MAŁŻEŃSTWO.

Według pojęć katolickich, małżeństwo, ustanowione przez Jezusa Chrystusa, jest pomiędzy chrześcijanami kontraktem, tworzącym rodzinę ludzką i podniesionym do godności sakramentu. Przed Jezusem Chrystusem małżeństwo było również kontraktem tworzącym rodzinę, bez skuteczności sakramentalnej wprawdzie, lecz z charakterem świętym, mającym swoje źródło w boskiem ustanowieniu (Gen. I, 27 seqq.; Gen. II, 18 seqq.), tudzież w proroczej analogii do podwójnej tajemnicy Wcielenia i Kościoła (Eph. V, 21 seqq.). Poza chrystyanizmem małżeństwo jest obecnie jeszcze kontraktem rodzinnym, świętym, nie sakramentalnym, rządzonym, o ile idzie o ważność jego, prawem natury, a nawet prawem cywilnem, które może bliżej określać i sankcyonować ogólne zasady prawa natury w tej materyi.

Niemam zamiaru zajmować się tutaj małżeństwem przed Jezusem Chrystusem i po za religią Jego, ale tylko małżeństwem chrześcijańskiem, małżeństwem sakramentalnem, bądź pomiędzy katolikami, bądź pomiędzy akatolikami, bądź wreszcie według opinii, która wydaje mi się prawdopodobną pomiędzy chrześcijanami i niewiernymi, kiedy rozrywająca małżeństwo przeszkoda różności religii została usunięta.

Skoro kontrakt małżeński został sakramentem, wynika z tego, że ci, co kontrakt ten zawierają, są prawdziwymi ministrami tego sakramentu; że otrzymują go, kiedy kontrakt jest ważny; że materya i forma sakramentalna małżeństwa znajduje się nie w ceremonii religijnej, która zwykle towarzyszy małżeństwu katolików, lecz tylko w kontrakcie.

Małżeństwo chrześcijańskie, jakie jedynie istnieć może między osobami ochrzczonemi, na mocy wyraźnego ustanowienia Chrystusowego, posiada cechy jedności i nierozerwalności: jedności, przez co wyłącza się wszelka poligamia i wszelka poliandria jednoczesna; nierozerwalności, zwłaszcza gdy zostało spełnionem, odkąd wyłącza się wszelkie rozerwanie kontraktu małżeńskiego. Jedności małżeństwa chrześcijańskiego zaprzeczają nieliczni i niepewni pisarze, nie będziemy się więc dłużej zatrzymywali nad tą kwestyą. Co się tyczy nierozerwalności, to na wszelkie zarzuty pod tym względem odpowiemy w artykule Rozwody.

Małżeństwo sakramentalne uważane w skutkach cywilnych, jakie za sobą pociąga, może podlegać pod względem świeckim juryzdykcyi władzy świeckiej; lecz uważane samo w sobie, odnośnie do zawierających je, do ich obowiązków małżeńskich, do ich stanowiska w rodzinie, może należeć tylko do prawowitej władzy duchownej, to jest do Kościoła katolickiego. Do niego więc i tylko do niego należy stanowienie i znoszenie przeszkód rozrywających, to jest unieważniających kontrakt małżeński; do niego jedynie, stanowienie prawa i sądzenie spraw odnośnie do stanu małżeńskiego. Pozostawiając władzy doczesnej całkowitą swobodę działania i juryzdykcyi poza kontraktem sakramentalnym i jego skutkami, ze stanowiska religii, moralności i sumienia broni Kościół swych praw, jako własnej dziedziny, na której rządzi się swem prawem, którego nie otrzymał od państwa, o które go nie prosił, którego sobie nie przywłaszczył, lecz które posiada rzeczywiście od Boga samego.

Jeśliby państwo, spełniając swoje zadanie, jak Kościół spełnia swoje, zechciało ograniczyć swoje prawa jedynie do skutków i rękojmi cywilnych małżeństwa, moglibyśmy tylko przyklasnąć mu z całą szczerością. Ale gdy się widzi, że ono ustanawia i podtrzymuje tak zwane cywilne małżeństwo, w takiem zachowaniu się państwa można upatrywać tylko nadużycie władzy. Czy chce ono w rzeczy samej, jak to na nieszczęście dzieje się zwyczajnie, wkroczyć częściowo lub całkowicie w dziedzinę, którą przed chwilą przyznaliśmy Kościołowi? Jest-to nadużycie władzy, ponieważ niema małżeństwa poza kontraktem sakramentalnym, i małżeństwo cywilne czyli zlaicyzowane, jakby dziś powiedziano, jest małżeństwem pozornem, odjętem prawowitemu jego trybunałowi, to jest trybunałowi religii i sumienia. Jeśli zaś państwo chce rządzić tem tylko co do niego należy, winno zaniechać wyrażenia małżeństwo cywilne, a zadowolnić się wyrażeniem skromniejszem i prawdziwszem: skutki cywilnego małżeństwa. Opierając się na tych zasadach, Kościół nigdy nie ustawał walczyć w obronie godności i świętości małżeństwa i przeciwko zgubnym następstwom, jakie nawet ze stanowiska czysto społecznego wprowadzenie małżeństwa cywilnego albo raczej konkubinatu uprawnionego, uznawanego przez sekty, może niechybnie sprowadzić na życie ludów chrześcijańskich.

I. Uzasadnienie tej nauki i postawy wobec niej papiestwa znajdzie się w następujących kilku ogólnych uwagach, których doniosłość czytelnik łatwo odgadnie.

  1. Co jest podstawą, początkiem i źródłem państwa i praw jego, to nie może podlegać władzy państwowej, a właśnie tem wszystkiem jest małżeństwo.

  2. To co Bóg, stwarzając człowieka i odradzając go, ustalił istotnemi prawami, nie może podlegać kaprysom ludzkiej polityki; a właśnie tak jest z małżeństwem (Gen. I, 27 sq.; II, 18 sq.; Mat. XIV, 3 sq.: I kor. VII, 1 sq.; Efez. V, 21 sq.; etc.).

  3. Co Jezus Chrystus, za świadectwem tradycyi tłómaczącej i uzupełniającej słowa Apostoła (Efez. V, 32), podniósł do nadprzyrodzonej godności i skuteczności sakramentalnej, to nie może zależeć od rozporządzeń zwyczajnej władzy przyrodzonej; a tak jest z małżeństwem pomiędzy chrześcijanami.

  4. Co jest całkiem nadprzyrodzone w sobie i w swych skutkach moralnych, to nie może podlegać państwu, chyba co do skutków politycznych i cywilnych; a tak jest właśnie z kontraktem małżeńskim, który się stał sakramentem. Co dotyczy istoty wychowania religijnego, czyli dobra moralnego i zbawienia rodu ludzkiego, to podpada oczywiście pod zarząd Kościoła katolickiego, pod jego prawodawstwo, jego trybunały i jego rozbiór, a takiem jest małżeństwo w swoim początku, t. j. w zaręczynach i potem w ciągu pożycia małżeńskiego.

  5. Ponieważ nikt nie może dać tego, czego nie posiada, przeto państwo nie mogło dać ani ustąpić Kościołowi władzy, którą on posiada odnośnie do korzyści i moralnych czyli religijnych skutków małżeństwa; raczej Kościół mógłby ustąpić państwu jakąś część swojej władzy, o ile takowa nie byłaby istotnie religijną i nie dającą się innym udzielać.

  6. Sam rozum i porządek spraw ludzkich wymaga, by dwie władze zgadzały się harmonijnie, skoro mają wspólny przedmiot i wspólny zakres działalności, i by dlatego każda pozostawała w swej sferze wyższej albo niższej, jaka się jej należy; stąd też i rozporządzenia władzy świeckiej, odnośnie do małżeństwa, powinny się zgadzać i podlegać prawodawstwu kościelnemu bez żadnych pokuszeń na ich istnienie i całość.

II. Zbierzmy ważniejsze zarzuty, czynione teoryi małżeństwa chrześcijańskiego, takiego, jak je podaliśmy według najnowszych i najnowszych orzeczeń kościelnych, począwszy od soboru Trydenckiego aż do Leona XIII.

  1. Małżeństwo nie ma w sobie nic świętego; jest ono prostem następstwem faktów naturalnych.

  2. Pan Bóg w Piśmie Świętem nie postanowił żadnych praw w tej materyi, tylko ogłosił to, co z natury rzeczy wynikało.

  3. Prawodawstwo mojżeszowe nie uświęciło małżeństwa, ale raczej sprofanowało, zezwalając godzić na łamanie jego przyrodzonej godności.

  4. Niema dowodów, żeby Chrystus podniósł je do godności sakramentu.

  5. Nawet wyniesione do tej godności, nie przestaje ono być naturalnem i świeckiem, o ile jest kontraktem i związkiem małżeńskim.

  6. Małżeństwo cywilne jest logicznem następstwem tej dystynkcyi, uznanej bez wahania przez starożytną teologię.

  7. Stanowienie praw małżeńskich, warunków koniecznych do jego istnienia i dostatecznych do rozwiązania, jest więc sprawą porządku cywilnego; Kościół nie może nic tu działać, chyba za pozwoleniem i ze szkodą państwa; historya wykazuje, że tak je pierwotnie rozumiano; zaś dzisiejsze uroszczenia duchowieństwa są tylko następstwem ciągle wzmagającej się ambicyi kuryi rzymskiej.

  8. Wreszcie Kościół nigdy nie potrafił uszanować małżeństwa i rządzić niem jak przystało: któż nie zna jego haniebnego prawodawstwa o przeszkodach małżeńskich, jego kazuistyki, jego nauki o wyższości celibatu i o obowiązkach ludzi żonatych, jego dawnej procedury, a nawet i dzisiejszej w przedmiocie unieważnienia małżeństwa?

III. Oto rozwiązanie powyższych zarzutów:

  1. Biblia podaje nam nietylko stworzenie mężczyzny i niewiasty przez Boga, lecz nadto szczególny udział Boga w ich związku, błogosławionym i uświęconym przez naturalną miłość dzieci ku swym rodzicom (Gen. I, 27 sq.; II, 18 sq.; Mat. XIV, 3 sq.: I kor. VII, 1 sq.; Efez. V, 21 sq.; etc.). To też nawet starożytne cywilizowane ludy upatrywały w małżeństwie pewien święty charakter i zawieranie jego otaczały prawie zawsze religijnemi ceremoniami. Prawodawstwo mojżeszowe obfituje w nowe ustawy tego rodzaju. Jezus Chrystus wznowił pierwotną świętość małżeństwa i przyłączył doń godność sakramentalną. Małżeństwo jest więc rzeczą świętą, sacramentum magnum jak mówi Apostoł.

  2. Bynajmniej — odpowiadamy na drugi zarzut — Pan Bóg nie konstatuje istniejącego faktu, lecz nowy rozkaz ogłasza, gdy mówi: „Roście i mnóżcie się... Przetoz opuści człowiek ojca swego i matkę, a przyłączy się do żony swojej, i będą dwoje w jednem ciele” (Gen. II, 24). Jezus Chrystus przyjmując i potwierdzając te słowa, wykazuje prawdziwe ich znaczenie we wniosku, który z nich wyprowadza: Co Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza (Mat. XIX, 3 sq.).

  3. Prawodawstwo mojżeszowe dopuściło poligamię, upowszechnioną już patryarchalnymi zwyczajami, tudzież rozwód z listem rozwodowym. Lecz zapoczątkowanie tych dwóch ustaw prawnych nie pochodziło oczywiście ani od Boga ani od Mojżesza. Wzięły one początek od ludzi cielesnych, których pożądliwości nawet potop nie zdołał poskromić, i których mądrość boska wolała uwolnić do czasu od jarzma, które dla nich było nieznośne i któremu nie chcieli ulegać. Pierwotny zamiar Opatrzności został zapewne zmieniony przez to ustępstwo, lecz nie zostało zachwiane w swych istotnych posadach prawo natury, i lepsza była pobłażliwość niż surowość, popychająca grzeszne plemię na wszelkie bezdroża namiętności i bezbożności. Odkupiciel dał nam w swojem jedynem wyrażeniu przyczynę zwolnienia od pierwotnej surowości: ob duritiam cordis — dla twardości serca (Mat. XIX, 8). Porównajmy zresztą małżeństwo i rodziny biblijne z rodzinami pogańskiemi, a ujrzymy, po czyjej stronie świętość związku małżeńskiego lepiej była zachowana.

  4. Nie podlega żadnej wątpliwości, że wyniesienie małżeństwa do godności sakramentu jest artykułem wiary katolickiej. Wiemyż jednak, z jakiego to źródła objawienia artykuł ten został wzięty? I owszem. Nasamprzód uczy nas podanie od samych początków chrześcijaństwa, że nadprzyrodzona świętość i skuteczność przywiązane zostały do małżeństwa, że Jezus Chrystus dokonał odnowienia jego i przemiany, mocą swej najwyższej powagi, że jedność i nierozerwalność małżeństwa głównie zawdzięcza się łasce boskiej, która je uświęca i wspiera. Następnie słynna formuła św. Pawła: Sakrament to wielki jest... w Chrystusie i w Kościele (Efez. V, 32), choćby nawet nie można było wytłómaczyć jej literalnie, to jest: małżeństwo jest to wielki sakrament w Chrystusie i w Kościele, lecz w tem znaczeniu: małżeństwo jest to wielki i święty symbol Chrystusa i Kościoła,—to jednak pozwala nam ono dojść drogą rozumnej i koniecznej indukcyi do wniosku, że małżeństwo chrześcijańskie jest źródłem nadprzyrodzonej łaski dla tych, co je zawierają. W istocie, jakżeby związek ich mógł być tak wielkim symbolem związku nadprzyrodzonego, który jednoczy Słowo boże z jego ciałem rzeczywistem i jego ciałem mistycznem „in Christo et in Ecclesia,“ gdyby pierwszy ten związek nie był związkiem nadprzyrodzonym, przez który łaska niebios, żywioł nadprzyrodzony, udziela się, że tak powiem, przez jednego małżonka drugiemu, jak przez Słowo świętemu człowieczeństwu Chrystusa i Kościołowi? Jakżeby rodzina, oparta na tym kontrakcie zarazem rzeczywistym i symbolicznym, miała tyle znamion podobieństwa teoretycznych i praktycznych z tajemnicą wcielenia i odkupienia, gdyby kontrakt, służący jej za istotną podstawę, nie należał do rzędu spraw nadnaturalnych?

  5. Jest-to błąd długo broniony przez kanonistów i jurystów parlamentarnych, jakoby sakrament małżeństwa był dodatkiem do kontraktu związku małżeńskiego; kontrakt-to bowiem czyli sam węzeł z rozporządzenia Chrystusa stał się sakramentem, i nie można zaprowadzać różnicy pomiędzy nimi tak, żeby kontrakt pozostał naturalnym, a sakrament, był nadnaturalnym.

  6. Tak więc dawna teologia chwiała się pod tym względem, i niektórzy teologowie, pozostający często być może pod wpływem chęci i korzyści przypodobania się władzy świeckiej, nauczali tego błędnego rozróżniania sakramentu od kontraktu, w czem nie upatrywali żadnych zgubnych następstw. Sprawa w końcu wyjaśniła się, i najwyższa powaga papieska ostatecznie orzekła zupełną tożsamość kontraktu i sakramentu małżeństwa. (Ob. list Leona XIII zd. 1 Czerwca 1879 r. przeciwko małżeństwom cywilnym, tudzież encyklikę tegoż Arcanum Divinae Sapientiae 6, 10 Lutego 1880 o małżeństwie chrześcijańskiem). Jeśli małżeństwo cywilne jest logicznem następstwem zasady jawnie fałszywej, to, logicznie sądząc, niepodobna zgodzić się na nie.

  7. Nie można się też zgodzić na dalsze następstwa, które starożytni i nowożytni prawnicy wyprowadzili z tej błędnej zasady, mianowicie, jakoby państwo było wyłącznie kompetentnem w materyi ustawodawstwa małżeńskiego. Jeśli przez to ma się rozumieć, że panujący, i tylko panujący, ma stanowić o cywilnych i politycznych skutkach małżeństwa, Kościół nietylko nie zaprzecza tego prawa, lecz sam je wyraźnie uznaje (Cf. Leona XIII, przytoczone wyżej pisma; w pierwszem powołuje się na liczne akta, które poprzednicy jego ogłosili w tem znaczeniu, mianowicie Benedykt XIV, Pius VI, Pius VII, Pius IX). Lecz jeśli państwo chce wkroczyć w dziedzinę sakramentalną i moralną, stanowić o samej istocie małżeństwa, związywać lub rozrywać dowolnie węzeł małżeński, Kościół słusznie odpycha takie pokuszenia. Cierpliwość i łagodność jego reklamacyi, zwłaszcza wobec pogańskich i barbarzyńskich praw, przeciwnych dogmatowi chrześcijańskiemu, nie są one dowodem, ani uznaniem, jakoby małżeństwo istotnie zależało od państwa. Ze niektórzy biskupi albo teologowie wydawali sąd i działali przychylnie dla uroszczeń państwa, niema się czemu dziwić: nieomylność nie jest ich udziałem. Żeby zaś Kościół rzymski, Kościół powszechny, takiego był przekonania, tego nikt nie zdoła dowieść. Ambicya papieży w tej materyi, jak w każdej innej, dotyczy dogmatu i świętości sakramentów, zmierza ku temu, by zwalczać powoli przesądy, odpychać jaknajdalej błędy, rozszerzać coraz więcej prawdę objawioną i jej następstwa. Przypisywać papieżom, szczególniej w kwestyi małżeńskiego ustawodawstwa, inne zamiary niż powyższe, jest to oskarżać ich niesłusznie o zabiegi bez korzyści i bez znaczenia dla nich. O ileż korzystniej i wygodniej byłoby dla nich odkupić i święcić te pretensye, gdyby to były tylko pretensye, względy i pomoc władzy doczesnej! Nie mogę przedsiębrać szczegółowej dyskusyi wszystkich faktów historycznych, przytaczanych z jednej i z drugiej strony w tym sporze o kompetencyę władzy odnośnie do małżeństwa; lecz mogę oświadczyć, że wyprowadziłem z nich ostateczne prawdziwe wnioski.

  8. Dziwnem się wydaje, że są ludzie, którzy śmią oskarżać Kościół, jakoby nie wiedział, jaka jest prawdziwa godność małżeństwa i jakimi środkami da się ona zabezpieczyć, skoro się wie, że Kościół zawsze poczytywał małżeństwo za instytucyę świętą w swoim początku, uświęconą jeszcze więcej podniesieniem do godności sakramentalnej, i jako taką wyjętą z pod praw i warunków, w jakich się znajdują świeckie kontrakty i czysto ludzkie instytucye; skoro się wie, z jaką troskliwością uwolnił to małżeństwo od bezwstydnych występków pogańskich, z jaką wytrwałością głosił jego prawo i jego świętość przeciw atakom gnostyków i manichejczyków ówczesnych, przeciw napaściom materyalistów i racyonalistów, socyalistów i komunistów dzisiejszych; skoro się wie, przynajmniej w ogóle, że orzeczenia św. Pawła o jego nadprzyrodzonym charakterze i jego zacności (Efez. V, 32; Hebr. XIII, 4) natchnęły wzniosłemi myślami papieży, sobory, biskupów od ośmnastu wieków. (Ob. podziwu godne streszczenie tej nauki, jakie podaje Leon XIII w powyżej cytowanej encyklice).

Wiem, iż czynią zarzuty Kościołowi przeciwko jego prawodawstwu, jego kazuistyce, jego procedurze sądowej, odnośnie do małżeństwa. Zanim odpowiem po szczególe na każdy z nich, niech mi wolno będzie zrobić tutaj jedną ogólną uwagę. Niema przedmiotu delikatniejszego nad rzecz o małżeństwie; jakkolwiek byliby powściągliwi ci, co o niem piszą, pisma ich nie mogą nie wywołać pewnego zdziwienia i udanej trwogi wśród czytelników chciwych niebezpiecznych przedmiotów i niezdrowych wiadomości. Co się tyczy uczciwych ludzi i prawdziwie poważnych czytelników, strzegą się oni równie czytania książek nie dla nich pisanych, jak i skarg na książki dla innych potrzebnych. Ani prawnicy i adwokaci, ani fizyologowie i medycy nie mogliby więc pisać o tym przedmiocie, bez narażenia się na te niesprawiedliwe i złośliwe skargi. Dlaczegóż więc był bardziej winnym od nich, kiedy mu się zdarzyło traktować o tem z daleko większa oględnością, aniżeli się zachowuje w naukach medycznych i jurydycznych? Dlaczegóżby też nie miał się on narazić, dla spełnienia swojego posłannictwa i swych macierzyńskich obowiązków na nienawistne zarzuty i oszczercze skargi pamfleciarzy, którzy w gruncie nie chcą mu darować, że nie pozwala szerzyć się złym obyczajom? Zgadzam się, że kapłani, biskupi, teologowie nie powinni być tak wolni w mowie, jak lekarze; i jeśli nieliczni autorowie przekroczyli granice należnej powściągliwości, to pierwsi ich za to potępiam. Ale, ponieważ małżeństwo należy do kompetencji władzy kościelnej, — cośmy wyżej wykazali, — przeto kanoniści i moraliści władzy Kościelnej musi się niem zajmować w swoich naukach i w swojem prawodawstwie. W czasach barbarzyńskich albo rozwiązłych, jej orzeczenia muszą być bardziej określone i dotykać najnieprzyjemniejszych przedmiotów. Chciejmy nie zapominać, że teologia byłaby zbędna, gdyby ludzie byli mniej zmysłowi.

Powiedziawszy to w ogólności, przejdźmy do kwestyi, o których mowa. a) Co się tyczy prawodawstwa kościelnego o przeszkodach małżeńskich, musi ono być koniecznie takiem, jakiem jest; inaczej Kościół upoważniałby razem z pewnemi nowożytnemi prawami świeckiemi małżeństwa, które nie są i czasami nie mogą być nawet fizycznie małżeństwami, a tem samem uprawniałby nierząd, zatruwający dusze i społeczeństwa. Niema więc nic hańbiącego w tem prawodawstwie, które przez tyle wieków utrzymywało godność rodzin i potęgę państw. Hańba rozpoczęła się z sekularyzacyą małżeństwa i będzie się dalej zwiększała aż do chwili zupełnego przywrócenia zasad katolickich, które skutecznie zdołają ochronić pogwałcone niegdyś zasady prawa natury. b) Pierwszeństwo przyznane przez Kościół celibatowi dotyczy jedynie celibatu czystego, religijnego, szlachetnego i poświęconego ogólnemu dobru, — nie zaś celibatowi nieczystemu i bezbożnemu, egoistycznemu i niecnemu, jaki się upowszechnił wśród pogan i niektórych sekt heretyckich, tudzież wśród nowożytnych materyalistów (Por. art. Celibat kościelny). c) Jak sprawy małżeńskie należą do forum kościelnego, tak samo obowiązki małżonków należą do forum wewnętrznego sakramentu pokuty, i gdy małżonkowie przychodzą do spowiednika z prośbą rozwiązania kwestyi ich sumienia, chcą znaleść w spowiedniku człowieka uczciwego i wykształconego, który im jasno wyłoży wolę boską odnośnie do ich stanu. Stąd pochodzi, mimo szyderstw i bezwstydnych oszczerstw, konieczność poznania tych kwestyi, zarówno dla spowiedników, jak i wogóle dla teologów. Poprzednio poczynione ogólne uwagi zwalniają mnie od dalszej rozprawy na ten temat; chcę jednak położyć nacisk na to, że Kościół ze szczególną troskliwością zaleca swym sługom najściślejszą skromność w spełnianiu ich drażliwych obowiązków, że kazuiści i moraliści katoliccy ostrzegają swych czytelników, by nie wchodzili w rozbiór tych materyi, chyba z konieczności i z wielką ostrożnością. d) Jestto smutna konieczność dla sędziów duchownych, konieczność wszakże wynikająca z samej natury spraw separacyjnych i rozwodowych, że muszą oni prowadzić te procesy równie ważne jak drażliwe, i słuchać obrony tudzież relacyi biegłych znawców w kwestyach zawsze w prowadzeniu wstrętnych. Taka procedura sądowa, jaką rzymski Kościół ustanowił od wieków i niedawno zreformował, stosując się do postępu nauk fizyologicznych i patologicznych, nie obejmuje nic takiego, coby nie było rzeczą w klinikach i przy badaniach lekarskich najzwyczajniejszą, nie, coby nie było moralnem i roztropnem. Byłoby lepiej pewnie wcale nie wytaczać spraw, wymagających takiego badania, lecz jest to fakt, że one bywają wytaczane, że muszą być sądzone, i że nie mogą być inaczej sądzone. Kościół, który nie uchyla się od niesienia pomocy każdej nędzy moralnej lub fizycznej, nie może się uchylić tak samo i od powyższych czynności. Oby mu tylko oszczędzono boleści i nie znieważano za te uczynki miłości, które go wiele kosztują. e) Wiele mówiono o pewnym środku proceduralnym, równie niestosownym jak i bezpożytecznym, o próbnem spółkowaniu, za co srodze Kościół chłostano. Kilka słów, które powiemy, wykażą niesprawiedliwość tych wszystkich napaści, skierowanych przeciw Kościołowi.

a) Adwokat le Ridant (Code matrimonial, 1766, tom II, str. 84), streszczając wnioski prokuratora królewskiego Lamoignon, który obstawał za ustawą z d. 18 Lutego 1677 r., znoszącą opłakane te nadużycia, tak mówi: „Haniebna ta praktyka jest nową i nieznaną w prawie cywilnem i kanonicznem... Antoni Hotman, słynny adwokat w parlamencie Paryskim z końca XVI wieku zapewnia, że ta niecna praktyka upowszechniła się zaledwie na cztery lata przed tem, jak to pisał. Zawsze była nieznana u innych narodów. Niejaki de Langey (protestant, którego skandaliczna historya spowodowała zniesienie tego nadużycia) sam prosił o próbę. Trzeba znieść raz na zawsze tę niedostarczającą pewności praktykę, która nie będąc uznaną ani przez prawo świeckie, ani przez kanony, jest im całkowicie przeciwna.

b) I w rzeczy samej, pracowity autor dzieła: Tradition sur le sacrement de mariage, w paragrafach zatytułowanych: Histoire de l'empechement d'impuissance i Pratique concernant l'impuissance roztrząsa szczegółowo wszystkie dokumenta papieskie, soborowe, prawne i liturgiczne, odnośnie do tej materyi, aż do XVIII wieku, i nie znajduje ani jednego takiego, któryby upoważniał, albo któryby wskazywał tylko użycie owej próby, o której mówi przypadkowo w celu wykazania, że zniesienie jej „przywróciło dawny porządek rzeczy, zgodny z prawem natury i z prawem ogólnem.” (Of. Pratique, str. 58).

c) Adwokat L. de Hericourt, w swoich „Prawach kościelnych” (1756, str. 516) powiada, że „praktyka ta powstała w XV wieku, bez żadnej ustawy kościelnej albo świeckiej, któraby ją wprowadziła” I podaje ustęp uchwały parlamentu paryskiego z 18 Lutego 1677 r. „Sąd... zabrania wszystkim sędziom, nawet z sądów officyalskich, by w przyszłości... nie nakazywali prób spółkowania.” d) Adwokat Durand de Maillane w swoim Dykcyonarzu prawa kanonicznego (T. II, str. 666), pisząc na wiek XVI, stwierdza we Francyi, że parlament Prowancyi roku 1640, uchwałą z 16 Lutego, orzekł „że nie było nadużyć w wyroku officyała arelateńskiego, który odmówił jej pewnej niewieście i nakazał trzyletnie pielgrzymki”. Ze świadectw tych, wyjętych z autorów dalekich od ultramontanizmu, wnioskujemy: 1) że Kościół rzymski nie jest wcale odpowiedzialny za nadużycia, które mu bardzo przypisują; 2) że jedynie Kościół francuski splamił się tą praktyką, nie w postanowieniach synodalnych, nie w książkach prawniczych, ale w procedurze sądowej; 3) że trwało to zaledwie półtora wieku; 4) że nie tylko na sam Kościół we Francyi spada za to odpowiedzialność, ale i na sądy państwowe, które w tym zakresie go nawet nie wyprzedziły, lecz naśladowały; 5) że Kościoły protestanckie nie uznały tej praktyki; 6) że nie była ona zawsze stosowana, lecz najczęściej strony spór wiodące same o nią prosiły; 7) że sądy konsystorskie nie były osobistymi świadkami prób, lecz tylko pośrednimi, dokonywanymi przez lekarzy, akuszerki lub uczciwe ku temu wyznaczone matrony. Pozostaje więc bardzo mało z tak wielkiego oskarżenia. Kończymy przeto temi słowy jansenisty i gallikanina de Maillane'a (op. cit. t. II, str. 646): „...z tego wszystkiego, co stoi na przeszkodzie profanacyi sakramentu nie powinno się zdawać obojętnem. Papieże i biskupi nigdyby nie mówili o tych rzeczach, ani o innych, pozostających w związku z małżeństwem, gdyby sami małżonkowie, tak czyści jak chrześcijanie pierwszych wieków, nie żądali od nich wyroków... Szanujmy więc mądre postępowanie Kościoła, a ponieważ znamy wszelką liczbę i wielkość naszych ułomności, nie wstydźmy się przeciwko nim przedsiębranych środków.”

Ks. Martin S. J., de Matrimoniis; J. Perrone S. J., de Matrimonio christiano. (Dr. J. D.). Ks. A. K.