Dawność człowieka
Biblia i dawność człowieka. Nie należymy do rzędu tych, co sądzą, że Biblia stanowczo i nieodwołalnie rozstrzyga zagadnienie o dawności człowieka. Jedynym dokumentem, na którym się opiera to, co nazywają chronologią biblijną, są tablice genealogiczne, nakreślone w piątym i jedenastym rozdziale Genezy. Otóż, nie tylko że liczby, wyrażające na tych tablicach długość trwania jakiejś generacyi, różne są względnie do rozmaitych przekładów Biblii, z których były wyjęte, ale nadto, jak zauważył O. Brucker w Controverse (15 marca 1886), niepodobna sprawdzić, czy jakaś ilość generacyi nie została umyślnie lub przypadkowo opuszczona bądź przez przepisywacza biblijnego tekstu, bądź też przez samego świętego pisarza.
Niech nas nikt nie posądza, abyśmy pod pretekstem, że kwestya dat chronologicznych nie ma nic wspólnego z dogmatem lub z moralnością, pisarzowi świętemu przypisywali chcieli omyłkę. Wyznajemy głośno i przekonani jesteśmy, że prawdomówność świętych pisarzy dotyczy zarówno faktów czysto historycznych, jak danych, należących do wiary i moralności. Sama ta zadziwiająca dokładność tych pisarzy w wielu pobocznych szczegółach, gdzie omyłka była bardzo łatwa, wystarcza, naszem zdaniem, do udowodnienia, że asystencya i obecność boża nigdy pisarzy tych nie opuszczała. Gdy więc mówimy, że oni mogli w tablicach genealogicznych pominąć niektórych patryarchów, to wślad za O. Bruckerem przypuszczamy, że pisarze ci święci nadają wyrazom swym znaczenie odmienne od tego, jakie im dotychczas nadawano. Gdy powiedziano naprzykład o Lamechu, że zrodził Noego, to należałoby — w przypuszczeniu jakiegoś opuszczenia w rodowodzie — rozumieć, że zrodził go wirtualnie i na odległość, że tak powiem, to znaczy przez pośrednictwo jednej lub wielu osobistości, wypełniających przedział, zachodzący pomiędzy wymienionymi w tablicy genealogicznej patryarchami. W tym razie pisarz święty miałby tylko na celu wykazać, że Noe pochodzi od Adama. Na to zaś wystarczałoby mu zaznaczyć tylko główniejsze ogniwa genealogicznego łańcucha.
Wszelako musimy wyznać, że nie to jedno tylko rozumienie rzeczonych tablic genealogicznych nasuwa się umysłowi naszemu. Nie byłoby nic nieprawdopodobnego, gdyby pisarz święty zamierzał wyliczyć w nich tylko imiona patryarchów, jak to czyni w tablicach genealogicznych Nowego Testamentu, — jedynych, w których stwierdzono braki i opuszczenia; ale w Księdze Rodzaju pisarz święty o każdym z patryarchów powiada, że zrodził swego następcę i to w pewnym określonym wieku. Podobna dokładność zdaje się na pierwsze wejrzenie usuwać myśl o osobistościach pośrednich, które mają być jakoby w tych rodowodach opuszczone. Nie trzeba przeto mieć za złe egzegetom, którzy, nadając wyrazowi rodzić znaczenie zwykłe, nie chcą uznać w rzeczonych rodowodach Genezy istnienia mniemanych braków i opuszczeń.
Aby wykazać, jak wielka pod tym względem istnieje swoboda tłómaczenia, przypuszczają niektórzy szczegół, że tablice genealogiczne w greckim przekładzie Biblii Siedmdziesięciu zawierają w osobie popotopowego Kainana jedną pozycyę chronologiczną więcej, aniżeli w innych tekstach Biblii, t. j. w tekście hebrajskim i samarytańskim; ale różnica ta pochodzi tu bezwątpienia z omyłki przepisywacza, który, spotkawszy drugi raz imię Kainana w tekście, jaki miał przed oczyma, sądził, że to jest mylne powtórzenie raz już postawionego wyżej imienia, i uważał za stosowne je opuścić. Mamy wszelkie prawo przypuszczać, że w innych miejscach tablic genealogicznych błąd podobny się nie powtórzył, a w każdym razie nie mógł się on powtarzać tak często, iżby nadmiernie rozszerzył chronologię biblijną, jakby sobie tego życzyli pewni uczeni.
Co się tyczy cyfr, podanych przez rozmaite przekłady Biblii, to są one, przyznać należy, w zupełnej ze sobą niezgodności. Z tego zaś — w ślad za niektórymi katolickimi pisarzami — zawnioskował Mortillet, że żadną miarą nie można opierać się na Biblii dla ustalenia daty ukazania się człowieka na ziemi. Atoli gdyby to rozumowanie Mortillet'a miało jakiekolwiek znaczenie, to należałoby je zastosować również do archeologii przedhistorycznej i uznać, że nauka ta daleko słabszej jeszcze dostarcza podstawy do obliczeń chronologicznych, aniżeli Biblia, albowiem, jeśli oparte na Biblii obrachowania przedstawiają różnicę lat około trzech tysięcy, to różnica w obrachowaniach, które chciano wyprowadzić z danych geologicznych i archeologicznych, dochodzi od dziesięciu tysięcy do miliona lat, a nawet i więcej.
Jedyny logiczny wniosek, jakiby można wyprowadzić z tych różnic chronologicznych, jest ten, że z tekstów genealogicznych XI rozdziału Księgi Rodzaju, jakie do nas przeszły, żaden nie posiada bezwzględnej powagi. Nie tylko nie wiemy, czy pod tym względem tekstem natchnionym jest dzisiejszy tekst hebrajski, czy też tekst grecki Siedmdziesięciu Tłómaczy, czy wreszcie tekst samarytański, ale nadto nie wiemy nawet, czy w ogóle pod względem chronologii tekst natchniony został nam przechowany. A czyżby dozwoliła Opatrzność na zagubę tego natchnionego tekstu? Jest-to opinia, której można się trzymać, nie wykraczając jeszcze tem samem przeciw nauce katolickiej w przedmiocie Pisma św. A zatem z tablic genealogicznych Księgi Rodzaju niepodobna wyprowadzić pewnego dowodu przeciw natchnieniu tej księgi i w ogóle przeciw prawdziwości naszych Ksiąg świętych.
Aby odjąć wszelkie znaczenie chronologii biblijnej, powoływano się często na pewnego uczonego egzegetę, Sulpicyanina, ks. Le Hir'a; tymczasem Le Hir nigdy nie twierdził, aby wolno było bez żadnych granic cofać wstecz datę stworzenia człowieka, powiedział on tylko, że „chronologia biblijna niezdecydowanie się chwieje," co jest prawdą niezaprzeczoną, ale bardzo różną od słów, jakie temu uczonemu często podsuwają: t. j. że „niema żadnej chronologii biblijnej."
Jakkolwiek byłoby wreszcie, dosyć, by poważni egzegeci katoliccy odrzucili powszechnie dotychczas przyjmowane tłómaczenie tablic genealogicznych Genezy, a wtedy wolno będzie dowolnie podług wymagań nauki rozciągać granice ludzkiej chronologii. Dużo na tem zależy, żeby wiedzieli o tem i uczeni i wierni: ci ostatni, by nie dali się zachwiać wnioskom naukowym, uważanym przez się za przeciwne zasadom Kościoła, — tamci zaś, by wiedząc, do jakiego punktu te wywody, którychby mogli nadużyć, są ze stanowiska religijnego rzeczą obojętną, nie dali się wstrzymać od uznania prawdy, lub pociągnąć do jej deptania przez wewnętrzne pragnienie popierania lub zwalczania chrześcijańskiego dogmatu.
Prawdopodobnie gdyby uczeni, w przeważnej większości chrystyanizmowi wrodzy, a na czele wiedzy przedhistorycznej stojący, nie byli od początku przejęci tą myślą, że się przyczyniają — o ile co do nich zależy—do podkopywania podstaw chrystyanizmu, możeby nie podejmowali tych fantastycznych hypotez, które w oczach profanów i poważnych uczonych skompromitowały ich wiedzę. Pominęliby swe teorye i systemy, a ściśle trzymaliby się faktów, oraz ich bezpośrednich i ścisłych wyników. Zamiast skupiać całą swą uwagę na jakichś wskazówkach, jakich dostarczyć może geologia na korzyść teoryi, przypisującej rodzajowi ludzkiemu nadzwyczajną dawność i prawie zwierzęcy początek, z równą starannością poszukiwaliby ci uczeni wszelkich świadectw, mogących rzucić jakieś światło na pytanie o pochodzeniu człowieka, a na tem zarówno korzystałaby nauka jak religijna prawda.
Otóż, w artykule niniejszym postanawiamy przy świetle samych tylko faktów zbadać zagadnienie, którego nie mogła z całą pożądaną bezstronnością traktować większość prahistoryków, będących ofiarami własnych przesądów.
Szkoła Mortillet'a głosi niedostateczność chronologii tradycyjnej, że nie powiemy, — by wobec nowożytnych odkryć powiedzieć nie śmiemy — chronologii biblijnej. Twierdzi zaś to z taką pewnością siebie i tonem tak stanowczym, że wielu profanów — chrześcijan wierzących i niedowiarków — sądziło, iż należy uledz i przyjąć nowowynaleziony dogmat. Codziennie słyszymy o „wysokiej starożytności" człowieka, jako o fakcie najpewniejszym, który tylko zacofane i wsteczne umysły mogą podawać w wątpliwość. Działa w tem właśnie owa nadmierna przesada uczoności, którą potępia sama nawet nauka, nie przyjmująca tego za dowodów.
I dziwna rzecz doprawdy, nigdy nie okazywano tyle buntu przeciw dogmatom religijnym, co w naszych czasach, i natomiast nigdy tyle co w naszych czasach nie okazywano uległości względem twierdzeń, wygłaszanych w imię nauki przez rzekomych uczonych, którzy często nic wspólnego nie mają z nauką. Skoro powiedzą: „nauka orzekła", zdaje się, że wszystko skończone i pozostaje tylko pochylić głowę. Ale czyż to rzeczywiście nauka orzekła? Czy nie orzekli tego raczej jej przedstawiciele, więcej lub mniej ku temu upoważnieni, a jak wszyscy śmiertelnicy, wadzie omylności podlegli? To właśnie zbadać trzeba koniecznie, a zwłaszcza przy zagadnieniu o wieku ludzkości; albowiem nigdzie się nie widzi większej zdań niezgodności, jak w tem zagadnieniu, i nigdzie większej niż tu nie spotyka się bezsilności w usprawiedliwieniu i umotywowaniu tej nowej teoryi.
Do następujących punktów sprowadzić się dają uwagi, na które przeważnie kładą nacisk zwolennicy prahistoryi, pragnący uzasadnić swe zdanie o wielkiej dawności rodzaju ludzkiego: — Od ukazania się człowieka zaszły wielkie zmiany na powierzchni kuli ziemskiej. Zmieniła się geografia fizyczna: tu podniosły się lądy i wdarły się w morze, tam znów, przeciwnie, obniżyły się lądy a morze rozszerzyło swe brzegi. Potworzyły się olbrzymie pokłady żwiru i torfu na płaszczyznach i w górskich dolinach. Złagodniał klimat, dawniej bardzo surowy. Lodowce, pokrywające niegdyś ogromne przestrzenie Europy, zeszły do granic dzisiejszych. Olbrzymie zwierzęta, jak mamuty np., żyły w towarzystwie człowieka, i znikły, nie zostawiwszy po sobie nawet śladów w historyi. Wreszcie sam człowiek, początkowo dziki, wielokrotnie zmieniał swe narzędzia i powoli udoskonalał swój przemysł, co wszystko przypuszczać każe ogromny przeciąg czasu.
Na tem się kończy, — wyjąwszy niektóre fakta szczegółowe, w których chciano upatrywać czasomierze (ob. art. Chronometry naturalne), — na tem się kończy, powiadam, całe dowodzenie, wytaczane przeciw chronologii tradycyjnej. Powiadają mianowicie, że wszystkie te zmiany dla swego uskutecznienia wymagały tysiące wieków. To właśnie zbadać nam tu trzeba.
Ze względu na doniosłość tych faktów i dla uniknienia wszelkiego zamieszania podzielimy wszystkie fakta i roztrząsanie ich na pięć paragrafów, które obejmą zmiany zaszłe: 1-o w geologii właściwej; 2-o w horografii i geografii fizycznej; 3-o w klimacie; 4-o w faunie, 5-o w narzędziach człowieka.
I. Dawność człowieka wobec geologii. skopiuj
Zaraz na wstępie odpowiedzieć musimy w paru wyrazach na następujące pytania: Czy rodzaj ludzki sięga czasów geologicznych? Jeśli tak jest, do jakiej epoki odnieść trzeba ukazanie się jego?
Niezbyt dawna data naszego pochodzenia jest w geologii rzeczą niezaprzeczoną. Wiele czasu, prawdopodobnie miliony lat ubiegły już od chwili, kiedy na głos Stwórcy na zaskrzepłej skorupie kuli ziemskiej ukazało się życie; życie to przybierało już kolejno mnóstwo kształtów, rozwijających się coraz doskonalej, gdy z kolei ukazał się człowiek.
Wiadomo, że geologowie dzielą na trzy epoki historyę kuli ziemskiej, począwszy od chwili ukazania się życia na jej powierzchni: na epokę t. zw. pierwszorzędową (czyli przejściową), drugorzędową i trzeciorzędową. Otóż, nikt dotychczas jeszcze nie utrzymywał, aby człowiek już istniał w obrębie dwóch pierwszych epokach, które były daleko dłuższe od ostatniej.
Jednozgodność ta wszakże znika odnośnie do epoki trzeciorzędowej; atoli rzekome ślady intelligencyi ludzkiej, jakie niektórzy dopatrywali na krzemieniach z tej epoki, są tak pierwotne i tak dalece wątpliwe, że większość uczonych nie chciała brać ich na uwagę, i zaznaczać w swych obliczeniach chronologicznych. Nawet ci, co wierzą w istnienie człowieka trzeciorzędowego, — a ci są coraz rzadsi — przypisują raczej te mniemane narzędzia jakiejś istocie rozumnej od człowieka różnej, aniżeli samemu człowiekowi. A zatem, zdaniem wszystkich albo przynajmniej prawie wszystkich, nie istniał rodzaj ludzki w epoce trzeciorzędowej (ob. ten art.).
Wszelako z epoką tą nie zamknęła się jeszcze era czasów geologicznych. Według podziału powszechnie dziś przyjętego we Francyi, po tej epoce nastąpiła epoka czwarta. W każdym jednak razie, nowa ta epoka, zw. czwartorzędowa, zdaje się, znacznie musiała być krótszą, aniżeli epoki poprzednie. Prawie wyłącznie reprezentowana przez zwierzchnie osady, epoka ta żadnem prawem nie może być stawiana na tej samej stopie, co trzy inne epoki. Prócz bowiem nie wielu gatunków zwierząt ssących, których się nie spostrzega w innych epokach, prócz gwałtownych zjawisk, jakie tę epokę znamionowały, epoka czwartorzędowa nie posiada cech, któreby stanowiły wyłączną jej własność, i zasługuje raczej na to, by ją za przykładem anglików, odnieść pod nazwą okresu postpliocenowego do ostatnich czasów epoki trzeciorzędowej, to jest do okresu pliocenowego, od którego nieraz trudno ją odróżnić.
Cokolwiekby się zresztą sądziło o względnie bardzo krótkiem trwaniu ostatniej tej części czasów geologicznych, to pewna jednak, że one to były świadkiem ukazania się człowieka po raz pierwszy w naszych krajach. W istocie bowiem, nie można już dłużej powątpiewać, że ród ludzki żył razem z pewnemi zwierzętami które, jak np. renifery, istnieją już tylko w najodleglejszych krainach, lub też zupełnie zniknęły z pośród fauny ziemskiej, jak np. mamuty (Elephas primigenius) i nosorożce włochate (Rh. thichorhinus). Jakoż zgodzono się na to, że era dzisiejsza zaczęła się dopiero z wygaśnięciem tych zwierząt. Stąd wynika, że człowiek żył przed końcem czasów geologicznych, i że szczątki jego mogą się znajdować w stanie kopalnym, gdyż kopalnem nazywa się „wszelkie ciało organiczne, które zostało w epoce poprzedzającej naszą epokę w łonie ziemi zamknięte.“
Tak rozstrzygnięto zagadnienie o człowieku kopalnym, które niegdyś dla tego tak namiętnie roztrząsano, że widziano w niem zaprzeczenie chronologii tradycyjnej, jeśli nawet nie potępienie samej nauki biblijnej o pochodzeniu od Adama wszystkich ras ludzkich. I w rzeczywistości, istnienie człowieka w epoce czwartorzędowej nie koniecznie pociąga za sobą wnioski, przeciwne Biblii i chrześcijańskiej tradycyi. Dowody na to podamy niebawem.
Zacznijmy od zbadania osadów, odnoszących się do geologii. Osady te bywają albo pochodzenia mechanicznego jak np. namuliska, — albo pochodzenia organicznego jak torfowiska, — albo wreszcie pochodzenia chemicznego jak stalagmity i inne stwardnienia, wynikające z osadzania się węglanu wapna, jaki niektóre wody zawierają w sobie w stanie ciekłym. Stąd też tę część niniejszego artykułu dzielimy na trzy rozdziały.
1. Namuliska. skopiuj
Nie w ogromie namulisk czwartorzędowych lub jeszcze wcześniejszych szukać nam tak pożądanego przez wielu potępienia tradycyjnej chronologii. Gdyby tu szło o osady, dokonywające się prawidłowo na dnie mórz i jezior, jak się to działo naprzykład w czasach wielkich epok geologicznych, byłoby się czem niepokoić; lecz formacye, o jakich tu mowa, najwidoczniej zawdzięczają swe pochodzenie zjawiskom gwałtownym, najczęściej zapewne olbrzymim nawodnieniom, o jakich najsilniejsze nawet wylewy rzek, zaszłe w naszej epoce, słabe zaledwie dają nam pojęcie. Dosyć raz być świadkiem takich raptownych wylewów, by rozumieć niszczące działanie i transportową siłę wód w podobnych okolicznościach. Wyrachowano, że ta przenosząca siła wzrastała co najmniej w kwadratowym stosunku do szybkości biegu wody. To też wobec tego łatwo pojąć, że wody rzeczne, zazwyczaj spokojne i zaledwie jakąś glinę przenoszące, naraz mogły przenosić nietylko żwir i kamienie, ale całe głazy olbrzymich kamieni.
Miejscowością najbardziej zasługującą na uwagę ze względu na ogrom namulisk jest właśnie ta dolina Sommy, te okolice m. Amiens, gdzie znaleziono pierwsze a może i najdawniejsze ślady człowieka. Kiedy się pomyśli o wielkiej grubości pokładów iłu i o głębokości doliny, której brzegi ten ił pokrywa, z trudnością przychodzi uwierzyć, żeby to wszystko miało być dziełem skromnej rzeczułki, która w głębi doliny toczy swe spokojne wody. To pewna, że choćby bez końca dodawało stulecia do stuleci, nie doszłoby się nigdy przy takim, jak dziś jest, stanie tej rzeki do wyjaśnienia tej olbrzymiej pracy wyżłobienia gruntu i przenoszenia materyałów. Ale nie trzeba sięgać zbyt daleko w przeszłość, by się przekonać, że Somma nie zawsze pozostawała w takich jak dziś warunkach. Zdaniem Mercey'a, który w czasop. Bulletin de la Société géologique de France, 1876 — 77 str. 347 specyalnie zajmuje się tym przedmiotem, wody Sommy były w epoce rzymskiej pięćdziesiąt razy obfitsze, aniżeli za dni naszych. To też i osady, które się potworzyły od tego czasu, są bardzo znaczne. Miejscami dosięgają one wielu metrów grubości i przedstawiają, ze stanowiska układu warstw, wielkie podobieństwo do namulisk zwanych starożytnemi, w których znaleziono siekierki z Saint-Acheul i głośną szczękę z Moulin-Quignon.
Wszelako co do wieku tych namulisk nie ma żadnej wątpliwości, albowiem na samem ich dnie znaleziono — obok kamieni i muszli morskich, skorupy, których sam Mortillet nie waha się odnosić do epoki rzymskiej.
Obecność muszli morskich i inne wskazówki dowodzą, że w owej epoce morze rozciągało się aż do Amiens. Bezwątpienia w całej tej okolicy musiało kiedyś nastąpić tak silne obniżenie się gruntu, że spowodowało raptowny wylew morza. Hypotezę tę zdaje się potwierdzać ciekawe odkrycie, dokonane w departamencie Nord. Pod osadem morskim, na trzy metry grubym, znaleziono rozmaite szczątki z epoki rzymskiej, a między innymi monety rzymskie, z których najwcześniejsze nosiły wyobrażenie Posthumus'a (zmarłego w r. 267). Z czego wnosić trzeba, że w tym właśnie czasie kraj ten zalały wody morskie i zajmowały go tak długo, iż zdołały utworzyć osad na trzy metry gruby. Zalew ten jednak nie mógł trwać zbyt długo, gdyż począwszy od siódmego wieku po Chr. niektóre miejscowości dzisiejszych wybrzeży morskich już były zamieszkane. A zatem ten znacznej grubości osad musiał się utworzyć w ciągu — co najwyżej — dwóch lub trzech stuleci.1 Podobny objaw dostrzegamy w tym samym czasie w Lille. Tu osad morski zastąpiła warstwa gliny torfiastej na półtrzecia metra gruba; czas powstania zaś tej warstwy jest ten sam co wyżej, gdyż pod nią znajduje się osad rzeczny, w którym również znaleziono monety Posthumusa. Osad ten świadczy o jakiemś silnem i gwałtownem nawodnieniu, zawiera bowiem, jak pięść wielkie kawały krzemieni i kredy.
Z danych powyższych wynika, że kraj ten pod koniec trzeciego wieku uległ wielkiemu jakiemuś nawodnieniu. Sama nawet historya nie zbyt jest daleka od stwierdzenia prawdziwości tego faktu, albowiem z tego co mówi domyślać się można, że kraj ten, po owe czasy bardzo zaludniony, raptownie został ludności pozbawiony.
Nic więc dziwnego, że kraj podlegający tak gwałtownym zjawiskom, przedstawia tak znacznej grubości namuliska. Zresztą, pozostające ponad znalezionymi szczątkami ludzkimi osady nigdzie nie zdają się przewyższać sześciu lub siedmiu metrów grubości. To może się zdawać wiele, jednakże nie jest to zbyt wiele, skoro się zważy, że w tych samych okolicach znaleziono ślady epoki rzymskiej, pomiędzy którymi znajdował się medal Marka Aureliusza, ukryty w ziemi na cztery metry i sześćdziesiąt centimetrów głęboko, pod potrójną warstwą rudawej glinki, szlamowatego mułu i torfu pomieszanego z piaskiem. 2 Gdyby na tem odkryciu wypadło oprzeć jakieś obrachowanie, to najdawniejsze znalezione w tych stronach wyroby przemysłu ludzkiego trzebaby odnieść nie dalej, jak do piątego wieku przed Chr.
Wielu odrzuci zapewne wyniki tego zagadnienia — i do pewnego stopnia słusznie —, a to z tego względu, że tego rodzaju formacye bywają zazwyczaj najzupełniej nieprawidłowe. Zanadto wszakże wielkie zrobilibyśmy ustępstwo, gdybyśmy uznawali jednostajność przyrostu osadów przed i po epoce rzymskiej, gdyż wszyscy geologowie uznają, że osady tego rodzaju musiały się dokonywać daleko prędzej w epoce czwartorzędowej, aniżeli w epoce spokojnej, jaką my przeżywamy.
Cośmy tu powiedzieli o namuliskach rzeki Sommy, to samo stosuje się do namulisk innych krajów. Nie tylko bowiem w północnej Francyi rzeki w epoce rzymskiej przybierały charakter górskich strumieni; to samo się działo w całej zachodniej Europie, a nawet, można powiedzieć, na całej północnej półkuli ziemi. Rodan naprzykład i Saona, toczyły wówczas daleko obfitsze wody, niż dzisiaj. Rozumie się, że w takich warunkach głęboko żłobiły rzeki swe łożyska i porywały za sobą olbrzymie mnóstwo materyałów.
Nie ma zresztą potrzeby dłużej się nad tem zastanawiać. Ten tylko może przeczyć, żeby w przeciągu czasu, jaki nam przedstawia zwykła chronologia, mogły się tworzyć namuliska kilkometrowej grubości, kto nigdy nie widział skutku dzisiejszych wylewów rzecznych, które przecież są tak nieznaczne w porównaniu z owymi wylewami, jakie za świadectwem archeologii i tradycyi dokonywały się w czasach poprzedzających erę dzisiejszą3.
2. Torfowiska. skopiuj
Pod czwartorzędowym pokładem żwiru rzeki Sommy spoczywają tu i owdzie ławy torfowe, które same mają po kilka nieraz metrów grubości. By zatem otrzymać datę powstania krzemiennych narzędzi w żwirze tym zagrzebanych, trzeba do czasu, koniecznego na wytworzenie się osadu żwiru, dodać czas, jakiego wymagało uformowanie się torfowisk. Otóż, powiadają nam racyonaliści, to właśnie każe przypuszczać tysiące stuleci.
Przedewszystkiem zaznaczamy, że wszystkie torfowiska należą do dzisiejszej epoki geologicznej. Nietylko nie spotykamy ich pod czwartorzędowemi warstwami napływowemi, lecz nadto wszystkie lub prawie wszystkie szczątki znajdowanych w tych torfowiskach zwierząt należą do gatunków dziś jeszcze wśród nas żyjących; tak samo również ukryte w tych torfowiskach wyroby przemysłu ludzkiego świadczą o względnie późnej cywilizacyi, o cywilizacyi z epoki kamienia gładzonego, jeśli nawet nie z epoki metalów. Trzeba przypuszczać, że epoka czwartorzędowa zanadto była niespokojna, by pozwoliła na tworzenie się torfowisk. Jeśliby nawet utworzyły się jakie tego rodzaju osady, to z pewnością olbrzymie owe nawodnienia, jakie znamionują tę dziwną fazę historyi naszego globu, nie omieszkałyby wyrwać z nich i unieść ze sobą wszelkie spoczywające w nich materyały.
Zdaje się przeto, że z grubości torfowisk można do pewnego stopnia sądzić o długości trwania dzisiejszej epoki czasu. Gdybyśmy wiedzieli, jak grubo narasta torfowisko w ciągu jednego stulecia, z łatwością wyprowadzilibyśmy liczbę stuleci, jakich do swego uformowania się potrzebowało każde z tych torfowisk.
Na nieszczęście, trudno się porozumieć co do podstawy, jakąby dać należało temu obrachowaniu. Gdyby wierzyć Lyell'owi, torfowisko tworzyłoby się nadzwyczaj powolnie. Według pewnych spostrzeżeń, dokonanych przez Boucher'a de Perthes, tworzenie się torfowisk nie przewyższałoby czterech centymetrów na jedno stulecie. Rzeczywiście, głośny ten badacz odnalazł w dolinie Sommy skorupy i naczynia rzymskie na głębokości sześćdziesięciu centymetrów w osadzie torfiastym na ośm metrów grubym. Otóż prosty rachunek, powiada, że skoro dla utworzenia się zwierzchniej części torfowiska, na sześćdziesiąt centymetrów grubej, potrzeba było piętnaście wieków, to cała masa tegoż torfowiska musiała się układać w ciągu dwudziestu tysięcy lat.
Nie trudno dostrzedz omyłki w tem obrachowaniu. Albowiem nie w ciągu piętnastu wieków utworzyło się owe sześćdziesiąt centymetrów torfu, które temu obrachowaniu służą za podstawę, lecz w ciągu może trzech lub czterech stuleci, gdyż nie trzeba zapominać, że torfowisko to już dawno przestało przyrastać. Rozwój jego wstrzymało rolnictwo, jakie w tym kraju od wielu już wieków zaprowadzono. „Wytwarzanie się torfu, powiada Lapparent, może być całkowicie wstrzymane przez zaprowadzenie ścieków, odprowadzających wodę; to właśnie się zdarzyło na dolinie Sommy; lecz dość byłoby zaniechać obrabiania roli, aby natura ponownie odzyskała swe prawa"4.
Otóż, jeśli się przypuści, że pokład torfu, który stanowił normę powyższego obliczenia, utworzył się w ciągu trzech, a nie w ciągu piętnastu wieków, to wynik rachunku będzie zupełnie inny. Czas formowania się całkowitego pokładu torfu sprowadzi się do czterech tysięcy lat. A może nawet i to za wiele. Możliwa rzecz nawet, że to sami rzymianie przez karczowanie lasów w tych okolicach wstrzymali wytwarzanie się torfu. W istocie, nie mamy pod tym względem żadnej pewności, a tem samem nie możemy omawianego zjawiska uważać za podstawę do chronometru naturalnego.
Boucher de Perthes doskonale wiedział, że tworzenie się torfu nie zawsze odbywa się tak powolnie, jak to próbował wykazać na tym poszczególnym wypadku. Samemu zdarzyło mu się odkryć ślady epoki rzymskiej, nie już na głębokości sześćdziesięciu centymetrów, ale na trzy do sześciu metrów pod powierzchnią ziemi. Na tej głębokości znaleziono dzban gliniany „najwidoczniej rzymski" i kilka medali tegoż pochodzenia. Na innem znów miejscu znaleziono kawałek żelaza na głębokości ośmiu metrów pod powierzchnią ziemi5.
Niektórzy utrzymują, co prawda, że pewne przedmioty mogą się zagłębiać w ziemię skutkiem własnego ciężaru, ale przypuszczenie to nie da się zastosować do dzbana, zaznaczonego w tym wypadku, a jeszcze mniej do łodzi napełnionej cegłą, znalezionej na samem dnie pokładu torfowego.
Ostatnie to odkrycie jest wielkiej doniosłości ze względu na to, że, jak dowodzi J. Sonthall6, przed wtargnięciem Rzymian do Galii, cegły tam były nieznane. To znaczy, że przynajmniej z tego tytułu ten pokład torfu prawie wyłącznie należy do ery dzisiejszej.
Natrafiono też i na inne jeszcze łodzie w torfowiskach doliny Sommy. Jednę z nich znaleziono w 1860 r. w pobliżu Abbeville, w Saint-Jean-des-Prés, na lewym brzegu łożyska rzeki, w głębokości dwunastu stóp pod ziemią. Trzecią łódź taką, zawierającą kilka skieletów, miecz bronzowy i monety z wyobrażeniem cesarza Maxencyusza (306—312), znaleziono w Picquigny, pomiędzy Abbeville a Amiens. Okoliczność ta stwierdza to, cośmy wyżej powiedzieli, że przed piętnastu mniej więcej wiekami wody morskie pokrywały tę okolicę. Czyż więc odtąd można się dziwić, że się spotyka w tych okolicach szereg pokładów, których dzisiejszy stan rzeczy wytłómaczyć nie może?
Próżno też od dzisiejszych torfowisk żądanoby wskazówek, odnośnie do długości czasu formowania się dawnych ław torfowych, gdyż dzisiejsze warunki są zupełnie różne od ówczesnych w skutek wykarczowania lasów i w skutek zmian zaszłych w klimacie, niegdyś daleko bardziej niż dziś wilgotnym. Ówczesny stan Europy przyrównać się da do niektórych okolic Nowego Świata, gdzie znajdujemy jeszcze tę dziewiczą naturę, tę ziemię lasami porosłą, te doliny pokryte trawami, i owe gęste lasy, jakie znamionowały kraje Europy, zanim cywilizacya nadała im postać dzisiejszą. Jakoż, jak dowodzi amerykański geolog, Andrews, przyrost torfowisk w Ameryce wynosi pięćdziesiąt do sześćdziesięciu centymetrów na jedno stulecie.
Można przypuszczać, że torfowiska doliny Sommy tworzyły się z równą przynajmniej, co tamte, szybkością. Dowodem, że tworzenie się ich postępowało bardzo szybko, jak słusznie robi uwagę tenże amerykański geolog, jest to, że w torfowiskach tych znaleziono stojące pnie drzewa, zwłaszcza brzozy, sięgające metra wysokości. Pnie te bez rozkładu i gnicia nie mogły dłużej nad jedno stulecie pozostawać wystawione na działanie powietrza, tem więcej, że brzoza należy do gatunków drzewa najmniej odpornych. Otóż pnie rzeczone wogólności zachowały się w tak dobrym stanie, że można ich było spożytkować i wyrabiać z nich przedmioty sztuki. Czyż to nie najlepszy dowód, że nie były one wystawione na działanie powietrza przez przeciąg dwóch lub trzech tysięcy lat, jak tego wymaga teorya Boucher de Perthes'a, przyjęta i powiększona przez Lyell'a?
Szybki ten przyrost dawnych torfowisk stwierdza archeologia. W różnych miejscowościach Francyi i Anglii znaleziono starożytne drogi rzymskie, pokryte grubą warstwą torfu, na którym jeszcze miejscami leżały grube osady innej natury. W Londynie pod dawnymi murami city odkryto warstwę torfu na dwa do trzech metrów grubą, która w całości utworzyć się musiała w okresie rzymskim, gdyż na rozmaitej jej wysokości znajdowano ślady tego okresu.
Stwierdzono fakta jeszcze bardziej uwagi godne. Trupy dwóch osób, zmarłych w 1674 r. w hrabstwie Derby znaleziono w dwadzieścia siedm lat później pokryte trzystopową warstwą torfu. Monety Edwarda IV, który umarł w roku 1483, znaleziono niedawno na głębokości ośmnastu stóp pod ziemią. Wreszcie w Irlandyi, kraju najbardziej ze wszystkich podatnym do tworzenia się torfu z powodu wilgotnego klimatu, znaleziono na głębokości dwudziestu stóp baryłki masła i trzewik skórzany, — przedmioty, które nie zdają się być dawniejszymi nad wiek siedmnasty7.
Powiadają, że roczny przyrost torfowisk irlandzkich wynosił pięć centymetrów. Fakt powyższy zaznaczony i wiele innych temu podobnych zdają się czynić to zdanie prawdopodobnem. Podług tego obliczenia, dziesięciometrowa ława torfu, to jest grubsza od wszystkich torfowisk doliny Sommy, mogła się była utworzyć w ciągu dwustu lat czasu.
Geologowie specyalni zdają się być bliscy przyjęcia tego wniosku. „Dosyć jednego stulecia, czytamy w Prodrome de géologie Vézian'a, by takie rośliny jak mchy wytworzyły ławę torfową o trzechmetrowej grubości." Dalej idzie jeszcze Rioult de Neuville, który powiada: „Zdaje się być rzeczą udowodnioną, że w pomyślnych warunkach najgrubsze nawet pokłady torfu mogły się utworzyć w ciągu jednego lub dwóch stuleci, i to tam nawet, gdzie on się już dziś nie wytwarza dla braku warunków, koniecznych do jego rozwoju"8.
Jak widać, daleko nam jeszcze do owych setek stuleci, do jakich lubią się odwoływać zwolennicy długich chronologii.
3. Stalagmity. skopiuj
Stalagmitami nazywamy pewne skamieniałości wapienne, pokrywające ziemię w niektórych jaskiniach i obejmujące często wyroby przemysłu ludzkiego. Skamieniałości te powstają z parowania wód, które spadając ze sklepienia jaskini, osadzają na ziemi węglan wapna, którym były przesycone.
Gdyby znano stuletni przyrost stalagmitów, nietrudno byłoby wywnioskować z nich przypuszczalny wiek szczątków przeszłości, jakie w sobie zawierają. Tego właśnie próbowano dokazać. Na nieszczęście, dane tego zagadnienia są nadzwyczaj niepewne. Można powiedzieć, że przyrost rzeczony, względnie do czasów i miejsc, zmienia się w stosunku jednego do stu, a nieraz nawet więcej. Stąd pochodzi zadziwiająca owa różnica wypadkowych, do jakich prowadzą obrachowania. Jest pewien pisarz, który przypuszcza, że nie byłoby wcale zanadto, gdybyśmy przyjęli milion lat na utworzenie się dwóch warstw stalagmitowych, odkrytych jedna nad drugą w jaskini Kent w okolicy Torquay (Anglia), a to ze względu, że każda z tych warstw liczy około pięciu metrów grubości; ale pewien znów amerykański naturalista zauważył, że roczny przyrost stalagmitów w jaskiniach Virginii wynosi pięć milimetrów, i że nic nie przeszkadza, aby stalagmity w Kent nie utworzyły się z tą samą szybkością. Podług tego rachunku, tysiąc lat wystarczyłoby na ich utworzenie.
Trzeba dodać, że niższa warstwa tych dwóch stalagmitów, znacznie grubsza od zwierzchniej, może być nawet wcześniejsza od przybycia w te strony człowieka. Kilka krzemieni znalezionych pod spodem tak jest grubych i niezgrabnych, że wątpić trzeba, czy były kiedy obrabiane. Prócz tego, można jeszcze powątpiewać o ich autentyczności z powodu licznych przekształceń, jakim uległy osady tej jaskini skutkiem ponawianego w niej często kopania ziemi.
Nie potrzeba zresztą jechać aż do Ameryki, by się przekonać, jak szybko formują się stalagmity w pomyślnych dla siebie warunkach. Jako przykład wskazują jaskinię w hrabstwie York w Anglii, gdzie roczny przyrost stalagmitów dosięga dziewięciu milimetrów, a Elizeusz Reclus wspomina (Les Continents) inne fakta w tym rodzaju, mianowicie w jednej z jaskiń Adelsbergu w Austryi.
Nie ma wątpliwości, że większość stalagmitów za dni naszych nie tworzy się tak szybko; ale też trzeba przyznać, że dzisiejsze warunki klimatyczne są daleko mniej od ówczesnych pomyślne dla tego rodzaju formacyi. Inaczej zaś było w epoce czwartorzędowej, bo wówczas klimat był daleko bardziej wilgotny, a roślinność daleko obfitsza. Wody obciążone kwasem węglanym, wynikającym z naturalnego rozkładu roślin, musiały daleko mocniej uderzać na pokład wapienny i cząstki jego pociągać za sobą.
Najwyższą zatem byłoby nieroztropnością opierać choćby najmniejsze obliczenia na tworzeniu się stalagmitów. Tak samo jak torfowiska i pokłady żwiru rzecznego, stalagmity nie dozwalają ustalić daty przybycia człowieka do Europy zachodniej.
Słowem, geologia wcale nie rozwiązuje zagadnienia o dawności rodzaju ludzkiego. Poucza ona tylko, że człowiek ukazał się u nas w epoce czwartorzędowej, i to raczej ku jej końcowi aniżeli w jej początkach, ale epoka ta była tak różna od naszej, przyczyny z natury swej zmniejszające postać i kształty ziemi okazywały wówczas siłę i natężenie tak niezwykłe, że ze zjawisk, jakie znamionowały epokę czwartorzędową, niepodobna sądzić o długości jej trwania. Powinna ona być krótką, względnie do grubości osadów, jakie ją reprezentują: i to jest jedyny punkt, na który się prawie zgadzają geologowie.
Nie pytać nam przeto geologów o dokładne daty. Dzisiejszy stan nauki pozwala w tym przedmiocie wyprowadzić tylko negatywne wnioski. Wszelako, ze wszystkich obliczeń, do jakich się uciekano, obliczenia najmniej uzasadnione są jeszcze te, „które hojnie rozdzielają setki i tysiące wieków pomiędzy rozmaite fazy epoki czwartorzędowej." Próżne usiłowania! dotychczas jeszcze nie zdołano nawet wykazać niedostateczności chronologii starożytnej. W faktach geologicznych, jakie nam opowiedziano i jakieśmy powyżej streścili, „nie dostrzegamy absolutnie nic takiego, powiada Lapparent, coby upoważniało do owych ogromnych obliczeń, jakich się nie lękali stawiać niektórzy pisarze"9.
II. Dawność człowieka wobec geografii fizycznej. skopiuj
Od czasu, kiedy człowiek objął w posiadanie zachodnie kraje Europy, powiadają niektórzy, zaszły znaczne zmiany w rozmieszczeniu lądów i mórz, oraz w ukształtowaniu się kontynentów. Podług Lyell'a (L'ancienneté de l'homme), cieśnina Pas-de-Calais wówczas jeszcze nie istniała. Mortillet idzie jeszcze dalej i mówi, że Francya nietylko łączyła się bezpośrednio z Anglią, ale także z Afryką i Ameryką. Znaczne zatem obniżenie się gruntu, skutkiem którego morze zalało ziemie, położone między owymi punktami, miało nastąpić po ukazaniu się człowieka.
W innych znów miejscowościach, przeciwnie, nastąpiło podwyższenie się gruntu. Lyell ukazuje nam na pomorskich wybrzeżach Gallii muszle morskie pochodzenia czwartorzędowego na wysokości, dochodzącej, jak się zdaje, 400 metrów. W Norwegii stwierdza on również osady morskie z tegoż czasu na wysokości 200 metrów. W Sardynii, niedaleko Cagliari, znaleziono, jak nam zaręcza ten sam geolog, muszle morskie, tym razem łącznie z naczyniami glinianemi, na wysokości 90 metrów nad poziomem morza.
Wszystkie te ruchy gruntu, uważane za późniejsze od przybycia człowieka w te strony, miały się dokonywać z największą powolnością. Lyell przypuszcza zaledwie 75 centymetrów podwyższenia na jedno stulecie, gdyż taka ma być podobno miara oscyllacyi, stwierdzonych za naszych czasów na brzegach Szwecyi. Otóż, sama nawet podstawa tego rachunku nie jest dokładna, bo obserwacye stwierdzają raczej podwyższenie się brzegów skandynawskich na pół metra w ciągu jednego wieku. Co więcej, same owe poruszenia gruntu bynajmniej nie są prawidłowe. Nietylko są różne względnie do miejscowości choćby najbardziej do siebie zbliżonych, ale nawet w tej samej miejscowości różne są względnie do czasu. Stwierdzono to niegdyś na skale Pitea, w północnej stronie zatoki Botnickiej. Skała, która w ciągu przeszło jednego wieku, od r. 1750 do 1851, podwyższyła się ledwie na 92 centymetry, od owego czasu do r. 1884, to jest w ciągu trzydziestu trzech lat podniosła się na 50 centymetrów.
Większą jeszcze różnicę zauważono na wybrzeżach Szkocyi, gdzie podwyższenie się gruntu wynosi 5 do 15 milimetrów rocznie.
Wszelako, trzeba chyba zapomnieć o zmianach, dokonanych w ciągu ery chrześcijańskiej, by się prawdziwie dziwić zmianom, jakie zaszły w wypukłościach naszego globu w czasach przedhistorycznych. Przypomnijmy więc sobie niektóre z tych zjawisk.
Najłatwiej tego rodzaju zjawiska skonstatować na wybrzeżach morskich z powodu następstw, jakie tam każda najmniejsza zmiana poziomu sprowadza. Tu ziemia wsunęła się w morze, tam, przeciwnie, morze rozszerzyło swe granice. Ostatni ten wypadek zdarzył się zwłaszcza na północnych brzegach Francyi, gdzie nierzadko przy odpływie morza spotkać można dosyć daleko od rzeczywistych brzegów pewne ślady dawnego lądu. Tu bez wątpienia w epoce względnie niedawnej wtargnęło morze w brzegi stałego lądu.
Również i po drugiej stronie cieśniny Pas-de-Calais wody zajęły obszary ziemi. Diodor Sycylijski świadczy, że niegdyś przy odpływie morza suchą nogą przenoszono cynę z Cornwallis na wyspę Wight. A dziś, jakże dalekoby do takiej pieszej przeprawy! Dosyć byłoby może cofnąć się o kilka wieków wstecz od owej epoki, by znaleźć wyspy W. Brytanii połączone z kontynentem.
Jednakże, jeżeli to obniżanie się gruntu nastąpiło na całem północnem wybrzeżu Francyi, to musiało ono być niekiedy przerwane zjawiskiem wprost przeciwnem, albowiem posiadamy dowód, że jedna część tego terytoryum pod koniec epoki rzymskiej była niższa, niż jest dzisiaj: mówiliśmy poprzednio, przy sposobności namulisk, że w dep. Nord znaleziono monety Posthumus'a pod osadem morskim na trzy metry grubym; z tego zaś trzeba wnioskować, że morze ponownie po trzecim wieku naszej ery zalewało ten kraj przez czas jakiś. A jakimże to sposobem stałoby się mogło, gdyby grunt tych terytoryów był wówczas na dzisiejszym swoim poziomie?
Podobny wypadek stwierdził Mercey na dolinie Sommy. Odkrycie muszli morskich i kamieni obok przedmiotów rzymskich wprowadziło tego geologa na myśl, że przed piętnastu mniej więcej wiekami morze sięgało aż do Amiens. Otóż, miejsce, gdzie dokonano tego odkrycia, leży dziś na dwadzieścia metrów nad poziomem morza. A zatem od owego czasu grunt podnieść się musiał o całą albo prawie o całą tę wysokość. I tu więc również mielibyśmy w ciągu jednego wieku więcej niż jeden metr podwyższenia gruntu, gdyby to podwyższenie odbywało się prawidłowo i powoli. Ale mamy powody przypuszczać, że dokonało się ono raptownie. Inaczej bowiem trudno byłoby sobie wytłómaczyć owe gwałtowne zjawiska, jakie towarzyszyły cofaniu się wód i zostawiły po sobie wyraźne ślady w samem mieście Lille.10
Wbrew przeciwnym twierdzeniom pewnej szkoły, gwałtowne te poruszenia gruntu nie są wcale rzadkie. Są one może częstsze i lepiej stwierdzone, aniżeli poruszenia powolne. Nie skończylibyśmy, gdybyśmy chcieli wyliczać wszystkie te poruszenia, jakie się dokonały choćby tylko od dwóch wieków z powodu trzęsień ziemi lub wulkanicznych wybuchów. Dla pamięci tylko przypominamy: wysepki Santorin (Cyklady), wyszłe raptownie z pod wody w różnych czasach, mianowicie w 1707 r. i w 1866; wyspę Nyöe, wyłaniającą się z pod morza w 1783 r. w południowo-zachodniej stronie Irlandyi, by w rok potem niespełna nanowo zniknąć; wyspę Julia albo Graham, która się również raptownie ukazała w 1831 r. na południowo-zachodniej stronie Sycylii, by w kilka miesięcy potem również raptownie się pogrążyć w falach morskich; ową Jorullo, górę wulkaniczną, wznoszącą się raptownie w 1759 r. na równinach Mexyku do wysokości 500 metrów; znaczną część Nowej-Zelandyi, wzniesioną w ciągu jednej nocy 23 stycznia 1855 r. do wysokości trzech metrów; wybrzeże Chilijskie, w ciągu naszego wieku wstrząsane rozmaitemi poruszeniami, których następstwem było podwyższenie się brzegu morskiego i sąsiedniej wyspy na wysokość od dwóch do trzech metrów; część Indyi, wynoszącą 3,000 kilom. kwadr. zapadającą się raptownie pod fale morskie, podczas gdy w odległości 9 kilometrów stamtąd wśród równiny łańcuch wzgórz się formował; Kalabryę rozdzierającą się, a tu i ówdzie się znów obniżającą, by następnie znów się podwyższać pośród strasznych wstrząśnień, jakich doświadczyła w 1783 r.; jeziora na trzydzieści kilometrów wielkie, tworzące się w 1812 r. w ciągu jednej godziny na dolinie Mississipi; nadbrzeżną ulicę Lizbony, zapadającą się raptownie pod tłumem ludu, który ją zajmował w czasie trzęsienia ziemi w 1755 r. i zalaną wodami na 150 metrów głębokości; wreszcie świeżą katastrofę wysp Sondskich, która spowodowała zapadnięcie się niektórych wysp, a wyłonienie się innych z pod morza, która tak dalece zmieniła geografię fizyczną tej części naszego globu, że zmusiła żeglarzy do pewnych zmian w rozkładzie drogi.
Z tego pobieżnego wykazu możemy się przekonać, czy rzadkie były w naszej epoce zjawiska gwałtowne i ziemi raptowne ruchy! Otóż, mamy wszelkie prawo przypuszczać, że ruchy te były jeszcze częstsze w epokach geologicznych, a zwłaszcza w epoce ostatniej, na pozór najbardziej na wszystkich niespokojnej, t. j. w epoce czwartorzędowej. Nie przypuszczamy, aby który z geologów chciał temu przeczyć.
A zatem o długości trwania tej epoki nie można wnosić z ogromu oscylacyi, jakie się w ciągu niej dokonały. Pomimo to jednak dobrze będzie zauważyć, że te oscylacye, choćby nawet wynosiły tylko jeden metr na jedno stulecie, nie pociągnęłyby jeszcze bardzo ciężkich następstw dla dawności rodzaju ludzkiego. Jeśli w Norwegii znaleziono osady morskie na wysokości 200 metrów, a w kraju Gallów takież osady na wysokości 400 metrów nad dzisiejszym poziomem morza, to przecież nie natrafiono w tych pokładach na nic takiego, coby świadczyło, że człowiek istniał już w czasie ich formowania się. W samej tylko Sardynii znaleziono wyroby przemysłu ludzkiego w osadach tej samej natury, ale na wysokości nie przewyższającej 90 metrów. Zapewne, i to zanadto jest wielka liczba, albowiem skoro się przypuści, że podwyższenie gruntu dochodziło do wysokości jednego metra w ciągu stulecia, z odkrycia tego trzebaby wnioskować, że człowiek żył w Sardynii przed 9000 lat, co wcale się nie zgadza z chronologią, przez tradycyę nam przekazaną. Atoli zrozumieć łatwo, że ta miara jednego metra na jedno stulecie, nigdzie zresztą dotąd nie stwierdzona, nie da się zastosować do kraju, tak często wstrząsanego wulkanicznemi ruchami, jak są wyspy, sąsiadujące z Włochami. Co więcej, zdaje się, że takie mniemane wzniesione miejsce nie jedno się znajdzie w Sardynii. Emilian Dumas widzi w tych naczyniach glinianych i w tych stosach muszli nic więcej, tylko szczątki starożytnych kuchni, podobnych do duńskich Kioekkenmadding. (E. Réclus. La Terre. t. I str. 120).
Co do zarzutu, opartego na dawnem połączeniu Europy z Afryką przez dzisiejszą cieśninę Gibraltarską, i z Ameryką przez nieistniejący dziś kontynent, to zarzut ten nie zasługuje na uwzględnienie. Jest-to przypuszczenie, na niczem nie oparte. Jeśli kiedy istniała jaka bezpośrednia łączność pomiędzy temi różnemi ziemiami, to chyba dawno bardzo przed ukazaniem się człowieka, jak tego dowodzą zupełnie odrębne cechy fauny obu tych kontynentów. Ciekawa rzecz widzieć, jak Mortillet, który gdy mu chodzi o zwiększenie ilości dowodów na poparcie dawności człowieka, za fakt pewny przyjmuje łączność Europy z Ameryką, pierwszy podnosi głos przeciw tej łączności, gdy idzie o istnienie Atlantydy (ob. ten art.), ta bowiem tłómaczyłaby zaludnienie Nowego-Świata przez Stary i stałaby w sprzeczności z pojęciami polygenistycznemi Mortillet'a. Oto do jakich sprzeczności prowadzi duch stronnictwa!
Ale zakończmy na tem nasze wywody. Te kilka uczynionych powyżej uwag powinno wystarczyć do wykazania, że zmiany zaszłe w geografii fizycznej i w wypukłościach kuli ziemskiej od początków epoki czwartorzędowej żadną miarą nie obowiązują do rozszerzania granic chronologii człowieka. Zarzucane nam ruchy powierzchni ziemi albo się potworzyły przed istnieniem człowieka, albo też dają się wyjaśnić bez koniecznej potrzeby nagromadzania licznych stuleci, jak to lubią czynić niektórzy. Gdy zważymy na podobnej natury zjawiska, jakie się wytworzyły pod naszemi, że tak powiem, oczami w epoce historycznej, nie jesteśmy bynajmniej przestraszeni ani doniosłością ani ogromem tych zjawisk; gdy się pomyśli, naprzykład, że podany niegdyś przez Cezara opis gallskich wybrzeży morskich wcale się nie zgadza z dzisiejszemi wybrzeżami, gdy się wspomni nadto, że epoka czwartorzędowa musiała być daleko więcej wstrząsana i niepokojona od naszej epoki, ulega się pewnemu zdziwieniu, że nie znaczniejsze jeszcze wytworzyły się zmiany w ukształtowaniu się powierzchni ziemi w ciągu pięciu czy sześciu tysięcy lat, jakie podług tradycyi i wszelkiego prawdopodobieństwa upłynęły od chwili, gdy człowiek objął w posiadanie zachodnie kraje Europy.
III. Dawność człowieka wobec zmian zaszłych w klimacie. skopiuj
Przeciwnicy chronologii biblijnej lubią się powoływać na doniosłość i powolność zmian, jakie zaszły w naszych krajach pod względem klimatycznym od ukazania się człowieka t. j. od epoki czwartorzędowej. Postaramy się tu w paru wyrazach wykazać: 1-o że przesadnie podnoszą niektórzy te zmiany, 2-o że zmiany te nie sięgają bynajmniej epoki tak odległej, jak utrzymują niektórzy naturaliści.
1-o Epoka czwartorzędowa łączy się — w części przynajmniej — z okresem lodowców, tak zwanym dla tego, że go znamionowały znacznych rozmiarów lodowce. Jest-to fakt, którego zaprzeczyć niepodobna. Ślady owych dawnych lodowców są jeszcze bardzo widoczne w wielu górzystych okolicach Europy, a mianowicie w Pirenejach, w górach Auvergne, w Wogezach, a nadewszystko w Alpach.
Trzeba się strzedz jednak i w tym razie przesady. Pewna szkoła, zwana lodowcową, utrzymywała, że cała Francya, jeśli nie cała Europa nawet. była pokryta olbrzymią lodowcową oponą. Gdyby tak było w rzeczywistości, trzebaby stwierdzić pewną przerwę w życiu roślinnem i zwierzęcem, gdyż oczywiście rośliny i zwierzęta nie mogłyby żyć w takich warunkach. Tymczasem paleontologia nic podobnego nie wykazuje. Gatunki, które żyły przed okresem lodowcowym, odnajdują się po większej części i w naszej epoce. Na 57 gatunków mięczaków, jakie odnaleziono w dawnych pokładach, 54 gatunki żyją w naszych czasach. Wszystkie nasze dzikie zwierzęta, prócz pewnych gatunków, które zaginęły, sięgają również epoki czwartorzędowej i żyły w czasach największej rozciągłości lodowców.
Sama roślinność w epoce czwartorzędowej była nadzwyczaj żywotna. Wiemy o tem z niewielu resztek, jakie po niej zostały, a nadewszystko z mnóstwa zwierząt trawożernych — jeleni, koni, słoni, nosorożców i t. p.— jakie zapełniały europejskie doliny i pola. Oczywiście, zwierzęta te nie mogłyby się należycie rozwijać, gdyby nie miały na swe wyżywienie bogatej roślinności.
Zwolenników teoryi lodowcowej, w bezwzględnem znaczeniu rozumianej, w błąd wprowadziło to, że powszechnie lodowcom przypisywano rozrzucone tu i owdzie, często nawet daleko od gór, wielkie kamienie, stosy żwiru i różnych materyałów. Nie mogli oni sobie w inny sposób wytłómaczyć takiego przenoszenia się z miejsca na miejsce kamieni i skał zw. narzutowemi, a nagromadzenie skalnych odłamów i drobnych kamieni uważali za moreny czyli osady różnych materyałów, przeniesionych przez lodowce. Zapominali jednak, że prócz lodowców istnieje inny jeszcze czynnik przenoszenia tego rodzaju przedmiotów. Woda w stanie ciekłym sprowadza często takie same jak lodowce następstwa, a błąd szkoły lodowcowej polegał właśnie na pomieszaniu tych dwóch różnych czynników.
Zapewne, że kamienie narzutowe i moreny są zwykłemi oznakami dawnych lodowców, ale wzięte same w sobie nie są dowodem wystarczającym. Na to trzebaby jeszcze, trzeciej oznaki, to jest obecności skał porysowanych albo pofałdowanych, co się właśnie widzi w pobliżu niektórych dzisiejszych lodowców. Skoro wszystkie te oznaki razem się zejdą, omyłka jest niemożliwa; ale sama jedna tylko z tych oznak nie jest wystarczającym dowodem istnienia lodowców, gdyż może ona być skutkiem innej jakiejś przyczyny naturalnej.
Ponieważ niektórzy zaczynają tę prawdę brać na uwagę, przeto okazują pewną skłonność do znacznego zmniejszania rozmiarów dawnych lodowców i surowości temperatury w epoce czwartorzędowej. Trzeba się jednak wystrzegać tej przeciwnej ostateczności i utrzymywać, jak to czynią niektórzy, że temperatura nasza obniżyła się raczej aniżeli podwyższyła od czasów epoki czwartorzędowej. Dawne rozmiary lodowców nie dowodzą same przez się, żeby temperatura ówczesna była zimniejsza od naszej; same nawet zwierzęta są tego dowodem. Na równinach naszych żyły wówczas renifery, żarłoczne rosomaki, dzikie kozy, małpy ogoniaste i inne zwierzęta, które dziś spotykamy tylko albo w krajach cieplejszych, albo na znaczniejszych wyżynach. Mamut i nosorożec nie stanowią tu wyjątku, gdyż wiadomo, że te zwierzęta były utworzone do życia w zimnym klimacie.
Zdaje się więc, że temperatura była rzeczywiście niższa w epoce czwartorzędowej, to jest w epoce, w której człowiek ukazał się w naszych krajach. Ale ta różnica klimatu bynajmniej nie była tak znaczna, jak utrzymują niektórzy. Zdaniem Karola Martins'a, czterostopniowe jej obniżenie wystarczy, by wytłómaczyć dawne rozmiary lodowców. Liczbę tę można uważać nawet za maximum, gdyż dowiedziona rzecz dzisiaj, że w zjawiskach lodowcowych wilgoć grała główną rolę. Świadczą o tem łożyska rzek i namuliska, że wówczas wszystka woda nie była w stanie stałym, i że jeśli lodowce były daleko więcej rozprzestrzenione, niżeli w czasach obecnych, to rzeki były również nieskończenie obfitsze.
- Zdawałoby się na pierwsze wejrzenie, że stan rzeczy tak bardzo różny od naszego dla swego unormowania się wymaga czasu bardzo znacznego a tem samem odnosi nas do epoki bardzo odległej. Tymczasem wcale tak nie jest. By odnaleść przynajmniej ślady klimatycznych warunków, o jakich wspominamy nie trzeba bynajmniej uciekać się do zamierzchłych czasów przedhistorycznych; dosyć się cofnąć wstecz o jakieś piętnaście lub dwadzieścia wieków. Wszystkie wiadomości, jakie posiadamy o tej epoce czasu, ukazują nam całą Europę i przyległe jej kraje Azyi i Afryki zimniejszymi i wilgotniejszymi, aniżeli są w dzisiejszych czasach.
Cenne pod tym względem wskazówki zawdzięczamy starożytnym pisarzom. Herodot opisuje nam klimat Scytyi w słowach, któreby dziś odpowiadały raczej Laponii lub Grenlandyi. Ukazuje on nam rzeczoną Scytyę pokrytą lodem w ciągu ośmiu miesięcy w roku, morze Czarne zamarznięte do tego stopnia, że najcięższe wozy mogło dźwigać na sobie, same nawet okolice Dunaju w ciągu ośmiu miesięcy w roku pogrzebane w śniegu, a latem zwilżane obfitymi deszczami, które nadawały wspomnianej rzece bieg bardzo gwałtowny.
Herodot nadto powiada, że osioł nie mógł żyć w Scytyi z powodu wielkich chłodów, jakie tam panowały. W następnym wieku takąż samą uwagę o Gallii robi Arystoteles. Współczesny mu Theofrast powiada również, że drzewa oliwkowe mogły rosnąć w Grecyi nie dalej niż około 400 stadyów od brzegów morskich. — Nie potrzeba upewniać, że dziś i osty i oliwki żyją i doskonale się udają w rzeczonych krajach.
W trzy wieki później Cezar wielokrotnie i z naciskiem opowiada o surowości i wczesności zimy w Gallii, o wielkiej obfitości deszczów i śniegów, tak, iż mnóstwo na każdym kroku spotykanych jezior, błot i bagnisk tamowało ruchy jego armii. To też latem tylko mógł on przedsiębrać wojenne wyprawy.
Tak samo Cycero, Varron, Possidoniusz, Strabon, opowiadają o surowym klimacie Gallii, niedozwalającym na uprawę winnic i drzew oliwkowych. Potwierdza te wiadomości Diodor Sycylijski. Takie jest zimą, powiada on, zimno w Gallii, że „prawie wszystkie rzeki marzną i tworzą naturalne mosty, po których najbezpieczniej przechodzą liczne armie z wozami i bagażami; aby się, przechodząc, nie ślizgano na lodzie i przeprawę uczyniono bezpieczniejszą, rozrzuca się słomę na lodzie."
Również Virgiliusz i Owidyusz powtarzają toż samo o zimnach w krajach naddunajskich. Pierwszy opowiada, że po Dunaju przechodzą liczne wozy, a mieszkańcy tych stron nieszczęśliwych ukrywają się w jaskiniach, owinięci w skóry zwierzęce. Myślałbyś, że poeta opisuje ci sceny z epoki czwartorzędowej!
Może jeszcze dokładniej wyraża się Owidyusz, który spędził w tych krajach wiele lat swego życia. Posłuchajmy przeto, co on o tem mówi: „Dunaj, ta rzeka tak szeroka, która się kończy obszernem morzem, zamarza i twardnieje tak, iż ukrywa swe ujście do Pons-Euxinus. Tam gdzie pływały statki, pewną chodzi się stopą; ścięte od mrozu fale odzywają się echem pod nogami koni, a woły Sarmatów po tych mostach ciągną ciężkie wozy. Widziałem nadto, w co nawet wierzyć się nie chce, choć opowiadanie moje zasługuje na wszelką wiarę, gdyż nic mi nie zależy na ukrywaniu prawdy, — widziałem, jak lód pokrywał cały obszar morza Pons-Euxinus. Ale nie dość powiedzieć, żem widział, jam chodził nawet po tych zmarzniętych wodach. Wino zamarza tu w twardą masę; w kawałkach dają je do picia." A że boi się posądzenia o przesadę poetycką, powołuje się na świadectwo dwóch dawnych rządców Mezyi, którzy sami stwierdzić mogli te fakta.
Łatwo zrozumieć, dla czego Owidyusz tak zastrzegał. Pisarz, któryby dziś opowiadał, że morze Czarne zostało całe pokryte lodem, naraziłby się na to, żeby mu nie uwierzono.
Sama nawet Italia doświadczała po części chłodów, jakie panowały na północy. Virgiliusz opowiada o nagromadzonych wielkich śniegach, o rzekach, pokrytych lodem, o smutnej zimie, która roztrzaskuje kamienie i wstrzymuje bieg rzeki, a to wszystko w najcieplejszych okolicach Italii, pod murami Tarentu. Dokładniejszy jeszcze od Virgiliusza, Horacy, przedstawia nam Soraktę, górę w pobliżu Rzymu będącą, „ubieloną gęstymi śniegami," rzeki „lodami skute i bieg swój zawieszające," samą nawet kampanię rzymską pokrytą śniegiem. Dziś śniegi nie pokrywają Sorakty, a na kampanii rzymskiej śnieg nigdy nie leży.
Przez cztery czy pięć wieków następnych różni pisarze nie przestają zaznaczać surowości klimatu w krajach, na północ od Italii położonych. Zadługo byłoby przytaczać ich świadectwa. Z tych, którycheśmy przytoczyli, mamy, zdaje się, prawo wnioskować, że klimat nasz widocznie złagodniał od początku czasów historycznych. Jest to zdanie z naciskiem wypowiedziane przez człowieka, który to zagadnienie badał szczegółowo. „Jeśli był kiedyś w dziejach fakt udowodniony, powiada Fuster, to jest nim nadzwyczajna surowość klimatu starożytnej Gallii. Wszystkie świadectwa, wszystkie opinie, wszystkie okoliczności jednogłośnie świadczą o wielkiej surowości zimy, o nadzwyczajnej obfitości deszczów i gwałtowności burz atmosferycznych. Próżno się żymać przeciw takiemu świadectwu, przeciwstawiając mu pojęcia błędne lub przesądy na niczem nie oparte; prędzej czy później świadectwo takie, jako prawda, zwycięstwo odniesie”11).
Świadectwo historyi potwierdza geologia i archeologia. Uczone badania Michała Rossi'ego nad Tybrem, studya Belgrand'a nad Sekwaną, Mercey'a nad Sommą i Rosemont'a nad Rodanem udowodniły, że przed dwoma tysiącami lat rzeki te miały inny niż dziś kierunek, a nadewszystko, że toczyły daleko obfitsze wody.
Toż samo się działo z Dunajem, Renem i innemi rzekami środkowej Europy. Algier był również daleko wilgotniejszy niż za naszych czasów i dzięki tej wilgoci swego klimatu posiadał bujną roślinność, która dziś prawie całkiem zginęła.
Azya i północna Ameryka miały również przed piętnastu lub dwudziestu wiekami klimat zimniejszy i bardziej wilgotny. Wszystko dowodzi, iż rzeki były tam obfitsze, poziom jezior wyższy, roślinność bogatsza i rozmaitsza.
Zmiana ta klimatyczna, właściwa całej północnej półkuli ziemi, zależy, naszem zdaniem, od pewnego zjawiska astronomicznego, które dotychczas nie dość zwracało na się uwagę, to jest od zmiany perihelii ziemskiej czyli stanowiska zimy względem słońca; innemi słowy, zmiana owa klimatyczna zależy od tego, że lato na naszej półkuli jest w rzeczywistości o jakie ośm dni dłuższe od naszej zimy. Rozumie się, że podobna różnica, ponawiając się corocznie, sprowadza wreszcie widoczne podwyższenie temperatury.
Przeciwnie zaś przed dziesięcioma tysiącami lat, zima właśnie była porą roku najdłuższą, trwanie bowiem całego cyklu wynosi dwadzieścia jeden tysięcy lat. Rzecz naturalna, że w owej epoce i podczas kilku tysięcy lat następnych, zimna były silniejsze, przynajmniej w czasie zimy, a także i wody obfitsze, aniżeli w dzisiejszych czasach; albowiem wówczas letnie zbliżenia ziemi do słońca bardzo silne, musiały topić śniegi, nagromadzone w porze zimowej i sprowadzić gwałtowniejsze parowanie.
Ale nie tu miejsce na długie tego rodzaju wywody. Wystarczy nam to wykazać, że od dwudziestu wieków w klimacie naszych krajów zaszły znaczne zmiany. Jeśli wówczas obfitość wód i tęgość mrozów nie były tak wielkie, jak miały być w epoce czwartorzędowej, to w każdym razie bardzo mało się od nich różniły, i jesteśmy przekonani, że geologowie tej czwartorzędowej epoce przypisują wiele zjawisk takich, jakie w rzeczywistości spełniły się już w pełnym biegu czasów historycznych. W każdym razie, skoro się zważy, w jak krótkim czasie dokonały się te zmiany klimatyczne, można śmiało sobie powiedzieć, że aby otrzymać o jeden stopień większą surowość klimatu, nie potrzeba bynajmniej sięgać zbyt daleko w mrok czasów przedhistorycznych. Chronologia tradycyjna z pewnością przedstawia nam po temu granice więcej aniżeli dostateczne.
IV. Dawność człowieka wobec zmian zaszłych w królestwie zwierząt. skopiuj
Jako dowód rozstrzygający na korzyść wysokiej dawności człowieka uważają niekiedy fakt zaprzeczyć się dziś nie dający, że w krajach zachodniej Europy człowiek żył razem z pewnemi zwierzętami, które jak np. słoń lub nosorożec, dziś już nie istnieją. Fakt ten dowodzi, co chętnie przyznajemy, że istnienie człowieka sięga czasów geologicznych, a co najmniej epoki czwartorzędowej, gdyż powszechnie zgadzają się na to, że ta epoka trwała aż do zaniku ostatnich tych zwierząt; ale fakt rzeczony bynajmniej nie dowodzi tego, aby kwoli niego należało się wyrzec chronologii tradycyjnej. By się o tem przekonać, dość rzucić okiem naprzód na zwierzęta zaginione w epoce czwartorzędowej, następnie na gatunki, jakie od początku czasów historycznych to jest od dwudziestu mniej więcej wieków znikły z przed oczu człowieka.
Następnie zaś są gatunki, które współistniejąc niegdyś z człowiekiem, uchodzą dziś za zaginione: mamut (Elephas primigenius), nosorożec włochaty (Rh. tichorhinus), niedźwiedź wielki albo jaskiniowy (Ursus spelaeus), lew jaskiniowy (felis spelaea), jeleń olbrzymi (cervus megaceros), hyena jaskiniowa (hyena spelaea) i renifer (cervus tarandus). Powiedzmy o każdym z nich słówko ze stanowiska ich dawności.
Najbardziej zastanawiającem jest może współistnienie w zachodniej Europie razem z człowiekiem słonia, gdyż zwierzę to nie istnieje już nigdzie w Europie. Nadto, cały organizm jego zdaje się być przeznaczonym dla krajów ciepłych, gdy tymczasem, jakeśmy wyżej powiedzieli, epoka czwartorzędowa była zimniejszą, aniżeli nasza epoka.
Ustąpi wszakże wszelkie zdziwienie, skoro się dowiemy, że słoń czwartorzędowy jest to mamut (El. primigenius), i że znaleziono go w lodach Syberyi przyodzianego długą grzywą i gęstą wełną. Dzięki temu opiekuńczemu pokryciu mógł on bezkarnie znosić silne mrozy, a istnienie jego w epoce czwartorzędowej nietylko nie stanowi zarzutu przeciw naszym poglądom na temperaturę czasów przedhistorycznych, lecz przeciwnie nawet je potwierdza.
Czas zaniku tego gatunku zwierząt trudno na pewno oznaczyć, zważywszy, że historya najzupełniej milczy o tym przedmiocie. Stary kronikarz, Parthenopex de Blois, wymienia wprawdzie słonia pomiędzy zwierzętami, przebywającemi niegdyś w lasach naszych, ale świadectwu jego nie można przypisywać historycznego znaczenia. Wszelako to bezwzględne na tym punkcie milczenie historyi bynajmniej nie dowodzi, aby słoń sięgał bardzo odległej starożytności. Nie trzeba zapominać, że historya zaczyna mówić o krajach zachodniej Europy dopiero od dwudziestu mniej więcej wieków; nadto początkowo rzuca ona pewne światło tylko na południową część dzielnic gallijskich. Na sto lat przed Cezarem mógł słoń przebywać na bagnistych północnych równinach, a przecież pamięć o nim mogła się nie przechować.
W braku dokładniejszych danych trzeba zapytać geologii i archeologii o odnośne wskazówki. Otóż, nauki te ukazują nam w wielu wykopaliskach szczątki słonia obok szczątków gatunków dziś jeszcze żyjących, albo też obok wyrobów bardzo udoskonalonego przemysłu. Tak naprzykład, w jaskini Nerona (Ardéche) znaleziono obok kości słonia szczątki konia, skalnego kozła, hyeny, wilka, sarny, jelenia, wołu a nawet szczątki psa, którego wprowadzenie do zachodniej Europy zdaje się być niedawnem. Tak samo znaleziono również w wielu napływowych osadach, w nowszych namuliskach, zwłaszcza w Anglii w formacyi torfowej zwierzęta, należące przeważnie do fauny historycznej12.
Podobnież odkrycie mamuta syberyjskiego, tak doskonale zachowanego, że psy mogły się żywić jego mięsem, nie dowodzi również wysokiej jego starożytności. Chętnie też się zgadzam na uwagę, którą czyni autor artykułu „Elephant" w Dictionnaire d'histoire naturelle Orbigny'ego: „Co pewna, to, że nikt mi nie wytłómaczy, jak można w r. 1836 żywić psy mięsem zwierzęcia, zabitego przed epoką czasów historycznych; a jeśliby było potrzeba podać powody mego niedowierzania, nie brakłoby mi takowych z pewnością.
Tem łatwiej zaś możemy zaliczać ów gatunek słonia do zwierząt, które przebywały na naszych równinach i górskich dolinach w wiekach bezpośrednio poprzedzających erę chrześcijańską, że olbrzymi ten gróboskórzec zajmował wówczas inne także kraje, w których również zaginął. Był naprzykład wówczas bardzo rozpowszechniony w północnej Afryce, gdzie Kartagińczycy spożytkowywali go w wojnach. Dawniej jeszcze znajdujemy go także w okolicach Niniwy. Był on tam nawet tak rozpowszechniony, że król egipski, Thotmes III, złowił aż sto dwadzieścia sztuk jego na jednem tylko polowaniu. A jednak historya, tak ścisła przecież względem tych krajów, przemilcza również i o tym fakcie, którego poznanie zawdzięczamy napisom hieroglificznym.
Cośmy powiedzieli o słoniu odnosi się również do nosorożca, zwykłego jego towarzysza w epoce czwartorzędowej; i to zwierzę również znaleziono w lodach Syberyi z mięsem, ze skórą i z sierścią, która je broniła od zimna. Angielski pisarz, Brodie, robi słuszną uwagę, że może niema jeszcze trzech tysięcy lat, jak tuziemcy uganiali się za nosorożcem, tak samo jak za mamutem na błotnistych równinach Gallii.
Jednakże, według wszelkich danych, oba te gatunki zwierząt są najdawniejsze z tych wszystkich, jakie istniały razem z człowiekiem. Myślano czas jakiś, że pozostałość ta niedźwiedź wielki czyli niedźwiedź jaskiniowy; atoli, prócz tego, że gatunek ten nie zawsze jest bardzo odmienny od pewnych okazów, należących do dzisiejszych gatunków, mamy dziś nadto wszelkie prawo przypuszczać, że gatunek tego niedźwiedzia przetrwał aż do najbliższej nam epoki. Na różnych miejscach znaleziono szczątki jego obok szczątków zwierząt dzisiejszych, nawet obok naszych zwierząt domowych. Może do tej epoki należałoby odnieść pewne niedźwiedzie, odznaczające się postawą, jaką znajdujemy zaznaczoną w niektórych pomnikach średniowiecznych.
Lew jest również jednem ze zwierząt, jakie Parthenopex de Blois zalicza do zwierząt, goszczących w lasach gallijskich. Pieśń Rolanda umieszcza go również w lasach Ardenneńskich. Wszystko co wiemy o lwie z innych, niż z powyższych źródeł, pozbawionych niestety powagi, sprowadza się do tego, że lew rzeczony był niegdyś daleko bardziej rozpowszechniony, aniżeli za dni naszych. Greccy pisarze powiadają, że przebywał on w górach Tracyi, Macedonii i Tessalii. Obfitowała weń Afryka, gdzie łowili go rzymianie w celu wystawiania go setkami po cyrkach przed oczyma pospólstwa. Zdaje się, że nic nie przeszkadzało temu zwierzęciu w owej epoce czasu wybrać sobie na mieszkanie pewne bezludne okolice Gallii, gdzie nie potrzebował nawet, tak jak w Afryce, obawiać się napadu ze strony najniebezpieczniejszego swego wroga — człowieka.
Jeleń wielki, czyli o rogach olbrzymich, jest również jednym z tych gatunków, które zaginęły, lecz których wytępienie wcale nie zdaje się być bardzo dawnem. Mówiono o tem zwierzęciu, że było ono przedstawiane na pomnikach i bardzo poszukiwane przez rzymian, którzy je sprowadzali z Brytanii. Nie wiemy, na jakich danych opiera się to twierdzenie, ale niema w niem nic nieprawdopodobnego. Szczątki takiego wielkiego jelenia znaleziono w torfowiskach tak świeżej formacyi, że naturaliści najbardziej nawet usposobieni do robienia starymi gatunków zwanych czwartorzędowymi przyznają, iż trzeba w tym wypadku uczynić wyjątek.
Hyena jaskiniowa nie zasługuje tu na naszą uwagę, gdyż najprawdopodobniej nie należy ona wcale do gatunków zaginionych. Powiadają Chantre i Lartet, że ta hyena jaskiniowa miesza się z hyeną prążkowatą, i że nie powinno nas to dziwić, iż znajdujemy ją w Gallii, w klimacie stosunkowo chłodnym, gdyż sfera mieszkania jej jest bardzo rozległa, a miejscami, naprzykład w górach Altajskich, znosi ona bardzo nizką temperaturę. Nie chłody to prawdopodobnie, lecz polowanie na nią ze strony człowieka musiało ją wygnać z Europy zachodniej. Wygaśnięcie tego gatunku uważają skądinąd za stosunkowo niezbyt dawne.
Pozostaje renifer. Ale nie idzie nam tu o gatunek wygasły, lecz poprostu — przesiedlony. Renifer żyje do dziś dnia w krajach dalekiej północy u Lapończyków i Samojedów. Na to wszyscy się zgadzają: bardziej spornem zaś jest pytanie, kiedy ostatecznie zniknął ten gatunek w Europie zachodniej. Zdaje nam się, że łatwo możnaby się porozumieć co do tego pytania, gdyby się można uwolnić na chwilę od tego przesądu, że renifer jest wyłącznie gatunkiem czwartorzędowym i że epoka czwartorzędowa skończyła się dawno przed erą historyczną. I rzeczywiście, cóż jaśniejszego nad opis tego zwierzęcia, zostawiony nam przez Cezara! „Znajduje się, powiada on, (w lesie Herceńskim) wół o kształtach jakoby jelenia, który w środku czoła pomiędzy uszami ma jeden róg, wyższy i szerszy od tych, jakie znamy, a górne jego kończyny rozdzielają się na długie gałęzie podobne do piędzi ręki ludzkiej. Samiec i samica są jednego typu, u obu forma i rozłupanie rogów są jednakowe." (De Bello gal'. VI, 26).
Jak Geoffroy Saint-Hilaire, tak samo i my uważamy, że opis ten „nawet w swych omyłkach nosi na sobie cechę głębokich i osobistych spostrzeżeń." W istocie bowiem, renifer jest jedynem zwierzęciem z rodzaju jeleni, którego samica zarówno jak samiec są uzbrojone w rogi, jedynem zwierzęciem, które szerokością swego czoła robi na nas wrażenie wołu, — jedynem wreszcie zwierzęciem, którego rogi są zakończone długiemi spłaszczonemi rozgałęzieniami. Jest wprawdzie w opisie Cezara pewna niedokładność, dowodząca powierzchowności spostrzeżeń, a mianowicie rogi renifera nie wychodzą ze środka, lecz z obu boków głowy. Widać jednak, że omylił się w tym mniej uważny badacz. W skutek rozłożystej pozycyi rogów, a zwłaszcza dzięki temu, że główna gałęź rogów u pewnych okazów występuje nieco naprzód, możnaby rzeczywiście niekiedy powiedzieć, że te rogi wychodzą ze środkowej części czoła.
Zresztą, zdaje się, że Cezar na innem miejscu tego samego dzieła (VI, 21) wyraźnie mówi o reniferze; Germanie, powiada on, noszą małe płaszcze ze skóry reniferów. Takie jest przynajmniej najprawdziwsze tłómaczenie wyrazów: parvis rhenonum tegumentis utuntur, które trudno racyonalnie przetłómaczyć inaczej.
A zatem, zdaniem Buffon'a, Cuvier'a, Pawła Gervais'a, i rzec można wszystkich naturalistów, nie stojących pod wpływem przesądów nowej szkoły archeologicznej, renifera nie można zaliczać do rzędu gatunków zwierzęcych, zaginionych w czasach przedhistorycznych. Takich zaginionych gatunków renifera, jeśli weźmiemy w rachubę tylko fakta stwierdzone, naliczyć można z pół tuzina. Ale przypuśćmy, że ilość takich gatunków będzie dwa—trzy razy większa, to cóż to znaczy wobec czterdziestu lub pięćdziesięciu gatunków ssawców i ptaków, jakie o ile wiemy, zaginęły13. Gdybyśmy chcieli zachować należny stosunek w rachunku, zginęłoby w epoce przedhistorycznej nie dziesięć lub piętnaście, lecz conajmniej z jakie sto gatunków, albowiem, licząc podług zwykłej chronologii, epoka przedhistoryczna powinnaby trwać prawie trzy razy dłużej, niż epoka historyczna. Nadto trzeba jeszcze dodać, że początkowo zanik gatunków musiał następować daleko prędzej, aniżeli w dzisiejszych czasach, albowiem pewne gatunki bywały do pewnego stopnia bezbronne wobec pierwszych posiadaczy ziemi.
Co się dziać musiało w owych początkowych czasach można mieć wyobrażenie z jednego z najciekawszych wypadków, jaki się wydarzył przed dwustu prawie laty, a jaki pozwolimy sobie tu przytoczyć.
Pod koniec siedmnastego wieku pewien francuski podróżnik, Leguat, skutkiem odwołania edyktu Nantejskiego osiedlił się z pewną ilością swych protestanckich współwierców na wysepce Rodriguez, położonej wśród oceanu Indyjskiego na wschód od wyspy św. Maurycego.
Korzystając ze swego pobytu na tej wyspie, ogłosił on w 1708 roku opis zwierząt i roślin, jakie tam spotkał. Były tam obok wspaniałej roślinności liczne gatunki ptaków, między innemi czerwonaki, dzikie ptaki, kanarki, kokoszki wodne, bąki, kosy, rogate chróściele, drozdy, papugi rozmaitych odcieni. Otóż w miejsce tego wszystkiego żeglarze, którzy pod koniec zeszłego wieku zwiedzili wyspę Rodriguez, znaleźli tylko nędzną faunę i florę. W skutek tego podano w podejrzenie prawdomówność Leguat'a. Szczęściem dla jego pamięci, w ostatnich czasach zwiedzili tę wyspę naturaliści i przywieźli ze sobą mnóstwo kości, zagrzebanych pod zwierzchnią warstwą gruntu. Oddane w ręce Alfonsa Milne-Edwards'a, kości te, wysuszone, odzyskały życie. Uczony naturalista odnalazł w nich część ptaków, opisanych przez Leguat'a, i oddał cześć dokładności opisu francuskiego podróżnika.
Ornitologiczna fauna wyspy Rodrigueza, zdaje się, zaginęła w połowie zeszłego wieku. Istniała ona jeszcze w r. 1730, jak świadczy sprawozdanie świeżo odnalezione we francuskiem ministeryum marynarki. W trzydzieści lat później fauna ta kłoniła się już ku upadkowi, gdyż żeglarz pewien, który zwiedził tę wyspę w 1760 roku, powiada, że pewien gatunek ptaków (Solitaire), opisany przez Leguat'a, stał się tam nadzwyczaj rzadkim. A zatem, zanik królestwa ptaków na wyspie Rodrigueza bez obawy odnieść można do połowy lub do końca zeszłego wieku.
Oto mamy całą faunę, zanikającą raptownie, skoro tylko zbliżył się do niej człowiek najstraszniejszy nieprzyjaciel zwierząt. Ileż to razy fakt ten musiał się powtórzyć w owych dawnych epokach, kiedy nigdy nie było historyka, coby zaznaczył go w swoich rocznikach! Nie trzeba zapominać, że historya bynajmniej nie jest już zamknięta, nawet odnośnie do czasów, które obejmuje. Pisarze starożytności klasycznej, aż do Cezara przynajmniej, nie znali wnętrza krajów zachodnio-europejskich. Jak wyznaje Polybiusz, była to dla nich terra incognita, jak dla nas np. dzisiejsza Afryka. Byłoby to wielkim błędem chcieć przy pomocy samych tylko tych świadectw opisać faunę owych czasów. Doświadczył tego na Alzacyi Karol Gérard w poważnem dziele swojem Faune historique. Wymienia on pomiędzy gośćmi alzackich lasów w epoce rzymskiej niedźwiedzie, żubry, konie dzikie, kozły skalne i dzikie kozy, zwierzęta ostrowidze, daniele, jelenie, łosie; — tyle najrozmaitszych i znacznych zwierząt, o których jednak sam Cezar ani jednem słowem nie wspomina.
Ze swej strony geologia i archeologia odsłoniły nam fakta najbardziej zdumiewające, o których najzupełniej przemilczała historya, chociaż należały one do jej zakresu. Czyż po tem wszystkiem nie byłoby zbytnią śmiałością używać milczenia historyi za dowód, że to albo owo zwierzę zupełnie zaginęło przed dwudziestu wiekami, czyli zanim historya mówić zaczęła? Jeśli podróżnik Leguat zaniechał nam mówić o ciekawych gatunkach ptaków, jakie aż do osmnastego wieku ożywiały krajobrazy wyspy Rodrygeza, jeśli Albert Wielki nie wspomina wyraźnie, że za jego czasów łowiono wieloryby na wodach La Manche, jeśli naturalista Steller nie zostawił nam opisu pewnych gatunków wieloryba, zaginionego około r. 1760, czyż dla tego nie mamy wierzyć w niedawne istnienie tych różnych zwierząt, a za dni naszych wykopane ich kości mamyż odnosić do czasów kopalnych epoki czwartorzędowej? Wszak te gatunki przypadkowym tylko okolicznością zawdzięczają, że zostały poznane, a jest jeszcze z pewnością dużo innych, które nie zostały odnalezione i poznane. Jakiem więc prawem wyznaczać będziemy tym ostatnim gatunkom pewną określoną datę po za obrębem czasów historycznych, skoro niepewnością trąci wszystko, co się do ich wieku odnosi?
Z tego więc wszystkiego wnioskujemy: 1) że zwierzęta, uważane za przedhistoryczne i czwartorzędowe, doskonale żyć mogły za czasów historycznych w jakichś okolicach, oddalonych od zachodnich krańców Europy; 2) że ilość tych zwierząt jest w rzeczywistości bardzo ograniczona i daleko niższa od ilości tych gatunków, które znikły z przed naszych oczu w ciągu dwóch ostatnich tysięcy lat. Nie tylko więc argument, na który się powołują pewni uczeni, nie dowodzi wysokiej dawności człowieka, ale przeciwnie, dąży on do potwierdzenia względnie niedawnego jego początku.
VI. Dawność człowieka wobec postępów jego przemysłu. skopiuj
Inny znów dowód, jaki przytaczają na poparcie wysokiej starożytności rodu ludzkiego, jest następujący:
Archeologia nas uczy, że człowiek wznosi się stopniowo od barbarzyństwa do cywilizacyi, że przechodził szereg okresów przemysłowych, coraz doskonalszych, że zmieniały się jego narzędzia, udoskonalając się bezustannie; początkowo wyłącznie używany kamień ustępuje miejsca bronzowi, a ten ostatni — żelazu. I nie na tem koniec. Sam nawet potrójny wiek kamienia, bronzu i żelaza dzieli się, powiadają, na pewną ilość podokresów, z których wszystkie lub prawie wszystkie są przedhistoryczne i zaznaczone pewnym postępem przemysłu. Sam tylko wiek kamienia zawierać ma takich podokresów aż siedm, z których dwa pierwsze mają należyć do epoki geologicznej, zwanej trzeciorzędową, następne — do epoki czwartorzędowej, a ostatni do początków epoki obecnej. Następnie iść mają dwa okresy wieku żelaza, po których dopiero miałaby się otworzyć epoka rzymska, we właściwem słowa znaczeniu — historyczna.
Następująca tablica da nam pojęcie o tem mniemanem następstwie epok. Każdy okres oznacza się tu główną miejscowością, która go reprezentuje.
Czasy przedhistoryczne (podług Mortillet'a).
| Epoki geologiczne | Wieki | Okresy |
|---|---|---|
| Trzeciorzędowa | Eolityczny czyli kamienia łupanego | Thenayski (Loir-et-Cher)
Ottajski (Portugalski) |
| Czwartorzędowa | Poleolityczny czyli kamienia obrabianego | Szelleński (Seine-et-Marne)
Mustierski (Dordogne)
Solutreński (Saône-et-Loire)
Magdaleński (Dordogne) |
| Obecna | Neolityczny, czyli kamienia gładzonego
Bronzowy
Żelazny | Robenhauseński (Szwajcarya)
Morżyjski (Szwajcarya)
Larnodyjski (Jura)
Hallstadteński (Austrya)
Marneński (Fracya) | Gdyby rzeczy szły takim porządkiem, jak chce Mortillet, trzebaby stanąć po jego stronie i cofnąć wstecz granice chronologii ludzkiej; wpierw jednakże trzeba poddać próbie klasyfikacyę, którą nam chce narzucić.
Naprzód tedy znieść trzeba dwa okresy, odpowiadające epoce trzeciorzędowej, albowiem większość uczonych, nawet tych, którym najwięcej na sercu leżało podać w wątpliwość chronologię tradycyjną, uznała, że krzemienie tak zwane obrabiane, na których się wspiera teorya o „Człowieku trzeciorzędowym," (ob. ten art.), były albo naturalne albo wszelkiej autentyczności pozbawione. Już to samo sprowadza przynajmniej do połowy a może nawet do dziewięciu dziesiątych nadmierną długość chronologii przedhistorycznej, gdyż oba te okresy trzeciorzędowe przedstawiają czas stosunkowo bardzo znaczny, pod względem geologicznym odpowiadający dwom epokom: miocenowej i pliocenowej. Ustaje zaś wszelka poważna trudność w chwili, skoro przyznamy, że ukazanie się człowieka należy do epoki czwartorzędowej.
Atoli, gdyby cztery okresy przemysłowe, które według Mortillet'a przedstawiają epokę czwartorzędową, w rzeczywistości następowały po sobie, gdyby zwłaszcza miały one tę doniosłość, jaką im przypisywano, to nie łatwo byłoby je wytłoczyć w ramy dawnej chronologii; ale szczególnie, następstwo to jest więcej niż wątpliwe, nawet odnośnie do jednej tylko określonej jakiejś miejscowości. Tem mniej zaś można je rozciągać do zachodniej Europy, albo do całego europejskiego kontynentu. Gdyby to kolejne po sobie następstwo epok przemysłowych było rzeczywiste, natenczas powinnyby się odnaleźć pokładane jedne nad drugimi cztery rodzaje przemysłu: szelleński, mustierski, solutreński i magdaleński; tymczasem nigdzie nie zrobiono podobnego odkrycia. Wprawdzie w paru rzadkich miejscowościach stwierdzono podobną superpozycyę dwóch z wymienionych przemysłów; w wielu bardzo miejscach spotkano okazy każdego z tych czterech rodzajów przemysłu oddzielnie, ale stąd bynajmniej nie wynika, żeby wszystkie te cztery rodzaje przemysłu kolejno następowały po sobie. W jednej i tej samej epoce czasu można było a nawet musiano robić krzemienie na rozmaity sposób: tu odcinać blachy, tam obrabiać strzały, indziej przygotowywać siekierki. Dziś różne widzimy sprzęty względnie do miejsc i do zamożności mieszkańców, chociaż ułatwione komunikacye zaprowadzają we wszystkiem jednostajność. Tem bardziej musiało to być w epoce barbarzyńskiej. Taką czyni o tem uwagę zasłużony archeolog Rioult de Neuville: „Jest-to do pewnego stopnia naturalną cechą stanu dzikiego, że ludzie, żyjący tylko z myśliwstwa i rybołówstwa, grupują się w małe koczownicze plemiona, przedstawiające głębokie i niczem nie zatarte między sobą różnice, i pomimo ciągłego ze sobą przestawania, nie przejmujące zwyczajów i sposobów postępowania od swych sąsiadów"14. Spostrzeżenie to potwierdza O. Petitot, który długi czas przebywał pomiędzy dzikimi północnej Ameryki, i który powiada, że u plemion pogranicznych bywają w użyciu i w ciągłym obrocie przedmioty bardzo różne pod względem formy i pod względem delikatności wyrobu"15.
Wolno więc nie liczyć się z podziałami, ustanowionymi przez Mortillet'a dla wieku paleolitycznego czyli kamienia obrabianego. Podziały te nietylko że polegają na danych zupełnie niedostatecznych, lecz nadto mają przeciw sobie fakta superpozycyi stratygraficznych, liczniejszych może niż te, na których się same te podziały opierają. Bardzo często w jednym i tym samym pokładzie widzimy pomieszane różne typy przemysłu. Jeśli się czasem zdarzają poukładane jedne nad drugimi, to w porządku przeciwnym temu, jakiego wymaga teorya Mortillet'a. Tak np., żeby dać jeden z najświeższych przykładów, Albert Gaudry znalazł w jaskini Montgaudier (Charente) przemysł okresu magdaleńskiego obok zwierząt czwartorzędowych, uważanych za najdawniejsze (nosorożec, lew, niedźwiedź jaskiniowy) i poukładanych na faunie z pozoru mniej starożytnej, w której przeważały: renifer, żubr i koń.
A zatem sześć pierwszych okresów wieku kamienia, jeśli mamy iść za świadectwem faktów, powinno się złączyć w jeden tylko okres. A może siódmy okres, zwany neolitycznym czyli wiekiem kamienia gładzonego, ma więcej prawa do zajęcia samodzielnego stanowiska w szeregu czasów przedhistorycznych? Wolno nam o tem powątpiewać.
Przyznajemy wszakże, iż okres ten jest bardzo różny od okresów poprzedzających t. j. od epoki paleolitycznej czyli czwartorzędowej. Posiada on własną faunę, która po wygaśnięciu gatunków kopalnych miesza się prawie z fauną dzisiejszą. Co więcej, okres ten posiada swój własny przemysł, swe strzały odrębne, swe siekierki gładzone, swe pomniki megalityczne i swe budowle nawodne. Ale temi właśnie cechami łączy się on z okresem następnym czyli z wiekiem bronzu. W miarę przybywania nowych odkryć archeologicznych stwierdza się coraz bardziej, iż dwa te wieki w rzeczywistości stanowią wiek jeden, wiek bronzu, gdyż bronz spotyka się ustawicznie w pomnikach, uważanych za najbardziej znamienne pomniki wieku kamienia gładzonego, jak. np. w kurhanach. (Ob. art. Bronz).
Nie więcej też są uzasadnione podokresy, jakie wprowadzić chciano do wieku bronzu i żelaza (ob. te art.). Słowem, trzeba powrócić do działów, jakie od początków nauk przedhistorycznych ustanowili archeologowie duńscy, to jest do trzech wieków lub trzech epok: kamienia, bronzu i żelaza. Nadto, powyższy ten podział czasów przedhistorycznych ograniczyć trzeba do krajów Europy zachodniej, wszystko bowiem dowodzi, że Azya i Afryka nie przechodziły tych okresów przemysłu. Tam używanie żelaza sięga bardzo odległej starożytności, i zdaje się poprzedzać wszelkie inne metale. To właśnie zdaje się być a priori rzeczą najprawdopodobniejszą, jak nas zapewniają fachowi metalurgiści, gdyż wydobywanie żelaza było rzeczą łatwiejszą, aniżeli wydobywanie bronzu, a wyrabianie tego ostatniego wymagało, zdaje się, koniecznie użycia narzędzi żelaznych. „Trzebaby stanąć w rażącej sprzeczności ze wszystkiemi naszemi technicznemi wiadomościami, powiada duński pułkownik Tscherning na kongresie przedstawicieli archeologii przedhistorycznej w Kopenhadze, aby przypuścić, że przedmioty z bronzu wyrabiano narzędziami z bronzu."
Podobnąż myśl wypowiedział jeden z pierwszych metalurgistów naszych czasów, John Percy: „Pierwotny sposób wydobywania wprost z rudy żelaznej dobrego i do kucia zdatnego żelaza dziś jeszcze bywa w użyciu w Indyach i w Afryce, a wymaga daleko mniej zręczności, aniżeli fabrykacya bronzu. Przygotowywanie mieszaniny bronzu przypuszcza uprzednią znajomość miedzi, topienia cyny, oraz sztuki odlewniczej. Ze stanowiska metalurgicznego powinnoby się rozumnie przypuszczać, że to, co nazywają wiekiem żelaza, poprzedzało wiek bronzu. Archeologowie, którzy bronią przeciwnego zdania, powinniby nato zwrócić uwagę, iż żelazo z natury swej nie może się tak długo jak miedź przechowywać w ziemi."
A zatem wiek bronzu na Wschodzie, tam gdzie człowiek ujrzał światło dzienne, jest więcej niż wątpliwy. Toż samo powiedzieć można o wieku kamienia. Prawda, że tu i owdzie znaleziono narzędzia kamienne, ale nic nie dowodzi, żeby one nie pochodziły z epoki dzisiejszej, zważywszy, że dziś jeszcze kamień bywa w użyciu16.
Sama tylko stratygrafia mogłaby nam dać dowody istnienia wieku kamienia na Zachodzie, okazując nam przemysł kamienny, położony nad okazami przemysłu naturalnego. Tymczasem czegoś podobnego nigdzie nie stwierdzono. Niektóre tej natury przez nas posiadane szczegóły idą raczej na przekór teoryi trzech wieków. Schlieman, naprzykład, wskazał nam w Hissarliku w Azyi Mniejszej na domniemanem miejscu dawnej Troi okazy różnych cywilizacyi, poukładane jedne nad drugiemi; cywilizacye te wykazują powolny ale stanowczy upadek, co jest przeciwnie systemowi ewolucyonistowskiemu. Najdawniejszy pokład zamykał metal, jak również naczynia gliniane o formach prawdziwie wytwornych.
Na Zachodzie było bez wątpienia inaczej. Tam, ogółem biorąc, przemysł postępował drogą udoskonalenia. Kamień wyprzedził tam epokę bronzu, a ta ostatnia — epokę żelaza. Podług tego, co się wyżej rzekło, trudno byłoby pojąć wcześniejsze zjawienie się w Europie bronzu niż żelaza, gdyby metal ten był przyrządzany na miejscu; ale w początkach nie przygotowywano go na miejscu; wszystko dowodzi, że został on wprowadzony do krajów zachodniej Europy przez jakiś lud oddawna cywilizowany, bardzo być może — przez Fenicyan. A zatem, w odkryciu bronzu ani trudów ani zasług nie ponieśli praojcowie nasi.
Z chwilą, kiedy się znajdziemy wobec trzech tylko wieków: kamienia, bronzu i żelaza, łatwo przyjdzie nam się zgodzić na chronologię tradycyjną. Wiek żelaza nie zawiera w sobie nic przedhistorycznego. Można go postawić razem z czasem najścia na krańce Europy zachodniej owych przybyszów, właściwie zwanych Gallami, którzy około czwartego wieku przed Chr. przekroczyli Ren i Alpy i osiedli na zachód od dzisiejszej Francyi, odepchnąwszy albo pochłonąwszy pierwotnych tubylców, zwanych właściwie Celtami. Gallowie powznosili tam owe grobowce, w których znajdujemy wyroby ich względnie udoskonalonego przemysłu. Do tej samej epoki czasu, albo conajwyżej do V lub VI wieku przed Chr. należy, zdaniem najpoważniejszych archeologów, sławne cmentarzysko w Hallstadt (Austrya), które znamionuje początki wieku żelaza. Zresztą rzecz bardzo naturalna, że wykopaliska tego wieku są starsze po wschodniej aniżeli po zachodniej stronie Renu, gdyż tłumy przybyszów do Gallii, które przyniosły ze sobą ten metal, przybyły ze Wschodu.
Nawet wiek samego bronzu nie sięga zbyt daleko w czasy przedhistoryczne, — najwyżej do dziesiątego lub dwunastego wieku przed Chr. Można go brać za jedno z cywilizacyą celtycką, reprezentowaną głównie przez palafity czyli budowle nawodne.
Rzecz oczywista, że w początkach tych czasów, metal, jeśli wogóle był znany, to był jeszcze bardzo rzadki. Można przypuszczać, że Celtowie czyli pierwsi przybysze rasy aryjskiej albo indoeuropejskiej przynieśli ze sobą tylko przemysł, zwany neolitycznym i znamionowany przedewszystkiem przez kamień gładzony; ale stosunki ich z Fenicyanami, którzy opływali brzegi Gallii, a może nawet po przez Gallię dążyli do wysp Kassyteryckich, dostarczyły im bronzu. To też, zdaje się, że metal ten wcześniej się ukazał w miejscowościach nadmorskich i w dolinie Rodanu, aniżeli w innych częściach Gallii; również i samo żelazo daleko wcześniej sprowadzone zostało do wschodniej Gallii, aniżeli do środkowej i zachodniej, gdzie stare celtyckie plemiona długo utrzymywać się mogły ze swymi tradycyjnymi zwyczajami. Na wszystkich tych punktach nieliczne dane historyczne, jakie posiadamy, potwierdza nietylko archeologia, która stawia nam przed oczy dwa różne rodzaje przemysłu: przemysł kurhanów i przemysł grobowców, ale nadto — etnografia, lingwistyka i antropologia, które począwszy od epoki przedhistorycznej ukazują nam w ludności wschodniej i zachodniej Gallii dwa plemiona ściśle między sobą różne, chociaż należące do jednej grupy ludzkiej, t. j. do grupy aryjskiej albo indoeuropejskiej.
Też same nauki ukazują nam w Pirenejskich Baskach resztki ludności, daleko bardziej jeszcze od tamtych plemion pierwotnej, a najpewniej należącej do wieku paleolitycznego, czyli epoki czwartorzędowej, która to ludność zewsząd wypchnięta, została wszędzie zdeptana i pochłonięta bądź przez właściwych Celtów, bądź też później przez Gallów, którzy najprawdopodobniej należeli również do plemienia celtyckiego.
Język baskijski nie ma nic wspólnego z większością języków europejskich, a nazwy, jakiemi się posługuje dla oznaczenia narzędzi robionych dziś z żelaza, każą przypuszczać, że pierwotnie narzędzia te były kamienne.
Mielibyśmy zatem w Baskach przedstawicieli ludności starożytnego wieku kamienia, a wiek ten nie sięgałby nadzwyczaj odległej przeszłości, gdyż dla okolic najechanych przez Celtów, to jest dla większej części dzisiejszej Francyi wiek ten nie byłby wcześniejszy nad dziesiąte lub dwunaste stulecie przed Chrystusem. Na południu, w dawnej Akwitanii, wiek kamienia byłby jeszcze późniejszy, gdyż dawna ludność miała się tam utrzymywać aż do początków ery dzisiejszej. Zapewne, że w skutek zetknięcia z nowymi przybyszami, a więcej jeszcze może przez zetknięcie się z fenickimi żeglarzami ludność ta musiała zmieniać powoli swe narzędzia, ale zmieniała je niezbyt raptownie, gdyż wiadomo, że lud niechętnie wyrzeka się swych zwyczajów, do pewnego stopnia narodowych, zwłaszcza długo przechowuje swe tradycye, jeśli przed zalewem cudzoziemskich zwyczajów chroni go jego odosobnienie.
Te poglądy na względnie niedawną dobę wieku kamienia potwierdza pewna ilość faktów, których poznanie zawdzięczamy historyi lub archeologii.
Nie będziemy tu przypominali, że jeszcze za dni naszych kamień jest w powszechnem użyciu u wielu bardzo ludów więcej lub mniej barbarzyńskich; chcemy się tu bowiem zajmować tylko zachodnią Europą. Otóż, uczeni, najprzychylniej usposobieni dla teoryi oddalania doby zjawienia się człowieka na ziemi, świadczą, że „używanie broni i narzędzi kamiennych u ludów zachodnich trwało aż do najazdu rzymskiego, a może nawet i dłużej."17).
Żadnej pod tym względem wątpliwości nie pozostawiają starożytni pisarze. Pozwolimy sobie tu przytoczyć niektóre ich świadectwa.
Cezar powiada (VIII, 81), że Gallowie używali kamieni i procy; Pliniusz mówi (II, 43), że północni barbarzyńcy posługiwali się pikami uzbrojonemi w rogi kamienne; Varron świadczy, że do młócenia zboża używano blatu, uzbrojonego w zęby kamienne, jak to się do dziś dnia dzieje w Hiszpanii („De re rustica" I, 52); Tacyt mówi, że Germanowie zaledwie mieli pojęcie o żelazie („Germania" 6 i 46), i że Finnowie żyli na ostatnim stopniu zezwierzęcenia, za jedyną broń używając strzał kościanych.
Podobne świadectwa spotykamy u pisarzy mniej starożytnych. Pewna np. epopeja z piątego wieku po Chr. przedstawia dwóch wojowników, walczących z sobą kamiennemi siekierkami. (Ampiere. „Histoire littéraire"). Św. Ouen, bp. z Rouen w siódmym wieku, w pismach swych mówi również o krzemiennych siekierkach. Roczniki irlandzkie, przy sposobności bitwy z Duńczykami pod Limerick około r. 920, wspominają o pociskach kamiennych. Podług Wilhelma z Poitiers w bitwie pod Hastings r. 1066 używano pocisków kamiennych. Zdaje się nawet, że w sto lat później Szkoci używali jeszcze broni kamiennej.
Takich świadectw dostarcza historya. Dokładniejsze wszakże, liczniejsze a niemniej kategoryczne dowody przedstawia archeologia. W wielu miejscowościach, gdzie przebywali Rzymianie, znajdowano, skoro je tylko widzieć chciano, przedmioty kamienne obok wyrobów dosyć wysoko posuniętego przemysłu, a często nawet znajdowano je w okolicznościach, dowodzących, że jedne i drugie przedmioty były sobie spółczesne. Gdzieindziej18) mamy przytoczonych więcej niż sześćdziesiąt miejscowości, gdzie stwierdzono podobne zestawienie przedmiotów. Nie będziemy więc tu ponawiali tego wykazu; zresztą, niepotrzebny on bynajmniej dla udowodnienia tej tak prostej i tak z rozumem zgodnej prawdy, którą bezspornie przyjmowano dopóki archeologia przedhistoryczna nie zaczęła narzucać nam swoich dogmatów; — prawdy, mówię, że kamień utrzymywał się w użyciu aż do bardzo późnych wieków ery chrześcijańskiej. Do pewnych celów kamień najzupełniej zastąpi metale; naturalna rzecz przeto, że nie przestawano go używać zwłaszcza w epokach względnego barbarzyństwa, kiedy przemysł nie bardzo był rozwinięty, komunikacye utrudnione, a wskutek tego bronz i żelazo bardzo drogie. Najprostsze pod tym względem domysły potwierdziła archeologia.
Oczywiście, nie chcemy bynajmniej przez to powiedzieć, że wiek kamienia przedłużył się aż do epoki rzymskiej. To jedno tylko chcielibyśmy udowodnić, że używanie kamienia wcale nie przypuszcza stanu bezwzględnego barbarzyństwa, jak to zdaje się przypuszczać wielu zwolenników nauki przedhistorycznej; również i to chcemy powiedzieć, że w epoce tak jeszcze niedawnej kamień zajmował tak poważne stanowisko w narzędziach naszych przodków, iż dziwić się nie można, że dziesięć lub dwadzieścia wieków wstecz czyli przed przybyciem ludów aryjskich używano go z wyłączeniem wszelkich metalów.
Powyższe poglądy, trzeba to przyznać, nie posiadają siły bezwzględnie przekonywającej, jednakże są one przynajmniej w zgodzie z danemi nauki współczesnej, a w szczególności,— z historyą, z antropologią, z lingwistyką i z etnografią. Jest-to-przymiot, który nie zawsze posiadają teorye, jakie nam niektórzy przeciwstawiają, a jakich, żałujemy, żeśmy nie mogli wyczerpująco odeprzeć. Spodziewamy się jednak, żeśmy dosyć powiedzieli, by przekonać czytelnika o całej bezpodstawności rzeczonych teoryi.
Otóż skoro nic nie przeszkadza, by wiek bronzu ukończył się na cztery wieki przed Chrystusem a wiek kamienia na sześć do dziesięciu wieków wcześniej, to najmniejszej nie mamy potrzeby rozszerzać granic chronologii tradycyjnej, albowiem według greckiego przekładu Biblii od potopu do ery chrześcijańskiej upłynęło około trzydziestu dwóch stuleci. Przypuśćmy, że dla rozszerzenia się rodziny Noego aż do granic zachodniej Europy potrzeba było siedm do ośmiu wieków, to wiek kamienia, jeśli nie jest wcześniejszym od potopu, mógłby się zacząć dla Europy zachodniej na dwa tysiące pięćset lat przed Chr. i trwać tam z górą lat tysiąc. Czas to aż nadto wystarczający do wytłómaczenia ilości — stosunkowo bardzo niewielkiej — broni i narzędzi kamiennych, rozrzuconych po ziemiach zachodnich, tem więcej, że mnóstwo tych przedmiotów, jakeśmy to powiedzieli wyżej, należy do ery metalów.
Zresztą, najmniejszej niema potrzeby zaliczać ludność wieku kamienia do potomków Noego. Ludność ta mogła być wcześniejsza od tego biblijnego patryarchy. Mogła ona uledz razem z innemi klęsce potopu i na długo wyprzedzić ludność neolityczną i wieku bronzu. Pewną cechę prawdopodobieństwa zdaje się nadawać tej hypotezie mniemana przerwa, przez prahistoryków nazywana hiatus, która ze stanowiska biologicznego ma stanowczo rozdzielać epokę czwartorzędową od epoki następnej. Wyznajemy wszakże, iż ów hiatus wcale nas nie przekonywa, a to dla tego naprzód, że wspomniany hiatus dopuszcza bardzo liczne wyjątki, gdyż większa część zwierząt i antropologicznych typów wieku paleolitycznego odnajduje się w epoce dzisiejszej; powtóre zaś dla tego także, iż epoka czwartorzędowa wydaje się nam daleko mniej dawna, aniżeli przypuszcza to rzeczona teorya. Nikt nas nigdy przekonać nie zdoła, aby renifer lub nawet mamut i inne znamienne czasów czwartorzędowych gatunki już od pięciu tysięcy lat zaginąć miały. Odnośnie do renifera najmniejszej nawet nie może być wątpliwości, gdyż Cezar zaznacza istnienie tego zwierzęcia w nadreńskich lasach.
Jest jeszcze inna teorya, naszem zdaniem, bardziej racyonalna od teoryi Mortillet'a. Według niektórych nowożytnych egzegetów biblijnych, których zdania Kościół dotąd nie potępił, wolno byłoby odrzucać etnograficzną powszechność potopu, i nawet możnaby znaleść poważne pobudki do powątpiewania o tej powszechności. (Ob. art. Potop). Wolno więc przypuszczać, że plemię, jakie w zachodniej Europie poprzedziło Aryów, którzy wprowadzili do niej kamień gładzony i metale, plemię, którego przedstawicielami, według wszelkiego prawdopodobieństwa, są dziś Baskowie, wcale nie pochodziło od Noego, aczkolwiek było od niego późniejsze. W takim razie mielibyśmy aż nadto czasu, by zadosyćuczynić słusznym czy niesłusznym wymaganiom nauki przedhistorycznej, wówczas bowiem wolno byłoby wierzyć, że Gallia była zamieszkana bez przerwy w ciągu czterech lub pięciu tysięcy lat, jakie poprzedziły naszą erę. (Ob. Motais, Déluge biblique).
Sądzimy, żeśmy w powyższych pięciu paragrafach dali dostateczne pojęcie o odpowiedziach, jakie można dawać na zarzuty czerpane z geologii i z przedhistorycznej archeologii przeciw chronologii tradycyjnej.
O ile dozwalała szczupłość miejsca w niniejszym Słowniku, staraliśmy się wykazać, do jakiego stopnia bezpodstawne są argumenta, brane ze zmian, jakie od ukazania się człowieka na ziemi zaszły w zwierzchnich warstwach kuli ziemskiej, z geografii fizycznej, z klimatu, z fauny i z narzędzi człowieka. Skoro się tego rodzaju zmiany, zaszłe w ciągu okresu historycznego, porówna ze zmianami, jakie powinny się były dokonać poprzednio, jest się raczej zdumionym, że te ostatnie nie są znaczniejsze. Wszystkie zatem argumenta, któreśmy przebiegli w tym krótkim przeglądzie, nietylko nie udowadniają teoryi o wysokiej dawności rodu ludzkiego, ale owszem popierają teoryę wręcz tamtej przeciwną; wszystkie one zmierzają do potwierdzenia względnie późnej a dotychczas powszechnie uznawanej daty początku człowieka.
Ob. Pozzy, „La terre et le récit biblique de la création," t. XII. — Moigno, „Les splendeurs de la foi," t. II. — Hamard, „Etudes critiques d'archéologie préhistorique," ch. II, Supplement, Również art. nin. Słownika Chronometry naturalne.
(Hamard).
X. W. S.
-
Ob. Compte rendus du Congrès Scientifique de Lille. 1874. str. 60. ↩
-
Matériaux pour l'histoire de l'homme. 1888. str. 136. ↩
-
Ob. Lyell. Les principes de géologie, t. I. ch. XV. ↩
-
Lapparent. Traité de géologie. 2 édit. str. 349. ↩
-
Boucher de Perthes. Antiquités celtiques et antédiluviennes, t. I, str. 213. ↩
-
The recente origin of man. str. 281. ↩
-
O tych danych czytaj: Lyell, „Principes de géologie", t. II. — Sonthal, The Recent Origin of man, w różnych miejscach. — Nadaillac, Les premiers hommes, t. II. ↩
-
Matériaux, 1876, str. 358. ↩
-
Traité de géologie, 2 édit., str. 1284. ↩
-
Gosselet. Congrès de Lille, 1874. str. 61. Mercey. Bulletin de la Societé géologique 1876 — 77. ↩
-
Fuster. Des chengements dans le climat de la France, 1845. ↩
-
Lyell. Principes de géologie, t. I, str. 710. ↩
-
Pazzy. La terre et le récit biblique, str. 414. ↩
-
Materiaux, rok 1877, str. 126. ↩
-
Materiaux, 1874, str. 402. ↩
-
Hamard, L'age de la pierre et l'homme primitif. ↩
-
Lartet et Christy. Revue archéologique, Sierpień, 1864. ↩
-
Hamard. Etudes critiques d'archéologie préhistorique, str. 153–163. ↩