KRZYŻ.
Niema, zdaje się, nic bardziej właściwego chrześcijaństwu, jak krzyż i cześć jaką mu się oddaje. Mimo to jednak, wielu autorów dziś utrzymuje, że kult krzyża jest pochodzenia pogańskiego, i że chrześcijanie przyjęli to godło od pogan, ażeby uczynić łatwiejszem przejście od religii starożytnej do religii nowej. Mourant-Brock, który wydał dzieło w obronie tej opinii1, przytacza na korzyść jej wszystkie możliwe dowody. Cała rozprawa Mourant-Brock’a, od początku do końca opiera się na mylnem przypuszczeniu; bierze on bowiem za jedno dwie rzeczy, pomiędzy któremi zachodzi ledwie jakieś podobieństwo czysto materyalne: krzyż Chrystusa i pewne godła albo znaki, podobne do krzyża.
Cóż to jest więc krzyż chrześcijański? Zaiste, nic innego, tylko narzędzie męki, na którem umarł Chrystus. Cześć, jaką oddajemy krzyżowi, ma jedynie za cel przypomnienie śmierci Chrystusa Pana, pośrednika między ludźmi a Bogiem, — przypomnienie odkupienia przez śmierć tę dokonanego — miłości i dobrodziejstw Boga, tudzież konieczności dla każdego człowieka pracowania nad zbawieniem duszy. Zastosowanie i cześć krzyża mają za cel Chrystusa i Jego mękę.
Cóż więc mogą mieć wspólnego krzyż chrześcijański i owe znaki albo narzędzia, które ukazują się w przedstawieniach i w obyczajach pogan? Bez wątpienia, w tych przedstawieniach i zwyczajach nie było nic takiego, coby się odnosiło do boskiego założyciela chrystyanizmu albo do Jego męki. Nikt też zapewne nie zechce utrzymywać, żeby owe figury, uważane niekiedy za krzyże, wyobrażały znane pod tą nazwą narzędzie męki. Jakimże więc sposobem mógł istnieć krzyż pogański? Jakim sposobem można utrzymywać, że chrześcijanie przyjęli to godło od ludów politeistycznych?
Rzecz oczywista, że nie mogli oni przyjąć od swych przeciwników tego, czego tamci nie posiadali, i o czem nie mieli nawet pojęcia. Ktoby twierdził, że krzyż istniał u pogan, ten popełniałby zarzut całkiem niewytłómaczony, jeżeli nie dobrowolny; nadużywa on tylko języka, na mocy której znaczenie pewnego wyrazu przenosimy z jednego przedmiotu na drugi, w rzeczywistości zupełnie inny, ale pod pewnym względem podobny.
Tak więc „krzyżem” nazywa się każda figura, każde narzędzie złożone z dwóch lasek, z dwóch kawałków jakiegokolwiek materyału, poprzecznych i przecinających się pod kątem prostym. O tych dwóch kawałkach mówimy, że się krzyżują, podobnie jak o przecinających się dwóch drogach i t. d. Otóż, ponieważ znaleziono pewne znaki tego rodzaju u pogan, przeto utrzymywano, że „krzyż” chrześcijański ma być pochodzenia pogańskiego.
Na tym właśnie dwuznaczniku Mourant-Brock oparł całą swoją książkę. Krótkie te uwagi wystarczałyby już do wydania sprawiedliwego sądu o tej książce; ale musimy wejść w niektóre szczegóły, dla przekonania czytelnika, iż rzeczywiście nic więcej niema w tem prawdziwie nowożytnym zarzucie.
Mourant-Brock zaczyna od twierdzenia, że pierwszym posiadaczem krzyża był poganizm, i, aby dowieść swego zdania, przytacza ustępy z Waringa (Ceramic art), gdzie powiedziano, że znaleziono krzyż na pewnem naczyniu greckiem, pochodzącem z okresu od siódmego do piątego wieku przed Chrystusem; że spotyka się go także u rasy łacińskiej przed naszą erą, podobnie jak w Indyach, gdzie był symbolem Buddy; że znajdują go również w Skandynawii i dalej jeszcze na północy. „Te różnych kształtów krzyże, dodaje Waring, ukazują nam u narodów pogańskich w starożytności bardzo rozpowszechnione odmiany godła bóstwa życia wiecznego, błogosławieństwa.”
Ksiądz Pluche i inni podają, że egipcyanie oznaczali swe bóstwo Kanopus literą T albo T, i że szaty kapłanów bożka Horus'a były pokryte krzyżami o czterech równych ramionach (+). Krzyż jest rozpoznawczym znakiem prawowierności w Buddyzmie. Następnie wspomniany autor podaje wyobrażenie krzyża z Teb, potem wyobrażenie opaski Bachusa, pokryte również takiegoż kształtu (+) krzyżami; wspomina też o złotych krzyżach, znalezionych w grobach Myceny przez doktora Schliemana, i żartuje z Achillesa i Hektora, idących do walki z krzyżem na piersi, podobnie jak niektóre niewiasty za naszych czasów idą na bal lub do kościoła.
Ażeby owładnąć zupełnie naszym umysłem, odrysowywa nam wyobrażenie krzyża (+), który zdobił niegdyś pierś króla assyryjskiego, Samsi-Vula, i to krzyż ogromny. Potem zaś dodaje: „Co może mieć wspólnego Samsi-Vul, syn Salmanezera, z krzyżem?”
„Co może mieć wspólnego? Ma on zawieszony na szyi krzyż, największy i najgrubszy z krzyżów. Dobrze powiedziałem: zawieszony na szyi.”
„Krzyżem nad krzyżami Samsi-Vula!” Co za dziwna logika! amulet króla Assyryi jest bardzo gruby, najgrubszy ze wszystkich amuletów; a więc musi to być krzyż nad krzyżami!
A Mourant-Brock dodaje: „Pektorał, napierstnik, czyż to nie kościelny wyraz? Z pewnością, gdyż Samsi-Vul, jak papież, jest kapłanem i królem, pektorał przeto musi być wyrazem najodpowiedniejszym. Kapłan, król, chociaż poganin, nosi pektorał jak papież. Stąd wniosek, że względnie do nas, jeśli mogę tak powiedzieć, papież zajmuje to samo miejsce, co poganin. Tylko, że jak wyżej zauważono, poganin ma przed papieżem pierwszeństwo starożytności.”
Rozumowanie to odnośnie do pektorału, jest prawdziwie komiczne. Papież zostaje tu poganinem, na równi z nim niegodnym czci z naszej strony, ponieważ nosi na piersi przedmiot, będący negacyą poganizmu. Niepodobna iść dalej w niedorzecznem rozumowaniu.
I zauważmy, iż owo podobieństwo polega na tem, że dwa te znaki składają się z czterech cząstek, które się krzyżują prostopadle. Dość zresztą porównać dwa te przedmioty, ażeby dojrzeć jak dalekie jest między niemi podobieństwo (+ / +).
Prawda, że aby te krzyże uczynić bardziej podobnymi, prawdomówny autor pozwala sobie na maleńkie oszustwo i czterem ramionom krzyża papieskiego daje długość zupełnie równą.
Mourant-Brock czyni spostrzeżenie, że krzyż tak zwany grecki albo maltański jest bardzo podobny do amuletu czyli krzyża Samsi-Vula, i stąd wnioskuje, że krzyż maltański juz w starożytnych czasach istniał w Assyryi. — Zapewne więc kawalerzy świętego Jana lub też biskupi wschodu odgadli wynalazek, jaki etnologia uczynić miała zaledwie w pięć wieków później!
Dalej Mourant-Brock zestawia obok siebie dwa wizerunki; jeden Astarty, fenickiej bogini nieczystości, drugi św. Małgorzaty, które według niego, stanowią dwa ogniwa jednego i tego samego łańcucha pojęć, ponieważ obydwa te wizerunki trzymają w ręku takie same godła. I oto jak je wyjaśnia podług autorów piszących o numizmatyce. Święta Małgorzata trzyma krzyż, a Astarte trzyma kij zakończony na podobieństwo krzyża, baculum in crucem efformatum. A więc, wnioskuje przenikliwy ten numizmatyk, „krzyż jest również godłem tego nieczystego bóstwa fenickiego.”
I tu znów jesteśmy wobec dobrowolnego pomieszania dwóch pojęć, którem Mourant-Brock ratuje swą tezę. Narzędzie, zakończone na sposób krzyża, ma to być krzyż, który czczą chrześcijanie; tymczasem nasz krzyż, narzędzie męki, na którem Zbawca nasz życia dokonał, są to dwie sztuki drzewa, prostopadle względem siebie umieszczone jedna na drugiej.
Następnie wspomniany autor przechodzi do Meksyku. I tutaj znowu znalazł on rzeczy bardzo dziwne. „Meksykanie używali także krzyża, jako godła bóstwa deszczu; przeto też przenieść cześć z jednego krzyża na drugi, z krzyża będącego godłem boga deszczu, na krzyż, który jest godłem odkupienia Chrystusowego, było rzeczą nad wyraz łatwą i w tem leży cała zagadka nawrócenia Meksyku.” Słowa te, powiada Mourant-Brock, są wyjątkiem z dzieła Prescott'a, Histoire de Mexique, 1892.
Czy podobna, by człowiek poważny wygłaszał tak rozpaczliwe nonsensa? Nie wchodząc w długi rozbiór ciemnej historyi owych czasów, nie roztrząsając świadectw historyków, mnichów meksykańskich, możemy zacytować dwa znane wszystkim fakta, o których Mourant-Brock nie może nie wiedzieć, a znajomość których nie pozwoliłaby mu wygłaszać twierdzeń z prawdą niezgodnych. Fakta zaś te są następujące:
-
Nawrócenie meksykanów odbywało się powoli i z trudnością; zdobywcy hiszpańscy, nie zaprawieni do sposobu postępowania misyonarzy, za najlepszy środek złamania oporu tuziemców uważali zabijanie ich massami, ale ten energiczny środek zaledwie w części złamał ich opór. Tymczasem zaś, gdyby nawrócenie ich nie wymagało innych starań i innych zmian, tylko tych, o których mówi Prescott, dokonałoby się ono w jednej chwili.
-
Książki, które przekazały nam znajomość języków amerykańskich, w szczególności zaś języka meksykańskiego, zostały po większej części ułożone przez misyonarzy; były to gramatyki, słowniki i katechizmy. Otóż, katechizmy te, wyłącznie dla Indyan przeznaczone, zawierają krótki wykład całości nauki chrześcijańskiej. Misyonarze więc uczyli te ludy czegoś więcej, niż wyłącznej czci krzyża, przeniesienie zaś czci z jednego krzyża na drugi byłoby tylko jednym punktem w zbiorze nowych prawd, które nawróceni przyjąć mieli.
Jest-że więc takie przekręcanie faktów godne poważnego człowieka?
Misyonarze ogłaszają meksykanom, że się powinni wyrzec swych bożyszcz, że bogowie ich nie istnieją, że powinni ich odrzucić i czcić Boga białych (jedynie prawdziwego Boga w trzech osobach), że jedna z osób boskich przyjęła człowieczeństwo i umarła na krzyżu dla zbawienia ludzi, i każą im czcić nie sam krzyż tylko, lecz wyobrażenie Boga człowieka, rozpiętego na tem narzędziu męki, które oni nazywają krzyżem. Tymczasem pomiędzy godłami religijnemi meksykanów znajdowała się figura, złożona z dwóch kawałków drewna, równych i prostopadle w samym środku się przecinających; emblemat ten był godłem, poświęconem na cześć bożka deszczu, i nie więcej nad to nie oznaczał.
Meksykanie zresztą nie myśleli nigdy upatrywać w tem godle narzędzia męki i śmierci; a wobec tego, czy można powiedzieć, że oni bez trudności przeszli (nie od jednego krzyża do drugiego, bo taka mowa jest zupełnie błędna i kłamliwa), lecz od tego godła fizycznego do krzyża Chrystusowego!! Bynajmniej.
Tak twierdzić znaczyłoby to utrzymywać, że dla nawrócenia araba, muzułmanina albo chińczyka fetysza, dość mu pokazać dalekie i przypadkowe podobieństwo, zachodzące między arytmetycznym jego znakiem + (plus) a krzyżem Zbawiciela ludzkości.
Znajdują się rzeczywiście w Ameryce, ale nie w świątyniach i nie jako przedmiot czci, tylko na dawnych pomnikach wyryte znaki, które mają podobieństwo do figury krzyża, albo raczej do znaku + (plus) w naszej arytmetyce. Z początku mniemano, i wielu jeszcze dziś tak sądzi, że europejczycy lub mieszkańcy Azyi wylądowali w Ameryce, dokąd ich zapędziła jakaś burza morska przed odkryciem Ameryki przez Kolumba, i przynieśli tam z sobą krzyż chrześcijański. Z drugiej znów strony, inni uczeni, odrzucając wszelkie domysły, nie chcą uznać krzyża w tych godłach, i powiadają, że jest to tylko pewien kształt litery, albo znaku symbolicznego, że jest jakiś znak imaginacyjny, nic wspólnego nie mający z krzyżem. Którąkolwiek więc przyjęlibyśmy z tych opinii, każda przeczy przyjętemu przez Mourant-Brock’a założeniu.
Dalej nieco, powiada wspomniany nasz autor, że „niektóre plemiona meksykańskie czciły także krzyż, jako znak albo godło ich wielkiego Messyasza Tamona.” To już po prostu wymysł naszego uczonego. — Zresztą to, co nazywa on krzyżem, jest to zwyczajna płaska figura, o czterech głównych powierzchniach, z obwodem falistym wokoło, przecięta dwiema liniami, które się krzyżują w formie X. Jak na krzyż, przyznać trzeba, że to jakiś szczególny krzyż.
Na innem miejscu, Mourant-Brock podaje deskę, przedstawiającą różne gatunki takich rzekomych krzyżów pogańskich. Assyryę reprezentuje tam ozdoba Samsi-Vula, o której już wzmiankowaliśmy powyżej. Grecyę — jeden pomnik, który oczywiście nie jest krzyżem t. j. narzędziem męki.
Egipt przedstawia jakiś znak hieroglificzny, w którym nasz prawdomówny autor chce dopatrzyć krzyża, osadzonego na sercu i wyobrażającego świętość, i dodaje z niewypowiedzianą naiwnością, że św. Małgorzata Alacoque zapożyczyła prawdopodobnie Serce Jezusa od tego serca. Dziwna to rzecz doprawdy, Marya Małgorzata Alacoque, prosta zakonnica z Paray-le-Monial, odgaduje na dwa wieki naprzód odkrycia najuczeńszych egiptologów!
„Krzyż, powiada Mourant-Brock, znajdował się wszędzie u pogan; w świątyniach, w domach, na obrazach, na szatach i t. d; czciciele bożyszcz pogańskich przyzwyczajeni byli patrzeć na krzyże szczególne, poświęcone każdemu bóstwu: Tym więc sposobem, poganie, przyjmując imię chrześcijanina, bez żadnych trudności zmodyfikowali, schrystyanizowali swoje pojęcia o krzyżach pogańskich.”
„Kiedy się wchodziło do świątyni pogańskiej, nowopoświęconej Chrystusowi, odnajdywano tam jeszcze krzyż wygnanego bożka pogańskiego, albo krzyż nowy, jaki kapłan chrześcijański postawił na miejscu tamtego. Samo już odwiedzenie pogańskiej świątyni lub bazyliki, oddanej do rozporządzenia biskupów, wystarczało do ułatwienia przejścia od czci bogów do czci Boga Cezara.”
Nie wspomnimy już nawet o trzechwiekowych prześladowaniach chrześcijan, po upływie których Dyoklecyan mógł napisać: extincto nomine christiano; ograniczymy się tylko na tej uwadze: Jeśli tak było, jeśli krzyż, jako znak religijny, grał rolę tak wielką, tak ważną, jakimże się to sposobem stało, że musieliśmy czekać aż do dni naszych, ażeby się dowiedzieć o jego przedchrześcijańskiem istnieniu? Czemuż niema wzmianki o nim w żadnej mitologii pisanej, w żadnej poważnej historyi starożytnej, ani w żadnych dykcyonarzach historycznych?
Oto dla tego, iż rzekomy krzyż pogański nigdy nie istniał; wszystko dowodzenie Mourant-Brock'a, jakeśmy powiedzieli i wykazali, obraca się około dwuznacznika, jest ono prawdziwie tylko grą wyrazów. Poganie brali nieraz jako znak albo godło figurę +, która nie jest wcale krzyżem, podobnie jak nie jest krzyżem nasz znak matematyczny (+ plus), jak rozkrzyżowane drogoskazy przy drogach. Było to godło czterech głównych stron nieba, czterech kierunków w przestrzeni, czasami był to znak lubieżny, ale nic więcej. Figura ta nie miała nigdy nic wspólnego z krzyżem chrześcijańskim; poganie nigdy nie brali go za godło narzędzia męki, nazwanego krzyżem, i nawet nigdy im to do głowy nie przyszło. Jeśli zaś jest jakieś podobieństwo między tymi dwoma znakami, podobieństwo to jest tylko przypadkowe. Tekst przytoczony z Minucyusza Feliksa i mówiący o krzyżach, którym poganie cześć oddają, a które chrześcijanie odrzucają, jest czystym wymysłem, nie więcej.
Wszystko, co nasz autor i zwolennicy jego pomysłów mówią o rozszerzeniu i o znaczeniu znaku + w świecie pogańskim, jest poprostu kłamstwem. Godło to odnajduje się tu i owdzie, lecz nie było ono wcale w użyciu częstem, ani powszechnem; tylko nowożytne odkrycia odnajdują je tam, gdzie go nie było. A zatem nieprawda, jakoby krzyż znacznie ułatwiał przejście z jednej religii na drugą. Poganie krzyża nie mieli ani w domach, ani w swych świątyniach.
Pierwsi chrześcijanie, nietylko że nie mieli odrazy i wstrętu do krzyża, lecz owszem nosili go w swem sercu i mieli ciągle na ustach. Jezus, i to Jezus ukrzyżowany, był przedmiotem ich myśli, ich czci i miłości. Miłość ta z natury rzeczy zrodziła u nich używanie i odpowiedni kult krzyża.
Zresztą, fakt czci oddawanej krzyżowi przed przyjściem Chrystusa, fakt ten, którego nieprawdopodobieństwo wykazaliśmy przed chwilą, gdyby był prawdziwy, niczegoby nie dowodził przeciwko chrześcijańskiej tajemnicy Odkupienia. Możnaby go nawet uważać za tajemniczą jakąś i proroczą zapowiedź tego znaczenia, jakie miał krzyż posiadać w przyszłości. Mimo to jednak jeszcze raz powtarzamy, hypoteza Mourant-Brocka jest nieprawdopodobna i błędna. (Ob. art. Swastika).
(K. de Harlez). Ks. A. K.
Footnotes
-
„Croix paienne et croix chretienne,” E. Leroux, Paris. wydanie drugie (tłómaczenie z angielskiego). ↩