeitschrift f. Kath. Theol, IV zeszyt, 1882.