LAVALETTE (Ojciec).

„Na wszystkich dworach XVIII w., powiada pewien pisarz protestancki, potworzyły się dwa stronnictwa, z których jedno wypowiedziało walkę papiestwu, Kościołowi, państwu, drugie zaś, które się starało podtrzymać dotychczasowy stan rzeczy i zachować w całości przywileje Kościoła powszechnego. Ostatnie to stronnictwo przedstawiali przedewszystkiem jezuici. Zakon ten okazywał się najpotężniejszem przedmurzem zasad katolickich, jakoż przeciw niemu też bezpośrednio zwrócono nawałnicę.“ Te kilka wyrazów protestanckiego historyka odsłaniają nam charakter napaści, zwróconych zewsząd przeciw jezuitom w XVIII w. i tłómaczą ten nadzwyczajny rozgłos, jakiego nabrał proces Ojca De Lavalette. Sprawa sama w sobie bardzo poważna, z czasem nadmiernie się rozsławiła, a nieprzyjaciele jezuitów, korzystając z nadarzonej sposobności, jakiej oddawna szukali, nadali jej takie znaczenie i taki obrót, że jezuici w r. 1762 uchwałą parlamentu paryskiego zostali wydaleni z Francyi. Do tego właśnie głównie dążono, a sprawa O. Lavalette była tylko pozorem.

O. Lavalette ur. w 1707 r., należał do rodziny sławnego W. Mistrza Maltańskiego. Wstąpił do Zgr. Jezuitów i w 1741 r. został wysłany jako misyonarz na Antylle. Zostawszy przełożonym misyi, zamieszkał na wyspie Martynice. Obarczony zarządem ważnych missyi, do których należały znaczne obszary ziemi, musiał sprzedawać produkta rolne, a ponieważ sprzedawał je w tym celu, aby za cenę nabytą kupować rzeczy niezbędne do życia, przeto sprzedaż ta nie zawierała w sobie nic niewłaściwego. W 1753 r. zostaje oskarżony wobec rządu, że się oddaje kupiectwu; przybywa tedy do Francyi dla uniewinnienia się. Uniewinnienie to było zupełne; poparty sprawozdaniami, jakie wysyłał z Martyniki jeden z urzędników państwowych, O. Lavalette dowiódł swej niewinności. Odesłany też został napowrót do swoich missyi. Zdaje się, że gdyby przełożeni zakonni nie byli go posłali z powrotem na dawne stanowisko, uniknionoby wielkich nieszczęść w następstwie, ale nie miano nic do zarzucenia przełożonemu Martyniki, więc uważano, że można go było dalej zatrzymać na stanowisku.

Po powrocie do swej missyi znalazł stan gospodarstwa gorszym, aniżeli go był zostawił. Ale zachęcony poprzedniemi powodzeniami, postanowił rozszerzyć zakres swoich przedsiębiorstw, a z rolnictwa wyciągnąć zyski, jakich potrzeba było dla pokrycia długów, które ciążyły na domu misyjnym Martyniki w chwili, gdy O. Lavalette obejmował jego zarząd. Kupił obszerne tedy pola na w. Dominice i zgromadził tam wielką ilość negrów do uprawy roli. Dla przeprowadzenia swych planów oczyszczenia Martyniki z długów, widział się zmuszonym pożyczyć 1,200,000 lirów; dzięki swej obrotności znalazł tę sumę w Marsylii i w innych miastach nadmorskich. Z tem wszystkiem „wszedł na drogę niebezpieczną, powiada jeden z historyków Towarzystwa Jezusowego: wszedł na nią bez pozwolenia przełożonych, wiedząc na pewno, że to pozwolenie nigdy nie byłoby mu udzielone.“ Ożywiony swą działalnością, Lavalette zamykał oczy na przyszłość. Trzeba przyznać, że przełożeni Zgromadzenia powinni byli bliżej czuwać nad postępowaniem jego; tymczasem stali się oni winni pewnego niedbalstwa, które miało przerażające następstwa.

Na Dominice nie wszystko szło podług myśli O. Lavalette: epidemia powaliła mu część negrów. Widząc zbliżający się. termin wypłaty sum pożyczonych, a nie mając koniecznych po temu środków, Ojciec ten zaciągnął drugą pożyczkę na warunkach bardzo uciążliwych i rzucił się w wir wielkich operacyi kupieckich. Gdyby je prowadził we Francyi, zwróciłyby one niezawodnie uwagę jezuitów; do Hollandyi więc posłał. Lavalette swe okręty, naładowane towarami. Był pewny powodzenia biedny ojciec, ale nie liczył się z wojną, prowadzoną wówczas między Anglią i Francyą. Wiele okrętów zostało napadniętych i zabranych; stracił wtedy więcej niż 500,000 lirów tourskich. Położenie stawało się krytycznem, a terminy wypłat się zbliżały. Niepokoili się bracia Lioney w Marsylii, którym się należały poważne sumy; wreszcie zawiadomiono o tem jezuitów z Europy. W tej chwili było jeszcze dosyć czasu, by powstrzymać całą sprawę; majątki na Martynice i na Dominice warte były więcej, aniżeli pożyczone sumy; nie byłoby ani strat żadnych ani zgorszenia. Na nieszczęście przedłużało się wahanie, do zgody między jezuitami a wierzycielami nie przychodziło. Dnia 30 Stycznia 1760 r. paryski trybunał sądowy skazał jezuitów na solidarne zapłacenie 30,000 fr., żądanych od O. Lavalette'a przez wdowę Grou. Wyrok to był wyjątkowy, przeciwny powszechnie przyjętym zasadom prawa, albowiem każdy dom jezuicki zachowywał swą odrębność pod względem cywilnym, swe własne majątki, a zobowiązania, zaciągnięte przez jeden dom jezuicki, żadną miarą nie dotyczyły drugiego. Jezuici mogliby byli odwołać się do Wielkiej Rady. która prawdopodobnie wyświadczyłaby im sprawiedliwość, ale spodziewając się całkowitego uniewinnienia, odwołali się do parlamentu paryskiego. Oddawali tym sposobem „swą sprawę w ręce najzaciętszych swych wrogów.“ Wyrażenie-to historyka Henryka Martina; skutki stwierdziły jego prawdziwość.

Wszelako generał zakonu, O. Ricci, posłał na Martynikę wizytatorów. Spełnienie polecenia opóźniły najrozmaitsze trudności. Wreszcie, w 1762 r. O. Lavalette, uznany winnym pogwałcenia przepisów, zabraniających kupiectwa osobom duchownym i zakonnikom, został pozbawiony zarządu missyi, wysłany do Europy, i „zawieszony w funkcyach kościelnych, dopóki przez generała zakonu do nich przywrócony nie zostanie.“

Janseniści, encyklopedyści, pani de Pompadour gorąco pragnęli upadku jezuitów. Choiseul chętnie się ofiarował popierać wysiłki ich nienawiści. Jakie były uczucia pierwszego ministra Francyi dla jezuitów, doskonale wykazał Michelet: „Tym brytanom, ciągle warczącym (mowa o parlamentach), by wyciągnąć z nich to, co kto chciał, wystarczało pokazać zwierzynę, ich zdobycz, jezuitów. Za całą przemowę do parlamentu starczyło Choiseul'owi żartobliwe słowo dzikiego z Kandyi: „Zjedzmy jezuitę...!“

Parlament paryski spełnił to, czego po nim oczekiwano. Wyrokiem z d. 8 Maja 1761 r. „skazuje generała, a w jego osobie całe Towarzystwo Jezusowe, na zapłacenie zarówno kapitałów, jak procentów i kosztów, oraz weksli dotąd nie umorzonych, wciągu roku, licząc od dnia ogłoszenia niniejszego wyroku, rozporządza nadto, że w razie nie uiszczenia się z rzeczonych długów w oznaczonym terminie, wspomniany Przełożony Jeneralny i Towarzystwo pozostaną dłużni, poręczający i odpowiedzialni za procenta i koszta, z urzędu za całą sprawę przynależne: w przeciwnym razie, na mocy niniejszego wyroku, bez odwoływania się do wyroku innego, pozwala (sąd parlamentu) stronom interesowanym, dla ściągnięcia swej należności, położyć areszt na dobrach, należących do Towarzystwa Jezusowego w tem królestwie.“

Nieprzyjaciele Towarzystwa Jezusowego otrzymali upragniony wyrok. W każdym razie nie stało się jeszcze zadość ich nienawiści: nasycili się dopiero wtedy, gdy 6 Sierpnia 1762 r. parlament paryski wydał rozporządzenie wypędzenia z kraju jezuitów i konfiskaty ich majątków.

Wyłożyliśmy w całości sprawę O. Lavalette’a. Pozostaje zapytać, jakie z niej wnioski wyprowadzić należy? jaki stopień winy przypisać trzeba O. Lavalette? jaka część przypada na całe zgromadzenie?

O. Lavalette jest bezwątpienia winien, że zapomniawszy o obowiązkach stanu, oddał się kupiectwu. Jezuici sami winę jego uznali. Skoro tylko przełożeni spostrzegli co się działo, natychmiast posłany przez O. Ricci upełnomocniony wizytator w imieniu jego ogłosił O. Lavalette wyrok potępienia, o którem wspomnieliśmy wyżej. Przełożeni w tej sprawie o tyle tylko są winni, że niedostatecznie czuwali nad postępowaniem O. Lavalette'a. Aczkolwiek za pewną wymówkę mogłoby im służyć w tym razie uniewinnienie, wydane nań przez sądy państwowe po pierwszych skargach, w każdym razie niedbalstwo było tu grzeszne. Ale czyż to niedbalstwo przełożonych było tak wielkie, aby czyniło ich odpowiedzialnymi za wszystkie działania przełożonego Martyniki? Bynajmniej, wspomnieliśmy, że O. Lavalette zapomniał o obowiązkach kapłana i zakonnika, oddając sie kupiectwu, które mu było prawem wzbronione. Ze stanowiska atoli sprawiedliwości, jeśli był winien, to nie tak bardzo, jak utrzymywano. Słusznie mógł przypuszczać, że spełnia swe zobowiązania; wszak nie przewidywał schwytania swych okrętów przez Anglików. Nawet już po tej katastrofie jeszcze miał z czego odszkodować swych wierzycieli. Niedobór po bankructwie wynosił około dwóch milionów, czterystu tysięcy lirów (nie licząc w to fałszywych weksli, przedstawionych po wyroku parlamentu), gdy tymczasem Anglicy za dobra na Martynice i na Dominice zapłacili cztery miliony lirów. Co się zaś tyczy całego Towarzystwa Jezusowego, to przedsiębiorstwa O. Lavalette'a obowiązywały jedynie majątek domu, gdzie on był przełożonym, a sądy, które skazały całe Towarzystwo na solidarne zapłacenie długów jednego przełożonego jednej tylko misyi, pogwałciły zasady sprawiedliwości, prawa i sądownictwa. A przeto trzeba zawnioskować, że Towarzystwo Jezusowe nie powinno ponosić odpowiedzialności za błędy, popełnione bez swej wiadomości przez jednego ze swych członków, za czyny, które ono samo potępiło, skoro się o nich dowiedziało, i których następstwa starało się samo naprawić drogą polubowną. Jeśli tej sprawie nadano taki rozgłos w czasie, gdy ona była prowadzona, jeśli następnie wrodzy Kościołowi pisarze tak uporczywie ją światu przypominają, to znaczy, że ona służyła za jeden z wielu pozorów, jakimi się posługiwano dla obalenia zakonu, który, jak powiada pewien historyk, „był awangardą i zapasowym korpusem Kościoła.“

(Prw. Rohrbacher, Hist. Univ. de l'Eglise, t. XIII, ks. 89; Cretineau-Joly, Hist. de la Comp. de Jésus, t. V, rozdz. 4 nst.). (L. Arthuis).