Nantes (Odwołanie edyktu Nantejskiego)

Edykt Nantejski, który pod pewnymi określonymi warunkami zapewniał protestantom swobodne wykonywanie zewnętrznego religijnego ich kultu, był jednym ze środków, na jakie wskazywały okoliczności, a jakie miały się przyczynić do ukończenia wojen religijnych we Francyi. Nie wydał on wprawdzie owoców, jakich po nim oczekiwano, nie mniej wszakże był dziełem mądrej polityki. Przeciwnie zaś, odwołanie go przez Ludwika XIV (1685 r.), było środkiem pożałowania godnym, jakiego poważna ocena ówczesnego stanu rzeczy nie powinna byłaby dopuścić.

To odwołanie rzeczonego edyktu bywało przedmiotem żywych rozpraw, już to pomiędzy katolikami i nieprzyjaciołmi Kościoła, już też pomiędzy różnemi szkołami katolickiemi. Ze stanowiska apologetycznego, katolik zachowuje wszelką swobodę sądu o czynie, którego Kościół ani doradzał ani potwierdzał, i który tem samem jest dziełem wyłącznie władzy państwowej. Z tego też względu moglibyśmy znacznie skrócić artykuł niniejszy, ale odwołanie edyktu Nantejskiego jest sprawą, z powodu której namiętność wielu pisarzy tak usiłowała piętnować i czasy i odpowiedzialność i następstwa wszelkie, że z konieczności musimy tu wejść w niektóre jej szczegóły.

Główniejsze punkta aktu odwołania są następujące: Natychmiastowe zburzenie wszystkich świątyń religii kalwińskiej, położonych w granicach królestwa francuskiego. — Zakaz zgromadzania się celem wykonywania rzeczonej religii w jakiemkolwiek miejscu, w domu prywatnym, pod karą konfiskaty majątku. — Nakaz, wydany wszystkim predykantom czyli pastorom nowej religii, którzyby się nawrócić nie chcieli, opuszczenia granic królestwa w ciągu dwóch tygodni. — Zakaz utrzymywania szkół prywatnych dla uczenia dzieci rzeczonej religii. — Dzieci zrodzone z religii kalwińskiej, będą na przyszłość chrzczone przez proboszczów parafii, pod karą 500 lirów grzywny ze strony rodziców, a nawet więcej, gdyby tego zaszła potrzeba, dzieci zaś będą wychowane w religii katolickiej. — Czteromiesięczna zwłoka, przyznana zwolennikom tego wyznania dla powrotu do kraju i ponownego objęcia w posiadanie swych majątków; po upływie tej zwłoki majątki pozostaną w konfiskacie. — Ostatni artykuł stanowi, że zwolennicy wyznania kalwińskiego, „zważywszy, iż podoba się Bogu oświecać ich tak samo jak innych, będą mogli pozostawać w królestwie, w krajach i ziemiach pod władzą króla będących, nadal prowadzić w nich kupiectwo i używać dóbr swoich, bez żadnych niepokojów i przeszkód, czynionych pod pozorem rzeczonego ich religijnego wyznania."

Aby uzasadnić surowe te środki, we wstępie do swej deklaracyi Ludwika XIV przypomina nawrócenie się „najlepszej i największej części swych poddanych religii rzekomo reformowanej," oraz wypowiada swe pragnienie „zupełnego zatarcia pamięci nieszczęść, jakie ta błędna religia w tem królestwie spowodowała." Skutkiem dziwnego jakiegoś złudzenia, jakiemu ulegali wszyscy ówcześni panujący absolutni, Ludwik XIV nie przypuszczał, żeby przekraczał swe prawa panującego, gdy gwałcił religię swych poddanych, jeśli dobro państwa zdawało się tego wymagać. Co więcej, edykta tolerancyjne, wydawane na rzecz dyssydentów, podług ówczesnego prawa publicznego, były tylko czasowemi ustępstwami, które znikać miały z chwilą, gdy zmieniały się okoliczności, jakie je przedtem koniecznemi czyniły. Grotius, aczkolwiek protestant, przypominał jednak te zasady swym współwyznawcom z krajów katolickich: „Niechaj ci, co noszą nazwę reformowanych, pamiętają o tem że te edykta wcale nie są traktatami przymierza, lecz orzeczeniami królów, którzy je stanowią dla dobra ogólnego, i którzy je odwołają, skoro tego dobro publiczne wymagać będzie (H. Grotius, Rivet. apolog. pro schism. str. 22).

Nie trzeba zapominać o tem, że tego rodzaju nadużycie władzy ze strony książąt bywało wówczas daleko bardziej szkodliwe katolikom w krajach protestanckich, aniżeli protestantom w krajach katolickich. Sama nawet zasada religii państwowej: Cuius regio illius est religio, była zasadą protestancką i ogłoszona była w katolickiej Westfalii, pomimo protestów ze strony Kościoła. Zatem, niema wątpliwości, że Ludwik XIV przedewszystkiem dał się unieść tem, co uważał za dobro państwa, choć przyznać to trzeba,—dobro źle zrozumiane. Pomimo to jednak pewni pisarze Kościołowi niechętni głównych pobudek odwołania edyktu Nantejskiego szukali w katolickich przekonaniach samego króla i w podnietach ze strony katolickiego duchowieństwa.

Ludwik XIV powrócił do praktyk religijnych w r. 1685, a ponieważ w tym zwrocie religijnym w usposobieniu króla przeważny udział brała pani de Maintenon, przeto taż pani de Maintenon uchodziła za sprawczynię środków, przedsiębranych przeciw protestantom.

Rzecz pewna, że pani ta zajmowała się bardzo sprawami religijnemi swego czasu, że pośredniczyła w sprawach gallikanizmu, jansenizmu, ale nigdzie niema dowodu na to, aby ona podniecała przeciw protestantom, dawnym swym współwyznawcom. Doskonale wykazał to niedawno Girard w książce: Mme de Maintenon, d'après sa correspondance.—Działanie pani de Maintenon, tak samo jak jej rady, były zawsze skromne. „Król, pisała ona d. 13 Sierp. 1684 r., ma zamiar pracować nad nawróceniem wszystkich heretyków; miewa częste nad tą sprawą narady z p. Le Tellier i z p. de Châteauneuf, na których chcianoby mię przekonać, że i ja w nich nie jestem zbyteczna. P. de Chateauneuf podawał środki, które nie są odpowiednie. Nie trzeba rzeczy gwałtownie prowadzić. „Trzeba nawrócić a nie prześladować."

Ostatecznie p. de Maintenon chciała drogą, perswazyi pozyskać protestantów.

Duchowieństwo również niczego więcej nie wymagało. Począwszy od r. 1600 aż do 1685, napróżno szukanoby w Procès-verbaux zgromadzeń duchowieństwa jakichkolwiek wniosków, zmierzających do ograniczenia swobód, poręczonych protestantom przez edykt Nantejski; znajdują się tam wprawdzie narzekania na prawdziwe czy mniemane nadużycia, jakich winni byli protestanci, ale nawet w przeddzień odwołania edyktu, d. 25 Maja 1685 r., protestowali deputowani duchowieństwa, że ono nie zanosiło najpokorniejszych swych modłów o odwołanie edyktu.

To prawda że po wykonaniu zamiaru Ludwika XIV dały się wśród duchowieństwa słyszeć głosy uwielbienia dla faktu dokonanego: „Głośmy ten cud dni naszych, woła Bossuet, uwielbiajmy pobożność Ludwika, aż pod stropy niebios rzucajmy okrzyki nasze i wołajmy do tego nowego Konstantyna, do tego Teodozyusza, do tego nowego Marcyana, do tego nowego Karola Wielkiego:... Tyś umocnił wiarę, tyś wytępił heretyków, godny to owoc twego panowania, w tem leży właściwa jego cecha. Przez ciebie niemasz więcej herezyi: sam Bóg był mocen dokonać tego cudu." (Oraison funèbre de Michel Le Tellier).

Słowa te były tylko waryantem w dźwięcznym hymnie, jakiego nie przestawał wyśpiewywać Bossuet wokoło tronu. Nie chcemy ukrywać zresztą, że było wielu biskupów i kapłanów, którzy nie doradzali odwołania edyktu, a którzy przecież cieszyli się z jego wykonania, ale widzieli oni w tem zawsze tylko pomyślne następstwa dla religii i państwa.

Skądinąd znów duchowieństwo pod tym względem nie było inaczej usposobione, aniżeli cały naród francuski. „Wszystkie korporacye, pisze historyk Martin, izby sądowe, akademie, uniwersytety, rady miejskie przy każdej sposobności szły na wyścigi w pochwałach... Ten chór dziękczynny trwa lata całe; siła przykładu, nawyknienie do podziwiania wywołuje uniesienie nawet w tych duszach, które powinny zdaje się pozostać najbardziej obcemi temu urokowi; każdy pisarz sądzi się być obowiązanym do spłacenia jakiegoś długu, nie wyłączając nawet La Bruyèr'a, tego zdolnego spostrzegacza i znakomitego pisarza, którego subtelne i głębokie badania obyczajowe ukazały się w druku 1687 r.; niewyłączając nawet samego La Fontaine'a," (Hist. de France. t. XIV, str. 55). A przecież znalazł się głos, który się nie mieszał do tego powszechnego chóru wielbicieli, głos biskupa Fenelona. Już był poprzednio napisał Fénelon, że trudno było wiedzieć, czy nawrócenie choćby jednego kalwina było wewnętrzne i szczere.

Prawdziwi doradcy Ludwika XIV w sprawie odwołania edyktu Nantejskiego byli Châteauneuf, Louvois i sam Ludwik XIV. Zamknąwszy w swej osobie wszystkie władze państwowe, król ten próbował swej władzy w dziedzinie religijnej; stąd poszło zgromadzenie r. 1682 i szereg środków, mających rozszerzyć niezależność Kościoła gallikańskiego wobec Rzymu. Sądził on może wówczas, że zdoła przekonać papieża, iż można było mu się opierać, a przecież zostawać królem bardzo chrześcijańskim. To jest jednak faktem niezawodnym, że gdy nuncyusz apostolski prosił Jakóba II o pośrednictwo u Ludwika XIV w sprawie złagodzenia środków przedsiębranych przeciw nieszczęśliwym hugonotom, otrzymał odpowiedź, że przedsiębrane przeciw nim środki zgadzały się z zasadami, wypowiedzianemi w dwóch listach św. Augustyna o środkach przeciw donatystom.

Pap. Innocenty XI wcale nie pochwalał odwołania edyktu Nantejskiego, aczkolwiek nieraz słyszy się o tem zdanie wręcz przeciwne. O przymusowych nawracaniach Ludwika XIV powiedział, że „Chrystus Pan nie używał tego sposobu: że należało prowadzić ludzi do świątyni, ale ich do niej nie wciągać." „Papież, pisze jakiś dziennikarz ówczesny pod niem 27 Paźdz. 1685 r., niewłaściwe otrzymuje wiadomości o wszystkich nawróceniach, jakie się dokonywają we Francyi, i dla tego powiada, że się ci ludzie podnoszą z jednego błędu, aby wpaść w drugi... Nie może być zadowolony ze sposobu, w jaki się czynią te nawrócenia." A Le Gendre dorzuca w swych pamiętnikach: „Z trudnością wierzyć przychodzi, a jednak to rzecz prawdziwa: jakkolwiek cieszą się katolicy z tak szczęśliwego wypadku, to w Rzymie wcale się z tego nie cieszą, a Innocenty XI mniej, aniżeli ktokolwiek, mówiąc, że nie można pochwalać ani pobudki, ani środków tych nawracań całemi tysiącami, z których żadne nie jest dobrowolne..." — „Papież, Kościół i jego słudzy, powiada autor odpowiedzi, danej generalnemu obrońcy, Talon, wydrukowanej w Rzymie, mają zanadto dużo roztropności na to, by się cieszyć z zewnętrznego i pozornego nawrócenia."—(Ob. Gérin. Recherches historiques sur l'assemblée de 1682, str. 319).

Całą więc odpowiedzialność za odwołanie edyktu Nantejskiego ponoszą Ludwik XIV i politycy, którzy mu w tej sprawie radą służyli. Zresztą, jest-to wypadek, którego doniosłość i następstwa nadmiernie przesadzono, i który należałoby sprowadzić do właściwej miary. Podług Basnage'go, protestanckiego pisarza, ilość protestantów, którzy wślad za swymi wygnanymi pastorami wyszli za granicę, wynosiła od trzech do czterechset tysięcy. La Martinière, inny pisarz protestancki, jako najdokładniejszą podaje liczbę trzech set tysięcy; ale Larrey sprowadza ją do dwóch set tysięcy; tymczasem wiadomo, jak wogóle skłonne są do wszelkiej przesady ofiary środków przymusowych; dla tego też przy braku wszelkich poważnych danych statystycznych, o cyfrach tych conajmniej powątpiewać wolno. Posłuchajmy, co mówi o tem książę de Bourgogne: „Nadmiernie przesadzono ilość hugonotów, którzy przy tej sposobności wyszli z królestwa, i tak być musiało. Ponieważ sami tylko interesowani mówią o tem i krzyczą, przeto twierdzą oni co tylko im się podoba. Jakiś pastor protestancki, który ujrzał swą duchowną trzodę rozproszoną, ogłaszał, że ona wyszła za granicę. Fabrykant jakiś, który stracił kilku robotników, obliczał tak, jak gdyby wszyscy fabrykanci królestwa też samą co on szkodę ponieśli. Jakichś dziesięciu robotników, którzy wyszli z jakiejś mieściny, gdzie mieli znajomości, przyjaciół, samym rozgłosem o swej ucieczce kazali przypuszczać, że miastu zbraknie rąk we wszystkich warsztatach. Ale co było najbardziej interesujące, to że wielu wyższych urzędników, referendarzy stanu, w instrukcyach, jakie podawali o swych okręgach, wierzyło tym ludowym wieściom i świadczyło tem samem, jak mało ci urzędnicy byli powiadomieni o tem, co ich obchodzić powinno; to też sprawozdaniom ich przeczyły inne sprawozdania, a przez sprawdzenie ich na wielu miejscach udowodniono ich niedokładność. Skoro podług najbardziej wygórowanego rachunku ilość hugonotów, którzy wówczas opuścili Francyę dochodziła do sześćdziesięciu siedmiu tysięcy, siedmiu set trzydziestu dwóch osób, w liczbie tej, obejmującej osoby różnej płci i różnego wieku, nie musiało się znajdować tylu ludzi pożytecznych, iżby została po nich wielka pustka we wsiach i w rękodzielniach, i aby wpłynęła na całe królestwo. Wiadomo bowiem, że próżnia taka zawsze najbardziej czuć się daje wtedy, kiedy się dzieje. Tymczasem próżni tej nie dostrzeżono wówczas, a dziś skarżą się na nią! Trzeba więc innej szukać przyczyny tej próżni, a tą będzie wojna. Co do wydalenia hugonotów, to zabrało ono mniej ludzi pożytecznych dla państwa, aniżeli zabrał jeden rok wojny domowej." (Ob. Beausset. Hist. de Bossuet, l. XI, II, 15).

A zatem, znów jedną więcej straszną opowieść przychodzi nam między bajki włożyć, a mianowicie, owo rzekome zubożenie Francyi i wzbogacenie się przemysłu cudzoziemskiego, które od czasów Woltera jest zwyczaj przedstawiać jako następstwo wygnania protestantów francuskich. Jak gdyby takie kraje jak Anglia, Hollandya, a nawet Włochy, jak gdyby takie kupieckie miasta, jak Brema, Hamburg, Lubeka, w których przeważnie w większej ilości osiadali emigranci francuscy, nie były już przedtem wyprzedziły Francyi na polu przemysłowem i rękodzielniczem.

Wszelako odwołanie edyktu Nantejskiego daleko mniej przyniosło korzyści katolicyzmowi, aniżeli przypuszczali ci, co je tak hałaśliwie wychwalali. Prowadziło ono do nawracań bagnetami, do prześladowań, które wprawdzie zanadto przesadzono, ale które słusznie potępić trzeba, i które zasłużyły sobie na techniczną nazwę dragonnad; i to wszystko bez wielkiej korzyści dla sprawy, której służyć myślano, gdyż pomimo wszystkiego, szeregi protestantów do pewnego stopnia się zreformowały, kościoły ich od r. 1715 się zreorganizowały, a emigranci założyli po za granicami Francyi literaturę, która się przyczyniła do utworzenia w XVIII w. filozoficznej lawiny, tak szkodliwej dla religii i królewskości. (Ob. prócz dzieł wyż. przytoczonych: Duc de Bourgogne Mémoire sur la révocation de l'Edit de Nantes, w jego życiu t. II, str. 98 nst. Foucauld. Mémoires str. 294, ust.

(P. Guilleux).

X. W. S.