JEZUS CHRYSTUS.
Główne artykuły wiary, odnoszące się do Jezusa Chrystusa, w następujących streszczają się zdaniach: Jezus Chrystus jest obiecany w Starym Testamencie prawdziwy Messyasz; jest prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek; niema w Nim dwóch osób, ale jedna — i to osoba Słowa; w tej jednej osobie dwie natury nie są pomieszane, ale każda istnieje oddzielnie; Słowo stało się ciałem dla odkupienia świata z niewoli grzechu i szatana; w tym celu Jezus Chrystus, nie ograniczając się na przelaniu swej Krwi i na wysłużeniu tym sposobem ludziom łaski zbawienia, założył Kościół i ustanowił środki uświętobliwienia, których szafarstwo powierzył apostołom i ich następcom.
W innych artykułach tego Słownika znajdziemy wykład dogmatów: Odkupienia, założenia Kościoła i ustanowienia św. Sakramentów. Tytuł zaś niniejszego artykułu wymaga wyjaśnienia innych odnośnych prawd wiary. Rozwiniemy tedy naprzód dogmat bóstwa Chrystusowego, przy czem znajdziemy sposobność mówienia o Chrystusie, jako Messyaszu. Następnie zbadamy dogmat Jego człowieczeństwa. Wreszcie udowodnimy tajemnicę jedności Osoby i różności natur w Jezusie Chrystusie. Nowożytna niewiara uderza przedewszystkiem — prawie wyłącznie—na bóstwo Chrystusa Pana; to też na nie szczególniejszą zwrócimy tu uwagę.
1.
Trojakiiego rodzaju przeciwnicy uderzają na bóstwo Chrystusa: żydzi, niedowiarkowie i pewni heretycy, a zwłaszcza potępieni na Soborze Nicejskim I r. 325 Aryanie. Względnie do różnych tych wrogów różne też dowody stawiają obrońcy bóstwa Chrystusowego. Ponieważ heretycy uznają natchnienie Pisma św., a żydzi przyjmują za święte księgi Starego Testamentu, przeciw nim przeto rzeczeni obrońcy przytaczają takie miejsca Pisma św., które wykazują, że Messyasz jest Bogiem, że Chrystus jest Bogiem, współistotnym Ojcu. Względem niedowiarków innej się broni używa. Główne przeciw nim dowody biorą się z faktu wypełnienia się na osobie Jezusa Chrystusa proroctw messyanicznych, z licznych cudów, które spełnił Chrystus na potwierdzenie swego bóstwa, z rozszerzenia wreszcie i utrwalenia ustanowionej przez Niego religii. Ostatnie dowody wymienia także Sobór Watykański; rozumie się, że one mają również znaczenie i siłę dowodową względem żydów i heretyków. Te przeto dowody poddamy szczególnemu badaniu.
W dowodzeniu niniejszem przyjmujemy autentyczność Ewangelii i proroctw jako rzecz pewną, i udowodnioną w innych artykułach tego dzieła.
A.
Żadnego nie masz, że tak powiem, gatunku cudów, którychby nie zdziałał Chrystus. Na prośbę Jego Matki woda przemieniła się w wino; słowem jednem uspokoił wzburzone morze; po dwakroć chleby rozmnożył; niememu mowę, głuchemu słuch przywrócił; jednym aktem swej woli uzdrawiał wszelkie niemoce; wskrzesił córkę Jaira, młodzieńca z Naim, Łazarza, brata Marty i Maryi. A św. Jan skwapliwie uprzedza, że tylko słabą cząstkę czynów i cudów swego Mistrza zdołał nam opowiedzieć.
Rzeczywista cudowność tych czynów i historyczna ich prawdziwość najmniejszej nie będzie ulegała wątpliwości, jeśli się dobrze zbada to, co na innych miejscach tego Słownika mówi się w ogóle o cudach i o autentyczności Ksiąg Świętych. Niemniej widoczne są także cudownych tych czynów przyczyna i cel, dla którego one spełnione zostały. Chrystus czynił cuda dla stwierdzenia bóstwa i posłannictwa swego. Sam nas o tem upewnia, gdy na zapytanie wysłańców Janowych, czy jest samym obiecanym Messyaszem, i czy innego czekać mają, odpowiada: „Szedszy odnieście Janowi, coście słyszeli i widzieli: ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci bywają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim Ewangelię opowiadają.” (Mat. XI. 4, 5). Czyny te uważają On i jako dowody, że Chrystus jest prawdziwy Messyasz, On sam je tak uważa i powołuje się na nie. Po uzdrowieniu paralityka zazdrośni i przewrotni żydzi oskarżają Jezusa, że naruszył spokój Szabbatu, a Jezus im na to: jeżeli mój Ojciec nie łamie prawa, pracując w dzień szabbatu, to jakże go ja mogę łamać? Żydzi tak doskonale pojmują znaczenie słów Chrystusowych, że porywają za kamienie i chcą Go kamienować, jako tego, który się Bogiem mianuje. Chrystus potwierdza takie rozumienie słów swoich, a dla okazania ich prawdziwości, odwołuje się do zdziałanych przez się cudów, i mówi: „Aleć ja mam świadectwo więtsze, niż Janowe. Abowiem uczynki, które dał Ojciec abych je wykonał: same uczynki, które ja czynię, świadczą o mnie, iż mnie Ojciec posłał.” (Jan. V. 36). Innym razem obstępują Go żydzi i wzywają, aby im powiedział, czy jest Chrystusem. A Jezus im mówi: „Powiadam wam, a nie wierzycie. Sprawy, które ja czynię w imię Ojca mego, te o mnie świadectwo dają.” (Jan. X. 25). Jakby niezadowolniony z tego oświadczenia, potwierdza wyraźnie, że jest współistotny Ojcu i prawdziwy Bóg. Na te słowa żydzi ponownie chcieli Go ukamienować, gdyż, jak mówili, będąc tylko człowiekiem, chce uchodzić za Boga. A Chrystus powtórnie im oświadczył: „Jeśliż nie czynię spraw Ojca mego, — t. j. czynów, dowodzących, że jestem obdarzony potęgą mego Ojca — nie wierzcie mi. A jeśli czynię, chociażbyście mnie wierzyć nie chcieli, wierzcież uczynkom: abyście poznali i wierzyli, że Ojciec jest we mnie a ja w Ojcu.” (Jan X. 37 — 38). Niezadługo znów potem, w chwili spełnienia wobec licznych świadków jednego z najznakomitszych swych cudów—wskrzeszenia Łazarza, podniósł oczy do nieba i następujące wypowiedział słowa: „Ojcze, dziękuję tobie, żeś mię wysłuchał. A jamci wiedział, że mnie zawżdy wysłuchiwasz, alem rzekł dla ludu, który około stoi, aby wierzyli, żeś ty mnie posłał.” To rzekłszy, mówi dalej pisarz święty, zawołał głosem wielkim: „Łazarzu, wynidź z grobu. I natychmiast wyszedł który był umarły, mające ręce i nogi związane chustkami...” (Jan. XI, 42 — 44).
Czyż mógł wyraźniej oświadczyć Chrystus, że zadaniem Jego cudów było wykazanie w oczach wszystkich bóstwa i posłannictwa Jego? Otóż, przypominamy tu, co się obszerniej mówi na innych miejscach, iż bezbożnością i absurdem byłoby przypuszczać, że czyn tak na wskroś boski, jakim jest cud, może służyć z woli cudotwórcy na potwierdzenie błędu, na narzucenie ludowi jakiejś nieprawdziwej religii, na oszukanie rodzaju ludzkiego. Trzeba nam więc przyjąć za pewny dogmat bóstwo Chrystusa.
Pomiędzy wszystkimi jednak cudami Chrystusa Pana, najświetniejszy był cud własnego z martwych wskrzeszenia, co po wszystkie czasy uważane było za najoczywistszy dowód jego bóstwa. Sam Chrystus wielokrotnie zapowiadał to cudowne swe zmartwychwstanie. Gdy w początkach swego życia apostolskiego wypędzał kupczących z Kościoła, żydzi żądali odeń znaku jakiegoś, cudu, któryby świadczył, że nie przywłaszcza sobie władzy bezprawnie; a Jezus im na to odpowiedział: „Rozwalcie ten kościół, a we trzech dniach wystawię ji;” to znaczy: zburzcie budowę mego ciała, a po trzech dniach ją wskrzeszę; to będzie wam dowód mych praw (Jan. II, 19). Później znów odpowiedział Faryzeuszom, żądającym nowego cudu, że temu rodzajowi złemu i cudzołożnemu „znak nie będzie dan, jedno znak Jonasa proroka. Abowiem jako był Jonas w brzuchu wieloryba trzy dni i trzy nocy, tak będzie syn człowieczy w sercu ziemie trzy dni i trzy nocy” (Mat. XII, 39). Jeszcze później zapowiedział Piotrowi po udzieleniu mu prymatu i innym swym uczniom, że idzie do Jeruzalem; aby tam „wiele cierpiał od starszych i od Doktorów, i od przedniejszych kapłanów, i był zabit i trzeciego dnia zmartwychwstał.” W sześć dni później, gdy z uczniami zstępował z góry po swem przemienieniu, ponowił toż samo proroctwo, mówiąc: „Nikomu nie powiadajcie widzenia, aż syn człowieczy zmartwychwstanie” (Mat. XVII, 9. Prw. Marek. IX, 8). I w tym samym prawie czasie chodząc po Galilei z apostołami powtarzał im, że „syn człowieczy ma być wydan w ręce ludzkie: i zabiją go, a trzeciego dnia zmartwychwstanie (Mat. XVII, 21, 22; prw. Mar. IX, 33; Łuk. IX, 46). Przypomnieli sobie tę przepowiednię książęta kapłańscy i faryzeuszowie. To też skoro Chrystus ducha wyzionął, „zebrali się... do Piłata, mówiąc: Panie, wspomnieliśmy iż On zwodziciel powiedział jeszcze żyjąc, po trzech dniach zmartwychwstanę. Przetoż rozkaż, aby strzeżono grobu aż do dnia trzeciego: aby snadź nie przyszli uczniowie jego i ukradli go, i powiedzieli ludowi: Powstał z martwych” (Mat. XXVII, 63, 64). Ostrożności te posłużyły tylko do tem większego uwidocznienia cudu.
Istotnie, nie można było przeczyć jego rzeczywistości. Zmartwychwstały Chrystus ukazał się naprzód Magdalenie w postaci ogrodnika (Jan. XX), a niezadługo potem innym niewiastom, przybyłym do grobu dla namaszczenia ciała Zbawiciela (Mat. XXVIII); spotkał się później z uczniami, idącymi do Emaus, i dał się im poznać po łamaniu chleba (Łuk. XXIV), następnie ukazał się Piotrowi (Tamż.), dalej trzy razy objawił się uczniom: raz pod nieobecność Tomasza, następnie w jego obecności, a wreszcie na brzegach morza Tyberyadzkiego. W czterdzieści dni po Jego zmartwychwstaniu, widzieli Go na Górze Oliwnej wszyscy uczniowie Jego i pięciuset z górą żydów, unoszącego się ku niebu (I Kor. XV; Mar. XVI, 12). Otóż, gdyby Chrystus rzeczywiście nie był zmartwychwstał, któż z Jego uczniów odważyłby się rozszerzać wiarę w Jego zmartwychwstanie? Czyż nie należałoby się raczej obawiać, aby strach przed karami nie przeszkadzał uczniom w głoszeniu prawdy? Skądinąd znów, czyż sami nieprzyjaciele Chrystusa od pierwszej chwili nie złożyli świadectwa swej niemocy? Żeby sobie zapewnić bezpieczeństwo grobu, opieczętowali kamień, zamykający doń wejście, i straż przy nim postawili. A jednak ta straż została zdjęta najwyższem przerażeniem na widok zstępującego z niebios, jakoby błyskawica, anioła o świetlanem obliczu, o szatach jako śnieg białych; niektórzy ze straży pobiegli do Jerozolimy opowiedzieć przedniejszym kapłanom o tem, co zaszło. Ci, po naradzie ze starszyzną ludu, za cenę złota kupili sobie przychylność żołnierzy, i kazali im głosić, że uczniowie Chrystusa przyszli w nocy do grobu, a gdy straże spały, wykradli ciało swego Mistrza. „A oni, dodaje pisarz święty, wziąwszy pieniądze, uczynili jako je nauczono” (Mat. XXVIII, 15).
Zaprzeczano nieraz rzeczywistości ukazywania się Jezusa Chrystusa po śmierci; ośmielano się nawet podawać w wątpliwość śmierć Jego w okolicznościach przez Ewangelistów podanych; niektórzy dla wytłómaczenia zniknięcia z grobu ciała Chrystusowego wyobrażali sobie, że ono pochłonięte zostało przez łączącą ziemię, albo też że uczniowie ukradkiem je ze sobą unieśli, aby potem kazać światu wierzyć w jego zmartwychwstanie.
Sądzimy, żeśmy dostatecznie odpowiedzieli na te dziecinne zarzuty i najpewniejszą dla nas rękojmią prawdziwości ewangelicznego opowiadania odnośnie do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa Pana jest: okropność Jego męczarni, stronnicza czujność wrogów, autentycznie stwierdzony wynik dramatu Golgoty, nieobecność i przestrach uczniów przy zmartwychwstaniu Chrystusa, liczne ukazywania się osoby Jego po śmierci, nawet wreszcie sama Tomaszowa niewiara.
Zmartwychwstał tedy Chrystus jak to sam był powiedział i jest rzeczywiście Bogiem. To też na zmartwychwstaniu swem przedewszystkiem, tak wyraźnie przepowiedzianem i najoczywiściej spełnionem, opierał Chrystus dowody swego bóstwa i swego posłannictwa. To zmartwychwstanie, najwspanialszy ze wszystkich dowodów bóstwa Jezusa Chrystusa, jest wyłącznie dziełem samego Boga. Bóg zaś nie dozwoliłby spełniać cudom, gdyby one miały potwierdzać oszustwo. Słusznie też zawsze upatrywano w cudach stanowcze dowody bóstwa i boskiego posłannictwa Zbawiciela świata.
B.
Drugiego również stanowczego dowodu bóstwa Jezusa Chrystusa dostarczają proroctwa messyaniczne. Można je podzielić na trzy działy: Jedne z nich dotyczą pochodzenia Messyasza; inne — przymiotów Jego osoby i posłannictwa, inne wreszcie—kary i odrzucenia przez Boga bogobójczego ludu.
Ponieważ na innych miejscach „Słownika” udowodniono autentyczność Ewangelii i messyaniczny charakter większości proroctw, tu przeto wystarczy je tylko przypomnieć oraz wykazać ich całkowite spełnienie się w osobie Chrystusa.
I.
Zaledwie nieposłuszeństwo Adama odebrało rodzajowi ludzkiemu dary nadprzyrodzone, gdy Bóg, tknięty zapewne litością, złożył w łonie upadłej ludzkości zarodek zmartwychwstania do życia łaski. Nieprzyjaźń miała istnieć pomiędzy niewiastą a wężem, narzędziem kusiciela, pomiędzy pokoleniem jej, a pokoleniem jego; w walce tej miała „zostać starta głowa węża, jeden z potomków niewiasty miał zwyciężyć szatana, naprawić poniesioną w początkach porażkę, zniszczyć dzieło szatana, przywrócić zagubioną przez grzech pierworodny sprawiedliwość.
W dwa tysiące lat blisko potem, licząc podług chronologii Wulgaty, Bóg powołał Abrahama i uczynił go ojcem nieprzeliczonego ludu, depozytaryuszem (stróżem) starodawnych obietnic. „Przez mię samego przysiągłem, mówi Pan, ponieważeś uczynił tę rzecz, a nie sfolgowałeś synowi twemu jednorodzonemu dla mnie; błogosławić będę i rozmnożę nasienie twoje jako gwiazdy niebieskie i jako piasek, który jest na brzegu morskim: posiędzie nasienie twoje bramy nieprzyjaciół swoich. I błogosławione będą w nasieniu twoim wszystkie narody ziemie, żeś był posłuszny głosu mego” (Księga Rodzaju. XXII, 16 — 18) (Zobacz art. Abraham). Tę uroczystą obietnicę powtarzał z kolei Izaakowi i Jakóbowi (Gen. XXVI, 4; XXVIII, 12 — 15). Ten więc, który ludzkość miał uwolnić od pierwotnego przekleństwa, narodził się z narodu żydowskiego; ta też była przyczyna wybrania tego narodu i tej szczególnej opatrzności, co nad nim czuwała. Narzędzie zbawienia nie było może jeszcze jasno oznaczone, lecz z czasem proroctwa bywały coraz dokładniejsze. Natan prorok, posłany przez Boga do króla Dawida, pierwszego w oczach bożych króla z królów żydowskich — gdyż Saul odrzucił Boga od oblicza swego — powiedział mu, że się stanie ojcem Odkupiciela (II Reg. VIII, 11). Sam Dawid w jednym z natchnionych swych hymnów z weselem wyśpiewuje chwałę tego przyszłego potomka swego rodu. Odtąd, wolno w to wierzyć, Messyasz zaczął być nazywany „synem Dawida.” Ale kiedy miał się ukazać i w jakiem miejscu ziemi ten syn Dawida, pouczyć o tem mieli naród żydowski inni prorocy.
Tuż przed swą śmiercią zgromadził Jakób dwunastu swych synów. Każdemu z nich przepowiedział losy pokoleń, które się z nich miały narodzić. Tak samo jak dziad jego udzielił i on starszeństwa raczej Izaakowi, synowi Sary, niż pierworodnemu Izmaelowi, synowi Agary; jak Izaak obdarzył Jakóba przywilejami, do których z prawa urodzenia zdawał się być powołanym Ezaw, tak również Jakób nad resztę braci przełożył nie starszego, Rubena, ale drugiego z kolei — Judę. Przyczyna tego przez Boga natchnionego przekładania jednych synów nad drugich była zawsze taż sama: z tych uprzywilejowanych miał się narodzić Messyasz. Przeto też Jakób przepowiedział, że nie będzie odjęte berło od Judy, przełożonego dwunastu braci, „ani wódz z bioder jego, aż przyjdzie który ma być posłan, a on będzie oczekiwaniem narodów” (Gen. 49, 8—10).
Później, gdy naród żydowski opłakiwał swe grzechy w niewoli babilońskiej, Archanioł Gabryel wytłómaczył prorokowi Danielowi, że siedmdziesiąt lat niewoli wyobrażało siedmdziesiąt tygodni lat, podczas których świat miał pozostawać pod panowaniem szatana. Bliskie miało być uwolnienie od tej niewoli, gdy Messyasz miał zacząć swe życie publiczne, to znaczy przy schyłku sześćdziesiątego dziewiątego tygodnia od czasu, gdy wyszedł edykt królewski, pozwalający ludowi żydowskiemu na odbudowanie miasta Jerozolimy.
Niezadługo potem wzbudził Aggeusz prorok wiarę i gorliwość tych, co z ruin wznosili świątynię, Zapowiadając im, że chwała świątyni Zorobabela przewyższy chwałę świątyni Salomona, albowiem Messyasz przyjdzie do niej i przepowiadać będzie swą naukę. Następnie, aby wzmocnić te przepowiednie, posłany został przez Boga prorok Malachiasz.
Micheasz przepowiedział już, że Zbawiciel miał się narodzić w Betleem. „A ty Betleem Ephrata, mówi on, malutkiś jest między tysiącmi Judzkimi: z ciebie mi wynidzie, który będzie panującym w Izraelu, a wyjścia jego od początku, od dni wieczności” (Mich. V, 2).
Nie tylko przepowiedziano genealogię Messyasza, czas i miejsce Jego urodzenia. Izaiasz, ten szczególny piewca Zbawiciela, wygłosił inne jeszcze proroctwo, które się stało prawdziwie sławnem. Gdy królowie Syryjski i Izraelski najechali królestwo Judzkie i oblegali Jerozolimę, Izaiasz prorok przepowiedział bliskie uwolnienie miasta od nieprzyjaciela i zachęcił króla do żądania cudu na potwierdzenie tego jego proroctwa. Niedowierzający król Achaz odmawia. Wtedy prorok głosem podniesionym powiada: „Słuchajcież tedy domie Dawidów: Aza wam na tym mało, że się uprzykrzacie ludziom, iż się też uprzykrzacie Bogu mojemu? Przetoż da wam sam Pan znamię. Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazową imię jego Emmanuel” (Iz. VII, 13 — 14). Wiedziano już, że Messyasz miał się narodzić z Dawida, Jego chwała i Jego upokorzenia były już przepowiedziane. Nieznany był jeszcze cudowny sposób narodzin Jego. Z tego to proroctwa i z jego wypełnienia bierze początek drugie imię Messyasza: „Syn Dziewicy.” Proroctwo to było dowodem, że Pan Bóg nie zapominał o swym narodzie wybranym, a było ono dość silne, aby do żywego poruszyć umysły cielesnych żydów i ożywić ich wiarę w Jehowę.
Oto jest pierwszy dział proroctw. Istotnie, trudno nie uznać całkowitego wypełnienia się ich w Jezusie Chrystusie.
Marya, oblubienica Józefa, syna Dawidowego, pochodziła sama z rodu Dawida. Albowiem jako jedyna córka Joachima i Anny, dziedziczka ojczystego domu, była ona zmuszona prawem żydowskiem do wybrania sobie oblubieńca w pokoleniu i w rodzie swego ojca. A przeto Marya, jako oblubienica Józefa, musiała być tem samem już córką Dawida. Otóż, podług opowiadania Łukasza, posłany od Boga Archanioł Gabryel nawiedził w mieście galilejskiem Nazaret, pokorną służebnicę Pańską i powiedział do niej te słowa: „Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z tobą, błogosławionaś ty między niewiastami.” Następnie, ponieważ te pochwały przera-ziły Maryę, dodał pospiesznie: „Nie bój się Marya, abowiem nala-złaś łaskę u Boga. Oto poczniesz w żywocie i porodzisz syna, a nazowiesz imię jego Jezus. Ten będzie wielki, a będzie zwan synem najwyższego, i da mu Pan Bóg stolicę Dawida ojca jego, i będzie królował w domu Jakóbowym na wieki: a królestwa jego nie będzie końca.” Na te słowa przeczysta dziewica przerwała swe milczenie i odważyła się rzucić pytanie: „Jakoż się to stanie: gdyż męża nie znam?” Co znaczy podług wykładu Ojców Kościoła: Jakżeż mogę się matką, ja, któram uczyniła ślub czystości? I rzeczywiście, gdy Marya, wówczas już małżonka, a co najmniej narzeczona Józefa, uczyniła była ślub dziewictwa, to powinna była zrozumieć, że przez Józefa spełniłaby się w niej tajemnica Wcielenia. Nie myślała ona zupełnie o proroctwie Izaiasza albo też pokora jej nie mogła jeszcze uwierzyć, aby ją Bóg wynosił do godności macierzyństwa boskiego. Anioł przypomniał jej prawdopodobnie słowa proroka, gdy mówił: „Duch Święty zstąpi na cię, a moc najwyższego zaćmi tobie. Przetoż i co się z ciebie narodzi święte, będzie nazwane synem Bożym.” Celem zaś okazania możliwości takiego cudu, dodaje anioł nadto: „A oto Elżbieta krewna twoja, i ona poczęła syna w starości swojej: a ten miesiąc szósty jest onej, którą zową niepłodną: bo u Boga nie będzie żadne słowo niepodobne.” Wtedy Marya odpowiedziała: „Oto służebnica Pańska, niechay mi się stanie według słowa twego” (Łuk. I). Natychmiast też poczęła z Ducha Świętego. W swem łonie Tego, którego Gabryel nazwał Synem Najwyższego, Synem Boga. Aby zaś dla wszystkich stało się widocznem, że Chrystus się począł z Dziewicy, dopuścił Bóg wątpliwość do serca Józefa. Nie mogąc sobie wytłómaczyć zmiany figury swej oblubienicy, umyślił ją tajemnie opuścić. „A gdy to on myśli, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie, mówiąc: Józefie, synu Dawidów, nie bój się przyjąć Maryi małżonki twej: abowiem co się w niej urodziło, jest z Ducha Świętego. A porodzi syna: i nazowiesz imię jego Jezus (to znaczy Zbawiciel), abowiem on zbawi lud swój od grzechów ich. A to się wszystko stało, aby się wypełniło co jest powiedziano od Pana przez proroka (Izaiasza) mówiącego: Oto panna w żywocie mieć będzie i porodzi syna: i nazwą imię jego Emanuel: co się wykłada Bóg z nami” (Mat. I, 19 nst.).
Tak więc Jezus Chrystus jest synem Abrahama, Izaaka, Jakóba; jest synem Dawida; narodził się z Dziewicy. Zbawiając lud swój „od grzechów ich,” zakładając królestwo, które według słów anioła, nie miało mieć końca, musiał on przynieść światu błogosławieństwo, a uwolnić go od pierwotnego przekleństwa. Czyż można było jaśniej powiedzieć, że obietnica, dana w raju ziemskim a później patryarchom i królom Izraelskim ponowiona, spełniła się w Jezusie Chrystusie!
Z niemniejszą również dokładnością sprawdziły się przepowiednie, dotyczące czasu ukazania się Chrystusa i miejsca Jego urodzenia.
Józef i Marya mieszkali w Nazarecie. Edyktem ces. Augusta, nakazującym spis ludności w całem państwie, zmuszeni byli udać się do Betleemu, skąd pochodził ród Dawida. „I stało się, powiada św. Łukasz, gdy tam byli, wypełniły się dni, aby porodziła. I porodziła syna swojego pierworodnego, a uwinęła go w pieluszki, i położyła go w żłobie: nie było miejsca im w gospodzie” (Łuk. II, 6—7). Tak więc, dzięki cesarskiemu edyktowi, spełniło się proroctwo Micheasza.
W trzydzieści lat później, Jezus Chrystus rozpoczął swe życie publiczne od chrztu, przyjętego z rąk Jana Chrzciciela. Zwiastowali to światu Bóg Ojciec i Bóg Duch Święty: jeden wypowiadając słowa słyszane z nieba: „Tenci jest syn mój miły, w którym sobie upodobałem,” drugi — zstępując na Chrystusa w postaci gołębicy. Przez trzy lata przepowiadał Jezus królestwo boże po miastach i siołach Judei; szczególnie lubił to czynić w świątyni Jerozolimskiej; poucza nas o tem Łukasz św. „I uczył na każdy dzień w kościele” (19, 47). Tak się spełniło w Jezusie proroctwo Aggeusza i Malachiasza. Herod wprawdzie odnowił, powiększył, odbudował, że tak powiem, na nowo świątynię Zorobabela; dla żydów jednak ta ostatnia pozostała na zawsze drugą świątynią, w której bez przerwy były składane ofiary.
W tem także spełniło się proroctwo Daniela. Chrystus Pan istotnie zaczął swój żywot publiczny w r. 778 od założenia Rzymu, podług Dra Pusey'a, a w r. 782 podług O. Petau i Hengstenberga. Za którymkolwiek z tych dwóch pójdziemy systemem, przekonamy się, że od czasu, gdy Artaxerxes Longiman uroczystym dekretem pozwolił żydom, zostającym w niewoli chaldejskiej, powrócić do Judei, odbudować miasto i odnowić królestwo Judzkie, upłynęło lat czterysta ośmdziesiąt trzy, czyli sześćdziesiąt dziewięć tygodni lat. Pusey istotnie naznacza początek panowania Artaxerxesa na r. 289 od założenia Rzymu, czyli na r. 464 ery zwykłej. Podług niego, uwolnienie żydów z niewoli datuje się właśnie od pierwszego dekretu, wydanego w siódmym roku panowania, czyli w 296 r. od założenia Rzymu. Hengstenberg jest zdania, że Artaxerxes zaczął panować w roku 279 od założenia Rzymu, i że uwolnienie żydów z niewoli datuje się od drugiego dekretu, wydanego w 299 r. czyli w dwudziestym roku panowania. Czy jedno czy drugie z obu powyższych przyjmiemy zdanie, w każdym razie sześćdziesiąt dziewięć tygodni lat dokładnie przedzielać będzie uwolnienie żydów z niewoli od początków publicznego życia Chrystusa Pana. Zresztą nie mamy potrzeby przywiązywać się do jednego lub do drugiego z tych dwóch sposobów liczenia. Oba się opierają na trwałych podstawach, a różnica między niemi, z innych względów pochodząca, nietylko nie osłabia prawdy spełnienia się proroctwa Daniela w Jezusie Chrystusie, ale nawet, przeciwnie, umacniać ją się zdaje.
Jak widać z dotychczasowych wywodów, w osobie Chrystusa cudownie się sprawdza to wszystko, co było przepowiedziane odnośnie do pochodzenia Messyasza. Nie mniej cudownie spełniło się także to, co przepowiedzieli prorocy o Jego życiu, cierpieniach i chwale.
2.
Messyasz, podług orzeczeń proroków, miał opowiadać słowo boże. „Duch Pański na mnie, przeto, że mnie Pan pomazał: posłał mię, abych oznajmił cichym, abych leczył skruszone sercem, i opowiedział więźniom wyzwolenie, a zamknionym otwarcie” (Iz. 61, 1). Otóż, podczas gdy Chrystus był w synagodze w Nazaret, opowiada Łukasz św., podano Mu księgę proroka Izaiasza; Jezus otworzył ją w miejscu wyznaczonym, następnie zamknąwszy ją, oddał słudze i siadł. W synagodze obecni wzrok swój w Niego utkwili, a On im rzekł: „Dziś spełniło to pismo w uszach waszych.” „A wszyscy, dodaje pisarz święty, dawali mu świadectwo i dziwowali się wdzięcznym słowom, aż PAW z ust jego: i mówili: Izaż ten nie syn Józefa?” (Łuk. IV, 16—22).
Messyasz miał nosić choroby nasze i boleści nasze, powiedział Izaiasz (53, 4). Nosił je, odpowiada św. Mateusz, gdy uzdrawiał chorych i gdy słowem jednem wypędzał ducha nieczystego z opętanych (Mat. 8, 16).
Przedewszystkiem zaś miały być zgładzone przez Messyasza nieprawości i złości nasze. Żeby zgładzić nasze grzechy, żeby uleczyć nasze złości, żeby nam powrócić sprawiedliwość i pokój, miał się on skazać na zniewagi, męczarnie i śmierć. Miał być napawany upokorzeniami, „nie mając krasy ani piękności;” miano go uważać „jako trędowatego, a od Boga ubitego i poniżonego,” jako „wzgardzonego i najpodlejszego z mężów męża boleści.” Rany miały pokrywać ciało jego; podobny do owcy wiedzionej na zabicie, nie miał on ust swoich otworzyć przed swoimi sędziami, miał być milczący „jako baranek przed rżącym go” (Iz. 53). Aż nadto wyraźnie stwierdzają spełnienie się proroctwa Izaiaszowego w Chrystusie Panu: ubiczowanie jego, cierniem ukoronowanie, ukrzyżowanie, zniewagi, ponoszone od żołdactwa, pospólstwa i dworaków Heroda.
Nie powiedziano tylko w ogólności, Messyasz miał cierpieć i być na śmierć skazanym, ale za to wszystkie okoliczności Jego męki były naprzód przepowiedziane. Zacharyasz przepowiada, że Odkupiciel będzie sprzedan za trzydzieści srebrników; „tak o tem jest rzecz dobra w oczach waszych, przynieście zapłatę; jeśli nie, niechajcież. I odważyli zapłatę moją trzydzieści srebrników. I rzekł Pan do mnie: Porzuć to do garncarza, tę zapłatę, którąm jest od nich oszacowan, i wziąłem trzydzieści srebrników i porzuciłem je w domu Pańskim do garncarza” (Zach. XI, 12—13). Przypomina tę przepowiednię Zacharyasza św. Mateusz, gdy mówi, że Judasz zdrajca porzucił w świątyni cenę swej zdrady — trzydzieści srebrników (Mat. 27, 9).
Psalmista pański stawia nam przed oczy wszystkie prawie krwawe sceny dramatu męki Chrystusowej. Bóg ukrzyżowany przemawia do nas przez jego usta: „A jam jest robak a nie człowiek: pośmiewisko ludzkie i wzgarda pospólstwa. Wszyscy którzy mię widzieli, naśmiewali się ze mnie: mówili usty i kiwali głową. Nadzieję miał w Panu, niechaj go wyrwie; niechaj zbawi, ponieważ chce go” (Ps. 21, 7—9). „Przebodli ręce moje i nogi moje,” mówi jeszcze, „policzyli wszystkie kości moje, a oni przypatrowali się i patrzyli na mię: rozdzielili sobie szaty moje, a o suknią moją los miotali” (Ps. 21, 18—19). „I dali żółć na pokarm móy; a w pragnieniu moim napawali mię octem” (Ps. 68, 22). „I czekałem, ktoby się społem smęcił, a nie było, i ktoby pocieszył, a nie znalazłem” (Ps. 68, 21). „Oddaliłeś odemnie znajome moje; uczynili mię obrzydzeniem sobie” (Ps. 87, 9). Każdy z tych ustępów przepowiedzianych w czasach tak odległych, znajdujemy najdokładniej spełniony w Ewangelii. Uczniowie Jezusa uciekli od Niego, a ci, których On od złego uwolnił, żądali nań śmierci. Gdy był gwoździami przez ręce i nogi do krzyża przybit, przechodzący mimo bluźnili go chwiejąc głowami swymi, i mówiąc: „Hey co rozwalasz kościół Boży, a za trzy dni ji zasię budujesz: zachowaj sam siebie: jeśliś syn Boży, zstąp z krzyża. Także i przedniejsi kapłani z Doktorami i z starszymi, nagrawając mówili: inszych zachował, sam siebie zachować nie może: Jeśli jest król Izraelski, niech teraz zstąpi z krzyża, a uwierzymy jemu. Ufał w Bogu: niech go teraz wybawi, jeśli chce: Bo powiedział, że, Jestem Synem Bożym” (Mat. 27, 39—43, prw. Mar. 15, 29 nst.). „Żołnierze tedy gdy go ukrzyżowali, wzięli szaty jego (i uczynili cztery części, każdemu żołnierzowi część) i suknią. A była suknia nie szyta, od wierzchu cała tkana. Mówili tedy jeden do drugiego, nie krajmy jej ale rzućmy o nią losy czyja ma być” (Jan 19, 24, prw. Mat. 27, 35). Gdy tak bezwiednie spełniali proroctwo psalmisty żołnierze, jeden z nich, słysząc Jezusa wołającego głosem wielkim: „Boże mój, Boże mój, czemuś mię opuścił?” „natychmiast bieżąwszy... i gąbkę napełnił octem, i włożył na trzcinę, i dawał mu pić” (Mat. 27, 48). Tuż przed samem ukrzyżowaniem Chrystusa podawali mu żołnierze wino pomieszane z żółcią (Mat. 27, 34). Tym sposobem spełniły się wszystkie przepowiednie proroków, Jezus też, widząc, że wszystko „wykonało się,” „skłoniwszy głowę, ducha oddał” (Jan 19, 30).
Nie tylko męka, ale i zmartwychwstanie Boga-Człowieka zostało przepowiedziane. „Albowiem nie zostawisz dusze mojej w piekle, mówi psalmista, ani dasz świętemu twemu oglądać skażenia” (Ps. 15, 10). Stosując te słowa do Chrystusa, pogromcy śmierci św. Piotr nam okazuje, jakie znaczenie tym słowom żydzi nadawali.
Wreszcie, z entuzyastycznym nastrojem ducha wyśpiewują Izaiasz i Dawid zwycięstwo ukrzyżowanego, niewygasłą chwałę, obszar i wieczną trwałość jego królestwa.
„Oto dałem cię, powiada Bóg do Messyasza, na światłość narodów, abyś był zbawieniem moim aż do kończyn ziemie.” „Królowie oglądają, a powstaną książęta, i kłaniać się będą dla Pana, iż wierny jest, i dla Świętego Izraelowego który cię wybrał.” „Zachowałem cię, a dałem cię za przymierze ludu, abyś wzbudził ziemię, a osiadł dziedzictwa rozproszonego;” mówił tym, którzy są w więzieniu: „Wynidźcie: a tym którzy w ciemności: Okażcie się.”
„Oto ci zdaleka przyjdą, a oto oni z północy i od morza, a z ziemie od południa (Iz. 49). Dalej nieco Izaiasz znów wskazuje: „Wstań, oświeć się Jeruzalem; bo przyszła światłość twoja, a chwała Pańska weszła nad tobą. I będą chodzić narodowie w światłości twojej, a królowie w jasności wejścia twojego” (Iz. 60, 1—3). „I będą otworzone bramy twoje ustawicznie: we dnie i w nocy nie będą zamknione, aby noszono do ciebie moc narodów, i króle ich aby przywiedziono. Bo naród i królestwo, któreby tobie nie służyło, zginie, a narodowie pustoszeniem spustoszoni będą. I przyjdą do ciebie kłaniając się synowie tych, którzy cię trapili: i będą się kłaniać stopom nóg twoich wszyscy, którzyć uwłóczyli, i nazową cię Miastem Pańskim, Syonem Świętego Izraelskiego... wystawią cię na pychę wieków, i na wesele od pokolenia do pokolenia.... Nie zajdzie więcey słońce twoje i nie umniejszy się, bo Pan będzie tobie Światłością wieczną i dokonają się dni smutku twego. A lud twój wszyscy sprawiedliwi na wieki odziedziczą ziemię, płód szczepienia mego, uczynek rąk moich ku wsławieniu. Namnoży się w tysiąc, a malutki w naród namocniejszy. Ja Pan czasu swego prędko to uczynię” (Iz. 60, 10-22). W tych ognistych rzutach myśli któż nie dostrzeże naszkicowanych zwycięstw Kościoła, przedstawionego tu pod postacią Syonu?
Nie mniejszym entuzyastą jest Dawid. „I będzie trwał z słońcem, i przed księżycem, na pokolenie i pokolenie... I będzie panował od morza do morza: i od rzeki (Eufratu) aż do krajów okręgu ziemie. Przed nim będą padać Murzynowie: a nieprzyjaciele jego ziemię lizać będą. Królowie Tarsis i wyspy przyniosą dary: królowie Arabscy i Saba przyniosą upominki: i będą mu się kłaniać królowie ziemscy, wszyscy narodowie będą mu służyć.
I będzie imię jego na wieki błogosławione: przed słońcem trwa imię jego. I będą w nim błogosławione wszystkie pokolenia ziemskie: wszyscy narodowie wielbić go będą. Błogosławiony Pan Bóg Izraelski, który sam czyni dziwy, i błogosławione imię majestatu jego na wieki: i będzie napełniona majestatem jego wszystka ziemia. Stań się. Stań się” (Ps. 71).
Czyż w św. Pawle nie odczuwamy jakoby echa tych przecudownych lirycznych tonów? Bóg, według wyrażenia Apostoła narodów, posadził Jezusa „na prawicy na niebiesiech: nad wszelakie księstwa i władzą i moc, panowanie, i wszelkie imię, które się mianuje nie tylko w tym wieku, ale też i w przyszłym. I wszystko poddał pod nogi jego: a jego dał głową nad wszystkim Kościołem” (Efez. I, 20—22). „Bóg wywyższył go, i darował mu imię które jest nad wszelakie imię: aby na imię Jezusowe wszelkie kolano klękało, niebieskich, ziemskich i piekielnych: a iżby wszelki język wyznawał, iż Pan Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca” (Flp. II, 9—11).
A cała historya Kościoła, czyż nie potwierdza w sposób najświetniejszy tych niezrównanych proroctw i tych ludzkich obietnic?!
3.
Odrzucenie ludu żydowskiego przez Boga nie mniej jasno dowodzi, że Jezus Chrystus jest prawdziwy Messyasz i prawdziwy Bóg.
Izaiasz przedstawia nam Chrystusa, jako od pierwszych chwil istnienia powołanego przez Boga na to, by był Jego sługą i aby Mu nawrócił Jakóba. Messyasz wiedział, że napróżno pracował nad nawróceniem tego ludu. Bóg przepowiadając mu, w słowach wyżej przytoczonych, że on ma być światłością narodów i zbawieniem wszystkiej ziemi. Syon zrozumiał los sobie zgotowany i powiada: „opuścił mię Pan, a Pan zapomniał mię” (Iz. 49, 14). Otóż wielu bardzo Ojców Kościoła wierzy, że skargi powyższe są skargami prześladowanego Kościoła; wolno w nich ze św. Hieronimem upatrywać wyraz żalu tych z pośród żydów, którzy, wierząc sami w Chrystusa, widzą, że cała massa ich współrodaków będzie wyłączona od zbawienia.
Wyraźniej jeszcze toż samo proroctwo wypowiedział Zachariasz: „Otwórz Libanie wrota twoje, a niech ogień pożre cedry twoje.” Wszystek kraj pomiędzy Libanem, Basan i Jordanem spustoszony i zniszczony. — Nie masz tłumaczy Pisma św., którzyby nie widzieli w tych obrazach zburzenia świątyni i miasta oraz upadku narodu żydowskiego.
Niebawem stawia prorok przyczynę tej klęski.
Bóg uczynił się pasterzem Judy; uwolnił go od nieprzyjaciół wewnętrznych o chciwych przełożonych, i od królów z krajów cudzoziemskich, t. j. od nieprzyjaciół zewnętrznych. Atoli trzoda nie odpowiada staraniom swego pasterza, zalewa ją niedowiarstwo i apostazya. Łamie Bóg wtedy pierwszy ze swych kijów pasterskich — symbol miłosierdzia: Assyryjczycy wyprowadzają Judę do niewoli i mszczą za Boga niewdzięczność tego ludu. Najwyższy daje się przebłagać łkaniom i modłom uprowadzonych w niewolę i napełnia ich nanowo dobrodziejstwami. Ale na ich przyjęcie wychodzą żydzi z nowemi nieprawościami. Tego, którego Bóg posłał aby rządził nimi i zbawił ich, szacują ceną niewolnika na trzydzieści srebrników. Miara się wypełnia. Pasterz łamie drugą laskę pasterską — symbol połączenia pokoleń w jednem królestwie. I zostaje zapowiedziany koniec władzy żydowskiego pośród istotnego potopu nieszczęść (Zach. 11, 1—16).
Jeszcze przed Zachariaszem te same nieszczęścia przepowiadał Daniel i te same wskazywał złego przyczynę: że po sześćdziesiątym dziewiątym tygodniu lat Messyasz miał znieść prawo Mojżeszowego ofiary i całopalenia; naród, który miał skazać go na śmierć, miał przestać być nadal jego narodem; cudzoziemski władca miał się przyczynić żydom do zgładzenia ich grzechu przez całkowite zburzenie świątyni i miasta; obrzydliwość spustoszenia miała trwać aż do skończenia wieków, aż do końca świata (Dan. 9, 26—27).
Spełnienie się tych proroctw nie lęka się żadnej krytyki. Domagający się śmierci Chrystusa i chcieli, aby krew Jego spadła na nich i na ich dzieci. Czterdzieści lat potem spadły nad Judeą zwycięskie orły rzymskie i zburzyły ją całkowicie; prowadzone przez Tytusa legiony zburzyły świątynię i miasto; rozproszeni po Azyi i Europie żydzi wymazani zostali z liczby narodów, służba boża wreszcie, z istoty swej przywiązana do świątyni Jerozolimskiej, przestała istnieć prawnie i faktycznie. Pomimo swych wierzeń ślepo uparci, pozostają żydzi żywymi i nieśmiertelnymi świadkami bóstwa Jezusa Chrystusa.
Mówimy o bóstwie Jezusa Chrystusa.
Cóż bowiem innego wnioskować można ze spełnienia się w osobie Maryi tych proroctw trojakiego rodzaju? Naprzód, co samo przez się rozumie, że On jest prawdziwy Messyasz, przepowiedziany ludzkości od początku i przez wszystkie narody oczekiwany. Następnie, że On jest prawdziwy Bóg. Proroctwa bowiem, gdy nam opowiadają o Jego cierpieniach, tryumfach i chwale, wyraźnie Go nam przedstawiają jako Boga. Izaiasz, mówiąc o Synu Dziewicy gdyż paralelizm rozdziałów jest tu widoczny, powiada: „Abowiem maluczki narodził się nam, i syn jest nam dany, i stało się panowanie na ramieniu jego, i nazowią imię jego: Przedziwny, radny, Bóg, mocny, ociec przyszłego wieku, książę pokoju. Rozmnożone będzie państwo jego, a pokoju nie będzie końca: na stolicy Dawidowey i na królestwie jego siedzieć będzie: aby je utwierdził i umocnił w sądzie i w sprawiedliwości, odtąd i aż na wieki” (Iz. IX, 6—7). Dalej nieco, odtworzywszy tragedyę Sennacheryba i upadek Idumei, opisuje dobrodziejstwa, jakie Kościół rozleje na pogan: „Rozraduje się pusta i bezdrożna, i rozweseli się pustynia, i zakwitnie jako lilia. Rodząc rodzić będzie, i rozraduje się weseląc i chwaląc: chwała Libanu dana jest jej, ozdoba Karmelu i Saron: oni ujrzą chwałę Pańską i ozdobę Boga naszego. Rzeczcie bojaźliwym: Zmocnicie się a nie bójcie się: oto Bóg wasz przywiedzie pomstę odpłacenia: Bóg sam przyjdzie i zbawi was” (Iz. 35, 1—4).
Nie mniej jasny jest w swem proroctwie Psalmista. Drugi psalm jego uważała zawsze tradycya żydowska i chrześcijańska za psalm messyaniczny. A więc to Chrystusa psalm ten nazywa „królem nad Syonem,” Syna Boga, przezeń zrodzonym, który otrzymuje w dziedzictwo wszystkie narody, rządzi nimi i kruszy je, jako naczynia garncarskie (Ps. II); przeciw niemu to spiskują narody; on to jest wreszcie prawdopodobnie, o którym powiedziano, że uszczęśliwia narody swą ufność w nim pokładające. I jakże tu w tych rysach nie uznać Boga? Do Messyasza to przemawia Ojciec na innem miejscu: „Stolica twoja Boże na wieki wieków, laska prawości, laska królestwa twego” (Ps. 44, 7). „Siądź po prawicy mojej, a położę nieprzyjacióły twoje podnóżkiem nóg twoich” (Ps. 109, 1). Zaiste, Bogiem być musi ten, który się nazywa synem, zrodzonym przez Boga, siedzącym po prawicy Ojca i tem samem będącym współuczestnikiem Jego potęgi. Messyasz tedy jest Bogiem, a że Chrystus jest Messyaszem, Jezus Chrystus przeto jest Bogiem.
Przeciwnicy bóstwa Chrystusa Pana, dla osłabienia siły powyższych argumentów, lubią przedewszystkiem uderzać na messyaniczny charakter proroctw, na których opieraliśmy powyższe rozumowania. Argumenta ich poddajemy naukowemu rozbiorowi w innych artykułach tej pracy; nie mamy przeto potrzeby się tu nimi zajmować. Jednakże zatrzymamy się na chwilę nad dwoma innymi, przez nich podnoszonymi, zarzutami.
Messyasz, powiadają oni, powinien być królem potężnym i wspaniałym. W obrazie przedstawiają go proroctwa, jako siedzącego na tronie, z królewskim dyademem na głowie, dzierżącego berło w ręku, rządzącego narodami a rokoszan podbijającego pod władzę swoją. A tymczasem, w Jezusie Chrystusie sprawdza się coś wręcz przeciwnego!
Odpowiedź na ten zarzut czytamy w tych samych miejscach Pisma św., w których prorocy wspaniałemi barwami malują chwałę królestwa messyanicznego. Królestwo to, jakeśmy wyżej widzieli, ma się rozciągać od morza do morza, ogarniać ma wszystkie czasy, wszystkie państwa i narody. Wobec tego, czyż podobna, aby prorocy chcieli wyrazami tymi oznaczać królestwo ziemskie? Czyż to nie widoczna, że tu jest mowa o królestwie duchowem, pod postacią królestwa ziemskiego, metaforycznie przedstawionem, w którem zgromadzone narody miały cześć oddawać królowi ich dusz? Prawdziwe znaczenie tych proroctw wskazuje sam Chrystus, gdy w przeddzień swej śmierci przyznaje wobec Piłata, że jest królem, ale królestwo Jego nie jest z tego świata; gdy następnie, po swem zmartwychwstaniu mówi do uczniów, że dana Mu jest wszelka władza na niebie i na ziemi; gdy na mocy tej władzy posyła ich do wszystkich narodów i poleca uczyć je i rozkazywać, związywać i rozwiązywać. Z drugiej znów strony sami prorocy, którzy wynoszą tron Messyasza ponad trony wszystkich królów ziemskich, opisują nam także odkupiciela świata prześladowanego i na śmierć skazanego, jako „pośmiewisko ludzkie i wzgardę pospólstwa;” jakimże tedy prawem można żądać, aby te proroctwa stosowały się do króla ziemskiego, zwycięzcy nad wszystkimi swymi nieprzyjaciółmi, do króla, którego panowanie granic nie zna ani w przestrzeni, ani w czasie!
Przeciwnicy bóstwa Chrystusa Pana zarzucają nadto postawę ówczesnych żydów, a zwłaszcza przedniejszych kapłanów żydowskich wobec Messyasza. Nietylko że nie uznali Chrystusa za Messyasza, ale go odepchneli, prześladowali, na śmierć skazali. A przecież nie mogli nie rozumieć znaczenia proroctw; gdyby je byli przeto widzieli spełniające się na synu Maryi, zachowanie się ich wobec Chrystusa byłoby zupełnie inne.
Odpowiedź na zarzut ten prosta. Gdyby Jezus nie był prześladowany przez kapłanów i przez pospólstwo żydowskie, gdyby nie był w okolicznościach wzmiankowanych skazany na śmierć, nie byłby był ani Messyaszem ani Bogiem, albo nie spełniłaby się na nim wielka część proroctw messyanicznych. Jeśli kto spyta o przyczynę dziwnego postępowania kapłanów żydowskich, odpowiemy, że ona się zawiera w złości serca ludzkiego. Wobec względów doczesnych, wola ludzka bardzo często albo wprost odwraca się od prawdy, albo ją pogrąża w ciemnościach sofistyki, albo wreszcie, gdy jej nie może zaprzeczyć, bezczelnie na nią uderza. Jezusa zaś tem chętniej prześladowali żydowscy kapłani, że On im wiecznie nauką swą i przykładem zdawał się wyrzucać chciwość ich i grzechy. Z drugiej znów strony, alboż to żydzi nie podnosili rokoszu przeciw Mojżeszowi i Dawidowi; czyż nie prześladowali proroków? Czyż mało Pan Bóg wyrzucał temu narodowi twardość karku i niemoc jego? Nikogo zatem nie powinno dziwić zachowanie żydów względem Chrystusa, boskiego Odkupiciela.
Próżne są przeto wykręty niedowiarstwa. Najzupełniejsze wypełnienie się proroctw w Jezusie, synu Maryi, dowodzi najoczywiściej, że On jest prawdziwym Messyaszem i rzeczywistym Synem Boga.
C.
Powstaje trzeci jeszcze dowód bóstwa Zbawiciela, oparty na ustanowieniu i wiecznej trwałości Kościoła. Jezus Chrystus polecił apostołom i ich następcom iść w imię Jezusa na krańce ziemi, uczyć wszystkie narody nauki, wymagającej całkowitego poddania się rozumu; podawać tym narodom prawo, nakazujące zwalczać wszelkie namiętności, a natomiast cnoty wszystkich spełniać; polecił im wymagać uległości dla władzy, którą sam ustanowił, wskazać sposób używania środków uświętobliwienia, które sam raczył ustanowić. Z góry im przepowiedział prześladowania; będą oni dla Niego przedmiotem nienawiści świata, będą przed sądy ciągani, biczowani, na śmierć skazywani. Otoczy ich jednakże Chrystus swą opieką i staną się niezwyciężonymi. „A przeto; kładźcie do serc waszych nie obmyślać i jakobyście mieli odpowiadać, abowiem ja wam dam usta i mądrość, której nie będą mogli odeprzeć ani się sprzeciwić wszyscy przeciwnicy waszy” (Łuk. 12, 11-12). Pośle im Ducha św., który pozostanie z nimi na wieki i nauczy ich wszelkiej prawdy. Jego mocą będą wypędzali złe duchy, będą mówili nieznanymi sobie dotychczas językami, uzdrawiać będą chorych, których się dotkną tylko. Wskutek tej obecności Ducha św. i jego wszelkie przepowiedzi, pomimo wszelkich ataków przewrotności, dzieło ich pozostanie trwałe i niezwyciężone. „A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mat. 28, 20), „a bramy piekielne nie przemogą go” (Mat. 16, 18).
Zaprawdę, któryż z ludzi — choćby to był Cezar jaki albo Aleksander Wielki, — odważyłby się śnić takie plany i takie wypowiadać słowa? A oto przecież, ten olbrzymi projekt się urzeczywistnił, a urzeczywistnił przy środkach, których sama przyrodzona niemoc cudownie okazuje moc boską, jaka je ożywiała.
Jezus umiera na krzyżu; hańba ta w upojeniu wrogów miała unicestwić na zawsze Jego nadzieje: a tymczasem oto staje się ona znakiem zwycięstwa. Bez i innej wiedzy, oprócz znajomości Jezusa ukrzyżowanego, bez innej podpory, prócz cudownej mocy krzyża, pomimo potęgi Cezarów i mądrości filozofów, pomimo zepsucia społeczeństwa i dzikiej surowości prawa, kilku nieznanych żydów nie lęka się iść do możnych tego świata, do bogatych i mądrych, do danego na łup pychy, chciwości i rozkoszy; mają oni odwagę wzywać zginać kolana przed Ukrzyżowanym, wierzyć w niepojęte dla rozumu tajemnice i wypowiadać walkę bez końca popędom upadłej natury człowieka. Zezmysłowe to zachcenia, gdyby nie były oparte na mocy Najwyższego! A wszakżeż wiemy, jakie odnieśli zwycięstwa ubodzy rybacy galilejscy!
W dzień Zesłania Ducha św., święty Piotr nawrócił trzy tysiące żydów do wiary chrześcijańskiej; innym razem było pięć tysięcy nawróconych: To był zawiązek Kościoła. Gdy zaś prześladowanie rozproszyło wypędzonych z Jerozolimy chrześcijan, chrystyanizm czynił po miastach i po wsiach Judei nowe podboje. Po trzydziestu latach niespełna po śmierci Chrystusa Piotr św. pisze swój pierwszy list do „wybranych przechodniów rozproszenia” w prowincyach Pontu, Galacyi, Kappadocyi, Azyi i Bitynii (I Piotr. 1). Za cesarza Domicjana, Jan Ap., wygnaniec na wyspie Patmos, wysyła swą Apokalipsę do siedmiu kościołów Azyi (Apoc. I, 4). Paweł Ap. przebiega cały ówczesny świat cywilizowany, a po dwudziestu latach swego apostolstwa może powiedzieć Rzymianom: „Nie znajdziesz jednego plemienia ludzi, mówi św. Justyn, czy to będą barbarzyńcy, czy grecy, czy jakiekolwiek inne imię noszący, pośród których nie wznosiłyby się modły i dziękczynienia do Ojca w imię Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego.” Znane jest wyrażenie Tertuliana: „Wczorajsi jesteśmy, a już wypełniamy wasze miasta, wasze wyspy, wasze grody, wasze obozy.” Kościół istotnie rozszerzył się po całym świecie; pod jego błogosławionym wpływem zmienił się najzupełniej świat starożytny ze swą cywilizacyą, ze swemi prawami, ze swemi urządzeniami. Niebawem wielkie narody wyrwane zostały z barbarzyństwa; duch chrześcijański przenika prywatne i publiczne stosunki społeczne; po wszej ziemi się rozchodzi nowa cywilizacya. Po dziewiętnastu wiekach Kościół trwa, zachowując wiecznie pośród nietrwałości rzeczy ludzkich nieśmiertelną swą młodość. Runęły trony i państwa, a upadki ich zdawały się zawsze dodawać nowego życia i nowych sił Kościołowi. Bez wytchnienia rozwijał on dalej swą cywilizacyjną działalność, mimo sprzymierzonych przeciw niemu wszystkich potęg złego. Duchem Kościoła wzmocnione, pojęcia prawa, wolności, równości, po tysiąc kroć wyrażane, zdołały przeżyć wszystkie nawałnice. I spełniło się tym sposobem proroctwo psalmisty pańskiego: „I będzie trwał... na pokolenie i pokolenie... i będzie panował od morza do morza... i będą mu się kłaniać wszyscy królowie ziemscy, wszyscy narodowie będą mu służyć.” (Ps. 71).
Zaiste, cuda te wtedy tylko pojąć się dają, jeśli Jezus Chrystus jest Bogiem, jeśli jako Bóg dodaje odwagi, udziela płodności słowom apostołów i kieruje wydarzeniami ludzkimi. Lecz jeżeli Chrystus jest tylko człowiekiem, a zatem — oszustem i uwodzicielem, gdyż sam kazał wierzyć w swe bóstwo, —jak wytłómaczycie ten niesłychanie pomyślny rozwój ludzkiego dzieła, trwałość jego cudowną i nieporównane rozprzestrzenienie się jego po świecie. Słusznie też powiada Sobór Watykański: „Kościół sam przez się, przez swe zadziwiające rozszerzenie się, przez swą wielką świętość, przez swą niewyczerpaną płodność we wszystkiem co dobre, przez jedność katolicką i niewzruszoną trwałość, jest wielkim i wiecznym argumentem swej wiarogodności, niezłomnem świadectwem boskości swego posłannictwa” (Sess. 3, c. 3).
Przeciwko temu dowodowi współczesne nam niedowiarstwo stawia historyę wielu innych religii. Zbadajmy siłę tych zarzutów.
Zbyteczne byłoby zatrzymywać się nad Lamaizmem, czyli czcią bożka Fo, lub nad Taosizmem; którego początek przypisują Lao-Tsen'owi,—nad zabobonnemi, magicznemi wierzeniami i grubem bałwochwalstwem, które wespół ze czcią Buddy i Konfucyusza wyznają dzisiejsze Chiny. Nie zatrzymamy się nawet nad Konfucyuszem, filozofem, mężem stanu, zanadto mądrym na to, żeby się podawać za proroka lub boga, będącym raczej reformátorem niż założycielem nowej religii, lecz którego etyka, choć dosyć wolna od błędów, jest surowa i zimna, bez podniosłości ducha. Pominiemy również milczeniem Zoroastra, osobistość według jednych mitologiczną, według innych historyczną, której narodzenie uczeni nie wiedzą, umieścić na 2000, na 500 lat przed Chr.; wystarczy tu powiedzieć, że jest on uważany za założyciela religii, która była znana Medom i Persom, a która do dziś przeżyła w górach Persyi i u Parsisów Bombaju, oraz że przypisują mu powszechnie urzędową księgę religijną, Avesta zwaną, w której naucza wschodniego dualizmu z podwójną wzajem sobie przeciwną dążnością,—jedną ku monoteizmowi, drugą ku wielobóstwu. Pominiemy także braminizm, czyli religię Vedy, która sięga piętnastego wieku przed erą chrześcijańską, i dzieli się na dwie części, z których pierwsza, zawarta w dawnych hymnach Veda, ubóstwia żywioły przyrody: wiatry, burze, słońce, jutrzenkę, ogień, — druga zaś, właściwy braminizm, wyznaje idealistyczny panteizm i metempsychozę. Zbadamy natomiast dwie religie, które chętnie wystawia przeciwnicy Kościoła przeciw chrystyanizmowi. Badanie to przyczyni się do tem lepszego wyjaśnienia boskości religii chrześcijańskiej i jej założyciela.
Zarzuty, wzięte z buddyzmu, dają się sprowadzić do trzech następujących: pierwszy zaczerpnięty z historyi Buddy, drugi z jego nauki, trzeci—z rozszerzenia się jego religii.
Bezinteresowność Buddy, powiadają, surowość jego cnoty, a nawet jego świętość żadnej nie podlega wątpliwości. Opuścić w dwudziestym siódmym roku życia królewski dwór swego ojca, swą żonę i syna, wyrzec się nadziei panowania, oddać się poszukiwaniu mądrości, najpierw u braminów, oddać się następnie powołaniu ascety, żyć na pustyni, poddawać się umartwieniom i długim rozmyślaniom, wreszcie, po siedmiu latach pokornego i ukrytego życia objawić ludowi nową naukę, którą się uważa za prawdziwą mądrość, prowadzić to nauczanie przez czterdzieści cztery lata aż do śmierci,—czyż to nie znaczy prowadzić życie święte i bohaterskie? Otóż, to była właśnie historya Siddarthy, znanego pod imieniem Sakya-Muni, t. j. pustelnika plemienia Sakya, oraz pod imieniem Buddy, t. j. mędrca albo przebudzonego.
A nauka Sakya-Muni czyż nie godna podziwu? Jakież to, istotnie, reguły podaje ona mnichom wspólnie żyjącym i wiernym czyli słuchaczom! Nie ogranicza się na wzbronieniu im kradzieży, kłamstwa, cudzołóstwa, pijaństwa, ale obowiązuje nadto do czystości i bezinteresownego ubóstwa; mnich ma pędzić życie na żebraninie, na rozmyślaniu i opowiadaniu mądrości swego mistrza; wierni, czy to rolnicy czy kupcy, spełniać mają przedewszystkiem uczynki miłosierne, dawać jałmużnę mnichom i przyczyniać się tym sposobem do rozszerzania mądrości.
Już same powyższe przepisy przedstawiają coś wielkiego i pięknego, a przecież to dopiero zewnętrzna strona etyki buddyzmu.
Są inne jeszcze przepisy, prawdziwie chrystyanizmu godne: Budda wymaga od swych zwolenników bezwzględnego wyrzeczenia się siebie, stłumienia wszelkich pragnień, uczuć, namiętności. Celem dojścia do tej doskonałości wyznawcy Buddy przechodzą szereg ćwiczeń pobożnych, podobnych do tych, jakie się odbywają w klasztorach katolickich: rozmyślania o próżności świata i nicości życia, wyznawanie win swoich, przewodnictwo sumienia. Nagrodą tego poświęcenia ma być względne szczęście na ziemi, wewnętrzna niezależność, nadprzyrodzona jakaś moc, nie dość jasno określona, i wreszcie nirvana namiętności. Pomimo to, buddysta nie żyje sam dla siebie; kocha on podobnego sobie człowieka, i drogą apostolstwa, wykonywanego przez się lub przez innych, stara mu się udzielić dobrodziejstw nowej nauki swego Mistrza.
Wreszcie, ta prawdziwa mądrość szybko i olbrzymio się rozszerzyła po świecie. Poczęty około 500 r. przed Chr., buddyzm przez tysiąc lat panował w Indyach, współzawodnicząc z braminizmem; rozlał się następnie po Tartaryi, Chinach, Japonii, Indo-Chinach i na niektórych wyspach oceanu, a dziś liczy, według jednych, pięćset milionów zwolenników, według innych, trzysta i pół miliona wyznawców.
Tak tedy wszystko jest nadzwyczajne w Sakya-Muni: cnota, nauka, rozszerzenie jego religii; nawet cudów nie brakło, jeśli mamy wierzyć natchnionym uwielbieniami jego zwolenników opowiadaniom. A przecież nikt, chyba z wyjątkiem samych buddystów, nie uważa Buddy za boga. Czemuż więc aureolą bóstwa mają otaczać skronie samego tylko Chrystusa Jego cnoty, czyny, podboje Jego Ewangelii?...
Następująca uwaga wstępna wyjaśni nam odpowiedź:
Dogmat katolicki uczy, że grzech pierworodny nie odjął umysłowi ludzkiemu władzy poznania Boga i wielu przepisów prawa natury; wola w stosunku do moralnego dobra nie została pozbawiona wszelkiej swej mocy. Objawienie, bezwarunkowo potrzebne do poznawania prawd nadprzyrodzonych, moralnie tylko było wymagane do poznania całości przepisów prawa; pomoc boża potrzebna tylko do zwalczania gwałtownych pokus, oraz do zachowania przez czas dłuższy wszystkiego prawa boskiego. Dla tego też Kościół pozwala utrzymywać, że mogli się zdarzać w kolei wieków ludzie nadzwyczajni, którzy bardzo się zbliżyli i jakoby przewidzieli ideał cnoty chrześcijańskiej. W każdym jednak razie Kościół utrzymuje, że do nauki tych mężów wcisnęły się wielkie i podstawowe błędy, że obok ich cnót słabość ludzka wyżłobiła głębokie bruzdy, plamy, których bezwzględnem piętnie człowieczeństwa Jezusa Chrystusa nie masz.
Wstępna ta uwaga ułatwia nam odpowiedź na powyższe zarzuty.
Gdyby nawet zestawienie Sakya-Muni z Chrystusem nie było świętokradczem bluźnierstwem, to byłoby ono porównaniem najzupełniej śmiesznem i niemądrem. Opowiadania o życiu Buddy o wiele wieków późniejsze od jego śmierci. Dziś niepodobna odróżnić historyi od legendy. Przypisywane mu cuda, według wyrażenia któregoś z pisarzy, mogłyby figurować na pierwszym lepszym programie uroczystości jarmarcznych. Jakże więc można przeciwstawiać go Chrystusowi, którego czyny, cuda, proroctwa, śmierć, zmartwychwstanie stwierdzają zarówno wrogowie jak przyjaciele, a zapisane są one w księgach najwyższej autentyczności i bezwarunkowej prawdomówności?
Skądinąd znów, choćby nawet to wszystko, co się o Buddzie podaje, było historycznie stwierdzone, to już same liczne, mądrość Buddy plamiące błędy, aż nadto usprawiedliwiają stronnicze dlań uwielbienie dzisiejszych niedowiarków.
Podstawę buddyzmu stanowią trzy błędy kapitalne i oczywiste: praktyczny ateizm, metempsychoza i ostateczne unicestwienie.
Sakya-Muni nie troszczy się o istnienie bytu najwyższego, stwórcy wszechświata. Pytanie czy Bóg istnieje jest dlań bezużytecznem zagadnieniem. Myślałby kto, że to poprzednik dzisiejszych pozytywistów. Dzięki temu to rodzajowi ateizmu, mądrość Buddy nie zna ani pomocy bożych, ani modlitwy, ani ofiary, ani religijnych ceremonii. Tem bardziej nie zna ona pokory chrześcijańskiej; całą doskonałość moralną, wszystką cnotę przypisuje buddysta osobistym swoim zasługom. Jest to proste następstwo metempsychozy. Człowiek, ulegając prawu fatalizmu, przechodzi szereg następujących po sobie żywotów; umiera na to, aby się odrodzić w jakimś stanie szczęśliwszym od poprzedniego, lub mniej szczęśliwym, względnie do tego, czy w życiu poprzedniem okazał się nagrody, czy też kary godnym. Taka zasada mogła nałożyć wędzidło rozhukanym namiętnościom; po całym, prawie nieprzeliczonym szeregu istnień, wstępuje byt każdy w Nirwanę, stan zagadkowy, w którym jedni widzieli całkowite unicestwienie, inni znów — pewien sposób istnienia, pozbawiający wszelkie uczucie, wszelkie życie, wszelką działalność i równający się unicestwieniu.
Ale, powie kto może, jakże na takiej podstawie może się opierać moralność Buddy?
Właśnie dziwić się trzeba, jak ona mogła polegać na takim gruncie. Jednakże po uważniejszem badaniu łatwo się dostrzega, że moralność buddyjska jest częściowo praktycznego zastosowania wspomnianego potrójnego błędu. Jeśli buddyzm nakazuje bezwzględne wyrzeczenie się siebie, to dla tego, że wszelkie przywiązanie do ciała lub do duszy poniesie w życiu przyszłem odpowiednią karę; albo raczej, że istnienie, jako przejściowe, jest czemś złem; albo też raczej, że sens jest w próżni i w nicości, i że zatem nirvana namiętności daje jakiś rodzaj przedsmaku tego najwyższego szczęścia. Jakże to olbrzymi przedział pomiędzy tą nauką a moralnością Ewangeliczną, która stawia chwałę bożą jako cel czynów naszych, a szczęście niebieskie jako bodziec do cnoty, w której to wreszcie moralności wszystko tchnie działalnością i życiem.
Z tegoż samego źródła płyną inne przepisy kodeksu moralności Sakya-Muni. Egoizm tam główną przyczyną, dla której wzbroniona jest kradzież, kłamstwo, cudzołóstwo, a nakazana miłość bliźniego i zachowywanie istot żyjących: w skutek zachowania tych przepisów mniej nieszczęść trapić będzie życie obecne i bezpośrednio za niem idące. Z drugiej znów strony, jeśli etyka Buddy hamuje namiętności, to pozwala na inne swobody: ani polygamii, ani nawet polyandryi nie wzbrania. Nakazuje miłość bliźniego, ale ta miłość bliźniego nie stworzyła ani jednego dzieła, podobnego do tylu dzieł, jakiemi się szczyci chrystyanizm.
Tak więc cała niezgłębiona przepaść dzieli etykę Sakya-Muni od etyki Jezusa-Chrystusa.
Pozostaje rozważyć jeszcze fakt rozszerzenia się buddyzmu. Na zapożyczany stąd dowód przeciw bóstwu Chrystusa i boskości Jego dzieła, dajemy podwójną odpowiedź.
Naprzód przeczymy temu, co przypuszczają lub też twierdzą racyonaliści, to jest, że nauka Buddy przeszła od wieku do wieku, od narodu do narodu bez wewnętrznego istotnego uszkodzenia. Albowiem jeśli ona uległa istotnym przemianom, to czy rozszerzana doktryna była rzeczywistym buddyzmem? Jeżeli zaś to nie był buddyzm, to w cóż się obrócą stawiane chrystyanizmowi zarzuty? Otóż, do trzech błędów, zakażających pierwotną religię, — jeśli można religią nazwać zlepek przepisów, prawie ateizmowi pokrewnych — przyłączyły się, albo raczej zastąpiły ich miejsce: polyteizm, bałwochwalstwo, magia. Sakya-Muni po nieskończonej ilości egzystencyi, będąc z kolei ascetą, braminem, żebrakiem, lwem, papugą, kupcem, osłem, królem, pustelnikiem i t. d., został postawiony na ołtarzach przez swych pobożnych zwolenników. Cnoty jego i zasługi wyniosły go do najwyższego rzędu bytów i uczyniły zeń byt nadprzyrodzony, obdarzony przymiotami bożymi. Obok niego, pod nazwą Devas, zasiadają bogowie indyjskiego panteonu. Aby podzielić losy Sakya-Muni, kołacą do bram nirwany poprzedni Buddowie, którzy od miliarda wieków następują po sobie co dwa lub co trzy tysiące lat. Dwór Sakya-Muni składa się z mnóstwa bytów nadprzyrodzonych, aniołów i szatanów; mają oni kształty ptaków albo wężów i przebywają albo w powietrzu, albo na ziemi, albo nawet w głębokościach morskich.
W Indyach posiadają zęby, włosy, kości, ubranie Buddy. Modlą się do nich, opowiadają o nich cuda. Ależ Sakya-Muni, pogrążony na łonie nirwany w bezwzględnem spokoju, nie troszczy się o potrzeby śmiertelnych; a więc to statuy i pozostawione przezeń relikwie są w modłach wzywane; im to a nie Buddzie cuda są przypisywane. I gdzież znajdziesz grubsze od tego bałwochwalstwo? Nie brak tam nawet różnych formuł magicznych, zdolnych jakoby dziwne wywoływać objawy.
Buddyzm przeto został przekształcony. Człowiek czuje potrzebę wiary w Boga i w życie przyszłe. To też pojęcia te ukazały się w buddyzmie pod postacią zabobonów i zastąpiły ateizm i nihilizm.
Skądinąd, choćby nawet mądrość Sakya-Muni przechowała się w swej pierwotnej czystości, znamienne cechy jej propagandy wcale nie dowodzą, aby trwałość i siła chrystyanizmu nie miały być przypisywane boskiej mocy, którą on jest ożywiony.
Istotnie, wiele wskazać można przyczyn, w sposób naturalny tłumaczących postępy buddyzmu. Nie wypowiedział on wojny ani zabobonom mas, ani wyniosłości możnych tego świata; nie przemawiał w charakterze nauczyciela, nie przepisywał zewnętrznej czci bóstw, któremi zajmować się uważał za rzecz bezużyteczną, nie ustanawiał praw, regulujących małżeństwo. Przez to nowa religia nie ściągała na się nienawiści władzy świeckiej. Owszem, była przez nią otwarcie popierana, i wiadomo przecież, że główne swe postępy zawdzięcza Asoka-Puiadasi'owi, którego słusznie nazwano Konstantynem Buddyzmu.
Nie wszystkie to są jeszcze przyczyny, wyjaśniające względy, z jakiemi mądrość Sakya-Muni była przyjmowana. Ludy chętnie poddawały swe karki pod prawa nowej religii, gdy politeizm nadał jej kształty więcej poetyczne. Chińczycy byli olśnieni mitologią, jakiej nie widzieli u siebie. Hindusi byli zmęczeni braminizmem zimnym, bez bałwanów i bez świątyń. Powieść o Sakya-Muni, ustępującym z tronu i łączącym się z ludem i z ubogimi, by nauczać mądrości, jednała buddyzmowi wielką popularność w różnych krajach, gdzie się chciał zaszczepić.
Widzimy więc, że uderzająca zachodzi różnica pomiędzy buddyzmem a chrystyanizmem, pomiędzy Sakya-Muni'm a Jezusem Chrystusem. Większy atoli jeszcze przedział istnieje między Chrystusem a Mahometem.
Mahomet, mówią nam niedowiarkowie, założył religię, którą nazwał boską, ogłosił się za potomka Abrahama, za proroka bożego, większego od Mojżesza i od Chrystusa, za posłanego z nieba, jak tamci, zakonodawcę. Jeśli mamy mu wierzyć, otrzymał on pozwolenie oczyszczenia chrystyanizmu od wielobóstwa i od bałwochwalstwa, i przywiedzenia go do monoteizmu Abrahama; archanioł Gabryel przynosił mu rozkazy Allaha. To też wszystkie słowa Mahometa, ze czcią religijną przechowywane w Koranie, uważa świat muzułmański za natchnione przez Boga wyrocznie. Przedsięwzięcie proroka zostało uwieńczone zwycięskim skutkiem. Początkowo prześladowany w Mekce, w roku Hegiry, t.j. w pierwszym roku ery muzułmańskiej zmuszony chronić się w Medynie, w dalszym ciągu swego życia odnosił nieustanne zwycięstwa. Mahomet i jego wyznawcy nie ustępowali miejsca królom i cesarzom; ludom przemocą narzucali swój Koran; półksiężyc zwycięsko walczył przeciw krzyżowi; panował od brzegów Gangesu aż do Loary, i gdyby nie szczęśliwe zwycięstwo Karola Martela na równinach Poitiers, cały Zachód ległby pod jarzmem Islamu. Po jedenastu wiekach religia Islamu nie zginęła; prowadzi ona dalej swoje podboje w Azyi i w Afryce, utrzymuje potęgę swą w Europie nad brzegami Bosforu. Czyż więc nie można z tych danych wyciągnąć następujących wniosków: albo mahometanizm jest boskiego pochodzenia, a w takim razie, jakim sposobem przeciwny mu chrystyanizm boskim być może? albo też jest on pochodzenia ludzkiego, a w takim znów razie, jakiem prawem chrystyanizm uważa się za religię objawioną, kiedy mahometanizm przedstawia te same co on dowody na poparcie swego boskiego pochodzenia?
Łatwa na to odpowiedź: staranniejsze badanie islamu najoczywiściej dowodzi niższości jego od chrystyanizmu. Mahomet bowiem, podając się za posłannika bożego, jest albo zwodzicielem -albo sobłąkanym. Następnie, rozpasanie obyczajów jego odejmuje temu prorokowi wszelką wielkość moralną i stawia go nieskończenie niżej od Jezusa Chrystusa — typu cnoty i piękna. Na poparcie przeto antychrystjańskich teoryi nic innego ze strony islamu przytoczyć nie można, chyba tylko powodzenie w orężu, do zapewnienia zaś tego powodzenia wystarczają przyczyny naturalne. Rozwińmy, pokrótce tę odpowiedź.
Ludzkie pochodzenie Koranu wynika z jego nowożytności, z przeciwieństwa jego nauki do chrystyanizmu, z rozluźnionej moralności, którą on ustanowił. By posłannictwo Mahometa mogło być boskie, potrzeba było, iżby się nie sprzeciwiało nauce Chrystusa; wynika to nawet z samego posłannictwa, które sobie przypisuje prorok: Mahomet bowiem, będąc świadkiem nieustannych religijnych zapasów pomiędzy żydami a chrześcijanami w przedmiocie przyjścia Messyasza, jak również między różnemi sektami chrześcijańskiemi w przedmiocie dogmatów, w Piśmie św. zawartych, chciał zjednoczyć walczące obozy w jedną dla wszystkich wspólną wiarę; uznawał, że Bóg posłał do żydów Mojżesza a do chrześcijan Jezusa Chrystusa; uczniowie jednego i drugiego swemi wyjaśnieniami zmienili naukę swych Mistrzów; szczególnie chrześcijanie, oddając cześć trzem osobom w Bogu i uznając bóstwo Jezusa Chrystusa, wznowili wielobóstwo i bałwochwalstwo; on, Mahomet, został wzbudzony przez Boga do wykończenia dzieła Mojżesza i Jezusa Chrystusa, do sprowadzenia religii do jej pierwotnej czystości, t. j. do monoteizmu Abrahama. Czyż więc nie powinna istnieć najzupełniejsza harmonia pomiędzy nauką Mahometa, a jasno w księgach św. wypowiedzianą i od początku Kościoła przez wiernych wierzoną nauką Jezusa Chrystusa? A tymczasem istnieje tu oczywista sprzeczność. Czyż to w skarbnicy wiary chrześcijańskiej nie zawierają się wyraźnie takie prawdy, jak prawda o troistości osób w Bogu lub o bóstwie Chrystusa, które przecież Mahomet nazywa wielobóstwem i bałwochwalstwem? Czyż Chrystus Pan nie naucza o wiecznej trwałości wiary Kościoła, o konieczności poddania się ustanowionej przez Niego władzy? By temu zaprzeczyć potrzeba było zupełnej nieznajomości ksiąg św. i tej szczególnej odwagi, która cechowała Mahometa. Sam cel przeto Koranu wskazuje nowość i ludzkie jego pochodzenie.
Jeszcze bardziej namacalnym ludzkiego pochodzenia dowodem jest prawo obyczajowe, ustanowione przez Mahometa. Chrystus, ustanawiając równość wszystkich stanów wobec prawa religijnego, utorował drogę do usunięcia niewolnictwa; ogłosił jedność i nierozerwalność małżeństwa, zabronił narzucać wiarę zbrojną przemocą i wymagał nieprzywiązywania się do dóbr doczesnych, łagodności i cierpliwości wobec prześladowań. Jak wyglądają te zasady w Koranie?
Widzimy tam w całej okropności panujące niewolnictwo, i dwanaście wieków sąsiadowania z chrześcijańską cywilizacyą nie zdołało zniszczyć w Islamie niewolniczego obchodzenia się z Negrami. Prawowierny muzułmanin może posiadać cztery żony prawe, a nałożnice tyle, ile mu się podoba; prawo tylko tyle wymaga, aby je zdobył albo siłą oręża, albo drogą kupna, oraz aby posiadał materyalne środki do ich utrzymania. Mężowie mogą się dowolnie z żonami rozwodzić lub je na inne z kimś innym zamieniać. Poza grobem oczekują wiernego syna proroka wieczne upojenia, wieczne rozkosze. Ta luźność etyki, będąca hańbą mahometanizmu, skłoniła samego Averroesa do wyznania, „islam jest religią wieprzów.”
Co zaś do łagodności i cierpliwości w prześladowaniu za wiarę, islam wcale jej nie zna; rozszerza się zaś drogą wojen świętych, to jest drogą brutalnej przemocy, rabunku i podziału łupów.
Na śmiech oczywiście zakrawa przypisywanie archaniołowi Gabryelowi tych przykazań niemoralności i brutalnej przemocy. O ile czystość chrystyanizmu wskazuje na jego pochodzenie boskie, o tyle niemoralność Koranu dowodzi jego początku ludzkiego. W odpowiedzi na tyle razy powtarzany dylemat możnaby przeciwstawić następujący dylemat: chrystyanizm albo jest boski, albo nie jest; jeśli jest, to jakże mógłby pochodzić od Boga mahometanizm, który jest chrystyanizmowi przeciwny? — jeśli zaś nie jest, to byłby on w takim razie nauką ludzką, sześć wieków wcześniejszą i najwyraźniej wrogą, aniżeli mahometanizm, od Boga rzekomo pochodzący. Któż nie widzi niemożliwości takiego wniosku?
Jeśli teraz od zasad proroka przejdziemy do jego życia, to łatwo dostrzeżemy dziwną sprzeczność pomiędzy niem, a między życiem Zbawiciela świata; Mahomet dał przykład niemoralności i okrucieństwa. Obok pierwszego meczetu wznosił się jego harem. Niebawem nie wystarczyły już zmysłowym jego namiętnościom wolności Koranu; prosi Allaha o dyspensę, i udziela mu jej archanioł Gabryel zgodnie z jego zmysłowemi pożądaniami. Otrzymuje pozwolenie na poślubienie dwunastu żon (Koran XXXIII, V, 53 i IV, 3); wbrew wszelkiej sprawiedliwości a podług swego kaprysu może on jedną żonę przenosić nad inną, lub ją zupełnie zaniedbywać (Koran XXXIII, 51); na skutek trzeciej dyspensy żeni się z żoną przybranego syna swego, Zeinab'a. Niemoralność jego zarówno jak okrucieństwo przechodziły wszelkie granice. Zawsze na rozkaz archanioła Gabryela nakazywał grabieże i rzezie chrześcijan i żydów; za rozbojem postępowała grabież, z której najlepsza cząstka szła na rzecz proroka. Jakże jesteśmy dalecy od tego czystego dziewictwa, od łagodności, od miłości, od abnegacyi, od tego gardzenia rzeczami doczesnemi, jakie jaśnieją w życiu Chrystusa Pana!
Prawda, że przyznają Mahometowi głębokie uczucia religijne; powiadają, że mawiał o Bogu z wielką miłością i uniesieniem, a pięćkroć dziennie zasyłał modły do Allaha, poprzedzane oczyszczeniami i ablucyami. Atoli kontrast ten pomiędzy czynami jego a uczuciami, czyż nie przypomina słów Chrystusowych: „Nie każdy który mi mówi, Panie, Panie, wnidzie do królestwa niebieskiego: ale który czyni wolę ojca mego który jest w niebiesiech, ten wnidzie do królestwa niebieskiego?” (Mat. VII, 21).
Wobec takiego jednak charakteru proroka i Koranu, jak wytłómaczyć rozszerzanie się i żywotność Islamu? Jak pogodzić taki bezmiar moralnego poniżenia z takim ogromem siły?
Niektórzy pisarze w trwałości i sile mahometanizmu upatrywali historyczną zagadkę? Rzeczywiście, z natury swej zdaje się on być powołanym do jak najrychlejszego upadku. Widoczny brak u proroka wszelkiej boskiej misyi powinien był zrodzić rokosz umysłów; wielożeństwo, rozwód i płynące stąd zepsucie obyczajów powinny były sprowadzić w islamie bezpłodność i przedwczesną zgrzybiałość. A przecież, widzimy go, jak wywraca jedne za drugiemi państwa chrześcijańskie, jak się sprawdził zwycięskim, przeciw niemu podjętym, wyprawom. Co znaczy ten szczególny objaw w historyi?
Gdyby nawet powyższe zagadnienie było nierozwiązalne, sprawa chrystyanizmu nicby na tem nie ucierpiała, albowiem środki rozszerzania obu tych religii były najzupełniej odmienne. Ale czyż mamy pozostawić to zagadnienie bez odpowiedzi?
Niektórzy przypisywali powodzenie mahometanizmu przyczynie nadprzyrodzonej; zdaniem ich, duch ciemności działał w tej sprawie. Pan Bóg miał to dopuścić dla wypróbowania sprawiedliwych i skarcenia grzechów świata. Czy jednak taka odpowiedź rozwiązuje zagadnienie? Nie można, zapewne, przeczyć tej dwojakiej interwencji: Pana Boga i szatana w życiu jednostki i narodów, ale czyż w obecnej sprawie nie należy wziąść na uwagę składowych pierwiastków samej religii mahometańskiej? Wielu sądziło i pomyślność a długowieczność islamu przypisywało składającej go mieszaninie błędu i prawdy, cnoty i występku. Religię tę ponad wielobóstwo wynosi bezsprzecznie: dogmat o jedności Boga, przez modlitwę do Allaha silnie wyciskany na duszy mahometanina, wykluczone z religii tej bałwochwalstwo, wiara w życie przyszłe i w sąd po śmierci, wiara w niebo i piekło. Z drugiej strony, łatwość praw moralnych, którą mahometanizm poręcza, bezprawia, na które zezwala, zmysłowe rozkosze, które po za grobem obiecuje — wszystko to było przynętą, pociągającą i przykuwającą do Allaha tłumy. Dalej, ześrodkowanie w jednem ręku władzy państwowej i kościelnej, zbrojna propaganda religijnego kultu, łupy zapewniane przez wojnę świętą, raj przyobiecany umierającym za wiarę wojownikom — dodawały odwagi, fanatyzowały muzułmanina, wytwarzały ducha waleczności. Wszystko to są rzeczy zupełnie naturalne.
Otóż to właśnie, i to nasz będzie wniosek, brak tych wszystkich środków w chrystyanizmie wskazuje, że on jest pochodzenia boskiego. Mahometanizm rozszerza się przy pomocy gwałtów, Chrystyanizm rozszerza się pomimo gwałtów, dokonywanych na nim przez trzy pierwsze wieki; tamten dzięki namiętnościom, którym schlebia, ten wbrew namiętnościom, którym wojnę wypowiada; tamten znosząc wszystkie tajemnice, ten stawiając niezrozumiałe, a umysłowi ludzkiemu narzucone dogmata. Widzimy więc, że sprzeczność jest najzupełniejsza. Jednemu środki naturalne i ludzkie pomagają, drugiemu też same środki zaporę stawiają.
Wreszcie ostatni zarzut, stawiany przeciw bóstwu Chrystusa i boskości Jego dzieła — Kościoła.
Prawie nic z tego wszystkiego, powiadają, co się zawiera w życiu Chrystusa i w ustanowionej przez Niego religii, nie stanowi ich wyłącznej własności. Bo czyż nie widzimy Krisznę, czczonego przez pasterzy a od urodzenia wygnanego tułacza; Buddę, ukrytego w pustyni i kuszonego przez demona Mara; bogów: Ozyrysa, Adonisa i Atysa umierających, a następnie zmartwychwstałych? Wszystkie składowe religii chrześcijańskiej pierwiastki znajdują się także w innych religiach. Wszędzie widzieć się dają cześć zewnętrzna, ofiary i inne święte ceremonie. Muzułmanin wierzy w jednego Boga, bramin w pewien rodzaj trójcy, Egipcjanin w sąd po śmierci, buddysta praktykuje cnotę ascezy. Jeżeli zatem religia chrześcijańska nie posiada oryginalności, lecz odtwarza w sobie inne religie, to jakże sama jedna może przywłaszczać sobie nazwę córy Niebios?
Na ten zarzut trzeba dać więcej, niż jedną odpowiedź. Jeśli sobie przypomnimy, że Chrystus przyszedł w pełności czasów historycznych, że Ewangelie są najautentyczniejsze, a opowiadania w nich najdokładniejsze, przekonamy się łatwo, że pozorne podobieństwo wypadków życia Chrystusa z wypadkami, które zaszły miały w innych krajach i w innych czasach, nie jest wcale przypadkowe. Czyżby chcieli pasterze przy żłobku Chrystusa naśladować czcicieli Kriszny? Czyż Zbawiciel, usuwający się na puszczę, myślał o Buddzie, a umierając i zmartwychwstając, czyż chciał przez to naśladować egipskie bożyszcza? Widocznie i według wszelkiego prawdopodobieństwa — nie; legendy, podobne do ewangelicznych opowiadań, są tylko zepsutem naśladownictwem tych ostatnich. Jezus, zresztą, nie mógł naśladować tego, czego nie znał, a nie mógł znać legend buddyjskich — chyba tylko jako Bóg, albowiem w owym czasie były one absolutnie nieznane już nietylko w Judei, ale w całym ówczesnym cywilizowanym świecie.
Przystąpmy teraz do zarzutu o podobieństwie religii. Nie jest prawdą, że w religii Chrystusa nie ma nic własnego i oryginalnego. Prawdy, których poznanie Kościół zawdzięcza samemu tylko Objawieniu, nieznane były po za judaizmem i chrystyanizmem; ślady pierwotnego Objawienia zdawały się być zanadto słabe, iżby znajomość prawd nadprzyrodzonych mogła przetrwać u ludów starożytnych. Prócz tego wiele tajemnic jest wyłączną własnością religii Chrystusa. W jakiejże to bowiem religii pogańskiej wierzy się w dogmat o jedności natury i troistości osób w Bogu? Chrześcijańskiej Trójcy można poważnie przeciwstawić indyjski Trimurti, złożoną z trzech bogów, różnych co do natury, a wynalezionych w średnich wiekach na to, by nadać pozór jedności różnym religijnym kultom, z których jedne miały za przedmiot Brahma, inne Siwa, inne wreszcie Wisznu. Gdzież się spotyka po za judaizmem i chrystyanizmem prawdziwe wcielenie, t. j. osobę boską, jednoczącą w sobie dwie, istotnie od siebie różne, natury: naturę boską i naturę ludzką? Prawda, że niektóre systemy religijne każą swym bogom zstępować z nieba na ziemię, ale bogowie ci ukazywali się w swej własnej i rzekomo boskiej naturze, ale nie w naturze nowej, hypostatycznie złączonej z naturą inną. Gdzież znajdziecie dogmaty o nadprzyrodzonej szczęśliwości, o łasce i o Sakramentach? Gdzie jest najświętsza Ofiara Mszy św., odnawiająca niekrwawym sposobem ofiarę na Kalwaryi? Gdzież wreszcie nauczycielska powaga Kościoła i hierarchia? A czyż to wszystko nie są istotne pierwiastki chrystyanizmu?
Jeśli sobie przypomnimy, że Chrystus przyszedł w pełności czasów historycznych, że Ewangelie są najautentyczniejsze, a opowiadania w nich najdokładniejsze, przekonamy się łatwo, że pozorne podobieństwo wypadków życia Chrystusa z wypadkami, które zaszły miały w innych krajach i w innych czasach, nie jest wcale przypadkowe. Czyżby chcieli pasterze przy żłobku Chrystusa naśladować czcicieli Kriszny? Czyż Zbawiciel, usuwający się na puszczę, myślał o Buddzie, a umierając i zmartwychwstając, czyż chciał przez to naśladować egipskie bożyszcza? Widocznie i według wszelkiego prawdopodobieństwa — nie; legendy, podobne do ewangelicznych opowiadań, są tylko zepsutem naśladownictwem tych ostatnich. Jezus, zresztą, nie mógł naśladować tego, czego nie znał, a nie mógł znać legend buddyjskich — chyba tylko jako Bóg, albowiem w owym czasie były one absolutnie nieznane już nietylko w Judei, ale w całym ówczesnym cywilizowanym świecie.
Nie trzeba się też dziwić, gdy się widzi pewne pierwiastki wielu religiom, wspólne. Ludy, które wierzyły w istnienie jednego najwyższego bytu, mogły po za Objawieniem wiedzieć, że bóstwu temu należy się cześć, ofiara i modły; wspólne całemu rodzajowi ludzkiemu skłonności wytworzyły u rozmaitych ludów podobne pod pewnymi względami obrzędy i ceremonie. A jeśli je odnajdujemy w religii objawionej, dowodzi to tylko, że Pan Bóg, zakładając nową religię, nie spełniał czynu przeciwnego naturze, ale oczyszczając i podnosząc skłonności ludzkiego serca, podług nich swe dzieło układał.
Bywają obrzędy i praktyki doskonałości ani wszystkim religiom wspólne, ani też wyłącznie religii chrześcijańskiej właściwe. Niesłusznie wszakże skutkiem tego kuto się broń przeciw bóstwu Założyciela tej ostatniej. Jedno z dwojga bowiem: albo „Jezus Chrystus był Bogiem; jako Bóg udzielił ludzkości znajomość innych religii, a ludzkość im udzieliła pierwiastków, o których mówimy; stąd zaś co można wnosić przeciw boskiemu początkowi chrystyanizmu? albo też Jezus Chrystus był tylko człowiekiem, a wiadomości Jego zamykały się w ciasnych granicach ówczesnej wiedzy. W tym razie nic też nie może być w Jego religii zapożyczonego od innych, wspólność pewnych pierwiastków jest przypadkowa, a zatem nic stąd wnosić nie można przeciw bóstwu Chrystusa i boskości jego dzieła — Kościoła.
Stąd wniosek gotowy. Doskonałość chrystyanizmu, jego rozszerzenie się pomimo przeszkód w ludzkiem rozumieniu nieprzezwyciężonych, jego siła niezwyciężona pomimo przyrodzonej słabości tych, którzy go popierali, wszystko to jest trudne do wytłómaczenia, jeśli odrzucimy prawdę o jego boskim początku i o pomocy Wszechmocnego, który go swą potęgą w każdej okoliczności zasłania i podtrzymuje.
Pozostaje nam do rozważenia pokrótce człowieczeństwo Jezusa Chrystusa, jedność Jego osoby i różność dwóch natur.
II.
Że Jezus Chrystus jest prawdziwym człowiekiem, że ma ciało rzeczywiste i rozumną duszę, najwyraźniej się to dowodzi z ksiąg św: „Wyniszczył samego siebie, powiada św. Paweł, przyjąwszy postać sługi, stawszy się na podobieństwo ludzi, i postawą znaleziony jako człowiek” (Flp. II, 7). I w innem miejscu: „...jako przez jednego człowieka grzech na ten świat wszedł, a przez grzech śmierć... przeto jako przez jednego przestępstwo na wszystkie ludzi (wina przeszła) ku potępieniu; tak i przez jednego sprawiedliwość na wszystkie ludzi (przeszło dobrodziejstwo odkupienia) ku usprawiedliwieniu żywota” (Rzym. V). Pisząc do Żydów, św. Paweł wyjaśnia sprawę odkupienia: „Godna to była Boga, dla którego i przez którego są wszystkie rzeczy, że chcąc wiele dzieci drogą cierpienia doprowadzić do chwały, przepełnił cierpieniem Tego, który miał być przyczyną ich zbawienia. Albowiem i ten, który uświęca, i ci, co zostają uświęceni, pochodzą wszyscy od jednego początku... I tak, ponieważ dzieci są tejże natury, złożonej z ciała i z krwi, przeto i on wziął udział w słabości tejże natury, „aby przez śmierć zepsował tego, który miał władzę śmierci, to jest dyabła, a iżby wyzwolił te, którzy dla bojaźni śmierci przez wszystek żywot podlegli byli niewoli. Stąd powinien był we wszystkiem być bratem: aby się stał miłosiernym i wiernym najwyższym kapłanem do Boga, aby ubłagał za grzechy ludu. Abowiem w czym sam ucierpiał i kuszon był, mocen jest i tym, którzy są kuszeni dopomódz” (Hbr. II, 14-18). Prawdę tych słów apostoła stwierdza całe życie Chrystusa. Widzimy Go cierpiącego głód, pragnienie, znużenie. Wszystko to zaś będzie urojone, jeśli ciało Chrystusa będzie pozorne i pozbawione czucia. Słyszymy Go mówiącego: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci” (Mat. 26); prosi Ojca, by odeń oddalił kielich goryczy (tamże; Hbr. 5, 7) Mamy się od Niego uczyć; być słodkimi i pokornymi sercem. Jakimże sposobem słowa te mogłyby być prawdziwe, gdyby Jezus Chrystus nie był ożywiony duszą rozumną?
Słusznie też Kościół na drugim, czwartym i szóstym Soborze ekumenicznym potępia błędy przeciwne dogmatowi człowieczeństwa Chrystusa Pana, a Sobór Vienneński również słusznie orzeka, że Syn Boży przyjął na się ciało cierpiętliwe i rozumną duszę, która sama przez się i w swej istocie jest prawdziwie formą swego ciała.
III.
Jakim sposobem bóstwo i człowieczeństwo jednoczą się w Zbawicielu? Trojaka na to pytanie dano odpowiedź.
Według herezyarchy V w., biskupa konstantynopolitańskiego Nestoriusza, w Chrystusie Panu znajdują się nietylko dwie natury, ale nadto dwie osoby fizycznie różne, jedna — osoba boska, druga ludzka. Ponieważ właściwości jednej osoby nie mogą być przypisywane drugiej, przeto błędem byłoby mówić, że Bóg narodził się dla nas z Maryi Dziewicy, że cierpiał, nas od śmierci wiecznej odkupił. Jednakże, według tegoż Nestoriusza, dwie osoby fizycznie różne, są złączone ze sobą moralnie, przypadkowo i zewnętrznie. Osoba ludzka od pierwszych chwil swego istnienia została wzbogacona nadzwyczajnemi darami łaski; dary te, rosnąc z dnia na dzień, uczyniły z człowieczeństwa Chrystusowego świątynię bóstwa; wreszcie, człowiek był w ręku Słowa narzędziem, przez które spełniły się opowiadane w Ewangeliach cuda i przekazywane były rodzajowi ludzkiemu rozkazy Boga. Dzięki tym względom i tym czynom, osoba ludzka, która ma cześć oddawanej osobie boskiej, — nazywa się, choć niewłaściwie, Bogiem, Synem Bożym.
Inny znów herezyarcha, archimandryta jednego z monastyrów w okolicach Konstantynopola, imieniem Eutyches, gorliwie zwalczając herezyę nestoriańską, wpadł w błąd powyższemu przeciwny. Jego zdaniem w Chrystusie Panu jest tylko jedna osoba i jedna tylko natura, a zatem, albo człowieczeństwo zostało pochłonięte przez bóstwo, albo bóstwo przez człowieczeństwo, albo wreszcie z połączenia dwóch natur wytworzyła się nowa natura, między dwiema rzeczonemi naturami pośrednia.
Pierwsza z tych dwóch herezyi — nestoriańska — została potępiona r. 431 na soborze Efeskim; druga — monofizycka — w r. 451 na Soborze Chalcedońskim, katolicka zaś nauka, tam określona, jest zarówno od obu błędnych teoryi daleka. W Jezusie Chrystusie niema dwóch osób, dwóch odpowiedzialnych ludzi, dwóch działających pierwiastków i panów swoich czynów, ale jest jedna osoba, jeden podmiot, jeden pierwiastek działania. Tą osobą jest osoba boska. Zrodzona przed wszystkimi wiekami przez Ojca, od którego ma naturę boską, zrodzona została w czasie przez Maryę Pannę i z Niej otrzymała naturę ludzką. Po wcieleniu dwie te natury pozostają oddzielnie. Przez jednę z nich Słowo jest współistotnym Ojcu Bogiem, przez drugą zaś jest Ono współistotnym swej matce człowiekiem, narodziło się, pracowało i cierpiało, umarło i nas odkupiło. Udowodnijmy ten podwójny dogmat wyrokami Pisma św.: Jeżeli w Jezusie Chrystusie jest tylko jedna osoba—w dwóch naturach, to z całą prawdziwością będzie można powiedzieć: Bóg, Słowo, Syn-Boży jest człowiekiem; jest on śmiertelny, cierpiętliwy. Prawdą też będzie, gdy się powie: Człowiek Jezus jest Bogiem; jest on nieśmiertelny, nieskończony, niecierpiętliwy. W zdaniach tych, istotnie, orzeczenie odnosi się do osoby, oznaczonej przez podmiot, nie zaś do formy pod jaką przedstawia się w nim osoba; zatem, jeśli jedna i ta sama osoba ma dwie natury, własności jednej i drugiej przypisują się tej osobie w terminach konkretnych; człowiek jest prawdziwie Bogiem, Bóg jest prawdziwie człowiekiem; to znaczy: ten, który istnieje (subsistit) w bóstwie, i działa przez nie, istnieje zarówno w człowieczeństwie, działa i cierpi przez nie. Przeciwnie zaś zdania te będą błędne, jeśli przypuścimy, że w Jezusie są dwie różne osoby. Jedna z nich nie byłaby drugą; to co stanowiłoby własność jednej, nie mogłoby być powiedziane o drugiej. Otóż, w księgach Nowego Testamentu nic więcej nie zdarza się czytać nad powyższe stosunki; pośród bowiem licznych świadectw o bóstwie Jezusa Chrystusa nie znajdziesz tam ani jednego, któreby nie dowodziło: zarazem jedności Jego Osoby. Gdy Chrystus Pan wobec uczniów i ludu żydowskiego stwierdzał swe bóstwo, czyż nie mówił do nich jednocześnie: Ja, który mówię do was i który jestem człowiekiem, jestem również Bogiem, nieskończonym, współistotnym Ojcu? A czyż słowa te nie stwierdzają zarazem jedności osoby Chrystusa? Uczniowie dalej prowadzą naukę swego mistrza. Słowo, powiada Jan św., stało się ciałem, to jest, druga osoba Trójcy Przenajświętszej, nie zatracając natury boskiej, stałej i z osobą prawdziwie istotnie utożsamionej, przyjęła na się człowieczeństwo nasze i stała się człowiekiem. Święty Paweł pisze do Filipensów: „który będąc w postaci bożej... Wyniszczył samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się na podobieństwo ludzi i postawą naleziony jako człowiek” (Flp. II, 6 — 7). Do Koryntian zaś mówi: „..gdyby byli poznali, nigdyby byli Pana chwały nie ukrzyżowali” (I Kor. II, 8). Św. Piotr mówi do żydów: „a zabiliście Sprawcę żywota: którego Bóg wzbudził od umarłych” (Dz. Ap. III, 15). Apostołowie przedewszystkiem to zdanie powtarzają wiernym: Człowiek Jezus jest Bogiem. Uroczyście wyznał św. Piotr: „Ty jesteś Syn Boga żywego.” Św. Paweł pisze do Rzymian: „...z których (Izraelczyków) jest Chrystus wedle ciała, który jest nad wszystkim Bóg błogosławiony na wieki, amen” (Rzym. IX, 5). I do żydów: „naostatek tych dni mówił do nas przez Syna, którego postanowił dziedzicem „wszystkiego, przez którego, uczynił i wieki; który gdyż jest jasnością chwały, i, wyrażeniem istności jego, a „Nosząc wszystko słowem mocy swej...” (Hbr. I, 2—3). Czy można jaśniej wypowiedzieć, że człowiek Jezus jest Bogiem, że w Jezusie jest tylko jedna osoba, która jest człowiekiem i Bogiem?
Jeżeli według nauki biblijnej Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, to bóstwo i człowieczeństwo po wcieleniu pozostają rozdzielone. Jeśli bowiem bóstwo jest pochłonięte przez człowieczeństwo, Jezus przestaje być Bogiem; jeśli zaś, przeciwnie, człowieczeństwo jest pochłonięte przez bóstwo, Jezus nie jest człowiekiem; jeśli wreszcie z tych dwóch natur wytwarza się trzecia pośrednia, to Jezus nie będzie ani Bogiem ani człowiekiem. Pismo św., nazywając Jezusa już to Bogiem już to człowiekiem, przypisując działanie i własności boskie Jezusowi człowiekowi, działanie i własności ludzkie—Słowu, stwierdza niewyraźnie wprawdzie, ale językiem jasnym i dla wszystkich umysłów dostępnym, nietylko bóstwo i człowieczeństwo Chrystusa, ale nadto jedność Jego osoby zarówno jak różność natur.
Nie ma wątpliwości, że dla umysłu naszego zawsze pozostanie rzeczą niewytłómaczoną, jakim sposobem Słowo, żadnej nie ulegając zmianie, mogło się istotnie połączyć z naturą ludzką, narodzić się, pracować, cierpieć i dla niej umrzeć. Ale zanadto słabe mamy pojęcie o nieskończonych doskonałościach Bożych, abyśmy mieli prawo twierdzić, że jest w tej prawdzie oczywiste niepodobieństwo.
Kornie przeto wyznajmy, że Słowo stało się ciałem, że Syn Maryi jest prawdziwie Bóg i prawdziwie człowiek, że w jednej Jego osobie dwie natury pozostały rozdzielone, że Jezus Chrystus jest nasz Odkupiciel, nieśmiertelny król wieków, najwyższy żywych i umarłych.
Źródła.
Wallon, La Croyance due à l'Evangile, I. t. Paris.—Houard, La vie de N. S. Jésus-Christ., 2 t. Paris.—Portmans, O. P. La Divinité de Jésus-Christ, vengée des attaques du rationalisme contemporain. Louvain. — De Broglie, Problèmes et conclusions de l'histoire des religions, Paris.— Devivier, S. J. Cours d'apologétique chrétienne, I-a cz. rozd. III i IV, Tournai. — Smith, Dictionary of the Bible, art. „Jesus-Messiah,” Londyn. — Reinke, Die Messianischen Weissagungen. — Hengstenberg, Christologie, Berlin.— O. Didon, Jezus Chrystus, Warszawa, 2 t. (G. Lahousse).