MISSYONARZE. (Wolność tuziemców amerykańskich i Missyonarzy).
Dawnym katolickim missyonarzom Ameryki chętnie przyznają niektórzy wielką żarliwość i nadzwyczajne poświęcenie, które się tak wyraźnie objawia w ich żmudnych pracach, ale szlachetne te przymioty, zdaniem niektórych, miały być jakoby zagłuszone ciężkim jednym grzechem. Missyonarze bowiem, zostając pod panowaniem autokratycznych zasad Kościoła katolickiego albo przynajmniej ducha zakonnego, w którym wychowywani bywali, mieli jakoby zanadto mało cenić prawa naturalne, zwłaszcza zaś wolność tuziemców; mieli oni jakoby nawet uważać ucisk, mniej lub więcej zupełne ujarzmienie tych ludzi, za środek łatwiejszego przywiedzenia ich do wiary katolickiej. — Aby odpowiedzieć na te zarzuty, trzeba tylko wykazać, co było za znaczenie missyonarzy w tych walkach, jakie skutkiem podbojów ze strony Europejczyków wolność tubylców podejmować musiała. Główniejsze tu tylko wskażemy wypadki, ale te dostatecznie udowodnią, że missyonarze katoliccy byli zawsze stanowczymi obrońcami praw i przywilejów tubylców.
I.
Zanim Dominikanie w 1510 r. przybyli na wyspę Hispaniola czyli Haiti, pierwszą wielką ziemię, odkrytą w Nowym Świecie (1492), już Hiszpanie zaczęli ją byli kolonizować. Odtąd (od 1511 r.) widzimy, jak energicznie ci zakonnicy powstają w swych kazaniach przeciw ujarzmieniu tuziemców. Rozgniewani tem osadnicy hiszpańscy, odwołali się z tem do króla; ale jedzie do Hiszpanii O. Antoni Montesino, którego usty rozgłosili Dominikanie pierwszy swój protest, i tak doskonale broni sprawy Indyan, że otrzymuje od stanów złagodzenie ich losu (Lois de Burgos. 1514). Wszyscy wiemy, jak niestrudzonego obrońcę znaleźli niebawem dla siebie Indyanie w osobie szlachetnego Bartłomieja de Las Casas (kapłanem w 1510, dominikaninem—w 1522). Atoli wielki ten, jak go nazywają „Protektor Indyan,” miał zawsze do pomocy missyonarzy zakonnych. Poparcie z ich strony było dlań największą pomocą w uzyskaniu od Karola V na korzyść Indyan tych nowych praw, które gdyby lepiej stosowane były, zapewniłyby nietylko wolność, ale i szczęście tubylczych plemion Ameryki. Nie mniej także wspierali go missyonarze w jego kolonizacyjnych usiłowaniach, w których nie bez pewnego skutku starał się rozwiązać zagadnienie o ucywilizowaniu tuziemców przez zastosowanie zasady, na której potem oparto t. zw. redukcye Paragwaju. W pierwszem z tych przedsięwzięć, które nieszczęśliwie wypadło, trzech jego pomocników, dominikanów, życiem przypłaciło obowiązek, jaki byli przyjęli (1513). W Meksyku Franciszkanie (przybyli tam w 1522 r.) skutkiem nawrócenia niezliczonego mnóstwa Indyan dokonali cudów, godnych iście czasów apostolskich; Dominikanie przybyli im z pomocą w pracy około r. 1526; współubiegała się żarliwość jednych i drugich nietylko w nauczaniu ludności tubylczej, lecz także w obronie praw tejże. Na czele tych missyonarzy zaznaczyli się swą działalnością wyszli z pomiędzy nich dwaj biskupi: arcybiskup Meksyku, Zumarraga, i biskup Tlascala, Grarces. Pierwszy z nich ściągnął na się przekleństwa niektórych pisarzy nowożytnych za to, że kazał spalić jakieś rękopisma meksykańskie, które przypuszczalnie były bardzo cenne pod względem archeologicznym. Jakkolwiek jest wszakże, czy potrzebuje on czy nie potrzebuje usprawiedliwienia z tego tytułu, to pewna, że przyjaciele ludzkości powinni czcić w nim jednego z najbardziej nieustraszonych obrońców wolności tuziemców i jednego z najżarliwszych popleczników wszystkich spraw ich dobra. Przyznać to trzeba, że kiedy missyonarze, a z nimi olbrzymia większość ich pozostałych po klasztorach Europy współbraci, głośno bronili praw ludów tubylczych, to system ucisku znajdował obrońców nie tylko wśród jurystów, ale nadto (choć w bardzo małej ilości) pomiędzy teologami. Opierano się w tem na takim argumencie, że ponieważ Indyanie połowicznie tylko są ludźmi i nie są zdolni do korzystania ze swej niepodległości, przeto tem samem przeznaczeni są do niewolnictwa. Missyonarze zaś, a w szczególności Dominikanie, popierani przez biskupa z Tlascala, prosili Głowę Kościoła, aby swą najwyższą powagą potępił tę nieludzką teoryę. Pospieszył z odpowiedzią na te ich życzenia pp. Paweł III i ogłosił breve Veritas, w którem oświadczył: że Indyanie są prawdziwymi ludźmi, zdolnymi do przyjęcia wiary chrześcijańskiej, i że tem samem mają wszelkie prawo do całkowitego użytkowania wolności swej i dóbr ziemskich, jako też, że nie powinni być zamieniani w niewolników; że wreszcie Indyanie ci i wszystkie inne plemiona pogańskie powinny być ściągane do wiary Chrystusowej głoszeniem Słowa bożego i przykładem dobrego życia (2 Czerwca 1537 roku). Nadto Ojciec święty po tym wyroku wydał list apostolski na imię arcybiskupa Toledo, prymasa Hiszpanii, w którym to liście rozkazywał ogłosić ekskomunikę ze strony Kościoła przeciw tym wszystkim, którzyby odtąd postępowali z Indyanami niezgodnie z powyższymi przepisami (d. 18 Maja 1538). Toż samo dzieło, jakie spełniali missyonarze w Hispanioli i w Meksyku, przypadało im w udziale we wszystkich częściach olbrzymiej monarchii, zyskanej dla Hiszpanii przez jej conquistadores. Zbyteczne jest też zatrzymywać się dłużej nad faktem, uznanym przez wszystkich historyków, którzy dzieje badali źródłowo, choćby nawet mało skądinąd byliby dla Kościoła katolickiego przychylni. Amerykanin Prescott tak pisze naprzykład: „Missyonarze dominikanie i inni (powiedzmy to na ich pochwałę) z niezmordowaną żarliwością i odwagą pracowali nad nawróceniem tuziemców i nad obroną ich praw przyrodzonych.” Pomimo to nie przeczymy wszakże, aby w historyi kolonii hiszpańskich nie znajdowano niekiedy przedstawicieli duchowieństwa, a nawet zakonników, z większą lub mniejszą pobłażliwością zachowujących się względem nieprawości, jakie splamiły podbój Nowego Świata. Ale przedewszystkiem, faktów tego rodzaju, choćby one były przytoczone przez tego lub owego kronikarza, nie uważamy wcale za udowodnione. Znakomitym tego rodzaju przykładem jest to, co opowiadają o O. Valverde, który towarzyszył Franciszkowi Pizarro do Peru. Ten-to dominikanin, uniesiony gniewem na widok Inea Atuahallpa'go, pogardliwie upomnienia jego przyjmującego, miał jakoby podburzyć swych rodaków do wytępienia Peruwian. Atoli, podania ówczesne najzupełniej się na tym punkcie nie zgadzają ze sobą. Co więc Prescott przytacza list, w którym Valverde, zwracając się do Karola Piątego, najusilniej go prosi, aby kazał przywrócić wolność Indyanom, zamienionym na niewolników przez żołnierzy Pizarra. I czyż to samo już nie wykazuje nieprawdo-podobieństwa tej roli, jaką grać każą temu zakonnikowi w pierwszem spotkaniu zdobywców z Atuahallpą?
W każdym razie, ten i inne temu podobne wypadki, jeśli są prawdziwe, stanowiły wyłom w zasadach, jakie Kościół katolicki stale uznawał, jakie Stolica Apostolska i podległe jej duchowieństwo otwarcie wyznawało. Nie udowodniono też dotychczas, aby kiedykolwiek w jakiejś wielkiej kolonii łacińskiej Nowego Świata pojedyńcze te fakta przeszły w zwyczaj ogólny.
Co się zaś tyczy właściwych missyonarzy, których jedynie mamy na myśli w tej chwili, to śmiało twierdzimy, że nigdy ich nie widziano wspólnikami ciemiężców dawnej ludności amerykańskiej.
II. Wiadomo powszechnie, jak obszerną apostolską działalność rozwinęło Towarzystwo Jezusowe wśród plemion Nowego Świata.
Wzamian za to ponosi ono wielką część oskarżeń, jakie rzucane bywają na duchowieństwo, a jakie w niniejszym artykule odpieramy. A przecież mamy prawo powiedzieć, że nikt nie cierpiał więcej nad jezuitów za obronę przyrodzonych praw plemion indyjskich.
Zaledwie ustanowiony został zakon jezuitów, a już przyjął trudną missyę w Brazylii. Wielu najwykształceńszych jego ludzi poświęciło się nawracaniu dzikich plemion tego kraju. Najbardziej znanym z pośród nich jest O. Antoni Vieira. (Ob. Pietra, przez X. E. Carel, 1779).
Żaden z pewnością nowożytny filantrop nie przewyższył tego wymownego missyonarza w żarliwości na korzyść praw rasy niższej. Nawet portugalski pisarz, markiz Sá da Bandeira, w swem bardzo nieprzyjaznem dla missyonarzy dziele czyni taką uwagę: „O. Antoni Vieira był pierwszym, który z największą siłą powstawał w Peru przeciw obracaniu w niewolę tubylców, i umyślnie nawet przybył do metropolii (do Portugalii), aby starać się o wyjednanie dla nich wolności.” Ale co jest najprawdziwsze, to że od stu lat z górą jezuici wytrwale walczyli za tę sprawę. Przykład dawał sam założyciel missyi Brazylijskich, O. Manoel de Nobrega, który przybył do Brazylii w r. 1549. Bez miłosierdzia odmawiał on rozgrzeszenia tym osadnikom, którzy obracali tubylców w niewolę, lub którzy się nie zgadzali na uwolnienie ludzi, niesłusznie przez się opanowanych. Tegoż samego sposobu postępowania trzymali się towarzysze i następcy tego męża apostolskiego. Nie ograniczając się na protestach w konfesyonale i na ambonie, wielokrotnie błagali papieży i królów Portugalii o wstawiennictwo za nieszczęśliwymi Indyanami. Żarliwość ta nie obchodziła się bez niebezpieczeństwa. W 1637 roku Urban VIII wydał surowy dekret przeciw europejczykom, którzy pozbawiali amerykańskich tuziemców wolności. Nie omieszkano też w Brazylii przypisywać tego dekretu wpływowi missyonarzy jezuickich; jakoż rzeczywiście oni-to ten dekret wywołali. To też pewnego razu tłum rzeczonych handlarzy i innych osadników, uważających się za pokrzywdzonych, w przystępie zajadłości rzucił się z bronią w ręku na kollegium jezuickie w San-Sebastiano; jedynie nadejście żołnierzy, przysłanych przez gubernatora Correa da Sá, zdołało uwolnić ojców od najskrajniejszych nadużyć, a może nawet i od śmierci. W tym samym czasie i dla tegoż samego powodu inni jezuici zostali wygnani z miast St. Paul i Dos Santos.
Podobneż wypadki powtórzyły się w 1652 r. w czasie ogłoszenia prawa króla Jana IV, które zatwierdzało wstawiennictwo jezuitów, a zwłaszcza O. Vieiry, — prawa, które orzekało wolnymi wszystkich Brazylijczyków, dotychczas trzymanych w niewolnictwie. Ludność rzuciła się na dom kolegialny jezuitów w Maragnon, gdzie przebywał O. Vieira, i chciała ogień podłożyć lub ojców z miasta wypędzić; ponownie trzeba było wezwać żołnierzy dla przywrócenia porządku w mieście.
Gorzej jeszcze postąpiono z tymi przyjaciołmi Indyan z powodu nowego prawa, wydanego w 1655 r. za staraniem tegoż samego misyonarza, który poprzedniego roku umyślnie pojechał do Lizbony, by wobec króla bronić sprawy brazylijskich tuziemców. Ogłoszenie rozkazów królewskich wywołało powstanie w prowincyi Guarupa; osadnicy portugalscy pochwycili dwóch missyonarzy i okuli w kajdany, a następnie wypędzili z miasta. W Saint-Louis de Maragnon napadnięto kolegium jezuickie; ojców, pośród których znajdował się także O. Vieira, zmuszono do opuszczenia domu, trzymano ich czas jakiś w więzieniu, poczem wrzucono na okręt; razem z nimi wsadzono też innych jeszcze jezuitów, wyrwanych z wiosek indyjskich, i zmuszono wszystkich do wyjazdu do Lizbony. Działo się to 8 września 1661 r. Podobnież osadnicy z Pará zakuli w kajdany szesnastu jezuitów, pochwyconych częścią w Pará, a częścią w missyach indyjskich; następnie, po ośmiu czy dziewięciu miesiącach najgorszego obchodzenia się z nimi, wsadzają ich na statek i odsyłają do Lizbony w czerwcu 1662 r.
To też nie dziwnego, że generalny gubernator Maragnon'u takie daje w 1725 r. świadectwo jezuitom: „Ojcowie jezuici, pisze on do króla Jana V portugalskiego, są nienawidzeni w tej prowincyi Maragnon i zawsze byli tu nienawidzeni jedynie dla tego, że gorliwie bronią wolności nieszczęśliwych Indyan i wszystkiemi siłami opierają się barbarzyńskim czynom, którzy sprowadzają ludzi, urodzonych wolnymi, do niegodnego i niesprawiedliwego niewolnictwa.”
To co jezuici zrobili w Brazylii, robili wszędzie, gdzie tylko byli świadkami podobnych nieprawości. Na południu Ameryki Południowej pod koniec XVI w. tuziemcy byli zawsze jeszcze mniej lub więcej traktowani jako niewolnicy, z wyraźnem podeptaniem rozkazów Karola V, Filipa II i Filipa III, którzy tuziemcom tym poręczali ich wolność. Złego głęboko zakorzenionego nie mogły wykorzenić ani protesty miejscowych biskupów, ani nawet szczere usiłowania hiszpańskiej administracyi kraju. Jednakże jeden z jezuitów przedsięwziął doprowadzić do końca dzieło, które już za przepadłe uważać było można. Był-to O. Diego de Torres, niegdyś missyonarz u Indyan w Peru, a teraz prowincyjał jezuitów w Paragwaju, Chili i w Tucuman’ie. A te właśnie prowincje, przez liczne indyjskie plemiona zaludnione, były głównem polem niesprawiedliwości.
Torres rozpoczął jakoby rodzaj pokojowej wyprawy krzyżowej, przebiegał wszystkie ogniska hiszpańskiego osadnictwa i głosił wszędzie kazania przeciw obracaniu w niewolę Indyan. Równocześnie zaś zakładał nowe domy jezuickie, celem prowadzenia dalej apostolstwa i bezustannego przypominania osadnikom pokrzywdzonych praw sprawiedliwości i miłości chrześcijańskiej.
Początkowo podniosły się straszne gniewy przeciw tym nieproszonym kaznodziejom. Pomawiano ich o chęć zrujnowania zamorskich osad, które nie mogły się ostać bez przymusowej pracy Indyan.
W stolicy Tucumanu, Santiago, wrogie usposobienie ludności hiszpańskiej zmusiło jezuitów do opuszczenia miasta. W innych zaś miejscowościach z trudnością utrzymać się mogli wśród ogólnego braku życzliwości. Nie wiele brakło, żeby Towarzystwo Jezusowe przypłaciło swą żarliwość dla sprawy wolności tuziemców zupełnym upadkiem swych zakładów na południu Ameryki Południowej. Powoli wszakże wymowni obrońcy Torresa i jego współbraci osiągnęli swe cele; obudziło się w sercach ciemiężców poczucie sprawiedliwości i zaczęło się wyzwolenie Indyan. Na pochwałę rządu metropolii przyznać trzeba, że popierał on szczerze jezuitów; łącząc swą działalność z działalnością jezuitów, rząd hiszpański z martwej litery wyprowadza dobroczynne rozporządzenia prawodawcze na korzyść tuziemców.
Z pośród najczynniejszych i najgorliwszych współpracowników O. Torresa wymienić trzeba O. Ludwika de Valdivia. W Chili, gdzie ten missyonarz spełniał swe posłannictwo, osadnicy, by usprawiedliwić swe gwałty przeciw tuziemcom, skorzystali z dzikiego i niespokojnego charakteru plemion, jakie ich otaczały.
Długi czas napróżno przemawiając do rozumu i religijności tych ludzi przeciw sofizmatom ich namiętności, Valdivia jedzie bronić sprawy Indyan wobec króla Hiszpanii. Powraca następnie do Chili z władzą komisarza królewskiego, której używa na to, by powrócić wolność przeszło dziesięciu tysiącom niewolników. Przywozi nadto ze sobą dekret królewski, który miał raz na zawsze wykorzenić gwałty, do których dawały sposobność wyprawy wojenne, podejmowane przeciw niezależnym plemionom indyjskim. Mocą tego dekretu zakazano odtąd naczelnikom wojennym osady hiszpańskiej przedsiębrać jakichkolwiek zaczepnych wypraw wojennych; nakazano im trzymać się tylko odpornie, a w każdym razie zabroniono więźniów wojennych zamieniać w niewolników.
Śmiało, zdaje się, możemy się ograniczyć na przytoczonych powyżej wypadkach, choć wiele innych dodać-byśmy mogli. Kilka tylko przytoczyliśmy nazwisk, ale to co uczynili tacy Montesino, Las Casas, Zumarraga, Vieira, Torres, Valdivia, czyniło też wielu innych missyonarzy w zakresie daleko skromniejszym. Liczne te a ciągłe wysiłki były w najwyższym stopniu potrzebne dla ocalenia nietylko już wolności, ale samego nawet istnienia plemion tuziemnych. Ilość tuziemców cywilizowanych, do dziś dnia jeszcze żyjących w krajach Nowego Świata, kolonizowanych przez Hiszpanów i Portugalczyków, obliczają niektórzy najmniej do ośmiu milionów (według innych do dwudziestu milionów). Z drugiej zaś strony przypomnieć trzeba, że tuziemcy albo zupełnie zaginęli albo do bardzo nieznacznej ilości przywiedzeni zostali we wszystkich prawie krajach, kolonizowanych przez protestantów, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i w Australii. Pomimo zatem wszelkich nadużyć, jakich dopuszczali zdobywcy lub hiszpańscy i portugalscy osadnicy, szczęście to wielkie dla biednych plemion tuziemnych, że Ameryka nie stała się na wielkiej przestrzeni łupem zwolenników protestantyzmu. Missyonarzom-to przedewszystkiem zawdzięczają Indyanie, że większej jeszcze nie ulegli zagładzie.
III.
Na zakończenie odpowiedzmy jeszcze na jeden zarzut, który aczkolwiek nieraz odpierany, przedstawia zawsze łatwy temat do deklamacyi, wygłaszanych przez niewiarę i złą wolę. Jeśli missyonarze bronili wolności amerykańskich tuziemców przeciw europejskim osadnikom, wszak czynili-to dla własnej korzyści! Taki zarzut stawiają missyonarzom w Paragwaju.
Przedewszystkiem odpowiemy, że w redukcyach Paragwaju nie odbierano nigdy wolności; Indianie przybywali tam i pozostawali zupełnie dobrowolnie, przyciągani jedynie znajdowanemi tam korzyściami i przekonywującym głosem apostołów, który ich wyciągał z odwiecznych lasów. Przyznajemy wprawdzie, że Indianie przez cały czas przebywania w redukcyi zrzekali się tej całkowitej swobody ruchów, jaką się cieszyli w swym stanie dzikim. Ale nie była to niewola, tylko ogólna reguła, którą dobrowolnie przyjmowali, by się powoli urabiać do życia cywilizowanego. Dla nieokrzesanych tych plemion, które były tylko wielkiemi dziećmi, potrzeba było karności podobnej do tej, jaką się stosować zwykło przy wychowaniu dzieci. Chociaż twierdzenie to oburza teologów, niemniej wszakże jest prawdziwe, gdy zwłaszcza słyszy się je wypowiedziane przez ogół sędziów najkompetentniejszych, jakimi są D'Orbigny, Demersay, de Castelnau, Martin de Moussy, że wspomnę tylko o francuzach, którzy wśród samych Indyan badali sprawę plemion amerykańskich.
Dosyć powiedzieć, że urządzenie redukcyi Paragwaju było dziełem O. Diego de Torres'a, aby się już z góry upewnić, że w urządzeniu rzeczonem prawa Indyan jak najstaranniej były szanowane. Żarliwy ten obrońca tuziemców nie zadawalniał się wydobywaniem ich z ucisku; z nie mniejszą żarliwością starał się on również zapewnić im dobrodziejstwa, jakiej sama wolność nie udziela, lecz jakie są owocem cywilizacyi chrześcijańskiej. Z tej-to właśnie szlachetnej myśli zrodziły się redukcye Ameryki południowej. O. Torres wybrał i natchnął apostołów, którzy je założyli; sam napisał prawa, któremi się rządzić miały. Wszystkie te prawa tchną najczystszą bezinteresownością, połączoną z najczulszą troską o duchowe i doczesne szczęście Indyan1. Jeśli byli jacy niewolnicy w redukcyach, to z pewnością sami i chyba missyonarze, którzy chętnie zrzekali się najbardziej uprawnionych przyjemności życia cywilizowanego, by się zaprząc do cichej i najbardziej odpychającej pracy nad wychowaniem dzikich. Niewolnicy miłości, przestali oni należeć do siebie samych; całe ich życie upływało na wszelkiego rodzaju staraniach, jakich wymagali ich neofici.
Ale czyżby Indyanie redukcyi nie byli obowiązywani do pracowania na korzyść Jezuitów? Nie, pracowali oni wyłącznie na własną korzyść osobistą, albo dla potrzeb gminy, do której sami należeli. Każdy z nich posiadał własną rolę, dochody z której należały wyłącznie do niego: wolno mu było największą część swego czasu poświęcać na jej uprawę. Co się zaś tyczy pól, które uprawiano wspólnie, wymagano od Indyan tylko dwa dni pracy tygodniowo. Następnie zaś wyroby tej wspólnej pracy wcale nie szły na rzecz missyonarzy. Obracano je na utrzymanie starców, wdów, sierot, ludzi chorych i do pracy niezdolnych; na zakup lekarstw dla chorych, soli, narzędzi koniecznych bądź dla uprawy roli, bądź dla rzemiosł i rozmaitych rękodzieł, jakie wykonywali Indyanie pod kierunkiem Ojców; z tego źródła pokrywano wydatki na kościoły, na ceremonie religijne i inne, których wpływ niewinny miał szczególną doniosłość w urabianiu tych dziecięcych ludów; wreszcie, podatek roczny, jaki wioski indyjskie musiały płacić królom Hiszpanii w zamian za poręczoną im obronę i protekcyę, to jest jeden piastr czyli około pięciu franków od osoby, brano również z dochodu wspólnego.
Pytanie zatem, z czego żyli missyonarze? Żyli oni z zapomogi 300 piastrów czyli około 1500 fr., jakie rząd hiszpański udzielał zarządowi duchownemu każdej redukcji; skromna-to sumka, gdy się zważy, że zawsze dwóch lub trzech jezuitów zajętych było w każdej z tych wiosek, które zazwyczaj nie liczyły mniej nad dwa tysiące dusz. Jeśli zaś kiedy przyjmowali z rąk neofitów rzeczy do utrzymania swego konieczne, to sumiennie zwykli byli za nie się uiszczać.
Śledztwo prowadzone przez urzędników hiszpańskich po wypędzeniu jezuitów, a później nieco przez podróżników europejskich wszelkiej narodowości i wszelkiej wiary, obróciło w niwecz ową baśń potwarczą, podług której redukcye Paragwaju miały być tylko jednym olbrzymim wyzyskiem, prowadzonym na korzyść Towarzystwa Jezusowego. Ale najlepszem odparciem tego wymysłu będzie zawsze przywiązanie Indyan do swych ojców i owa pamięć najwdzięczniejsza, jaką zachowali o ich dobrodziejstwach. Niech nam wolno będzie z pomiędzy wielu innych świadectw, jakie moglibyśmy przytoczyć, wybrać na ślepo jedno jakieś świadectwo. Alcydiusz D'Orbigny, który w latach 1826 do 1834 zwiedzał resztki dawnych redukcyi, tak pisze między innemi: „Mówiono zawsze o krańcowej surowości tych zakonników (jezuitów) względem tuziemców. Gdyby tak było w rzeczywistości, to dziś jeszcze Indyanie nie wspominaliby jezuitów z taką miłością, jak-to dziś czynią. Niemasz starca, któryby na samo ich imię ze czcią nie pochylił czoła, któryby z żywem wzruszeniem nie wspominał na owe szczęśliwe a nigdy z myśli nie schodzące czasy, których wspomnienie w rodzinach z ojca na syna przechodzi” (Por. art. Mikołaj I król Paragwaju).
(Jos. Brucker) X. W. S.
Footnotes
-
Przytacza je z wyraźnem uwielbieniem A. Helps. „The spanish conquest in America” t. V, London, 1856. ↩