KOŚCIÓŁ. (Dobra kościelne).
Dobra kościelne były po wszystkie czasy kamieniem obrażenia dla nieprzyjaciół Kościoła, wrogo występujących przeciwko nauce i przeciw praktykom kościelnym. Wszelkie kwestye w tym względzie można sprowadzić do trzech następujących punktów: 1) prawo własności, przynależne Kościołowi; 2) administracya dóbr kościelnych; 3) finansowy udział państwa w utrzymywaniu Kościoła.
1. Prawo własności, przynależne Kościołowi
Począwszy od drugiego wieku ery chrześcijańskiej, Apostolicy utrzymywali, że Ewangelia zabrania chrześcijanom, a tem bardziej duchowieństwu, posiadać jakąkolwiek własność osobistą; w trzy wieki później Pelagiusz i różni inni heretycy, przeciwko którym walczył św. Jan Złotousty, jako zbrodnię zarzucają duchowieństwu posiadanie dóbr doczesnych1. Takąż samą naukę głosił w średnich wiekach Arnold z Brescyi i przyznawał książętom prawo rozporządzania według ich woli dobrami kościelnemi; po nim te same błędy rozsiewali Piotr Valdo, legiści Ludwika Bawarskiego, w końcu Wiklef i inni. Heretycką naukę tego ostatniego wyraźnie potępił dekret Soboru Konstancyeńskiego.
Za naszych czasów przeciwnicy własności kościelnej nie popierają swej teoryi tekstami Pisma św., jak to zwykli byli czynić ich poprzednicy, lecz opierają się na rzekomych prawach państwowych. Zdaniem niektórych, „wszystkie instytucye od najpoważniejszych do najmniej poważnych zawdzięczają swoje istnienie narodowi, dla dobra narodu... A duchowieństwo jest jedną z tych instytucyi.” Z tej zasady, jako absolutny wniosek wynika bezwzględne prawo narodu to jest państwa do zaprowadzania zmian w społeczeństwie kościelnem. Zdaniem innych, państwo, na mocy prawa supremi dominii może dla dobra publicznego przenosić na innych własność instytucyi publicznych, do rzędu których zalicza się i Kościół. Jedni i drudzy dochodzą do jednakowego wniosku: Kościół otrzymuje od społeczeństwa świeckiego prawo posiadania, a zatem społeczeństwo świeckie może odjąć mu to prawo całkowicie albo częściowo.
Wbrew wszystkim tym błędom wiara katolicka naucza, że Kościół ma prawo posiadania, i że posiada on z wszelkiemi prawami prawdziwego właściciela. Prawda ta, sama przez się bardzo widoczna opiera się nietylko na Piśmie św., ale nadto na prawie natury i na prawie wolności wyznania, zapisanem we wszystkich nowożytnych prawach państwowych.
Że Kościół otrzymał od samego Chrystusa prawo posiadania własności, o tem żaden katolik powątpiewać nie może; tak bowiem zawsze wierzyli Ojcowie Kościoła, sobory, duchowieństwo i wszyscy chrześcijanie.
Pierwszym dowodem dawności i stałości tej wiary jest fakt, że Kościół we wszystkich epokach swego istnienia zawsze posiadał dobra ruchome i nieruchome. Posiadał je wtedy nawet, kiedy dekrety Cezarów zabroniły mu posiadania; okazuje się to z postanowień Aleksandra Sewera, który nakazał zwrócić zabrany chrześcijanom kościół, i z prawa zwrotu Kościołowi jego własności, postanowionego przez Konstantyna Wielkiego. Zwłaszcza Kościół posiadał dobra od czasu, kiedy zaczęły go bronić prawa państwowe. Postanowił nadto, iż kradzież rzeczy kościelnej jest grzechem świętokradztwa.
Duchowieństwo więc wierzyło i nauczało swoim przykładem i swemi prawami karnemi, że Kościół otrzymał, od Boga prawo posiadania. Tak samo wierzyli wszyscy chrześcijanie, którzy czynili darowizny na rzecz kościołów i klasztorów.
Prawdę tę zresztą wyraźnie wypowiadają i bronią w swych pismach Ojcowie Kościoła, podczas gdy błąd jej przeciwny po wielekroć bywał potępiony, mianowicie zaś na soborze konstancyeńskim. Sobór ten, którego dekrety dotyczące wiary zostały potwierdzone przez Stolicę Apostolską, obłożył klątwą następujące zdanie: „Którzy zbogacają duchowieństwo działają przeciwko przykazaniu Pańskiemu.” Następnie Papież Marcin V rozkazał zadawać każdemu podejrzanemu o herezyę następujące pytania: „Czy wierzysz, że osoby duchowne mogą bez grzechu posiadać dobra tego świata i własność doczesną?”
Prawdę tę można też wykazać łatwo na tak zwanych dowodach teologicznych. W rzeczy samej, Pan nasz Jezus Chrystus, ustanowiwszy w założonem przez siebie kościelnem społeczeństwie kult zewnętrzny, sakramenta św. i kapłanów mających je sprawować, głosić Ewangelię i rządzić wiernymi, musiał zaopatrzyć Kościół we wszystkie, środki do spełniania tak wysokiego posłannictwa konieczne. Otóż Kościół potrzebuje świątyń, naczyń świętych do sprawowania świętych tajemnic, dóbr doczesnych do wyżywienia i przeodziania kapłanów, tudzież do przygotowania ich przez pobożne i staranne wychowanie, by mogli spełniać swoje wzniosłe zadanie. Z tego się okazuje, że Chrystus musiał dać Kościołowi prawo posiadania środków, dostatecznych do zadosyćuczynienia tym wszystkim potrzebom.
Lecz powiadają na to, iż codzienne jałmużny powinnyby wystarczać Kościołowi. Bez wątpienia, i one w braku innych dochodów należą się kapłanom, albowiem wedle słów Apostoła: „Kto kiedy żołniersko swym kosztem służy? kto sadzi winnicę a z owocu jej nie pożywa?... i my wam duchowneśmy rzeczy siali, wielka rzecz jest, ieślibyśmy wasze cielesne żęli?”2.
Atoli żadne prawo nie zobowiązuje wyraźnie duchowieństwa do zużywania codzień tego co ono otrzymuje, bez względu na oczywiste niebezpieczeństwo znalezienia się nazajutrz bez chleba; żadne prawo nie zabrania duchownym zabezpieczać swej przyszłości za pomocą pozostających od codziennego utrzymania oszczędności. I owszem, przeciwnie, roztropność mu to nakazuje, a dobro Kościoła nawet tego wymaga, gdyby bowiem kapłan musiał zawsze mówić: Co będę jadł jutro? czem się przyodzieję? to pewna, że zbyt często troski o potrzeby materyalne odrywałyby go od bardziej ważnych obowiązków jego świętego postannictwa.
Z drugiej znów strony, niema żadnego powodu, dla któregoby wierni, zamiast każdodziennych ofiar jałmużny, nie mogli ustanowić dochodów stałych, którychby Kościół był właścicielem. Wszak to jedyny środek zabezpieczający niezależność, godność i wykształcenie duchowieństwa; ludy chrześcijańskie zawsze w ten sposób pojmowały własność kościelną. Na podstawie przeto powyższych danych musimy zawnioskować, że wola-to Chrystusa Pana, aby Kościół miał prawo posiadania i aby w rzeczywistości posiadał.
Co się tyczy tekstów przytaczanych przeciwko tej prawdzie, to nie stanowią one żadnego poważnego zarzutu, albowiem ci, co się na nie powołują, albo przyznają Kościołowi władzę nauczania, albo jej zaprzeczają; w pierwszym wypadku odpowiedź łatwa, gdyż Kościół naucza, że może mieć własność i że Pismo św. jest natchnione; w drugim wypadku, nie mają potrzeby zajmować się pogodzeniem nauki Kościoła z nauką Pisma świętego. Wystarcza zresztą odesłać tych, co wymyślili ten zarzut, do dzieł wielkich komentatorów prawnych, gdzie znajdą odpowiedź na wszystkie zarzuty.
Lecz przejdźmy do dowodów innej natury. Zapytajmy, czy prawo przyrodzone w omawianej sprawie pozostaje w zgodzie z prawem boskiem, którego zasady przed chwilą wyłożone zostały. Mógłbym słusznie twierdzić a priori, że pomiędzy temi prawami niema sprzeczności, ponieważ i jedno i drugie ma Boga za sprawcę. Atoli, chcemy tu pytanie to zbadać samo w sobie, podług samych tylko zasad rozumowych.
Podstawą naszego dowodzenia niech będzie ta wielka i niezaprzeczona prawda, w kilku artykułach „Słownika” wykazana, że Kościół nie zawdzięcza swego początku społeczeństwu świeckiemu. Prawda ta, jak się wyżej powiedziało, zaprzeczyć się nie da, a oto jeden z tysiącznych dowodów, które ją stwierdzają.
Człowiek, do podwójnego powołany celu, do szczęścia doczesnego i do wiecznego zbawienia, dla osiągnięcia obu tych celów jednoczy się w społeczeństwo, gdyż tego odeń wymaga instynkt zachowawczy i potrzeby jego natury.
Stąd powstaje społeczeństwo świeckie czyli państwo i społeczeństwo religijne. Pierwsze zapewnia człowiekowi tu na ziemi spokój i szczęście, będące jego celem drugorzędnym; drugie pomaga mu do osiągnięcia szczęścia w niebie, które jest celem jego ostatecznym. Poświęcać społeczeństwo religijne na rzecz społeczeństwa świeckiego, byłoby to poświęcać cel ostateczny dla celu drugorzędnego, cel dla środka, wieczność dla doczesności. Kościół zatem istnieje mocą prawa wyższego albo przynajmniej równego prawu państwowemu. To prawo przypuszcza zdolność posiadania, niepodobna bowiem Kościołowi istnieć bez dóbr doczesnych, bez świątyń, bez świętych naczyń i bez dochodów. Prawo do istnienia pociąga za sobą prawo posiadania wszystkiego, co jest niezbędnem do życia. A zatem sam przyrodzony rozum wymaga, żeby Kościół mógł być właścicielem.
Wiemy, że zarzucają, iż państwo nowożytne nie wierzy w życie przyszłe, że życie jest dla dzisiejszego państwa nieznanym dogmatem, a tem samem i nasze dowodzenie polega na błędzie faktu. Zarzut ten niczego nie dowodzi, ponieważ naprzód, nie jest rzeczą udowodnioną, aby nowożytne państwa nie wierzyły w życie przyszłe, a powtóre, w każdym razie nie wolno państwu zapoznawać tej zasadniczej prawdy prawa przyrodzonego; wreszcie, takie nie łatwe do wytłómaczenia zapoznanie żadnego nie dawałoby państwu prawa ani nad społeczeństwem do innych celów przeznaczonem, ani nad sumieniami jego obywateli. Ustanowione dla doczesnego szczęścia ludzi, społeczeństwo świeckie nie może bez zbrodni przeszkadzać swym obywatelom, aby szukali szczęścia w innem życiu, i co za tem idzie, aby tworzyli społeczeństwo religijne, zaopatrzone w środki niezbędne do swego istnienia. Państwo jest wszechwładne, ale tylko w zakresie swego przeznaczenia: jest to zasada zbyt często zapominana i zapoznawana przez nieprzyjaciół religii, zasada, którą bezustannie przypominać im trzeba.
Kościół, mówi w tym przedmiocie X. Affre3), chociażby nawet w oczach niewierzącego prawodawcy nie posiadał nic boskiego, to jednak z chwilą, gdy nabiera tej cechy boskości w oczach ludzi wierzących, gdy na mocy posiadania tej cechy boskości urządził obyczaje, wierzenia, stan moralny narodu, w ciągu długiego szeregu wieków, gdy się stał integralną częścią jego państwowego ustroju, gdy doń należy tak jak język, którym naród ten mówi, i jak powietrze, którem oddycha, o żaden prawodawca nie ma prawa go obalić i zniszczyć, ani ważnie, ani prawnie, ponieważ nie ma prawa powiedzieć: nie będziesz wierzył w ten lub ów dogmat, masz wierzyć w inne; nie będziesz czcił Boga inaczej, tylko tak, jak ja ci nakazuję: wyprzesz się Boga, którego ojcowie twoi czcili. Do mnie należy urabiać twoje sumienie. Niema nic, coby przechodziło mą władzę.”
Kościół więc ma prawo posiadania rzeczy doczesnych w granicach koniecznych do swego istnienia; taka jest pod tym względem nauka wiary, której rozum nie przeczy; lecz czy nowożytne prawodawstwa uznają tę prawdę?
Otóż zdają się one odrzucać ją w wielu swych rozporządzeniach, atoli wszystkie ją prawie przyjmują w zasadzie. Prawie wszystkie bowiem zapewniają obywatelom państwa wolność i obronę wyznania odnośnie do praktyk religijnych. A właśnie wykonywanie praktyk religijnych i zachowanie jakiegoś wyznania, któremu szczerze jest oddana jakaś ilość ludzi, a względnie wykonywanie praktyk religijnych i zachowanie wyznania katolickiego, wymaga, by społeczność złożona z mnóstwa wyznawców, posiadała dostateczne dochody na swe utrzymanie.
Czyżby bowiem był wolny Kościół, albo jakieś społeczeństwo religijne, a osobliwie Kościół katolicki, gdyby nie mógł zapewnić utrzymania swym kapłanom, ani dać im koniecznego wychowania, ani posiadać świątyń i naczyń świętych, ani rozsyłać misyonarzy, ani wspomagać ubogich, ani nauczać nieumiejętnych, co wszystko przecież wymaga mnóstwa środków materyalnych. Tem samem już, że nowożytne prawodawstwa głoszą wolność wyznań, uznają, iż kościoły mają prawo posiadania własności materyalnej. Odmawianie im tego prawa równałoby się w praktyce niekonsekwencyi i niesprawiedliwości.
Co więcej, byłoby to ze wszystkich tyranii najnieznośniejszą względem obywateli tyranią. Jakto, wszak jeśli prawodawstwo przyznaje właścicielowi prawo rozrządzania swą własnością na cele bezrozumne a często na wszelkiego rodzaju wybryki, jeśli przyznaje mu prawo używania i nadużywania swej własności, miałożby to samo prawodawstwo zaprzeczać mu prawa poświęcenia cząstki dóbr swoich na cele pobożne dla dostąpienia odpuszczenia grzechów? miałożby mu ono zaprzeczać prawa wznoszenia domów modlitwy i zakładów wychowawczych dla uposażenia sług bożych przy chrześcijańskich świątyniach, czynienia zapisów Kościołowi w tym celu, by on ze swej strony mógł wspierać lub nauczać ubogich? Szydziłby chyba z wolności, ktoby podobne prawo wolnością nazywał. A więc pewną jest rzeczą, że nowożytne prawodawstwa, aczkolwiek ubocznie tylko, uznają przecież prawo posiadania, które społeczność religijna otrzymała z prawa natury i z wyraźnej woli bożej.
2. Administracya dóbr kościelnych
Państwo niezadowolnione z powstrzymania wzrostu majątku kościelnego, chce nadto przywłaszczyć sobie jego administracyę. Z prawa przyrodzonego zarząd majątku kościelnego należy do Kościoła, ponieważ Kościół jest wyłącznym właścicielem dóbr swoich, atoli prawnicy na poparcie żądań i uroszczeń państwa przytaczają rozmaite dowody bardzo wątpliwej wartości, które tu poznać musimy. Pierwszym z tych argumentów jest korzyść rolnictwa, przemysłu, jednem słowem, ogólnego dobrobytu. Duchowieństwo, powiadają, nie umie uprawiać roli, ani spożytkowywać swych kapitałów na rozwój przemysłu, skutkiem czego bogactwa, jakie duchowieństwo posiada, pozostają nieprodukcyjnemi w jego ręku, a przeto ogólne dobro wymaga, by państwo wzięło udział w zarządzie dóbr kościelnych dla zużytkowania tych sił, które inaczej byłyby stracone dla dobrobytu narodowego.
Argument ten nie wytrzymuje krytyki, o czem zresztą każdy może się przekonać, gdy dokładnie pozna, co duchowieństwo zrobiło dla postępu rolnictwa, a nawet przemysłu. Boski założyciel Kościoła nie włożył nań obowiązku starania się o postęp rolnictwa i przemysłu; ale dobro religii i własne jej dobro wkłada na duchowieństwo, zwłaszcza jeśli ono posiada większą własność ziemską obowiązek nie pozostawania w tyle za dokonywającym się w świecie postępem materyalnym. Jest to obowiązek, którego duchowieństwo nigdy nie zaniedbywało, a mieszanie się państwa do administracyi dóbr kościelnych przynosiłoby więcej szkody niż korzyści. A zatem wzgląd na rzekome dobro ogólne nie upoważnia państwa do krępowania wolności Kościoła w administrowaniu jego własnego majątku.
Obrońcy zasady o wszechwładztwie państwa przytaczają na drugiem miejscu dobro ludu chrześcijańskiego. Zła administracya majątku kościelnego, powiadają, może pozbawić katolików pewnych posług religijnych, do których oni mają prawo, albo też zmuszać ich moralnie do nowych ofiar, które przy dobrej administracyi byłyby zbyteczne. Państwo zatem, dbałe o dobro swych obywateli, ma prawo czuwać, by dobra przeznaczone na potrzeby służby bożej i na cele dobroczynne, nie zostały rozproszone albo użyte przez duchowieństwo na inne cele.
Nadto w obecnej chwili państwo przytacza trzecią jeszcze pobudkę, skłaniającą je do odebrania Kościołowi zarządu jego majątku. Mianowicie, że od czasu konfiskaty majątków kościelnych państwo zobowiązało się prawie wszędzie, a szczególniej we Francyi, do pokrywania wydatków na zewnętrzną służbę ołtarza, i że dziś posiada on tylko resztki wielkiego niegdyś majątku kościelnego. Z tego rozporządzenia wynika, iż zapomogi, żądane od skarbu publicznego, zwiększają się lub zmniejszają, stosownie do tego, czy dobra jest lub zła administracya dóbr kościelnych. Państwu przeto zależy na tem, by administracya ta była roztropna i mądra, by sumy, których ono dostarcza, były zużytkowywane z korzyścią dla obu społeczności. Zdaje się więc, że z tego powodu nie można odmówić państwu pewnego wpływu na zarząd majątku kościelnego.
Ale pytamy, jak daleko wpływ ten ma sięgać? Trudno to określić, gdyż musi się on zmieniać stosownie do okoliczności jako też wysokości udzielanej przez państwo zapomogi, a także stosownie do prawodawstwa państw poszczególnych. Można tylko w ogóle na te zarzuty odpowiedzieć, że interwencya państwa powinna być taką, aby Kościołowi pozostawiała możność rozporządzania swym majątkiem, i aby tym sposobem Kościół mógł zapobiegać nadużyciom, jakieby mogły wyniknąć z konieczności przyjmowania znaczniejszych zapomóg ze strony państwa.
3. Finansowy udział państwa w utrzymywaniu Kościoła
Z omawianemi powyżej kwestyami łączy się jeszcze jedna kwestya, mniej ważna w praktyce, ale stanowiąca przedmiot bardzo ożywionych sporów pomiędzy katolikami a wolnomyślicielami.
W obecnej chwili we wszystkich prawie państwach europejskich Kościół żyje z resztek swego dawnego majątku i z indemnizacyi, jaką otrzymuje od rządów; po za Europą utrzymuje się on z dobrowolnych ofiar pobożnych dziatek swoich. W tych warunkach Kościół, tak jak jego boski założyciel, żywi się ubogo chlebem, który codziennie otrzymuje, i tem się zadawalnia. Lecz czy nie ma on prawa liczyć na poparcie społeczeństwa świeckiego? Czyż państwo nie jest obowiązane przychodzić z pomocą Kościołowi w utrzymaniu służby bożej?
Gdyby była mowa o państwie katolickiem, utrzymującem w sobie jedność religijną, odpowiedź byłaby łatwa. Lecz przypuśćmy, że jest tu mowa o państwie, jak np. Francya, w którem wszystkie religie mogą być wyznawane i w którem prawo pozostawia każdemu obywatelowi wolność nienależenia do żadnego wyznania; to i w takim nawet razie państwo obowiązane jest ponosić koszta religijnego kultu. Dobro bowiem spokoju publicznego i dobro obyczajów wymaga, żeby potrzeby religijne narodu były zaspokojone, a obywatele kraju mają prawo wymagać, by państwo przychodziło im w tym razie z pomocą, podobnie jak mogą wymagać, żeby im dostarczało, wedle możności, środków do wychowywania dzieci. Tym wszystkim zaś wymaganiom państwo czyni zadość przy pomocy środków pieniężnych, te przeto są również konieczne do utrzymania religijnego kultu, który wyznaje większość lub znaczna część obywateli kraju.
Zresztą budżet wyznań, nawet w naszej hypotezie, nie byłby, jak to zbyt często przypuszczają niektórzy, łaską darmo udzieloną, którą społeczeństwo świeckie obdarzałoby religijną społeczność; byłby to tylko objaw wdzięczności za otrzymane ze strony Kościoła dobrodziejstwa. Któż to bowiem, jeśli nie religia i Kościół utrzymuje w narodzie dobre obyczaje, porządek, pokój? Państwa poświęcają rokrocznie setki milionów na utrzymanie armii, sądów, na oświatę publiczną, i wszyscy za to je chwalą. Z jakiej—że racyi tedy owe krzyki na niewielkie sumy, jakie państwo wydaje na potrzeby religijnych wyznań? Wszak prawda to niezawodna, że bez religii żadne państwo istnieć nie może. Widocznie zatem w gruncie rzeczy w tych narzekaniach tkwi jedynie tylko nienawiść do religii, albo też jakaś niewytłómaczona nieznajomość rzeczy.
Lecz może kto powie: państwo postępowałoby niesprawiedliwie względem mniejszości ludzi wolnomyślnych, ponieważ zmuszałoby tę mniejszość do płacenia podatków na instytucyę, której ona nie chce uznawać, której nie potrzebuje i którą nawet pogardza.
Tak rozumują wolnomyślni, lecz rozumowanie ich jest błędne w zasadzie.
Dziś wszystkich obywateli państwa można podzielić pod względem religijnym na dwie klasy: na wierzących i niewierzących. Pierwsi, stanowiący ogromną większość, żądają, by państwo było religijne, jak oni, a tem samem, aby się przyczyniało do utrzymania religii; drudzy, stanowiący mniejszość, żądają, by państwo, tak jak oni, było bezreligijne albo obojętne i co za tem idzie, aby się nie przyczyniało do utrzymania religijnego wyznania. Ponieważ niema innego środka i państwo musi być albo religijne albo bezreligijne, popełniałoby ono przeto jawną niesprawiedliwość, gdyby hołdowało opinii mniejszości, a pomijało przekonania większości.
A więc przypuściwszy nawet, że państwo mogłoby być a priori religijne albo obojętne, jest ono dziś jeszcze obowiązane we wszystkich krajach być religijnem, ponieważ taka jest wola większości obywateli.
Stańmy na innem stanowisku. Czyby nie można upatrywać w państwie pośrednika, obowiązanego do ześrodkowywania w sobie wszystkich usiłowań obywateli, wyznających jakąś religię, w celu pokrywania kosztów wyznania religijnego, podobnie jak to państwo ześrodkowuje usiłowania tychże obywateli w celu oparcia się nieprzyjaciołom na zewnątrz, w celu poskromienia wewnętrznych nieporządków, w celu kształcenia dzieci, rozwijania kupiectwa, przemysłu, handlu i t. p.? Możnaby nawet powiedzieć, że to jest główna racya bytu społeczeństwa świeckiego. Czy wystarcza więc wola niewielu do przeszkodzenia większości w spełnianiu obowiązków religijnych?
Są tacy, co za żadną cenę nie chcą wojny, a jednak podatkami ich opłaca się stała armia, wznoszą się twierdze, wyrabia się broń, i nikt nie ma prawa uskarżać się na to. Skoro dwa cele krzyżują się w jakiemś państwie, i trzeba czynić zadość jednemu i drugiemu, niesprawiedliwością byłoby uwzględniać życzenia mniejszości i poświęcać dla niej prawa większości. Tak więc, jest to jedna z nieuniknionych trudności w społeczeństwie, lecz zarazem jest to trudność, którą trzeba znosić cierpliwie, jeśli się chce mieć korzyści, jakie w zamian za to przynosi życie społeczne.
Powtarzamy jeszcze raz w streszczeniu: budżet wyznań jest prawie wszędzie ścisłym długiem, zaciągnionym przez państwo od Kościoła; budżet ten nie obraża niczyjego prawa, a w granicach określonych konkordatami utrzymanie wyznania jest obowiązkiem, ciążącym na każdem oświeconem społeczeństwie. (Dr. J. D.) Ks. A. K.