KOSMOGONIA.
Pod nazwą kosmogonii rozumiemy ogół nauk, traktujących o początku świata.
Starożytność wytworzyła liczne pod tym względem systemy; Hezyod, Anaxagoras, Plato, Arystoteles, a jeszcze przed nimi święte księgi Wschodu, próbowali — każdy na swój sposób — rozwiązać wielkie zagadnienie, które w pierwszym rzędzie między wszystkiemi innemi narzucało się umysłowi człowieka. Ze wszystkich tych systemów, jakieśmy w spuściźnie przejęli od starożytności, ostał się jeden, który jest wypisany na czele Księgi Rodzaju. Zdaniem samych nawet racyonalistów, jest on o tyle wyższy od wszystkich innych, o ile dzień jest różny od nocy.
Mówimy w art. Dni stworzenia w Księdze Rodzaju, jak dalece nowożytne odkrycia geologiczne aż do najdrobniejszych szczegółów potwierdzają kosmogonię biblijną. W niniejszym artykule zaś rozważymy jedną tylko stronę tego zagadnienia, a mianowicie początki świata nieorganicznego, to jest dzieło dwóch pierwszych dni Genezy, jestestwa bowiem organiczne ukazują się dopiero w dniu trzecim. Aczkolwiek wiedza mniej jest dokładna w przedmiocie tych czasów pierwotnych, aniżeli w przedmiocie następnych okresów historyi kuli ziemskiej, ciekawa jednak rzecz wiedzieć, czy poglądy, jakie ona mniej lub więcej poważnie w tym przedmiocie wypowiada, zgadzają się lub nie zgadzają z danemi biblijnemi.
Ze ziemia nie zawsze przedstawiała widok, jaki dziś przedstawia, że przechodziła różne fazy, wykazujące na jej powierzchni i w jej budowie prawie nieustanny rozwój, to fakt, który geologia najniewątpliwiej stwierdziła. Świeże jeszcze odkrycia, dokonane przez te naukę, świadczą, ze w pewnej, względnie świeżej epoce czasu człowiek wcale nie istniał, że jeszcze dawniej, same nawet otaczające nas zwierzęta nie ożywiały sobą przyrody, że wreszcie poprzednio jeszcze nie było ani roślinności ani zwierząt, lecz sama tylko naga ziemia tam, gdzie ją już były opuściły wody.
Nikt nie zaprzecza i zaprzeczyć nie może tego rozwoju, znamionowanego przez kolejne objawy roślinnego i zwierzęcego życia.
Paleontologia czyli nauka o jestestwach, jakie kolejno po sobie następowały w czasach geologicznych, okazuje ślady albo resztki roślin i zwierząt bez liku, poukładane jedne nad drugiemi w warstwach osadowych, stanowiących zwierzchnią część skorupy ziemskiej, a porządek, w jakim się te resztki poukładane ukazują, zostaje, ogółem biorąc, w stosunku do rozwoju ich organizacyi. Mówiąc językiem Ksiąg Świętych, roślinność ukazuje się przed zwierzętami, ryby przed czworonogami, a czworonogi przed człowiekiem.
Ale czy warto się zatrzymywać nad jakąś istotą niższego rzędu, która przedstawia pierwsze zaledwie objawy życia? Czyż nie lepiej byłoby wznieść się znacznie wyżej w szeregu wieków i śledzić samą materyę, przekształcającą się i rozwijającą podług praw ustanowionych przez Stwórcę?
Można to uczynić, tylko tu oświadczamy z góry, że porzucamy dziedzinę faktów należycie stwierdzonych, a stajemy na gruncie przypuszczeń. Atoli bywają przypuszczenia tak uzasadnione, że stanowczo zniewalają umysł człowieka; i sądzimy właśnie, że historya ziemi przed ukazaniem się na niej życia należy do rzędu tego rodzaju przypuszczeń.
Niemasz zapewne dziś geologa, któryby zaprzeczał, że nasza kula ziemska, zanim stwardniała—przynajmniej na swej powierzchni, znajdowała się cała w stanie płynnym albo grząskim, ciastowatym. Inaczej nie dadzą się wyjaśnić ani kształt jej kulisty, ani jej spłaszczenie u biegunów, ani stopniowy przyrost stwardnienia skał, przyrost ich temperatury i głębokości.
Rzecz dowiedziona, że ciało płynne, odosobnione w przestrzeni, nabiera samo przez się formy kulistej. Prawdę tę oddawna stwierdziły rozmaite dostrzegane w naturze zjawiska; doświadczalny i namacalny jej dowód złożył pewien uczony belgijczyk, Plateau; odrobina oliwy, umieszczona przezeń w płynie utworzonym z pomieszania wody z alkoholem, w jego oczach od razu przybrała formę kulistą, najzupełniej prawidłową. Idąc dalej w tem dowcipnem doświadczeniu, nadał on kuli tej ruch obrotowy przy pomocy metalicznej pałeczki, przebijającej ją na wylot, i przy takim ruchu widział, że kula ta nabrzmiewała na równiku a płaszczyła się u biegunów. Trudno doprawdy wymarzyć bardziej jasne stwierdzenie płynnych początków naszej planety.
Jeśli mamy wierzyć większości geologów, to płynny ten stan naszego globu bynajmniej się jeszcze nie skończył. Ogólnie biorąc, kula ziemska jest tylko olbrzymią masą płynną albo grząską, ciastowatą, pokrytą cienką, bo zaledwie 50 do 60 kilometrów grubości wynoszącą skorupą.
Nie wystarcza powiedzieć, że kula ziemska była niegdyś w stanie płynnym albo grząskim. Materya może przybierać formę jeszcze bardziej prostą. Dziś już jest rzeczą udowodnioną, że wszystkie ciała, nie wyłączając nawet tych, które składają naszą atmosferę i któremi oddychamy, mogą być na przemian ciałami stałemi, płynemi i lotnemi czyli gazowemi. Ostatni ten stan jest z pewnością najprostszy i można przypuszczać, że to jest stan pierwotny, w którym materya została stworzona.
Co więcej jeszcze, otaczające nas ciała, zwłaszcza zaś ciała stałe i płynne, przedstawiają się oczom naszym po większej części w stanie kompozytów czyli połączeń chemicznych. Glina, krzemionka i wapno, naprzykład, są zwykłą tylko mieszaniną chemiczną, aluminium, silicium i calcium z kwasorodem. Woda powszechnie znana jest z chemicznego połączenia dwóch gazów: kwasorodu i wodorodu. Sam nawet kwas węglany, wytworzony przez palenie, składa się z węgla i kwasorodu! Otóż, trochę dziwnem jest przypuścić, i w rzeczywistości nie przypuszcza się wcale, aby materya od początku przedstawiała to skomplikowane połączenie różnych pierwiastków. Musiała ona być stworzoną w stanie ciał prostych i odosobnionych atomów. Następne zbliżanie się cząsteczek gazowych pociągnęło naturalnie za sobą pewne łączenie się tych cząsteczek, pomiędzy któremi zachodziło pewne wzajemne powinowactwo.
Przypuszczenie, jakie tu stawiamy, wcale nie jest tak dowolne, jakby się to mogło wydawać na pierwsze wejrzenie. Opiera się ono na danych najpewniejszych z zakresu astronomii i nauk fizycznych. Tylko to przypuszczenie tłómaczy nam dziwne analogie ruchów, formy i natury systemu słonecznego, jeśli nawet nie całego wszechświata. Gdyby ziemia była stworzona w stanie stałym albo nawet ciekłym, pozostawałaby zawsze odosobniona w przestrzeni. Tem samem nie miałaby nigdy żadnej wzajemności pochodzenia z innemi gwiazdami, ani nawet z planetami, i skutkiem tego nie wiedzielibyśmy, dla czego podlega ona tym samym prawom i dla czego przedstawia w sobie połączenie chemiczne tych samych co owe planety substancyi.
Harmonia taka, jak łatwo pojąć, nie może być dziełem przypadku. Zwróciła ona też na się uwagę astronomów, którzy wyprowadzili z niej nową następującą teoryę, którą prawie całkowicie zawdzięczamy Laplace'owi.
Początkowo, materya składająca ziemię, planety, ich satellitów a nawet słońce samo, była rozrzucona w tej całej przestrzeni, którą dziś zajmują te gwiazdy. Stanowiła ona jedną olbrzymią masę gazową, której promień, idący w równym kierunku od słońca do Neptuna, — planety najdalej wysuniętej w naszym systemie słonecznym, równa się więcej, niż jednemu miliardowi mil.
Mgławica ta, początkowo nadzwyczaj rzadka, nieskończenie rzadsza, powiada Faye, aniżeli powietrze pod dzwonem machiny pneumatycznej, gdzie chciano upatrywać próżnię, powoli zaczęła gęstnieć. Skutkiem prawa przyciągania, któremu była podległa, atomy jej skupiały się i tworzyły molekuły. Ruchy te lokalne i bez porządku uskuteczniane, sprowadziły prawdopodobnie obrót materyi, dokonywający od zachodu ku wschodowi.
W samych początkach obrót ten musiał być nadzwyczaj powolny; ale zwiększał się w miarę zgęszczania się mgławicy. Molekuły położone w obrębie tej olbrzymiej kuli gazowej dążyły do środka tej kuli, gdzie natrafiały na inne molekuły, idące pod pewnym kątem i obdarzone daleko mniejszą szybkością. Uderzając o nie, udzielały im cząstkę swej pierwiastkowej szybkości, co, rozumie się, musiało z czasem spowodować widoczne zwiększenie się obrotowego ruchu całej mgławicy.
Atoli, w miarę wzmagania się ruchu obrotowego, wzmagała się siła odśrodkowa czyli odrzucająca, kosztem siły dośrodkowej czyli przyciągającej. Jest to rzeczywiście znane prawo mechaniczne, że w miarę szybszego obrotu wzmaga się siła odśrodkowa. Zwykłym tego przykładem jest proca. Stąd też, skoro obrotowa siła mgławicy wzrastała się coraz bardziej, musiała nastąpić chwila, kiedy siła odśrodkowa odniosła przewagę nad siłą dośrodkową, która dotychczas utrzymywała w jedności całą massę mgławicy. Rozumie się, zjawisko to nastąpiło naprzód na krańcach olbrzymiej kuli, gdyż ze względu na większą odległość od środka, siła przyciągająca była tam słabsza. Kawały materyi gazowej nieskończenie rzadkie w rozmaitych czasach oderwały się od całości. Ruch obrotowy, któremu one podlegały od początku, wtedy gdy jeszcze stanowiły część mgławicy pierwotnej, trwał w dalszym ciągu, ale przemieniał się powoli w ruch przenośny około masy środkowej.
Powoli gazowe pierwiastki tych oderwanych materyi twardniały, ulegając tym samym prawom i przechodząc te same fazy, jakie przechodziła mgławica główna, ale w czasie o tyle krótszym, o ile massa materyi tych oderwanych części była mniejsza.
Samo to zbliżenie molekułów wywołało rozwój silnego żaru, który z częściowych oddzielnych mgławic uczynić miał rozpalone gwiazdy, chwilowe słońca, będące—każde oddzielnie—ogniskiem światła. Po stanie gazowym nastał stan płynny, a po stanie płynnym stan stały, który ostatecznie utworzył planetę. Po jakimś czasie powierzchnia, a nawet cała nawet massa gwiazdy, oziębła i życie mogło się na niej rozpocząć.
Ale przedtem jeszcze, drugorzędne te gwiazdy, jeszcze w stanie gazów znajdujące, zostawiały za sobą w przestrzeni kawały materyi kosmicznej, które, tworząc się same, utworzyły satellitów. Chociaż są one w pewnem znaczeniu benjaminkami w naszym systemie słonecznym, to jednak trzeciorzędne te gwiazdy z powodu niewielkiej względnie ich objętości nie mniej od innych gwiazd są posunięte w szeregu transformacyi, jakie każde ciało niebieskie zdaje się przechodzić. Nie tylko przestały te satellity świecić same przez się, nie tylko zgęszczanie się ich zostało ukończone, ale nie mają one ani atmosfery, ani wód płynnych. To przynajmniej sądzą uczeni na powierzchni naszego księżyca, jedynego satellity, dostępnego naszym badaniom.
Podczas gdy planety i ich satellity przebiegały te rozmaite koleje, będące zapowiedzią tych przejść, jakie czekają gwiazdę centralną, główna mgławica-rodzicielka przechodziła ze swej strony z nieskończoną powolnością szereg swych wiekowych transformacji. W jej centrum wytwarzało się olbrzymie ognisko gorące, będącego wynikiem jej zgęszczania się, i wyrzucało w przestworza promienie światła. Odtąd słońce nasze było już uformowane, a z niem nasz planetarny system.
Takie jest w streszczeniu nadzwyczaj prawdopodobne pochodzenie naszego świata słonecznego, to jest owego olbrzymiego mnóstwa gwiazd, jakie zaludniają przestworza niebios.
Nie tu miejsce podawać bardzo poważne argumenta na poparcie tej hypotezy. Powiemy tylko, że w naturze wszystko się odbywa tak, jak gdyby hypoteza, ta była prawdziwa, — wszystko; jednostajny z dwoma tylko wyjątkami kierunek ruchów obrotowych i krążenia planet naokoło słońca, szybkość tych ruchów, względna gęstość planet, stan fizyczny każdej z tych planet i t. d. To też Laplace mógł powiedzieć, iż najwyższa oczywistość przemawia za tem, że układ tych ciał niebieskich nie jest skutkiem przypadku.
Powiedzieliśmy, prawda, że były dwa wyjątki w jednostajności kierunku, w jednostajności ruchów niebieskich. Sądzono bowiem, że satellity Uranusa i Neptuna posiadały ruch wsteczny, od wschodu na zachód. Słusznie też z tego wnoszono, aczkolwiek nie można było twierdzić na pewno, że ruch obrotowy obu tych planet w ten sam sposób uskuteczniać się musiał.
Anormalne to zjawisko spowodowało pewnego znanego astronoma, Faye, do odrzucenia systemu Laplace’a, i do postawienia na jego miejsce nowej hypotezy, podług której wiek planet pozostawałby w prostym stosunku do ich zbliżenia względem słońca. Naszem zdaniem jednak, wsteczny ruch Uranusa i Neptuna nie wymaga bynajmniej odrzucenia teoryi, tak gruntownie skądinąd uzasadnionej, jak teorya Laplace’a; dostateczne zaś wyjaśnienie omawianego zjawiska znajdujemy w samem położeniu Uranusa i Neptuna. Już bowiem przez to samo, że obie te planety są najbardziej oddalone od gwiazdy centralnej, musiały się utworzyć w czasie, kiedy mgławica była jeszcze tak rozległa, że jej pierwiastki odgrywały rolę ciał odosobnionych w przestrzeni, a tem samem rządziły się prawami Keplera. Ta uwaga sama jedna wystarcza, naszem zdaniem, do wytłómaczenia wstecznego ruchu rzeczonych planet1.
Koniec końcem, nowa teorya Faye’ego ma ten sam punkt wyjścia, co teorya Laplace'a: to jest gazowe początki ziemi i całego świata. Można powiedzieć iż niema dwóch zdań na tym punkcie.
Biblia nie tylko nie zaprzecza tym nowym pojęciom z zakresu kosmogonii, lecz pierwsza naprowadza na nie myśl naszą. Stan, w jakim ukazuje nam materyę zaraz po jej stworzeniu, dziwnie się zgadza z hypotezą Laplace'a o mgławicy pierwotnej. Najbardziej upowszechnione tłómaczenie Biblii, Wulgata, powiada, że ziemia była wtedy inanis et vacua (pusta i próżna); dokładniej jednak wypowiada tę myśl grecki przekład Siedmdziesięciu, gdy mówi, że ziemia była invisibilis et incomposita (niewidzialna i bezkształtna).
Inni tłómacze oryginalnego tekstu hebrajskiego, posługując się jeszcze silniejszem wyrażeniem, nazywają ziemię w owym stanie chaotycznym nicością. Przyznać trzeba, że trudno było lepiej określić materyę gazową i dziwnie rozrzedzoną, która stanowiła pierwotną mgławicę. Zgodność ta Biblii z nowożytnemi pojęciami kosmogonicznemi jest rzeczywiście uwagi godna.
I to nie tylko niektórzy tłómacze i komentatorowie pojmowali w ten sposób drugi wiersz Księgi Rodzaju; wszak dla tego, że oni je tak pojmowali, większość Ojców Kościoła wierzyła w tożsamość substancyi, wchodzących w skład ciał niebieskich i ziemskich. S. Bonawentura wyraża całą kościelną pod tym względem tradycyę, gdy mówi: „Ogół upatrywał w słowach: In principio creavit Deus coelum et terram, istotę wszystkich rzeczy stworzonych; jest ona przeto jedna i ta sama, a z tego trzeba wnioskować, że ciała niebieskie i ciała ziemskie wytworzone zostały — quantum ad esse, z jednej i tej samej materyi. (Sentent. II. 12)
Na tym więc punkcie tak samo jak na wielu innych Biblia wyprzedziła naukę. (Hamard).
Footnotes
-
Ob. Origine du Monde w czasop. Controverse i w Contemporain. Listop. 1885, jak również w Cosmos 1886, t. I, str. 84. ↩