KRÓLOWIE. (Boskie prawa Królów.)

Nauka o boskiej władzy królów, albo jak ją niektórzy nazywają, nauka teokratyczna, inaczej bywa pojmowana przez Kościół, a inaczej przez tych, co przeciwko niemu walczą. Zarzuty, jakie nieco niżej będziemy rozbierali, przekonają nas, jak błędne są o tej nauce mniemania. Obaczmy więc naprzód, jak ją Kościół pojmuje i jak ją wykłada. Przedewszystkiem usuńmy na stronę pewne cudowne fakta, kiedy jakiś mąż boży, jakiś wódz, sędzia, prorok, dyktator, jak np.: Mojżesz, Samuel, Saul, Dawid, otrzymuje bezpośrednio od Boga władzę polityczną, której charakter jest widocznie nadprzyrodzony, tak ze względu na jej początek jak i ze względu na jej cel. Zauważmy jednak, iż wedle opisu historyi świętej władza ta nie jest koniecznie ani nieomylną, ani wiecznie trwałą; ma ona swoje granice, zastrzeżenia i wyższe prawa nad sobą, które obowiązana szanować, ma również i obowiązki swoje, których powinna dopełniać. Usuńmy także na stronę władzę kapłańską, udzieloną od Boga cudownie albo i niekoniecznie cudownie pewnym osobom, które posiadają albo też nie posiadają władzy politycznej; w Starym Testamencie bowiem spotykamy kapłanów-królów, jak Melchizedech i—prawdopodobnie—naczelnicy pokoleń, książęta krajów; i w Nowym Testamencie widzimy Najwyższych Kapłanów, którzy posiadają władzę doczesną na mocy swego kapłańskiego stanowiska oraz na mocy faktów historycznych, które opatrznościowo sprowadziły założenie Państwa Kościelnego. Chcemy więc tu mówić tylko o władzy świeckiej politycznej, jaką posiadają królowie, dynastye panujących, docześni naczelnicy narodów i państw świeckich.

  1. Ci naczelnicy, ci książęta, ci królowie, ci cesarze, bez względu na to, czy są chrześcijanami czy też poganami, katolikami czy niekatolikami, skoro tylko ich tytuł był prawny i posiadanie ustalone, zawsze byli uważani przez Kościół jako posiadających władzę, której rozkazy obowiązują na sumieniu. Nowy Testament jest stanowczy pod tym względem i nie potrzebujemy przytaczać tutaj dobrze znanych tekstów. Tradycya katolicka jest na tym punkcie wiernym i przekonywającym komentarzem Pisma Św.

  2. Ale żadna władza nie może obowiązywać na sumieniu, jeśli nie ma początku wyższego nad zwyczajną wolę ludzką. Sumienie ludzkie bowiem nie podlega nikomu tylko Bogu i tym, którzy mają władzę rozkazywania w imieniu Boga. A taką właśnie jest władza królów, gdyż ona opiera się na powadze Boga.

  3. Ale w jaki sposób Kościół tłómaczy jej pochodzenie? Czy naucza, że, pominąwszy owe szczególne wypadki, o których mówiliśmy wyżej, Bóg bezpośrednio udziela władzę książętom, niezależnie od wyboru narodu? — Niektórzy teologowie tak nauczają, ale Kościół nic stanowczego pod tym względem nie orzekł. Jeśli Kościół udziela konsekracyi królom i cesarzom, jeśli przy tym obrzędzie daje im zdrowe nauki i pożyteczne rady, jeśli wzywa na nich i stara się otrzymać dla nich obfite łaski niebieskie, to jednak, z wyjątkiem pewnych wypadków, obwarowanych prawem publicznem średnich wieków, nie uważa tej konsekracyi za obowiązkową dla książęcia, za nieodłączną od jego władzy, za konieczną, ażeby narody mu podlegały. Kościół nie naucza, że władza królewska jest, co do swej istoty, nadprzyrodzona, odrębna, niepostradalna, że ma charakter sakramentalny i niestarty, jak sakramentalny charakter chrztu i kapłaństwa, i owszem uznaje za równie prawną, równie szanowną władzę prezydenta rzeczypospolitej szwajcarskiej lub amerykańskiej, jak władzę króla Hiszpanii lub Portugalii.

  4. Kościół tak dalece nie przyjmuje za swoją tej nadzwyczajnej teoryi o boskich prawach królów, którą weń wmawiają, że nie zabrania niektórym znakomitym teologom wypowiadać zasady, że w początkach istnienia narodów władza rzeczywiście i faktycznie z prawa natury, z prawa boskiego, spoczywała w ludzie, w zgromadzeniu, które ją przekazywało zwierzchnikowi jednemu albo wielu zwierzchnikom, których to zgromadzenie obierało. Podług tego tedy systemu pierwotna forma każdego rządu byłaby republikańska. Inni zaś teologowie, na pewniejszych może niż tamci podstawach oparci, sądzą, że początkowo lud nie posiadał władzy zwierzchniczej aktualnie, lecz tylko potencyonalnie, jednakże on to obierał sobie formę rządu, on wyznaczał zwierzchnika, on był powodem, że zwierzchnik ten otrzymywał od Boga prawną władzę rozkazywania. Dwie te opinie całkowicie różne od rewolucyjnych opinii Jurieu'go i Rousseau’a przyjęte zostały przez większość szkół katolickich; obiedwie przypuszczają pierwiastkowy udział ludu w sprawie władzy zwierzchniczej i w sprawie dynastyi.

  5. Teraz więc można sobie wytłómaczyć jakim sposobem w średnich wiekach mógł Kościół w pewnych okolicznościach potwierdzać, doradzać, wywoływać, a nawet nakazywać detronizacyę niektórych panujących i całych dynastyi królewskich; jakim sposobem mógł się godzić na pewne zmiany i na pewne przewroty polityczne; jakim sposobem, szanując prawa cudze i nie chcąc nikomu wyrządzać krzywdy, mógł wchodzić w stosunki i w zgodzie żyć z rządami, które miały początek w rewolucyi. Otóż więc wszystko to się działo dla tego, że nikt nie może mieć niezmazalnego charakteru królewskiego, jak może mieć np. niezmazalny charakter kapłański lub biskupi; że pomiędzy ludem a jego głową zachodzi wyraźna lub domyślna umowa, i że pogwałcenie tej umowy może pociągnąć za sobą prawne zmiany w stosunku politycznym jednych do drugich; wreszcie, najpierwszym i istotnym punktem tej umowy u narodów chrześcijańskich jest punkt, który zabezpiecza poszanowanie praw i przykazań boskich, praw i przykazań kościelnych.

  6. Nie ulega wątpliwości, iż Klemens XIII (Breve z d. 7 Września 1763) i Leon XIII (Encyklika z d. 20 Czerwca 1881), słusznie odrzucają teoryę Jana Jakóba Rousseau, podług której naród może zawsze ad libitum odwołać podług upodobania mandat, który, jakby z łaski spodobało mu się udzielić rządowi. Nie ulega też wątpliwości, że wobec Kościoła katolickiego władza jest własnością tego, który ją jako głowa ludu sprawuje, i żadną miarą nie jest odwołalna podług upodobania i kaprysu tegoż ludu. Atoli nauka ta jest obca wszelkiej krańcowości, a Stolica Apostolska niejednokrotnie dała dowody, iż umie się tej krańcowości na korzyść rządzonych opierać.

II. Po tylu i tak długich wywodach możemy, zdaje się, przejść bezpośrednio do rozważenia kilku zarzutów, zwróconych bezzasadnie przeciwko katolickiej teoryi. Odnośne zarzuty są następujące:

  1. Kościół tak dalece wierzy we wcielenie bóstwa w królów, iż na sumieniu zobowiązuje okazywać im posłuszeństwo.
  2. Uznaje w nich charakter święty, udziela im go i czci ich w liturgii.
  3. Zabrania targać się na ich koronę i na ich osobę, jako na osobę pomazańców bożych.
  4. Przyznaje im prawa wyższe, niż innym ludziom, nawet w rzeczach religii: nie bywa-li to król biskupem w sprawach zewnętrznych?
  5. Pomimo to wszystko Kościół mniemał, iż pracuje dla swego dobra, póki się wreszcie nie opatrzył, że ściągnął na się niechęć demokracji.

III. W zarzutach tych wiele jest przesady i wiele niewiadomości.

  1. Nigdy Kościół nie wierzył we wcielenie bóstwa w królów. Jakkolwiek byliby wielcy i potężni, zawsze ich miał za ludzi i postępował jak z ludźmi, stosując do nich przepisy naturalnego i nadnaturalnego prawa boskiego. Kościół wymaga od wiernych posłuszeństwa nietylko dla królów, ale tak samo dla zwierzchników państw republikańskich, dla wodzów armii wojskowych, dla urzędników świeckich, dla ojców rodziny i w ogóle dla przedstawicieli wszelkiej legalnej władzy.

  2. Wprawdzie Kościół uznaje w królach jako w pomazańcach bożych pewien święty charakter, niemniej jednak, nawet po ceremonii ich królewskiego poświęcenia i pomazania, uważa ich zawsze za ludzi świeckich. Ten więc charakter święty w oczach Kościoła o tyle jest święty, o ile źródło ich władzy jest boskie, a wszak władza ta znajduje się i w wielu innych osobach, jak w prezydentach rzeczypospolitych, których przecież Kościół nie ubóstwia. Co się tyczy czci, oddawanej w liturgii pewnym cesarzom i królom, to takowa nie bywa im przyznawana ani wyłącznie ani powszechnie. Jest ona w warunkach określonych wyrazem należnej im wdzięczności, korzystnem dla ogółu uznaniem większej ich powagi, wymowną przestrogą zarówno dla królów jak dla narodów, i niczem więcej.

  3. Rzecz pewna, iż Kościół jaknajsurowiej potępia i zabrania wszelkich gwałtów, wymierzonych przeciw osobie lub koronie królów, nie tyle z przyczyny ich poświęcenia, boć nie wszyscy bywają poświęcani, ile raczej dla ich wielkiej powagi, dla dobra społeczeństwa, dla pokoju i zgody między rządzącymi i rządzonymi, dla zażegnania i uniknienia rokoszów państwowych oraz szkód zazwyczaj nieobliczonych, jakie z wszelkich nieporządków i zamieszek państwowych dla ogółu społeczeństwa wynikać muszą.

  4. Sam już fakt posiadania władzy daje królom i przywódcom narodów pewne wyższe prawa, a niekiedy pewne prerogatywy w kwestyach polityczno-religijnych, ale też Kościół obok tego naucza, że obowiązki ich są stosunkowo ważniejsze a odpowiedzialność za nie większa, aniżeli zwykłych obywateli państwa; nadto że oni obowiązani są dawać przykład innym, ulegając ściśle i chętnie prawom i wymaganiom sumienia.

  5. Wspierając królewską władzę doczesną swoją duchowną powagą, Kościół nigdy nie miał na względzie polityki i własnego wyrachowania. Znał on dobrze niebezpieczeństwa, jakie mu zagrażały ze strony książąt i ludów; w kolei wieków nabrał pod tym względem dużo doświadczenia. Lecz pragnieniem jego było i jest zawsze zachowanie samego pojęcia władzy w każdem społeczeństwie ludzkiem, jako też jej rzeczywiście nadziemskiego pierwiastku. Władza ta zarówno jest niezbędna dla demokracji, jak dla arystokracyi i monarchii, a może nawet tej pierwszej więcej, aniżeli innym. Kościół zaś, wiedząc o tem, nawet demokratycznej władzy swego poparcia nie szczędzi.

Prw. Cavagnis, Instit. juris publ. eccl.; Maulart, l'Eglise et l'Etat; Sauvé, Questions religieuses et sociales de notre temps; X. Bp. Janiszewski, Kościół i państwo... Poznań.

(Dr. FIs DJ Ks. A. K.)