Stanisław biskup krakowski — męczennik, czy rewolucyonista?

Św. Stanisław, biskup krakowski i męczennik († 11 Kwietnia 1079) przez siedm blizko wieków był przedmiotem powszechnej czci u nas nawet ze strony protestantów (Sarnicki). Jednomyślny ten pogląd tak pięknie skrystalizował się pod piórem złotoustego Skargi: „Pierwszy z polaków, wielki i dalekosławny męczennik Chrystusów..."

Dopiero na początku bieżącego stulecia uczony Czacki pierwszy rzucił cień na świętego. Oto w przypiskach do Historyi Naruszewicza nieostrożnie napisał, jakoby Gallus w swej kronice wyraźnie mówi, że św. Stanisław biskup miał zmowy z Czechami1. Odtąd zarzut o zdradzie świętego aż do tego czasu się kołace w literaturze, przybierając coraz to inne kształty. Bielowski, jakkolwiek wytyka błąd tak nie do darowania lekkomyślnie popełniony przez Czackiego, który zbyt zaufał swojej pamięci, bo Gallus nic nie wspomina o zmowach św. Stanisława z Czechami, mimo to Bielowski, mówię, uważa zdanie Gallusa za słuszne co do istoty2. Tym sposobem pogląd ten niestety przeszedł i do beletrystyki (Kraszewski, Łabuński).

Inaczej zapatruje się na to Lelewel. W rozprawie swojej „Bolesława Śmiałego upadek," zestawiając wszystkie miejsca z kroniki Gallusa, w których się wyrazy traditor i traditio znajdują, dochodzi do wniosku, że „wątpliwości nie podpada: biskup przeniewierzał się Bolesławowi, był mu niechętny, knował przeciw niemu, wypędzić, jeżeli nie zgubić zamierzał"3. Nie wspomina więc tu Lelewel o czechach, bo dowodów żadnych na to niema, a nie chciał swej poważnej pracy kazić niewczesnemi domysłami, ale natomiast stara się wytłómaczyć zagadkowy wyraz traditio, przypuszczając jakoweś sprzysiężenie przeciw osobie króla; przytem biskup miał tu się łączyć ze szlachtą, a Bolesław miał się wspierać na ludzie. Widzimy więc tu cały systemat. Jeszcze przedtem wypowiedział podobne zdanie Maciejowski4, ale nie umiał tak jak Lelewel go umotywować, pragmatycznie przedstawiać.

W ślad za temi i inne posypały się prace z pod pióra mniej lub więcej znanych autorów, jedne w obronie świętego, drugie — przeciw. Zatrzymywać się dłużej nad niemi niema celu, bo wszystkie one nic albo bardzo mało do rzeczy przydają; odznaczają się za to szermierką słów mniej lub więcej udatną, mniej lub więcej namiętną. Stefczyk może i słusznie dzieli je na tendencyjne (Mieczkowski, Dzieduszycki) i bałamutne (Komarnicki, Świeżawski)5. Ks. Kalinka w pracy swojej więcej traktuje o znaczeniu męczeństwa św. Stanisława w naszej historyi, aniżeli o samym fakcie zabójstwa.

Przechodzimy z kolei do Franciszka Stefczyka. Rozprawa jego, mająca zresztą wszelkie pozory pracy naukowej, grzeszy jednak zbytnią skłonnością autora do stawiania hypotez. Hypotezy, by najpiękniejsze, nie mogą nam zastąpić historyi, bo nie o prawdopodobną, ale o prawdziwą chodzi nam historyę. W rezultacie powiększa Stefczyk zastęp wrogów świętego męczennika, puszczając się na niewczesne domysły, czem szpeci całą swoją pracę. W ciągu niniejszej rozprawy nieraz wypadnie się nam do niej odwołać. — Niezmiernie pracowicie napisana książka niemca Pichlera6 absolutnie nic do rzeczy nie przydaje; nuży natomiast czytelnika masą zbytecznych cytat. Najbardziej zresztą traktuje o grobowcu Bolesława II i o jego śmierci. Jeżeli Stefczyk niektóre prace swoich poprzedników nazywa trafnie bałamutnemi, to rozprawkę pastora Łódzkiego Angersteina należałoby chyba zaliczyć do rzędu humorystycznych. O wartości i władaniu źródłami niema on pojęcia. Gallusa, Kadłubka i Długosza uważa za główne źródła, a Żywoty Świętych Skargi, wszystkie późniejsze kroniki i wreszcie opracowania, za źródła poboczne (Nebenquellen). To też bez ceremonii niemi się posługuje; dość powiedzieć, że gdy mu potrzeba, obok Gallusa cytuje „Boleszczyce" powieść Kraszewskiego, które też za źródło uważa7. Pracy Stefczyka wcale nie zna.

Powodem wszystkich tych niewczesnych a ciężkich zarzutów i domysłów, czerniących pamięć świętego męża, jest kronika znana pod nazwą Gallusa. Słusznie zauważył jeszcze Sarnicki, że rzecz tak ważną, jak zabójstwo św. Stanisława, Gallus suchą nogą przeskoczył; rzeczywiście, powiedział tylko o tem mimochodem, niechcący, jakby trwożliwie słów kilka, które to właśnie słowa wzbudziły na Biskupa podejrzenie historyków. Wskutek tego opierano się dawniej na kronice mistrza Wincentego, który daleko obszerniej i jaśniej tę rzecz przedstawia; tak postąpił sobie Lelewel i Maciejowski, nie mówiąc już o obrońcach świętego. Obecnie jednak, po pracach Skorskiego i Stefczyka zmuszeni jesteśmy pozostawić Wincentego Kadłubka na uboczu. Obdzierają oni zupełnie kronikę Kadłubka z dawnego uroku, którym się aż do naszych czasów cieszył,—a jakkolwiek na ich dowodzenia nie możemy się w zupełności zgodzić, uchylamy na czas przed niemi czoła, chcąc trzymać się o ile możności gruntu ściśle naukowego. Tym sposobem upada sama przez się znaczna część zarzutów Lelewela, a zwłaszcza jego teorya o powstaniu ludowem, jako całkowicie oparta na rzekomo fałszywem źródle. Pozostaje nam zatem, jako jedyne źródło, krótka Gallusowa notatka; stanowi ona w każdym razie najstarożytniejsze pisane podanie o śmierci świętego, wskutek czego jest bardzo ważną i lekceważyć jej w żadnym razie nie mamy prawa.

Dzięki znakomitej pracy Dr. Maxa Gumplowicza możemy nareszcie o naszym pierwszym kronikarzu coś pewniejszego powiedzieć8. Okazuje się, że ów zagadkowy Gallus, którego Lengnich niesłusznie ochrzcił Marcinem, w rzeczywistości nazywał się Baldwin. Rodem był francuz, pochodził z Flandryi, z dyecezyi Leodyjskiej, gdzie odbywał studya9. Był benedyktynem10; na wezwanie Michała Habdanka starszego11 przybył przez Włochy12 do Polski, gdzie ziomek jego, a zapewne i blizki krewny, też Baldwin imieniem, był biskupem krakowskim, mając prawdopodobnie nadzieję zrobienia na obczyźnie także karyery13. Jakoż został opatem klasztoru benedyktynów w Lubieniu14, nadwornym kapelanem Bolesława Krzywoustego15, a nareszcie biskupem w Kruszwicy16. Tamto napisał swoją kronikę17 w lecie 1113 r.18. Pisał ją jednym zamachem, aby, jak sam mówi, nie stracić wprawy w pisaniu (dictandi consuetudinem, lib. III epistola), nie jeść darmo chleba polskiego (ne frustra panem polonicum manducarem, lib. III epistola), aby jakiś owoc swej pracy klasztorowi swojemu przedstawić (ut aliquem fructum mei laboris ad locum meae professionis reportarem lib. III epistola),—w rzeczywistości zaś, jak dowodzi Gumplowicz19, przewidując blizki zgon biskupa kruszwickiego, Pawła, pisał Gallus swą kronikę co rychlej, aby tym sposobem zaskarbić sobie większe łaski Bolesława Krzywoustego i tytułem nagrody zostać następcą Pawła, co rzeczywiście mu się udało. Na mocy tego a priori możemy zrobić wniosek, że kronika jego będzie właściwym panegirykiem Bolesława; Gallus sam się do tego przyznaje, mówiąc, że pisze na cześć narodu i jego książąt (honori patriae; lib. III epistol., ad laudem principum et patriae nostrae, lib. II epistol.), a zwłaszcza ku chwale Bolesława, co uważa za główny cel swego dzieła (est antem intentio nostra de Polonia et duce principaliter Boleslao describere eiusque grata quaedam gesta predecessorum digna memoria recitare lib I prohemium). Chodziło mu też o to, jak jeszcze uważa Gumplowicz, aby uspokoić opinię pewnej części ówczesnego duchowieństwa, które było oburzone na Bolesława za wiarołomne oślepienie Zbigniewa20. Cel więc jeden: pochwała Krzywoustego.

Źródłem Gallusa były ustne podania i opowieści naocznych świadków21; w epilogu do drugiej księgi powiada, że wiadomości swoje ma od tych, co je badali. Z rozprawy Gumplowicza widać, że wielki wpływ na naszego kronikarza miał biskup Baldwin krakowski, domniemany wuj autora, na którego poglądach i opowiadaniach opiera się w swem dziele22, dalej wiemy o kanclerzu Michale Habdanku młodszym, że jego opowieści stanowiły materyał dla kronikarza przy opisie czynów tyle wysławianego Skarbimira23. Stare podania Polski bierze od sędziwych ludzi. Jako chwalca Bolesławów, chociaż jest bardzo stronny24, mimo to nie popełnia nigdzie świadomie kłamstwa; rzeczy nieprzyjemne woli wprost obejść, milczeniem pominąć, niżeli je przekręcać, przekrzywiać, co znacznie ułatwia badaczowi dochodzenie prawdy. Gdy mówi o rzeczach dawniejszych lub wątpliwych dodaje słowo „fertur," powiadają, a czasami otwarcie się przyznaje, że wie niewiele25. Tu uczony Zeissberg dodaje: „zapewne takiemi kierował się widokami, kiedy pobieżnie wspomina o stosunku Bolesława II do św. Stanisława26.

Powyższe powiedzenie Zeissberga wygląda, jak gdyby Gallus nie był pewien i dokładnie nie wiedział, jak się rzecz miała ze św. biskupem. Temu mamy zawdzięczać jego lakoniczność w tej kwestyi. Rozumieć to chyba należy w ten sposób, że Gallus nie wiedział, jak było rzeczywiście, bo wszak trudno przypuścić, aby przebywając u dworu, nie słyszał jak tam jednostronnie całą przedstawiano sprawę. Stefczyk natomiast nie wątpi, że Gallus „mógł z wielką łatwością zasięgnąć całkiem pewnych i obfitych informacyj o rzeczywistym przebiegu tak doniosłego a świeżego zdarzenia"27, potwierdzenie zaś swego domysłu widzi Stefczyk w słowach „długoby o tem trzeba opowiadać" (longum existit enarrare), które naszym zdaniem nic nie mówią, i na których opierać się wcale nie można ze względu na ich ogólnikowość. Jeżeli jednak przyjąć to ostatnie mniemanie, to nieuniknioną staje się alternatywa: jeżeli Gallus wiedział jak było, to opisać nie chciał; mógł sobie „zasięgnąć całkiem pewnych i obfitych informacyj," ale podzielić się z niemi nie zechciał, czy nie mógł. Dlaczego?

Wątpliwości nie ulega, że już wówczas, gdy pisał Gallus, nie było zgody w mniemaniach o katastrofie 1079 r.; gdy jedni podnosili św. męczennika i jego sprawę, — inni, zwłaszcza u dworu, bronili króla. Na początku XIII w. oba poglądy bardzo jasno zarysowały się w kronice mistrza Wincentego, a zdaje mi się, że śladu ich można się już dopatrzeć także u Gallusa. Ten bowiem w notatce swojej wyraźnie zapowiada, że bynajmniej nie myśli uniewinniać biskupa (neque.... episcopum excusamus), więc oczywiście byli za jego czasów tacy, którzy go obwiniali, jak z drugiej strony dalekim jest od myśli polecać lub podnosić mściwego króla (neque regem vindicantem sic se turpiter commendamus), więc znowu byli tacy, którzy napadali i potępiali czyn Bolesławów. Wobec stron przeciwnych Gallus, jako cudzoziemiec i karyerowicz, uważa za stosowne usunąć się na stronę, nie kłaść palców między drzwi, być neutralnym, trzymać się środka, jak sam się wyraża (sed hoc in medio deferamus). A zatem więc, kronikarz w żadnym razie nie może być uważany za wyraz „umiarkowanej współczesnej opinii publicznej, która z odległości dwudziestu kilku lat nie odważyła się jeszcze zdjąć z biskupa piętna zdrady, a całą winę zwalić na króla...", jak się niesłusznie wydaje panu Stefczykowi28. Już z kroniki Wincentego możemy wnosić, że nie tak prędko wyrobiła się owa umiarkowana opinia, i nie było jej jeszcze w XIII w., a podobno i dziś jeszcze, z odległości ośmiu wieków trudno o niej mówić. Jeżeli jednak Gallus koniecznie ma być wyrazem jakiejś opinii, choć on wyraźnie od swego powstrzymuje się zdania, — toć chyba, przeciwnie, z większem prawdopodobieństwem moglibyśmy przypuszczać, że, jako karyerowicz, oglądający się na łaski spadające od tronu, był raczej wyrazem opinii panującej u dworu.

Urywek kroniki Gallusa, który narobił tyle hałasu i wywołał tyle nieporozumień brzmi jak następuje: „Qualiter autem rex Boleslavus de Polonia sit eiectus longum existit enarrare, sed hoc dicere licet29, quod non debuit christianus in christianos peccatum quodlibet30 corporaliter vindicare31. Illud enim multum sibi nocuit, cum peccato peccatum adhibuit, cum pro traditione pontificem truncationi membrorum adhibuit. Neque enim traditorem episcopum excusamus neque regem vindicantem sic se turpiter commendamus, sed hoc in medio deferamus et ut in Ungaria acceptus fuerit disseramus"32. Co w polskim tłumaczeniu brzmi jak następuje: „Jako zaś król Bolesław z Polski został wyrzucony, długoby o tem mówić; lecz to tylko można powiedzieć, że nie powinien był chrześcijanin na chrześcijanach mścić się tak krwawo za jakąbądź winę. Tem zaś wielce sobie zaszkodził, iż grzech do grzechu przydał, gdy pro traditione biskupa rozsiekał. Ani bowiem traditora biskupa uniewinniamy, ani króla tak się sromotnie mszczącego pochwalamy, ale to pomijając opowiedzmy, jak był przyjęty na Węgrzech."

Obrońcy św. Stanisława, zarówno jak i jego nieprzyjaciele, niemało utrudnili swoje zadanie, fałszywie tłumacząc przytoczony ustęp. Chodzi tu o zwrot o królu, że tenże peccatum peccato adhibuit, czyli grzech do grzechu przydał. Wyrażenie to, zupełnie pospolite i nie przedstawiające żadnych wątpliwości, dziwnym trafem, wszyscy znani nam tłumacze, z wyjątkiem przecież jednego Komarnickiego, zupełnie błędnie i opatrznie przekładają. A jednak na właściwem rozumieniu tego miejsca wiele zależy. Pod wyrazem peccatum, grzech, nie można w żaden sposób rozumieć winy ukaranych chrześcijan, lecz przeciwnie karygodną zemstę króla, którą właśnie kronikarz tutaj peccatum, to jest grzechem mianuje. Nawet Lelewel to miejsce źle przetłumaczył33, a za nim, jak za panią matką pacierz, posypały się najzupełniej błędne a częstokroć i niezrozumiałe nawet przekłady34. Wszyscy ich autorowie wykazują chyba niedokładną znajomość języka łacińskiego, albo też mamy tu do czynienia po prostu ze szkodliwym a bezwiednym może wpływem jednego z nich na innych. Może też wprowadził ich w błąd wyraz adhibuit, który nieco niżej w odmiennem użyty jest znaczeniu. Do tego nie można jednak przywiązywać żadnej wagi, tembardziej, że owo powtórnie użyte adhibuit może stanowić po prostu błąd przepisywacza; mógł on tu z łatwością przeoczyć właściwy, i w miejsce jego postawił czasownik poprzedzający.

Jeżeli teraz na podstawie jednego tylko Gallusa postawimy mimesin faktu męczeństwa św. Stanisława, że użyjemy tu wyrażenia Herodotowego, to otrzymamy następujący rezultat:

Chrześcijanie (niewiadomo jacy, oczywiście poddani Bolesława), coś mu przewinili (nie mówi wyraźnie co), za co król mścił się nieludzko. Haniebna zemsta dosięgła i winowajcę biskupa, którego król pocięciem członków dosięgnął35. Czynem tym bardzo sobie król zaszkodził, ostatecznie został z Polski wyrzucony.

Tyle Gallus.

Należy nam naprzód zwrócić uwagę na tę okoliczność, że kronikarz na fakt zabójstwa św. Stanisława patrzy z religijno-moralnego punktu widzenia. Czy punkt ten był dla niego najwygodniejszy, czy najlepiej osłaniał dworaka, który kłamać nie chciał, czy rzeczywiście strona moralna faktu najwięcej uderzała Gallusa — trudno przesądzać, dość, że stąd ta ogólnikowość w jego wyrażeniach. Stąd to i król i jego zapewne zbuntowani poddani nazwani są poprostu chrześcijanami, stąd to wyraz peccatum, grzech, aż trzy razy się spotyka; aż dwa razy napada na króla, że się mścił (non debuit... corporaliter vindicare, vindicantem sic se turpiter). Stąd też i nasz święty po dwakroć wspomniany tylko jako pontifex i episcopus, bezimiennie.

Jakkolwiek jednak kronikarz zapowiada, że nie uniewinnia biskupa, co mógł zresztą napisać ze względu na Krzywoustego, — mimo to jednak, on, chwalca Bolesławów36, bynajmniej też nie broni Śmiałego; przeciwnie, nietylko go nie poleca (commendamus), owszem ostro go sądzi. Bo król nietylko zgrzeszył mszcząc się nie-ludzko (corporaliter) i to na chrześcijanach, będąc przecie i sam chrześcijaninem, czego według Gallusa w żadnym razie nie powinien był czynić (non debuit... peccatum quodlibet... vindicare), ale jeszcze grzech do grzechu przyczynił (peccatum peccato adhibuit), gdy biskupa rozsiekaniem dosięgnął. Była to ze strony króla haniebna zemsta (sic se turpiter vindicantem). Widzimy więc, że daleko jaskrawiej w relacyi dworaka zarysowuje się zemsta królewska, niżli mniemana zbrodnia biskupa37. Król musiał nie przebierać w środkach swej strasznej pomsty, gdy Gallus tak za to go karci. Pod wyrazem corporaliter musiał on rozumieć jakieś pastwienie się, znęcanie czyli okrucieństwo, — widocznie chciał tu określić postępowanie nieodpowiednie dla człowieka, tembardziej dla chrześcijanina. Jeżeli teraz dodamy do tego fakt rozsiekania biskupa, to niedaleko pono będziemy od kadłubkowych wyrażeń o postępowaniu króla: że je cechowała immanitas i truculentia, czyli ohydne okrucieństwo.

Lakonizm i ogólnikowość Gallusa, spowodowana tym punktem widzenia, jaki sobie obrał, pozostawia szerokie pole dla domysłów. Naprzód więc nasuwa się pytanie, kto są owi chrześcijanie, na których mścił się Bolesław, i co zawinili? Pod tym względem niema różnicy zdań; wszyscy jednogłośnie domyślają się, że mowa tu o wyższej warstwie społecznej, o nobiles. I słusznie. Bo jeżeli król wskutek swej zemsty był z kraju wyrzucony (ejectus), to musiały to być zapasy nie na żarty, strona przeciwna musiała być silną38, jeżeli wyszedł z walki pokonanym. A skoro tak, to owi christiani odpowiadają wspomnianym poniżej u Gallusa w rozdz. 29 „quidam aemuli," którzy to się obawiali zemsty Mieszka, młodego syna Bolesławowego39 —a więc oczywiście nie lud prosty, który tak śmierć jego opłakiwał.

Na mocy jednego tylko Gallusa niepodobna określić bliżej ich winy; w każdym razie musiała być niemała (peccatum quodlibet... jakąbądź winę), i, co już a priori możemy przypuszczać, skierowana była zapewne przeciw władzy królewskiej, „regiam in rege persequi maiestatem," możnaby powiedzieć z Kadłubkiem. Stefczyk nie waha się nawet wyrazy: traditor i traditio, które Gallus do biskupa tylko stosuje, rozciągnąć na wszystkich owych ukaranych chrześcijan, ich występek wprost mieniąc zdradą40. Tym sposobem ramy zagadkowej owej traditio, zdrady, znacznieby się rozszerzyły; mielibyśmy do czynienia już nie z jednym traditorem, lecz z całym ich zastępem.

Zachodzi jednak pytanie, dlaczego wina chrześcijan nazwana jest tylko peccatum, grzechem, podczas gdy kronikarz aż dwa razy łączy traditor i pro traditione z mianem biskupa? Wynika to zresztą ze stanowiska, jakie zajął Gallus. Potępiwszy już raz Bolesława (non debuit...) i zganiwszy go zaraz powtórnie (sic se turpiter vindicantem), dla równowagi, dla zachowania swej neutralności, czuł się w obowiązku zaznaczyć, że i biskupa nie broni (non excusamus...) i w ślad zatem dodaje krótko traditorem, a więc wyłuszcza powód, dla czego nie broni, jak gdyby chciał uspokoić swoje własne sumienie, że ma słuszność. Tak samo wyżej wyrazy pro traditione mają łagodzić zdanie peccatum peccato adhibuit, które mu się z pod pióra wymknęło, a to z obawy, aby nie osądzić króla zbyt surowo i tem się nie narazić u dworu. Charakterystycznem jest jednak, na co nikt dotychczas nie zwrócił uwagi, że mówiąc wyżej o chrześcijanach, stanowczo oświadcza się przeciw królowi, biorąc ich stronę (non debuit... peccatum quodlibet).

Dzięki cennej rozprawie Dr. Gumplowicza możemy tu jeszcze jedną zrobić uwagę. Widzieliśmy już, że głównym celem Gallusa przy pisaniu kroniki była chęć zostania biskupem kruszwickim. Otóż Kruszwica była centrem opozycyi przeciw Bolesławowi III, tak iż zachodziła nawet obawa, że miasto to odpadnie do jednego z pogranicznych pomorskich albo pruskich książąt. Władysław Herman spalił ją jako stolicę Zbigniewa, zawsze mu wierną, a Krzywousty zaznaczył gniew swój przez konfiskaty majętności tamtejszych panów; bardzo więc na tem zależało, aby tron biskupi posiadł tam człowiek zręczny, w zupełności dworowi oddany41. Kto wie, czy Gallus, który o to jak mógł pretendował, aby infułę kujawską na głowę sobie włożyć, pisząc o katastrofie na Skałce, nie chciał skorzystać ze zdarzonej okazyi, aby swoje uczucia wierności wyrazić, zaznaczyć, jako nie pochwala walki biskupa ze świeckim władcą, że postępku nawet św. Stanisława uniewinniać nie myśli. Czy nie dlatego wspomina i o traditorze i o jego traditio tak wyraźnie, aby przez to dać do zrozumienia, że onby takim nie był? — Tak czy owak, fakt zabójstwa św. Stanisława musiał zaostrzyć jeszcze stosunki i ostatecznie zdecydował o losie króla Bolesława Śmiałego, który zmuszony był skutkiem tego kraj opuścić.

Jeszcze jedna uwaga. Nie trzeba być zbyt przenikliwym, aby w notatce Gallusowej dopatrzyć się pewnego następstwa faktów. Nie ulega wątpliwości, że zemsta króla na chrześcijanach poprzedziła zabójstwo biskupa (grzech przydał do grzechu). Nie wiadomo, jakiby też ona obrót wzięła, gdyby nie fatalne porwanie się i na biskupa, który w oczach króla coś mu przewinił (traditio). To, jak wiadomo, zmusiło króla do ustąpienia z kraju. Odróżniamy więc w całym tym dramacie trzy momenty: 1) grzech chrześcijan i zemstę królewską (peccatum i vindicatio), 2) wystąpienie biskupa i tegoż śmierć (traditio i truncatio membrorum), 3) wypędzenie króla (ejectio).


Z oddali ośmiu wieków, na ciemnem i burzliwem tle ówczesnych wypadków, katastrofa na Skałce ostremi zarysowuje się konturami. Zda się, że ta krwawa scena wyłącza się, wyróżnia, występuje z ram tego strasznego obrazu, który ze starości już zbutwiał, zczerniał, pozmieniał barwy; przeróżne epizody pozlewały się w jedno, pomieszały, posplatały, tak że dziś rozróżnić ich niepodobna, zrozumieć, osądzić. Tylko to jedno męczeństwo świętego straszliwie się odbija, krwawemi pisze się zgłoskami. To jedno wiemy; okoliczności, powody głęboka pokrywa tajemnica, zaledwo się ich domyślać zdołamy.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że męczeństwo św. Stanisława nie było dziełem przypadku, smutnym wynikiem jakiegoś chwilowego obłędu ze strony króla. Przeciwnie, musiało być ono wynikiem walki, która je nieomylnie poprzedzała, wyrazem starcia dwóch przeciwnych sobie sił, potęg i dążności. Na razie siła brutalna, którą w XIX w. lubią brać w obronę, tryumfowała, niebawem jednak hańba została jej słusznym udziałem.

Aby ten szkielet, tę skromną wiązankę suchych faktów, które nam kronikarz podaje, ubrać trochę w ciało, powołamy na pomoc odwieczną tradycyę, aby stąd jakiekolwiek możebne wysnuć wnioski. Zastrzegamy sobie tylko zawczasu lakonizm, bo im więcej słów, tem pewnie dalej od prawdy, gdy chodzi o tak trudne i zawiłe rzeczy. Zważymy więc naprzód:

Charakter Bolesława. Stefczyk, zastanawiając się nad tem, w czem Gallus mógł upatrywać głębszy niejako motyw katastrofy, jaka spotkała Bolesława Śmiałego, dochodzi do bardzo słusznego wniosku, że kronikarz widział go w „zgubnej dumie" (pestifera superbia, cap. 28), którą król się odznaczał. O tym dominującym rysie charakteru wspomina już kronikarz na samym początku opowiadania o Bolesławie, gdy mówi: „nie dawał mu spokoju pewien nadmiar ambicyi czy próżności."42 Jak wnosić możemy z nielicznej ilości faktów, które nam o panowaniu tego króla przekazała historya, jego ambicya znalazła sobie wyraz w naśladowaniu wielkiego pradziada, Chrobrego. Jego imię nosił, jego obrał też sobie za ideał. Krocząc zaś tą drogą, dążył też i do nieograniczonego absolutyzmu wielkiego króla, „który rozporządzał życiem poddanych, a oporne, wyzute z władzy udzielnej książątka i ich potomków zwykł był karać natychmiastową śmiercią"43. Na ten charakter rządów królewskich kładziemy szczególny nacisk. Dzięki też temu polityka zewnętrzna króla była przeważnie zaborczą; wskutek nieustających wojen życie schodziło więcej w obozie, lub na obczyźnie, niż w domu.

Jeszcze o innym szczególe wspomina Gallus, mianowicie o niepomiernej hojności króla. Dla zaspokojenia tej swojej namiętności musiał oczywiście niemało potrzebować środków.

Charakter św. Stanisława. Ani Gallus ani Kadłubek nie odmalowali nam postaci świętego. Późniejszy od nich Żywotopisarz (Vita minor) przedstawia go jako męża sprawiedliwego, lecz zarazem surowego (vir sanctus et severus, cap. 9); miłosierny dla pokutujących, ostro karcił wykroczenia, nie bacząc na dostojeństwo osób, które je popełniały (erat in correctione severus — culpas enim delinquentium, cuiusque dignitatis essent vel auctoritatis, non dissimulabat, sed... arguebat, cap. 6). O dobro Kościoła był wielce troskliwy (commissam ecclesiam sollicite gubernabat, cap. 6)44.

Fakt zamordowania biskupa i poprzedzający go bezpośrednio wyklęcia króla stwierdzają, że święty musiał być rzeczywiście człowiekiem niezłomnego charakteru, i nie zważał na to, kim był ów, którego zgromić lub skarcić zamierzał. Już tradycya o sprawie wsi Piotrowin dowodzi, że król oddawna był w niezgodzie z biskupem, że stosunki między nimi były naprężone. Wyraźnie też o tem mówi Żywotopisarz45. Oczywiście biskup nie sprzyjał dążeniom, absolutnym zachciankom królewskim46. Kosa trafiła na kamień.

Charakter epoki czyli ogólne tło katastrofy. Pierwszy Roeppel wygłosił zdanie, że konflikt, w jaki wszedł król Bolesław ze św. Stanisławem, stoi w związku z owym ogólnym ruchem kościelnym, wywołanym za czasów Grzegorza VII papieża. Odtąd myśl ta zyskała u nas prawo obywatelstwa (Bielowski, Bobrzyński). Stefczyk zbyt sceptycznie na to zdanie się zapatruje, powtarzając za Giesebrechtem, że przeciwieństwo interesów, jakie się wówczas między papieztwem a cesarstwem wytworzyło, mało jeszcze przez ogół było rozumiane, i stosuje to zdanie do Polski47, chociaż i sam Roeppel już powątpiewał, czy te zachodnio-europejskie idee owładnęły głębiej całością narodu48. Chętnie się na to zgadzamy, ale nie uważamy za stosowne katastrofy na Skałce pozbawiać tego tła walk spółczesnych, tego ducha czasu, w którego świetle tak krwawo się zarysowuje. Być bardzo to może, że społeczeństwo ówczesne w Polsce nie doszło i nie pojmowało znaczenia walki, jaka wrzała na zachodzie między Grzegorzem VII i Henrykiem IV, — ale ono miało inny żal do króla, inne powody niechęci; niepodobna jednak przypuścić, aby król i biskup nie wiedzieli, nie interesowali się tem, co na zachodzie się działo.

Analogia wypadków tu uderzająca. 21 lutego 1076 r. papież Grzegorz VII rzuca klątwę na cesarza Henryka IV i zwalnia poddanych od przysięgi wierności. We trzy lata zaledwie później, biskup Stanisław wyklina u nas króla Bolesława, a i w tym też zapewne wypadku obowiązek wierności przestawał krępować poddanych. Dodajmy nawiasem, że sam fakt klątwy uważamy za niewątpliwy już na mocy relacyi samego tylko Kadłubka. Oczywiście nie zaczerpnął on go z Justyna, ani przerobił z Gallusa, co jego opowieści zarzuca pan Skorski, — ale ze swego stanowiska, jako biskup krakowski, doskonale mógł wiedzieć z tradycyi o zdarzeniu tak wielkiego znaczenia. Jego krótkich, ale tak stanowczych wyrazów: „tandem anathematis gladium intentat" (cap. 20)49 — żadną miarą nie możemy uważać za zmyślone.

Pójdziemy dalej. Przechował się do naszych czasów wyraźny ślad stosunków Bolesława Śmiałego z Grzegorzem VII. Jest to list papieża do króla z datą 20 kwietnia 1075 r.50, w którym pierwszy zapowiada przybycie swoich legatów do Polski dla urządzenia i uporządkowania spraw kościelnych. Jest tu mowa o biskupach, że są wbrew ustawom kanonicznym zbyt swobodni i niezawiśli (scito od Rzymu), że nie mają stałej metropolii i nadzoru nad sobą, wreszcie, że liczba ich jest za mała. Czy legaci papiezcy zjeżdżali do Polski niewiadomo, charakterystycznem jest jednak to, że, jak widać z listu, inicyatywa w sprawie unormowania stosunków kościelnych wyszła od króla. Więc bardzo być może, że on to miał pretensyę kościół w Polsce urządzać.

Bobrzyńskiemu wiadomo, a zdanie to podobno podziela i Stefczyk51, że „jeszcze od Mieczysława I Kościół katolicki w Polce, wprowadzony przez panującego przymusem, był instytucyą polityczną i królom we wszystkiem, jak na wschodzie, podlegał"52. Nie wiemy na jakiej to powiedziano zasadzie, to pewna, było tak czy inaczej, że ambitny Bolesław i sam przez się nie znosił obok siebie niezależnej władzy, a nietylko niezależnej, ale owszem, jak biskup Stanisław, chcącej mu imponować, i mógł się domagać, aby mu episkopat podlegał. Do tego miał z jednej strony przykład krnąbrnego Henryka IV, z drugiej mógł się tu odbić wpływ ciągłych stosunków z Rusią.

Wpływ Rusi. Bardzo słusznie już Bobrzyński mówi o nim, zdaje nam się jednak, że był on nierównie znaczniejszy, niżeli ogólnie przypuszczano. Znaczna część panowania Bolesławowego zeszła na Rusi, wciąż się król mieszał do sporów tamecznych kniaziów i widocznie lubił w Kijowie przebywać. Oczywiście dobrze się przypatrzył tamtejszym stosunkom, widział, że władza duchowna była tam zależną od świeckiej. Dodajmy, że jako wnuk Włodzimierza Wielkiego przez matkę Dobrogniewę, mógł już wzrastać w pojęciach o nieograniczonej autokracyi monarchów, mógł te tradycye niejako z mlekiem wyssać. „Miałże Bolesław Śmiały zerwać z tradycyą przekazaną mu przez przodków i władzę swoją, jak mniemał, osłabić?" — pyta nie bez słuszności Bobrzyński, i niżej dodaje, że nieuniknioną była walka „pomiędzy królem i biskupami polskimi, dążącymi do samoistności, jaką na zachodzie zdobyli"53. —

Jednocześnie z nim (1079) Wratysław czeski, szwagier jego, pragnął podnieść obrządek i liturgię słowiańską i uzyskać dla nich sankcyę papieża, co mu się jednak nie udało54. Może i Bolesław nosił się z tą myślą? Zagadkowo brzmi wzmianka jednego z późniejszych źródeł, której sprawdzić niestety nie jesteśmy w stanie, wzmianka, uczyniona z powodu cudu wskrzeszenia Piotra: confirmavit ea res Polonorum animos in fide, nomenque gentis illustravit...55.

Interesa króla przeciwne interesom narodu. Mówiąc o wojnach Bolesława Chrobrego, powiada Stefczyk, że miały one charakter zdobywczy, co rozumie w ten sposób, że „nietylko nie pociągały za sobą kosztów, ale były korzystne, bogaciły kraj własny ze szkodą najechanego, z którego uwożono bydło, ludzi i skarby"56. Potwierdza to Stefczyk licznemi cytatami z Gallusa, mającemi dowodzić, że Polska była wówczas wskutek tego bogatą, i że z tego powodu nie obciążał król ludu podatkami. Powiedzmy nawiasem, że Stefczyk przedstawia to w ten sposób, iż mimowoli przychodzą na myśl łupiezkie napady dzikich pomorzan, prusaków lub Jaćwieży. Ale Chrobry, będąc genialnym wojownikiem i politykiem, był niewątpliwie takimże i administratorem, a więc nic dziwnego, że położenie materyalne kraju musiało być bardzo dobre, zważywszy, że i zasobny Mieszko I musiał synowi jakiś skarbiec przekazać, i że oczywiście jego zwycięzkie pochody musiały być w każdym razie korzystne.

Błąd Stefczyka polega na tem, że stosunki z czasów Chrobrego żywcem przenosi na Bolesława II, którego wyprawom chce też nadać ów łupieżczy czyli korzystny (niewiem za to czy zbyt zaszczytny) charakter. Tu jednak Gallus odmawia mu swojej powagi, bo jakkolwiek o złocie z pewnem upodobaniem i oczywistą przesadą lubi wspominać, mówiąc jednak o Śmiałym, cytuje tylko przykłady jego szczodrobliwości, lub raczej rozrzutności, a tymczasem o bogactwach i skarbach królewskich jakoś uporczywie milczy. Snać ich nie było. Kaźmierz Odnowiciel, zaledwo odzyskawszy tron po tylu burzach, niewiele zapewne mógł synowi przekazać, a Bolesław, wśród ciągłych bojów, ciągle po za domem, nie wiele się, jako rozrzutnik, o dobrobyt kraju troskał. Zaiste w Krakowie musiał nieraz uczuwać brak złota szczodry król, jeżeli kniazia Izasława, który przybył do niego prosić o pomoc, przedewszystkiem uważał za stosowne ze skarbów ograbić, i to gościa—tak hojny gospodarz i orędownik. To jakoś już zupełnie brzydko wygląda, gorzej pono niż u dzikiej Jaćwieży. Łup ten musiał być nielada, skoro sprawa aż o papieża się oparła, który każe zwrócić pokrzywdzonemu nieprawnie zabrane bogactwa. Fakt ten cytuje Stefczyk aż dwa razy57. I nic nie wspomina Gallus, o czem znowu nic Stefczyk, że Śmiały był „dla niższych i małych (a nawet patetycznie „maluczkich"), pan hojny i łaskawy58. Przeciwnie, wyjątkowo tylko mówi kronikarz o dobroci Chrobrego, bynajmniej nie o Bolesławie II,—owszem, wygląda, jak gdyby akcentował to postępowanie pierwszego odmienne od postępowania innych władców: „non ut dominus in angariam coercebat, sed ut pius pater" nie jako pan obciążał poddanych, ale jako ojciec,—a więc inni domini, inni panowie, inaczej sobie poczynali z ludem, któremu przewodzili, a do ich liczby niezawodnie należy i Bolesław Śmiały. Niewątpliwie zwracał się on do poddanych z ciągłemi potrzebami i to zwracał się po swojemu, gwałtownie, bez wyrozumienia. Żywotopisarz żałośnie się skarży na ciężkie brzemię podatków: „execrabile genus rapinae, prata et annonas hominum depascere, quod ipse (rex) et complices ejus dicebant esse ius terre commune"59. Ostatnie wyrazy wskazują, być może, na jakąś walkę starodawnych słowiańskich urządzeń z nowym porządkiem rzeczy.

A nietylko brzemię podatków, ale i ciągłe wojenne wyprawy Bolesława musiały ciążyć ówczesnemu, iście słowiańskiemu społeczeństwu: nie widziało ono ich potrzeby, nie odczuwało znaczenia. Jeżeli uprzytomnimy sobie znaną opowieść mistrza Wincentego, to pozostawiwszy na boku motywy, jakie podaje, sam fakt opuszczenia Śmiałego przez rycerstwo w Kijowie wydaje się nam wielce prawdopodobnym. Stąd zobopólne rozgoryczenie poddanych do króla, króla do poddanych.

Wzrastające znaczenie możnowładztwa. Monarchia Bolesława Chrobrego, utrzymywana siłą geniuszu swego założyciela, zaraz po jego zgonie, musiała nietylko wytrzymywać zapasy z zewnętrznymi wrogami, ale i z wewnętrznymi elementami rozkładu. To pewna, że możnowładztwo, jakiekolwiek byłoby jego pochodzenie, już za Mieszka II podniosło głowę. Utwierdza nas w tem przekonaniu zjawienie się takiej jednostki jak Masław. Co do osobistości tego ostatniego chętnie się zgadzamy ze Stefczykiem60, że nie pochodził „de sordido famulorum genere," czyli z nizkiego stanu, jak pisze mistrz Wincenty, ale przeciwnie należeć musiał do najwyższej warstwy społecznej. Z drugiej strony, wkrótce po wypędzeniu z kraju Bolesława Śmiałego występują takie jednostki jak Sieciech, a zaraz potem Piotr Włast, Skarbimirz i inni. Wnosić więc możemy, że i za jego panowania istniało w kraju możnowładztwo, które mogło coś zyskać nawet na powadze i znaczeniu, korzystając z trudnego położenia, w jakiem się znajdował po powrocie do kraju Kazimierz Odnowiciel. W każdym razie miało ono dosyć siły, aby wytrzymać walkę z dążącym do absolutyzmu królem i ostatecznie usunąć go z kraju. „Było zaprzysiężone złożenie króla," (coniuratum est excidium regis), mówi Kadłubek, i wykonane. Bolesław, według niegoż, nie miał nawet siły, aby otwarcie karać swych wrogów, uciekając się do forteli i zasadzek61.

Niemożemy się jednak zgodzić ze Stefczykiem, że możnowładzcy dążyli do ograniczenia absolutnego monarchy," że chodziło im o to, aby sobie obok niego wywalczyć wpływ pewien i uprzywilejowany udział w rządach62. Przypisywać takie zachcianki, jest-to wprost modernizować historyę, przenosić w zamierzchłą przeszłość dążenia nowoczesne. W tej opozycyi możnowładztwa absolutyzmowi Bolesława Śmiałego widzimy tylko objaw działania tej siły odśrodkowej, przeciwnej wszelkiej centralizacyi, jaką się zawsze odznaczali wszyscy słowianie, a zatem jako objaw słowiańskiego ducha, dążenie wprost do większej indywidualności jednostek, pojmowane jako zwolnienie się od niesienia ciężarów publicznych i t. p.

Moralne względy, które spowodowały wystąpienie biskupa. Ani na chwilę nie wątpimy, że główną sprężyną działania świętego męża były względy religijno-moralne. Że kładziemy je na ostatniem miejscu, to czynimy to dlatego, że tu już źródła zupełnie odmawiają nam pomocy, a pozostaje tylko tradycya bardzo późna, bo sformułowana ostatecznie przez Długosza. Wobec tego sąd ściśle historyczny jest tu niemożliwym, a pozostaje tylko więcej niż pod innym względem pole do domysłów, prawdopodobnych przypuszczeń.

Opowiada Dytmar, że Bolesław Chrobry, opiekując się młodziutkim Kościołem w Polsce, ostro karcił wykroczenia przeciwko wierności małżeńskiej i wogóle przeciw cnocie czystości. Nie zaniedbał on nawet wyszczególnić tych surowych czy nawet okrutnych środków. Prawda to czy nie, niewiadomo, napewno jednak możemy twierdzić, że pod tym względem Bolesław Śmiały daleki był od naśladowania swego wielkiego przodka.

Głucho wspomina o postępowaniu szczodrego króla żywotopisarz: „cujus vita enormis erat"63, to jest, że życie jego było niemoralne, nieobyczajne, niewstrzemięźliwe, bijące w oczy. Zadziwiającem jest jednak, skąd Długosz, który tak nie lubił o rzeczach ujmujących czyjej sławie pisać i zawsze wolał, pominąć je milczeniem, tyle i tak dokładnych pozbierał o życiu Śmiałego gorszących szczegółów. Oczywiście, uważać ich za absolutną prawdę historyczną nie mamy prawa, notujemy tylko fakt, że tradycya taka istniała. Że Bolesław pędził życie niemoralne, łatwo to przypuścić możemy, gdy uprzytomnimy sobie półdziką jeszcze jego naturę, ciągłe życie w obozie i na obczyźnie. Biskup niemało musiał mieć do czynienia z tak młodziutkiem jeszcze społeczeństwem; jeżeli przypuścimy teraz, że król publicznie dawał zły przykład, to wszak biskup nie mógł tego tolerować. Żywotopisarz wyraźnie mówi, że często go upominał, aby się poprawił „ut se corrigeret frequenter admonebat." Dodajmy do tego zbytnią surowość króla w wymierzaniu kar, czyli wprost jego pastwienie się, okrucieństwo, o czem tak głośno świadczy Kadłubek, a co, jak widzieliśmy, i z Gallusa wywnioskować można (corporaliter vindicare); — obciążenie ludu daninami, i jak sądził, niesprawiedliwemi prawami, czyli, innemi słowy, jakiś nowy porządek rzeczy, nad czem tak ubolewa żywotopisarz, a nareszcie zaatakowany może Kościół i jego przywileje — oto mogły być te moralne względy, które wywołały interwencyę biskupa, mogły być tą bezpośrednią przyczyną, tem łuczywem, od którego płomieniem zaczęły gorzeć dawniej już przygotowane palne materyały.

Obaczmyż tedy, jak w świetle tylko-co wyłuszczonych niektórych przyczyn katastrofy i okoliczności jej towarzyszących, wygląda ten zagadkowy wyraz traditor, którego Gallus używa, wspominając o świętym.

Piętą Achillesową wszystkich historyków, krytyków i obrońców św. Stanisława jest ten nieszczęsny wyraz „traditor." Przetłumaczywszy go: zdrajca, przeniewierca, buntownik, — a nie wiedząc coby-to była za zdrada, — dla objaśnienia tak zawiłej rzeczy jedni szukają jakowychś związków świętego z czechami (dobrze jeszcze że nie z niemcami), inni wciągają biskupa do spisku, uknutego jakoby przez panów przeciw królowi, inni wreszcie, mamy tu na myśli obrońców świętego, nazywają wprost podanie Gallusowe kłamliwem i bez ceremonii najniesłuszniej je odrzucają, dobrowolnie pozbawiając się tym sposobem najstarożytniejszego, aczkolwiek tak dorywczego, źródła. Wszyscy oni obracają się w błędnem kole prostej gry wyrazów, mitologii słów, jeśli tak można powiedzieć. I napróżno Lelewel tak sumiennie zestawia wszystkie miejsca, gdzie Gallus używa wyrazu traditor, aby dojść do wyniku, że biskup niewątpliwie przeniewierzył się Bolesławowi64, bo naprzód nie wiemy czem się przeniewierzył, a powtóre, nie wiemy, czy Gallus słusznie przeniewiercą go nazywa, — a więc brakuje nam corpus delicti do osądzenia biskupa. Lelewel, mógłby co najwyżej zrobić wniosek, że „niejaki Gallus zowie biskupa przeniewiercą," ale opierać swój sąd na powiedzeniu niewiadomego człowieka, jakim był dotychczas Gallus, i to o mężu tej miary co św. Stanisław, uważam za zbyt lekkomyślne, a przeto nienaukowe.

Jakkolwiek jednak Lelewel trzyma się czysto naukowej metody, której nic zarzucić nie można, to jednak robi wrażenie, jak gdyby sam przestraszył się rezultatu, do którego doszedł, dlatego omawia mniemany postępek biskupa, jak gdyby przykro mu było fatalnego użyć wyrazu, gdy mówi: nie ulega wątpliwości, biskup przeniewierzał się Bolesławowi, był mu niechętny, knował przeciw niemu, wypędzić, jeżeli nie zgubić zamierzał." Czuł Lelewel instynktownie, że jakoś to sprawa niejasna, że sam do mylnego doszedł wniosku, dlatego też nie pisze wyraźnie, że biskup był zdrajcą, nie wspomina naturalnie o czechach, — przeciwnie, trochę dalej nazywa go tylko winowajcą, i to tłumacząc Gallusowe słowa. Mimochodem powiedzmy tutaj, że rozprawa jego „Bolesława Śmiałego upadek," choć przed pół wiekiem zgórą pisana, pod względem czysto naukowej metody i Tacytowego sine ira et studio, dotychczas prym trzyma.

Innym już tonem, choć z mniejszym zasobem wiedzy przemawiają następcy wielkiego historyka w omawianej kwestyi, jego mali epigonowie, że wspomnimy tu tylko Stefczyka.

Powtarzając wywody Lelewela, w pogoni niby za bezstronnością historyczną, autor dodaje: „wynika z tego zestawienia, iż zarówno może być tutaj mowa o zdradzie, przez same wewnętrzne żywioły popełnionej, jak i o zdradzie w związku z zewnętrznym nieprzyjacielem, skoro w takim także sensie używa Gallus wyrazu traditio, kiedy naprzykład opowiada...."65 o wzięciu przez pomorzan grodu Ujście. Dodaje to Stefczyk dlatego, że mu chodziła po głowie wizya małego Kosmasa, znanego późniejszego kronikarza czeskiego, o której mowa będzie niżej, a z której-to zwyczajnej sobie bajeczki myślał autor ogromne porobić wnioski. Nam się zdaje, że tutaj ani o jednej ani o drugiej zdradzie mowy być nie może.

Tym sposobem pan Stefczyk łączy w swej osobie obydwie odrębne grupy przeciwników św. męczennika, które zaznaczyliśmy na samym początku niniejszej rozprawki, z których jedna czyni św. Stanisława zdrajcą gwoli czechów (Czacki, Bielowski), a druga—wewnętrznym spiskowcem i konspiratorem (Lelewel i Maciejowski),—a wszystko to w imię krytyki i bezstronności historycznej. Wprawdzie Stefczyk dodaje na końcu66, że zdrada i związki z czechami nie były naturalnie tak karygodnym i hańbiącym występkiem, za jaki tego rodzaju krok uchodzićby musiał w świetle naszych, dzisiejszych pojęć. Magnaci uważali to za jedyny sposób wyswobodzenia się z pod gniotącego ich absolutyzmu króla, a o zarzucie zdrady narodowej mowy być nie może bez dopuszczenia się rażącego anachronizmu. W każdym razie jednak związki jakoweś z narodem i królem sąsiednim jakoś nieładnie i zawsze krzywdząco wyglądać muszą, choćbyśmy niewiem jak postępek podobny ocukrowali, w bawełnę lub jedwab owinęli.

Co do znaczenia wyrazu traditor zauważymy naprzód, że nie ma żadnej potrzeby mniemać, jakoby tu była mowa o związkach z nieprzyjacielem zewnętrznym. Sam Stefczyk podobno na to się zgadza67, że zaś Gallus gdzieś w tem znaczeniu wyrazu tego użył, nie wynika z tego bynajmniej, aby i w tym razie chciał to samo dać do zrozumienia. Nie wiem, czy gdziekolwiek w całej literaturze łacińsko-polskiej wieków średnich kronikarz jaki z większą nienawiścią i z większym naciskiem mówił o zdradzie, niż kronika Wielkopolska o Świętopełku Pomorskim, nazywając go wciąż i po wiele razy „proditor nequissimus"68, najpodlejszym zdrajcą, choć występek ten miał w tym razie, że się tak wyrazimy, charakter wewnętrzny, zdrada była popełniona przez lennego księcia Światopełka bez żadnego współudziału nieprzyjaciół zewnętrznych.

Uważamy dalej razem z ks. Kalinką, że wyraz traditor, traditio, nie koniecznie jeszcze oznacza zdradę, tak jak my ją rozumiemy; traditorem był każdy, kto się absolutnej władzy monarszej sprzeciwiał. A że się św. Stanisław Bolesławowi i władzy jego sprzeciwił, to jest fakt niezaprzeczony.

Widzieliśmy już, że Gallus dlatego postępowanie biskupa nazwał traditio, że zganiwszy tak ostro Bolesława Śmiałego, czuł się też w obowiązku gwoli Krzywoustemu cośkolwiek i na usprawiedliwienie występnego stryja jego powiedzieć; dalej chciał zamanifestować swoją lojalność, swe przywiązanie do tronu wobec swych aspiracyi do tak ważnej dla króla stolicy biskupiej w Kruszwicy. Dodajmy do tego, że, jak obecnie dowodzą, biskupów mianował podówczas król69; tem łatwiej więc w ustach zasługującego się dworowi karyerowicza, jakim był Gallus, nieuległy królowi, i owszem, nieugięty św. biskup Stanisław mógł się stać traditorem, jak go też właśnie nazwał.

Błąd Lelewela polega na tem, że zastanawiając się nad zapytaniem, co może znaczyć wyraz traditio, pominął inną arcyważną okoliczność70 jak Gallus ów fatalny wyraz rozumiał, jak go rozumieli jego współcześni. Pomni tedy na wezwanie poety: mierz siły na zamiary... postarajmy się cośkolwiek sprawę tę wyświetlić. Za przewodnika w tak zawiłej kwestyi weźmiemy tu mistrza Wincentego; naturalnie, nie może tu mieć żadnego znaczenia zarzut co do wiarogodności jego relacyi o śmierci świętego męża, ponieważ chodzi nam w tej chwili nie o rzecz samą, ale o język, o współczesny sposób wyrażania się. Otóż w liczbie oszczerstw, jakie Kadłubek wkłada w usta Bolesławowi na św. Stanisława, znajdujemy wyrażenie: „illum (to jest święty) proditionis originem, totius mali radicem"71, to jest, że król miał jakoby zmyślać, że nie kto inny, lecz biskup był źródłem całej proditio, początkiem, poradą, jak tłumaczy Lelewel, wszystkiego złego. A więc król najniesłuszniej, zdaniem Wincentego, zarzuca świętemu proditio; takąż samą myśl zawiera Gallus (proditio=traditio).

Jak widać, opinja taka jeszcze może za czasów Kadłubka kołatała się między stronnikami króla, a jeżeli tak, to widać jak dwa razy dwa cztery, że Gallus był jej wyrazem, był odbiciem współczesnej opinii, panującej u dworu.

Cóż bowiem znaczy u Wincentego ten wyraz proditio, co to za zło być mogło, którego początkiem w rozumowaniu królewskiem miał być św. Stanisław? Nie trzeba być zbyt przenikliwym, aby zrozumieć, że chodzi tu o usunięcie króla z kraju, i to jest owa proditio ze strony poddanych, owo zło, na które się król jakoby tak bardzo uskarżał. Wynika to z całej opowieści Kadłubka. Dowiadujemy się więc od niego, że król wyjechał z kraju wskutek proditio, że pod tym wyrazem rozumieć należy akcyę, zapewne zbrojną, poddanych w celu usunięcia króla gdzieś za granicę państwa. —Jeżeli teraz przyjrzymy się uważnie notatce Gallusowej, to znajdziemy najzupełniejszą z tem tłómaczeniem zgodność; wyrazy „sit eiectus," że król był wyrzucony, nieodzownie muszą stać w najściślejszym związku z wyrazami traditor i traditio. A jeżeli tak, to traditio czyli ejectio regis, miało za cel wyrzucenie króla z Polski, oznacza więc wspólną akcyę obywateli, a może jakieś ich sprzysiężenie czy też związek w tym celu zawarty.

Stanowczo więc nie jest to zdrada, jak dotychczas dosłownie traditio tłumaczono; Gallus rozumie pod tym wyrazem raczej wojnę domową, rokosz, mający za zadanie złożenie króla z tronu. Był to swego rodzaju kaptur dla osłony obywateli kraju od ucisku tyranii królewskiej. Być może, iż biskup Stanisław wybitną i pierwszorzędną odegrał w tem rolę, być może, że uważany był nawet za moralnego przywódcę opozycyi przeciw królowi, który go kiedyś biskupem mianował. Nic więc dziwnego, że król nazywał go proditorem, a za nim partya dworska, a za nią Gallus. Ale my, powtarzam, nie jesteśmy Gallusami. Musimy atoli, poruszając zawiłe te kwestye, trzymać się oburącz dorywczej jego notatki, a że tam wyraźnie napisano eiectus, znak to nieomylny, że mamy tu do czynienia nie ze zwyczajną zdradą, ale z jawną rewolucyą, z powstaniem przeciw królowi, z wojną domową, wskutek której król został z kraju usunięty.

Tekst Gallusa daje nam możność bliżej jeszcze rozpoznać naturę tego ruchu narodowego, a przynajmniej jego początek. Gdyby kronikarz pilnował klasztornej celi i, pisząc swoje dzieło, nie powodował się tylu względami, zamiast krótkiej wzmianki, która takiego klina historykom zabiła, napisałby cały rozdział. Traktowałby on nie o męczeństwie świętego, które z pewnością przeszedłby milczeniem, gdyby ono nie stało w ścisłym związku z wyrzuceniem Bolesława, ale właśnie o tym fakcie utraty tronu przez króla. A więc rozdział nosiłby zapewne tytuł np.: de eiectione Baleslai,—niestety, mamy tylko wzmiankę, poczynającą się jednak od słów: qualiter autem rex Boleslavus de Polonia sit eiectus... Chodzi nam o to, że treścią Gallusowej notatki nie jest śmierć św. Stanisława, ale usunięcie króla z Polski. Gallus dla tysiąca przyczyn nie uważa za stosowne o tem opowiadać, nad tem się rozwodzić, woli pominąć to milczeniem, decyduje się jednak zrobić uwagę (hoc dicere licet), że nie powinien był król jakiegokolwiek grzechu tak okrótnie karać (non debuit—corporaliter vindicare). Występuje więc w przedstawieniu Gallusa na pierwszy plan nie ów nieznany nam grzech chrześcjan, ale przeciwnie, nieumiarkowana pomsta zań króla. A więc początek owej traditio, primum movens całej akcyi przeciw władzy królewskiej widocznie tkwi nie w peccatum christianorum, ale w vindicatio regis. Zemsta to dopiero królewska musiała wywołać tę opozycyę, tę straszną, a brzemienną w skutki walkę, w której padł biskup, a uciekać król się widział zmuszonym. A więc znowu myli się pan Stefczyk, gdy, jak już widzieliśmy, rzekomą zdradę św. Stanisława rozciąga i na grzech chrześcijan, błądzi, gdy pisze „co to był za występek (peccatum christianorum) objaśnia kronika, mieniąc go zdradą..."72 Wcale tak nie jest, wyrazy traditio pontificis nic nie objaśniają i nic nie mówią. Owo pierwotne peccatum i nadal pozostaje dla nas tajemnicą; bardzo być może, iż mowa tu o dezercyi rycerstwa z Kijowa, o opuszczeniu tam króla, o czem donosi nam Kadłubek; najprawdopodobniej tak było. W każdym razie jednak nie ulega wątpliwości, że zemsta króla za jakiś nieznany nam występek jego poddanych wywołała reakcyę, której król nie przewidział, i przeszła w otwartą wojnę domową. Następuje interwencya biskupa i wygnanie z kraju Bolesława.

Atoli mistrz Wincenty w szeregu oszczerstw miotanych jakoby przez króla na św. Stanisława pomieszcza zarzut, że biskup był początkiem całej zdrady, wszystkiego złego, jakie się stało, źródłem (illum... proditionis originem, totius mali radicem). I tu widzimy zupełną zgodność z Gallusem, upatrujemy ją zaś w słowach: illud enim multum sibi nocuit, co znaczy—tem (t. j. zamordowaniem biskupa) król wielce sobie zaszkodził. To faktycznie najsłuszniejsza uwaga Gallusa. I zarzut, który wkłada mistrz Wincenty w usta Bolesława, uznajemy za psychologicznie wierny, bo król dobrze to czuł, że bezpośrednim powodem jego ustąpienia z kraju, było męczeństwo św. Stanisława. Jakkolwiek widzieliśmy wyżej, że źródła owej traditio należy szukać w reakcyi, w porozumieniu się wzajemnem krzywdzonych obywateli celem wspólnej obrony, a zatem w ich instynkcie samozachowawczym, że tak powiem,—to przecież niewiadomo jeszcze, jakiby te zapasy miały koniec; być bardzo może, iż król wziąłby ostatecznie górę i monarchję swoją na despotycznych ugruntował podstawach, gdyby nie ohydna zbrodnia, której na osobie świętego się dopuścił. Zabójstwem bardziej jeszcze uzbroił przeciw sobie wszystkich, nierozważnie dolał oliwy do ognia. Po śmierci biskupa opozycya się wzmogła, walka wewnętrzna coraz groźniejsze przybierać musiała rozmiary,—król po długim oporze wynosić się musiał z kraju. Poczucie tych fatalnych skutków, jakie pociągnęła za sobą katastrofa na Skałce, ciężkiem brzemieniem gniotło serce królewskie, było źródłem tej nienawiści, jaką on sam i niemi jego zwolennicy otaczali pamięć świętego, czego dowód mamy u Kadłubka. Krzyczano głośno, aby przekrzyczeć jeszcze głośniej odzywające się wewnątrz sumienie, oskarżano biskupa, żeby uspokoić robaka, który tak boleśnie je toczył, usiłowano wmówić w siebie i w innych, że wszak biskup był winien, bo śmiał przeciw władzy monarszej wystąpić, a król był tylko mścicielem wyrządzonej sobie krzywdy.73 Krzyczano tak, ale nie wierzono sobie: Król umarł gdzieś w klasztorze wśród śnieżnych gór dalekiej krainy74, szukając spokoiu, zapewne jako pokutnik, a nawet dworak Gallus—i ten ostro go osądził. To właśnie uznanie wielkiej siły moralnej, której król zmuszony był uledz, było może powodem, dlaczego rokosz jego poddanych skupił się, i że tak powiem, skrystalizował około postaci świętego męża.

Zachodzi teraz pytanie, jaki brał udział w owej traditio św. Stanisław, dlaczego właściwie Gallus nazwał go traditorem? Biskup nie mógł króla z kraju wyrzucić, ponieważ król po śmierci biskupa jeszcze czas jakiś się trzymał. Ale rozpoczynały się zapasy poddanych z królem wskutek, jak widzieliśmy, nieumiarkowanej jego pomsty, wskutek jakiegoś szeregu prześladowań, jakich się należy domyślać,—wówczas—to biskup wystąpił przeciw królowi. Jako pasterz dobry, wziął w obronę uciśnione owieczki swoje „stat pro plebis iniuria," jak mówi o nim pieśń kościelna. W tem tkwiła wina św. Stanisława. Bardzo być może, iż raz wystąpiwszy do walki, stał się temsamem moralnym przywódcą opozycyi przeciw królowi, jak już wyżej zauważyliśmy; ale środków działania świętego w tej zawierusze bliżej określić niema możności;—tu kończy się historya.

Oczywiście, że biskup tej miary co św. Stanisław, musiał się przedewszystkiem jąć broni duchownej. Widać z kroniki mistrza Wincentego75, a żywoto-pisarz najwyraźniej o tem mówi76, że biskup upominał króla częstokroć, a gdy to nie pomagało uroczyście wyklął Bolesława. Jakkolwiek o klątwie rzuconej dowiadujemy się dopiero z Kadłubka, jak mieliśmy już sposobność zauważyć, to jednak fakt ten nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie lekceważmy tego aktu wyklęcia. Z oddali ośmiu wieków nie wydaje się klątwa dziś tem, czem była podówczas,—była ona niejako uroczystą detronizacyą króla, uwolnieniem poddanych od posłuszeństwa. Zastanówmy się nad tem. Św. Stanisław, którego król ongi mianował biskupem, z wysokości swego stanowiska publicznie go wyklina, i to w chwili, kiedy Bolesław i tak już miał wielu opornych; tem samem legalizuje ich rokosz, wzmacnia szeregi, wielu innym może daje tem samem zachętę do wystąpienia przeciwko swemu monarsze. Zdaje się nam wielce prawdopodobnem, że ten jeden fakt rzuconej klątwy wystarczyłby już takiemu karjerowiczowi, jakim był Gallus, do nazwania postępowania biskupa względem króla traditio, zdradą. Wszak bardzo chodziło kronikarzowi o to, aby zjednać sobie zaufanie Krzywoustego, aby zamanifestować swem dziełem przywiązanie, jakie żywił do tronu. Trzy lata przed katastrofą na Skałce—na odgłos strasznej klątwy Grzegorza VII, cesarz Henryk spostrzega, jak grunt z pod nóg mu się usuwa, i widzi wznoszącego się nowego cesarza w osobie Rudolfa Szwabskiego. To nie były przelewki; w ubraniu pielgrzyma, sam jeden, wśród ciężkiej zimy, Henryk przebywa Alpy i trzy dni z pokorą czeka u wrót Kanossy, aby przebłagać zagniewanego papieża. Nasz Bolesław dał wodze gniewowi i pół dzikiej77 swojej naturze; ta go właśnie zgubiła.

Tyle da się powiedzieć o znaczeniu biskupiej traditio. Wypada nam tu zaznaczyć, że podobne niesłuszne zarzuty, jak naszemu św. Stanisławowi, czyniono w zachodniej Europie i innym świętym za to, że, broniąc praw i swobód kościelnych, sprzeciwiali się naruszającym je monarchom. Tak np. dwadzieścia lat zaledwo później w Anglii św. Anzelm, arcybiskup kantuaryjski (od r. 1052), wytrzymywać musiał ciężką walkę z królem Wilhelmem Rudym, przyczem nie szczędzono mu obelg i potwarzy. Jeden z następców Azelma, św. Tomasz Becket, w sto lat blizko później (r. 1171), padł u stóp ołtarza jako ofiara króla Henryka II, z którego zachciankami też walczyć musiał. I jego też partya dworska nie wahała się nazywać, zapełnie jak św. Stanisława, proditor i reus periurii, co znaczy: zdrajca, winien zdrady, a w parę lat potem cała Anglia z królem na czele u grobu świętego czyniła publicznie pokutę. Złość ludzka czasami nie ma granic. Jak świadczy Dzieduszycki78, znaleźli się i w Czechach tacy patryoci, którzy narodowego patrona św. Jana Nepomucena chcieli też koniecznie zdrajcą uczynić.

Jeżeliby teraz chodziło o przetłumaczenie możliwie literalne notatki Gallusowej, a właściwie wyrazów traditor i traditio, to myślę, że najstosowniej byłoby, opierając się na powadze Lelewela, traditor tłumaczyć wprost winowajca, traditio — poprostu wystąpienie (t. j. biskupa przeciw królowi).

Jeszcze słów parę. Bielowski podnosi tę okoliczność,79 o której w rozdziale XXIX-tym Gallus mówi, że królowi krzywda się stała „iniuria." Uwaga ta nic do rzeczy przydać nie może, bo naprzód iniuria znaczy właściwie nie krzywda, ale bezprawie. Mowa tu o tem, że król był przez swych poddanych z kraju wyrzucony,80 co ze stanowiska Gallusa mogło w samej rzeczy na bezprawie zakrawać, tak samo jak z drugiej strony, bezprawiem było ze strony króla rozsiekanie biskupa, bo gdyby nawet był winien biskup, to sprawiedliwości żaden król nie wymierza w podobny sposób. Chyba sam tylko taki pastor Angerstein mógłby to za słuszne uważać.

Reasumując co powiedziano wyżej, dochodzimy do następujących wyników:

  1. Gallus, gdy wspomina o św. Stanisławie, jest wyrazem opinii panującej u dworu; jako karjerowicz pragnie zaznaczyć wobec Krzywoustego swoją lojalność, mimo to ostro sądzi króla Bolesława II.

  2. Pod wyrazem traditio, którego używa, mówiąc o świętym, rozumie Gallus wojnę domową, rokosz poddanych, akcyę obywateli skierowaną przeciwko królowi, mającą na celu wyrzucenie go z kraju, a więc pozbawienie tronu.

  3. W całej tej akcyi św. Stanisław poczesne zajmuje miejsce, wybitną gra rolę w opozycyi przeciw królowi, dlatego kronikarz nazwał go traditorem.

  4. Źródła owej traditio szukać należy nie w zagadkowym jakimś grzechu (peccatum) obywateli, ale raczej w nieumiarkowanej zemście króla za ten grzech obywateli (vindicatio).

Chcąc teraz jaknajkrócej sformułować sobie tę tragiczną chwilę naszej historyi, możnaby to uczynić w następujący sposób:

Odgłosem zapasów, które na zachodzie toczyły się między Kościołem i państwem, jest u nas męczeństwo św. Stanisława. Nieznane są nam bliżej powody, które doprowadziły do walki z królem. Występuje św. biskup na scenę w chwili, kiedy Bolesław Śmiały mścił się okrutnie na pewnej części swoich poddanych za niewiadome nam przewinienie, co wywołało z ich strony opór jego władzy, który przeszedł nareszcie w otwarty rokosz (traditio). Sprawa z biskupem tak się zaostrzyła, że tenże publicznie rzucił klątwę na króla. Wiadome następstwa: Bolesław rozsiekał św. Stanisława, ale tem bardzo sobie zaszkodził. Coraz więcej zaczął tracić grunt pod nogami, wreszcie opozycya przeciwko niemu tak się wzmogła, że widział się zmuszonym ratować się ucieczką na Węgry.

Na tem kończymy analizę króciutkiej notatki Gallusowej. Z kolei przechodzimy do drugiej części niniejszej rozprawki, mianowicie do rozpatrzenia zarzutu o zmowach i związkach św. Stanisława z Czechami. Jest to rzecz pierwszorzędnej wagi.

Wiemy już, że pierwszym autorem zarzutu jest Czacki. Wyczytawszy w kronice Gallusa, że św. Stanisław był traditorem i zrobiwszy ztąd wniosek, że musiał być zdrajcą, jął się domyślać i kombinować, coby to była za zdrada. Że zdradzać zaś trzeba koniecznie na czyjąś korzyść, przebiegając tedy myślą wszystkie ościenne ówczesnej Polsce narody, najprawdopodobniejszem mu się wydało, że tego brzydkiego występku dopuścić się musiał biskup gwoli Czechom i ich królowi Władysławowi. Przypuszczenie to tak go przejęło, że już je za fakt prawdziwy jął uważać, a nawet mu się zdało, że Gallus wyraźnie o tem świadczy. Jakoż, jak już widzieliśmy wyżej, w przypiskach do historyi Naruszewicza wśród różnych wywodów na temat o wdzięczności obywatela, o uszanowaniu katolika z jednej, a miłości prawdy z drugiej strony,—nie wahał się jednak napisać, że Gallus wyraźnie mówi, iż Stanisław biskup miał zmowy z Czechami,81 zastrzega jednak przytem, że tem nie umniejszy świętości męczennika. Nie możemy więc tu Czackiego pomawiać o złą wolę, której tyle wykazali jego naśladowcy: błąd jego polega na tem, że zbyt zaufał swojej pamięci i własny domysł podał za twierdzenie Gallusa.

W chwili, gdy Czacki to pisał, kronika Gallusa była jeszcze nie drukowana; po wyjściu więc jej z pod prasy,82 gdy się okazało, że o żadnych związkach z czechami mowy niema, zarzut sam przez się upadł, przeciwnicy więc świętego musieli już z innej beczki czerpać oskarżenia. Uczynił to właśnie Bielowski, czem wspaniałą swoją publikacyę Monumenta Poloniae zeszpecił. Uznaje on błąd Czackiego. jest jednak zdania, że twierdzenie jego, t. j., że św. Stanisław porozumiewał się z Czechami, jest słuszne co do istoty.83 Tym sposobem Bielowski popiera Czackiego i wznawia zarzut, na który dowody jak mniema, znalazł w liście, do rozbioru którego tu właśnie przystępujemy. List ów znalazł Bernard Pez w rękopismach regensburskiej biblioteki św. Emerana i drukiem ogłosił w swoim kodeksie dyplomatycznym jeszcze w 1729 r.84, skąd go za innymi i nasz Bielowski przedrukował, bo rękopiśmienny oryginał gdzieś się zapodział. Treść listu jest następująca:

Glorioso Boloniorum regi O. tam venerando quam desiderabili W. Tak brzmi napis albo adres. W. donosi królowi O, że nie wierzy, aby cesarz niemiecki miał się nań gniewać, zaręcza, że jest przeciwnie, i wzajemnie tegoż O, do wierności cesarzowi napomina, jak również zachęca aby się nie wdawał z saskimi biskupami. Słyszeliśmy także, pisze W., że jest jakieś nieporozumienie między tobą a twym bratem biskupem. Piszącego bardzo to zasmuca i tenże prosi, aby się pojednali. Daty ani imion niema wcale. Otóż W ma być Wratysławem, królem czeskim, O zaś ma oznaczać Bolesława Śmiałego, (?)85 a list cały ma dowodzić, że biskup Stanisław miał zmowy z Czechami, czyli że był zdrajcą. Zaiste krytyka zdumiewająca!

Z dowodami zdrady tej miary co list powyższy nietrudno się załatwić. Jakim sposobem O może oznaczać Bolesława Śmiałego, dlaczego biskup nazwany tu bratem królewskim, o jakich związkach z sasami i o jakich stosunkach z cesarzem tu mowa? A wreszcie, gdzież tu choćby cień jakiego śladu rzekomych związków biskupa z Czechami? A nawet, gdyby Bielowski miał słuszność, gdyby rzeczywiście list ten pisany był przez Wratysława czeskiego do naszego Bolesława i gdyby nawet Wratysław ubolewał nad nieporozumieniami Bolesława z biskupem, to czyż można zrobić ztąd wniosek, że św. Stanisław zdradzał swego króla na korzyść Wratysława?

Wszystkie te pytania, które same się nasuwają, nie mają już dziś jednak racyi bytu. Bielowskiemu dał stosowną odprawę niepodpisany autor artykułu o Gallusie, który był zamieszczony w „Przeglądzie Katolickim" (1871). Artykuł ten przebrzmiał podobno bez większego wrażenia, a rzekome dowody Bielowskiego tkwiły ćwiekiem w głowie u niejednego z piszących, póki się nie dowiedziano, że sprawę tę ostatecznie rozstrzygnięto—i to za granicą. Oto uczony niemiecki, Wilhelm Giesebrecht, w swem znakomitem dziele Geschichte der deutschen Kaiserzeit86 dowodnie wykazał, że z listem powyższym bynajmniej nie jest tak jak chciał Bielowski, ale wręcz przeciwnie: że pisał go Wesilo, arcybiskup moguncki, do Wratysława czeskiego, który około 1088 roku poróżnił się ze swym bratem Jaromirem, biskupem Prazkim.87 Ponieważ dowodzenia Giesebrechta nie pozostawiają żadnych wątpliwości, tak niesłuszne przypuszczenia Bielowskiego na zawsze upadają, i podnosić ich więcej niema powodu.

Z kolei przechodzimy do pana Stefczyka. Zdawałoby się, że gdy tacy uczeni jak Czacki i Bielowski wskutek niewczesnych swoich zarzutów takim okryli się wstydem, inni, mniej zasłużeni pisarze, powinniby już chyba zarzutów tych nie podnosić, a przynajmniej roztropniej i ostrożniej sobie z nimi poczynać. Stało się jednak inaczej. Stefczyk wytyka Czackiemu i Bielowskiemu, że „nie starali się swego przypuszczenia bliżej i dokładniej rozwinąć i uzasadnić",88 a tylko okolicznościowo w krótkich przypiskach rzucili taki domysł. Obaczmyż tedy, na jakiej podstawie Stefczyk opiera ten domysł, jak „go bliżej i dokładniej" rozwija i „uzasadnia".

„Zdaje mi się jednakże, pisze pan Stefczyk, że katastrofa w Polsce (śmierć św. Stanisława) odbiła się przecież echem w kronice czeskiego Kosmasa."89 Tam bowiem zamieszczone znajdujemy następujące opowiadanie. Powtórzmy je całkowicie, aby się lepiej w tem echu rozpatrzeć.

„Nie chcę też przemilczeć, co mi się w tymże roku (1075?), gdym jeszcze chodził do szkoły, słyszeć i widzieć zdarzyło. Pewnego więc dnia, kiedym odmawiał psalmy, stojąc w krypcie świętych męczenników Kosmy i Damjana, przyszedł jakiś człowiek, trzymając świecę i drut srebrny, któremi według rozkazu w wizyi odmierzał członki swego ciała, i przystępując do mnie, rzekł: „Proszę cię, pokaż mi, dobry chłopcze, gdzie leży święty Radim, brat świętego Wojciecha". Na to ja odrzekłem: „Ten, którego świętym zowiesz, dotychczas nie został jeszcze przez papieża kanonizowany, dotychczas odprawiamy za niego mszę, jak za zmarłych". A ów powiada: „O tem ja nie wiem, ale to jednak wiem, że gdym był w mieście Krakowie przez trzy lata trzymany w podziemnem więzieniu, z jednem okienkiem u góry, którędy mi zrzadka wodę i chleb podawano, gdym zatem w swej klatce życie spędzał, jednego dnia stanął przedemną mąż, którego suknie były jak śnieg białe, a twarz jego, jako słońce błyszczała; tyle pamiętam, i nagle wpadłem w ekstazę i jakby ze snu ocknięty spostrzegłem, że stoję przed miastem. A ten co mi się w widzeniu objawił, stojąc obok mnie, powiedział: „Udaj się do Pragi, nie bojąc się nikogo, i wszedłszy do kościoła świętego Wita, w krypcie świętych męczenników Kosmy i Damiana, ofiaruj dar na moim grobie; ja jestem Radim, brat świętego Wojciecha". To rzekł do mnie i nagle z moich oczu zniknął. A oto te włosy i twarzy mojej martwota świadczą, że prawdą jest to, co ci opowiedziałem. Prócz tego często w tejże krypcie miewają stróże kościelni wizye, kiedy oglądają świecę, która się tam na noc zapala."90

Nie małe ogarnia nas zdziwienie, gdy przeczytawszy tak interesujące opowiadanie, dowiadujemy się od pana Stefczyka, iż „wskazuje ono na udział czeskiego księcia w upadku Bolesława Śmiałego," czyli, innemi słowy, że ma ono dowodzić związków św. Stanisława z czechami, a więc, że św. Stanisław był zdrajcą.91 W dodatku Stefczyk twierdzi to nie w formie naprzykład domysłu, przypuszczenia, ale wyraźnie dodaje, że ma to przekonanie. Dodajmy, że całą tę opowieść sam Stefczyk uważa—i to podwakroć—za zmyśloną przez Kosmasa.92 Sapienti sat. Być może, że Stefczyk słyszał kiedy o zasadach, jakie stary Weitz, mistrz i patryarcha całego pokolenia historyków niemieckich, wpajał w uczniów swoich, to jest, że obok precyzyi wykładu i krytyki, uczony powinien mieć jeszcze dozę przenikliwości; może więc Stefczyk chciał się swoją przenikliwością pochwalić i trafił jak kulą w płot. Rzeczywiście, dał dowód, że ma umysł już nader subtelny, transcendentalny. W prawdzie mówi przysłowie: lepszy rydz niż nic: ponieważ absolutnie niema ani cienia dowodu związków św. Stanisława z czechami, przeto trzeba było się przyczepić choć do bajeczki jakiejś, gdzie się słowo Kraków znalazło. Zły to ptak, który swoje gniazdo kala; co nam zawinił św. Stanisław, że aż szukamy tak śmiesznych dowodów, aby koniecznie cień jakowy na niego rzucić, pamięć jego splamić. Czy to wszystko dlatego, że Kościół wyniósł go na ołtarze? Zostawmy to już takim Angersteinom i jemu podobnym, o których to mówi Pismo święte, że są „iudices cogitationum iniquarum"93, i na innem miejscu: „nakształt wieszczka i praktykarza domniemawa się czego nie wie."94

I napróżno Stefczyk stara się uratować swój domysł przypuszczeniem, że jakkolwiek Kosmas te opowiadanie swoje zmyślił, uczynił to jednak dlatego, że „nie uważał za stosowne wyraźniej o tym fakcie wspomnieć (o upadku Bolesława i udziale w nim czechów do współki z biskupem), atoli czując jego doniosłość i dla czeskiego państwa, zaznaczył go tylko w swej kronice," podobnie jak Gallus, który stara się draźliwą nadzwyczaj kwestyę — suchą zbyć wzmianką.95 Jeżeli jednak choć mniej więcej możemy zrozumieć względy, które kierowały Gallusem, to już stanowczo staje się niepojętem, dlaczego Kosmas, który, jak-to wiadomo panu Stefczykowi, rozumiał doniosłość tego faktu dla czechów, nietylko o nim nie wspomina, ale aż bajkę jakąś układa, aby w niej słowo Kraków i wiadomość, że w tem mieście było więzienie z okienkiem, wtrącić, co miało być „więcej dla współczesnych, a mniej dla nas" zrozumiałem, jak znowu pociesza się Stefczyk. Zaiste domyślni musieli być owi współcześni poczciwego Kosmasa, któremu się nawet nie śniło, aby kiedyś, po tylu wiekach, jego opowieści w ten sposób tłómaczono.

Nie jest to żadna „alegorya," której miał niby użyć Kosmas. Historyk, który chce dojść do jakiegoś rezultatu, niech się strzeże, jak mówią francuzi, szukać midi à quatorze heures, jak u nas niestety często się zdarza, gdy brać na rozum zbytecznie zaczniemy. Przypuśćmy, że tego opowiadania Kosmas niekoniecznie potrzebował aż zmyślać; może coś podobnego zdarzyło mu się rzeczywiście, a że niestosownie pomieścił je w swej kronice, nikogo to dziwić nie powinno. Jest to rzeczą zupełnie zwyczajną w całej średniowiecznej europejskiej literaturze historycznej, że często nic zgoła niema o zdarzeniach wielkiej wagi, choć anegdot i dziwacznych zwłaszcza opowieści aż nadto. Wszak i nasz Gallus głucho wspomina o katastrofie na Skałce, a za to z taką werwą opowiada, jak jakiś łakomy kleryczek pod ciężarem złota ducha wyzionął. Zresztą Kosmas mógł tu mieć cel zupełnie inny, jak to zaraz zobaczymy.

Opowiadanie swoje Kosmas zaczyna od słów: „Nie chcę też przemilczeć, co mi się w tymże roku (1075), gdym jeszcze chodził do szkoły, słyszeć i widzieć zdarzyło." A więc dlatego je w tem miejscu zamieszcza, aby się trzymać ściśle chronologicznego porządku następujących po sobie wypadków. Już ze słów „gdym jeszcze chodził do szkoły" widać, że nie wymyślił całej tej historyi dla jakiejś niedorzecznej łamigłówki ludzi współczesnych, ale opowiada ją w dobrej wierze. Słowa końcowe: „Prócz tego często w tejże krypcie miewają stróże kościelni wizyę," jak również i treść całej powieści i nacisk, jaki kładzie Kosmas na to, że Radim nie został jeszcze przez papieża kanonizowany, naprowadzają na domysł, że kronikarz chciałby w ten sposób zaznaczyć raczej potrzebę rozpoczęcia procesu kanonizacyjnego, zwrócić na to uwagę swoich współczesnych, mając sam widocznie głębokie przekonanie o świętości brata św. Wojciecha.

Dalej, z przypuszczenia Stefczyka należałoby się domyślać, że ów nieznajomy, trzymany trzy lata w podziemiach krakowskich, był zapewne czechem, więzionym tamże, tymczasem z treści opowiadania widać, że przeciwnie, musiał on być polakiem. Wszakże Radim informuje więźnia, gdzie spoczywa, co dla czechów bynajmniej tajemnicą nie było,—i to detalicznie, bo daje aż trzy określenia miejsca: w Pradze, w kościele św. Wita, w krypcie świętych męczenników Kosmy i Damiana. Więzień mimo to nie mógł widocznie trafić, wypytuje małego Kosmasa. Dalej, gdyby był czechem więzionym w Krakowie, czegóżby się miał obawiać podróży do Pragi, przeciwnie, z radością i ze spokojem by co rychlej powędrował, a tu tymczasem Radim wyraźnie mu zaleca, ażeby w Pradze nie bał się nikogo. Więc był to niezawodnie polak, i jeżeli z powyższego opowiadania godzi się jaki wniosek wyciągać, to chyba ten, że wieść o okrucieństwach, jakich się dopuszczał Bolesław Śmiały, szeroko się rozniosła nawet po zagranice kraju; można przypuszczać, że mamy tu do czynienia z echem owej zemsty cielesnej (corporaliter vindicare), za którą, jak wiemy, gromi króla Gallus.

Cały też rozdział w rozprawie Stefczyka, traktujący o Bolesławie II-gim i Wratysławie, grzeszy również zbytnią dowolnością. Znajdujemy w nim paralelę dwóch panujących i wzajemną ich, jako szwagrów, rywalizacyę, „z których każdy podjął ideę utworzenia wielkiej jednolitej potęgi zachodnio-słowiańskiej." O tych ideach dwóch władców i potęgach słowiańskich szeroko, jak to mówią, król Dawid pisał, bo jeden z nich wciąż bawił się na Rusi, a drugi wdzięczył się i przysługiwał cesarzowi niemieckiemu. O nieustannie ponawiających się walkach i waśniach jakoby między Polską i czechami nadzwyczaj mało wiemy, nie przeszkadza to jednak Stefczykowi do postawienia w końcu rozdziału pytania: „i mogłaż ta rywalizacya nie odegrać żadnej roli w wielkiej katastrofie, jaka spadła na Bolesława..."96

Jesteśmy zmuszeni jeszcze raz tu powtórzyć, że najmniejszych nie mamy dowodów ani nawet wskazówek na to, aby Wratysław albo współcześni jakąkolwiek rolę w upadku Bolesława II odegrać mieli. Nie przysługuje nam też prawo w braku źródeł historycznych snuć sobie dowolnych wniosków, choćby nawet i prawdopodobnych, jeżeli ze sfery dochodzeń i badań naukowych w sferę fantazyi i baśni dobrowolnie zejść nie zechcemy. Bardzo być może, że upadek Bolesława nie był przykrym dla króla czeskiego, bo może nie tyle rywalizacya o jakąś ideę, ile pospolita zazdrość w sercach dwóch szwagrów gnieździć się mogła. Choćby też Wratysław miał nawet wówczas jakieś zamiary na tron Polski, to widocznie żadnej partyi ani podpory nie znajdował, skoro słaby Władysław Herman berło po wygnanym bracie utrzymać zdołał. Przeciwko rozumowaniom i historycznym fantazyom Stefczyka głośno przemawiają fakta. Boć oczywiście, jeżeli, jak dowodzi Stefczyk, panowie polscy wrogo usposobieni dla swego króla, w porozumieniu z Wratysławem, czyli na jego korzyść działając, z kraju Bolesława Śmiałego nareszcie wyparli, to jako zwycięzcom nic nie przeszkadzało oddać tron sprzymierzeńcowi; tymczasem po Bolesławie widzimy na tronie Władysława Hermana. Dalej, jeżeli prawdą jest to, co pisze Stefczyk o tych ciągłych zapasach Polski z czechami, to rzecz bardzo wątpliwa, aby one mogły zaszczepić w narodzie polskim jaką sympatyę do czechów,—chyba odwrotnie. Wszak żyło jeszcze w pamięci najście Brzetysława na Polskę czasu bezkrólewia, zaznaczone zniszczeniem i pożogą. Napadowi temu przecież pan Stefczyk naiwnie przypisuje tak wielkie znaczenie, że miał on jakoby „nauczyć rozumu," wyleczyć „z krótkowidztwa" polskie książątka, czyli dynastów, którzy rozdrapali spadek po Bolesławie Chrobrym, i że wskutek tego jakoby zaczęto się skupiać przy Masławie.97

Ale jeżeli czesi nie mieli sympatyi u ogółu narodu polskiego, to tembardziej biskupom krakowskim panowanie ich byłoby nie na rękę. Boć nie mogły być tajne biskupom krakowskim pretensye biskupów prazkich do całej ziemi krakowskiej, ba i więcej jeszcze..., biskupów, powołujących się ciągle na powagę św. Wojciecha, św. Stanisław mógł więc łatwo przewidywać, że gdyby czesi osiedlili się w Krakowie, i jego stolica byłaby zachwianą, tembardziej, że biskupem prazkim był wówczas niespokojny Jaromir, brat Wratysławów. Dążeniom i zachciankom swoim dał on wyraz, gdy na synodzie w Moguncyi r. 1086 wyjednał u cesarza potwierdzenie przywileju św. Wojciecha, nadającego biskupom prazkim nietylko Czechy, ale i Morawę i znaczną część Polski z Krakowem. Jakkolwiek obecnie wszyscy się zgadzają, że dokument ten był sfałszowanym przez samegoż Jaromira łącznie z Wratysławem,98 tem nie mniej doskonale ilustruje on pretensye czechów. Tak więc biskupi krakowscy, a w szczególności św. Stanisław choćby już ze względu na własne dobro nie mogliby wchodzić w żadne związki z czechami.

Tak więc nie ulega wątpliwości, że w sprawie upadku Bolesława Śmiałego Wratysław czeski żadnej nie odegrał roli. Skorzystał on tylko z tego, że tytuł królewski został władcom polskim odjęty, a to wskutek męczeńskiej śmierci św. Stanisława, i na synodzie w Moguncyi (1086) tytuł królewski sobie wyjednał. Aby zaś sobie więcej dodać splendoru i monarchów polskich upokorzyć, koronował się na króla Czech i Polski. Łatwo mu przyszło wyjednać u Cesarza ten zaszczyt, skoro mu tak wiernie i gorliwie służył, tytuł ten atoli na zawsze czczym pozostał i nie można mu większego nadawać znaczenia.99 Tyle o czechach.


Jeszcze tu jedną rozpatrzeć musimy okoliczność, która, jakkolwiek nie jest wprost skierowaną przeciwko św. Stanisławowi, w blizkim z nim jednak pozostaje związku. Oto niektórzy lubią przedstawiać nam Bolesława Śmiałego jako pogromcę i wroga panów, dla ludu zaś, jako wielce miłościwego i łaskawego króla.100 Wielka to kwestya, czy wogóle Bolesław taki, jakim go sobie wyobrażamy, na mocy tak szczupłych o nim wiadomości, które podaje Gallus,—w każdym razie natura jeszcze półdzika, arystokrata niesłychanie dumny, mógł dla kogokolwiek być panem łaskawym i miłościwym. Nie poruszalibyśmy tego jednak zupełnie, gdyby nie to, że wprowadzając na scenę dziejową panów i lud,—dwa elementy różne a wzajem sobie wrogie, niektórzy dają ludowi za opiekuna króla Bolesława, a panom świętego biskupa, a temsamem wystawiają go niesłusznie jako przeciwnika ludu. Takie przynajmniej wrażenie odnosi częstokroć czytelnik z rozmaitych bałamutnych przedstawień, a nawet znaczących półsłówek.

Bardzo to być może, iż Bolesław znęcał się przedewszystkiem nad możnymi i że to było bezpośrednim powodem interwencyi świętego męża, nie wypływa stąd jednak bynajmniej, aby ten ostatni miał być ludowi przeciwnym, choćby i rzeczywiście jakaś zawiść, czy nawet walka stanowa istniała wówczas. Kościół, który Stanisława na ołtarze wyniósł, czci go przeciwnie, jako obrońcę ludu wobec złych czynów tyrana:

Hic certat pro iustitia,
Regis non cedit furie;
Stat pro plebis iniuria
Christi miles in acie.101

„Stoi za krzywdę ludu" głosi piękna ta pieśń; należałoby o tem pamiętać.

Całe to przedstawienie rzeczy, jakoby król Bolesław, opierając się na ludzie, chciał zgnębić panów, wyjęta jest z relacyi mistrza Wincentego. Dytyramby więc o miłości króla dla ludu (skądby się ona w owych czasach wzięła?) nie dziwiłyby nas tak bardzo w pismach Lelewela i Maciejowskiego, dla których Kadłubek stanowił główne źródło. Ale gdy obecnie Stefczyk, idąc za Skorskim, zupełnie odrzuca powagę Kadłubka, skądże znowu tak patetycznie może deklamować o łaskawości Bolesława dla maluczkich? Naśladując w tem Bielowskiego, Stefczyk myślał, że znalazł dowód w kronice Gallusa, a tymczasem, jaki to jest dowód, posłuchajmy.

Opowiedziawszy w rozdz. 29 o zejściu ze świata syna Bolesławowego (II), Mieszka, Gallus przy opisie pogrzebu zmarłego mówi co następuje: „i nie tylko ci, którym był znany, opłakiwali, ale nawet tacy, co nigdy go nie widzieli, szli za marami zmarłego. Co więcej, wieśniacy porzucali pługi, pasterze bydło, sztukmistrze zaniedbywali pracy, rzemieślnicy zatrudnienia przez boleść nad Mieszkiem; nawet mali chłopcy i dziewczęta, niewolnicy nadto i służebnice uczcili pogrzeb Mieszka łzami i westchnieniami102 Przytaczając te słowa, Stefczyk dodaje, że dlatego nie wymienia tu kronikarz nobiles, panów, ponieważ, oni to wszyscy byli tymi quidam aemuli, niektórymi zawistnymi, o których też Gallus wspomina, że przyprawili o śmierć młodego Mieszka. Oczywiście i tu w umyśle Stefczyka gra rolę z góry powzięty system, który powstał, mówiąc nawiasem, pod wpływem relacyi Kadłubka. Bolesław Śmiały—a zatem i syn jego—to przyjaciele ludu, a wrogowie szlachty. Aczkolwiek w danem miejscu Gallus wyraźnie zastrzega i akcentuje, że płakali nad śmiercią młodego księcia nawet ci, którzy go nie znali, a więc wieśniacy, pasterze, rzemieślnicy..., to jednak panowie, których brak w wyliczeniu, niekoniecznie już wszyscy razem, ilu ich tam było, zajęci byli truciem Mieszka z powodu zawiści;—a właśnie w tych słowach może się ukrywać myśl inna: „i nie tylko ci, którym był znany, opłakiwali..." bo możni oczywiście musieli znać doskonale syna Bolesławowego.

Otóż w opisie pogrzebu Mieszka, odrazu bije w oczy przesada autora. Gdy kronikarz żałość ludu posuwa do tego stopnia, że mówi, iż wieśniacy porzucali roboty polne, pasterze bydło, rzemieślnicy rzemiosło, a nawet niewolnicy i służebnice okazały się tak czułego serca, że po nieznajomym zalewały się łzami,—to oczywiście mamy tu do czynienia z przesadą, którą nie w jednem opowiadaniu Gallusowem widzimy wyraźnie, naprzykład w opisie bogactw i dostatków za czasów Chrobrego, albo też owej szczodrobliwości Bolesława Śmiałego, która aż o śmierć przyprawiła jakiegoś biednego kleryczka. Dalej, bardzo być może, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju avis au lecteur, że Gallus chce tym sposobem zwrócić uwagę Krzywoustego, swego dobroczyńcy, za którego czasów panowie na widownię historyczną coraz bardziej zaczęli występować, na potrzebę sympatyi u ludu, na jego uczucia dla panującego, będąc być może i sam nizkiego stanu. Przypuśćmy zresztą, że lud rzeczywiście kochał (?) Mieszka, i to da się łatwo wytłumaczyć.

Przedewszystkiem Mieszko, to jeszcze nie Bolesław Śmiały, który, acz wypędzony, wskutek swoich gwałtownych postępków, żywo musiał stać w pamięci ludu całego. Znany to fakt w psychologii ludu, że zwykle na fantazyę, a co zatem idzie i na poezyę ludu, a częstokroć i na sympatyę jego, najsilniej oddziaływa jakiś król, władca, czy bohater, który jest uosobieniem siły. Największy to urok dla ludu. Fakt to powtarzam dawno i powszechnie znany, o dowody nie trudno, przykładów na to pełno w literaturze ludowej całego świata. Wiadomo jaką rolę grają w poezyi serbskiej junacy, którzy podobno byli pospolitymi rozbójnikami. W rossyjskich bylinach występuje też postać rozbójnika, którego zwycięża bohater, — uosobienie siły, Ilja Muromiec. Z historycznych postaci któż wbił się więcej w pamięć ludu rossyjskiego, jeżeli nie Iwan Groźny, nierównie więcej niż dziad jego Iwan III, który zrzucił przecież jarzmo Tatarskie, albo wojownik kniaź Dymitr Doński? Kto wie, może i rzeczywiście postać Bolesława Śmiałego miała pewien urok dla ludu, którego sympatye tak bardzo lubią się zwracać do tego, co już przeszło, co nie wróci, a który z teraźniejszości, często nawet lepszej, znośniejszej, nie zawsze bywa zadowolony, tęskliwie wstecz się oglądając. Z drugiej strony bardzo być może, że rządy Władysława Hermana nie były popularne; król, który się nie koronował, zbyt słabo trzymał rządy w ręku, a tymczasem coraz to nowa postać jakiegoś magnata wysuwała się na widownię. Może to być, że lud był nierad z tego, i że wolałby widzieć na tronie plemię Bolesławowe; czyż to jednak może być dostatecznym dowodem, że Śmiały był dla maluczkich tak słodkim i łaskawym, jak chce pan Stefczyk?

Rzecz to wprost niemożliwa, aby to serce królewskie, o którem Gallus tylokrotnie wspomina, że jadem nadmiernej pychy było zatrute, a raz nawet bez ceremonii nazywa je dzikiem (ferus I 26), że ono zwracało się z idyliczną łaskawością dla ludu. Dlaczegóż o nim Gallus nie napisał, jak o Chrobrym, że był dla poddanych jak ojciec, ut pius pater? Bierzmy rzeczy tak jak są, a pisząc historyę trzymajmy fantazyę na wodzy i szukajmy raczej faktów pozytywnych a nie wątpliwych. Bolesław Śmiały, o ile go znamy, powtarzam to nie wiem już po raz który, był przedewszystkiem despotą w całem tego słowa znaczeniu, prędzej absolutnym niż łaskawym dla wszystkich, jak zresztą czasom jego przystało. A jeżeli nawet prawdziwą jest relacya mistrza Wincentego, jeżeli rzeczywiście Bolesław wskutek swojej polityki chciał użyć ludu, aby łacniej swoją materyalną zemstę na rycerstwie wywrzeć, to czyż godzi się imię św. Stanisława,—który wówczas przeciw królowi szalejącemu wystąpił,—i jego czysto religijno-moralną akcyę łączyć stale z możnowładztwem i przeciwstawiać ją interesom ludu?

Na zakończenie rzućmy jeszcze okiem na relacyę mistrza Wincentego, w ciągu tej rozprawki niedość omówioną, i na blizko spokrewnionego z nim żywotopisarza św. Stanisława. Opisanie całego zajścia między królem i biskupem zupełnie u obydwóch identyczne; przypuszczano nawet, że traktujące o tem zajściu dwa rozdziały w kronice Kadłubka stanowią późniejszą interpolacyę z żywotopisarza. Jakkolwiek jednak zdanie to upadło, kwestya autorstwa rzeczonej relacyi niema już tego znaczenia co dawniej, skoro badania pp. Skorskiego i Stefczyka doprowadziły ich do wniosku, że „opowieść Wincentego nie posiada żadnej wartości, że nie może być uważaną za źródło i jako takie, w zupełności pominiętem być powinno."103

Nie ulega wątpliwości, że Kadłubek pełnemi garściami zapożyczał wyrażenia, a nawet całe opisy analogicznych wypadków z Justyna, który był bardzo podówczas w modzie. Ale z zestawienia tekstów Gallusa i mistrza Wincentego wcale jeszcze nie widać, aby ten ostatni z innych nie korzystał źródeł, tylko z samego Gallusa, aby go przerabiał niesumiennie, przenosząc naprzykład opis zaburzeń po śmierci Mieszka II w późniejszą epokę, do zmyślonego przez siebie powstania ludu za Bolesława Śmiałego, i wszystko to razem amplifikując na mocy swojej bujnej fantazyi. Uderzającą jest ta okoliczność, że jeżeli wiele ustępów i wyrażeń żywcem zapożyczonych z Justyna Kadłubkowi wykazać możemy, to jednak niepodobna go przyłapać, choćby na jednym dosłownym zwrocie, powtórzonym za Gallusem. Widocznie więc jeśli skąd czerpał, to rozporządzał innemi jeszcze źródłami. Nie ulega wątpliwości, że w kapitule krakowskiej żyła w czasach Wincentego ustna przynajmniej tradycya o krwawej tragedyi na Skałce i o przyczynach, które ją wywołały; dajmy na to że była ona stronna i niewiarogodna, ale zawsze być jakaś musiała, kto wie nawet, czy nie pisana jaka legenda. Czyż podobna, aby Kadłubek jej nie spożytkował?

W każdym razie nie widzę potrzeby stawiania kwestyi na ostrzu miecza, jak to czyni Stefczyk. Może sobie Gallus mieć racyę, ale z tem wszystkiem i Kadłubek niekoniecznie już przez to ma być fałszywym.

Zasadniczą różnicę między obiema wersyami widzi Stefczyk w buncie ludu przeciw panom,104 który—to bunt uważa on za punkt wyjścia poglądu kadłubkowego, podczas kiedy za takiż punkt wyjścia u Gallusa uważa zdradę pewnej liczby obywateli, wśród nich biskupa, popełnioną na królu. Chodzi tu jeszcze p. Stefczykowi o wyniki najnowszych badań nad pierwszemi wiekami naszej historyi, z któremi to wynikami w żaden sposób nie umie pogodzić podania kadłubkowego o powstaniu mas ludowych przeciw panom i szlachcie. Aby p. Stefczykowi zrobić przyjemność, dajmy temu powstaniu pokój, bo nie tu miejsce mówienia o niem, a nawet możemy przypuścić, że w tym wypadku mistrz Wincenty na wiarę nie zasługuje. W takim razie na pierwszy plan zamiast owego ruchu ludowego postawmy fakt opuszczenia króla przez rycerstwo w kijowie,—sam goły fakt bez dochodzenia jego przyczyn. Z drugiej strony, jak już widzieliśmy, Gallusowe peccatum christianorum, grzech chrześcjan, niekoniecznie ma oznaczać zdradę pewnej liczby obywateli, a wśród nich biskupa, jak chce koniecznie pan Stefczyk. Pytamy teraz, co właściwie stoi na przeszkodzie, aby pod Gallusowem peccatum domyślać się dezercyi rycerstwa z Kijowa? A jeżeli przypuszczenie to jest możliwem, to i zasadnicze różnice między obiema wersyami tem samem upadają, owszem, zgodność w nich widzimy zupełną: i tu, i tam następuje straszna zemsta królewska, potem interwencya biskupa, jego śmierć męczeńska i t. d.

Jest to niemały błąd, w który niestety tak często wpadają początkujący historycy, że fakta, tradycye, źródła, dokumenty, powszechnie uważane za ważne, lubią lekkomyślnie podawać w wątpliwość, albo nawet zupełnie odrzucać. Wielki ten błąd, który tamuje rozwój całej nauki, Niemcy nazywają hyperkrytycyzmem, a nie jest on mniejszym od zupełnego braku krytyki. I nasz stary Kadłubek padł jego ofiarą. Tak potężny umysł, jakim był Lelewel, opierał przecie na nim swoje teorye, nie podejrzywając, że znajdzie się jakiś pan Skorski, który tak brutalnie, po grubiańsku postąpi sobie z mistrzem Wincentym.105 Zdaje mi się, że sama miłość rzeczy dawnych powinnaby skłaniać młodych historyków do większej nieco refleksyi, powinniby oni nie tak pośpiesznie potępiać dawniejsze powagi, lecz czynić to ostrożnie, powodując się jedynie miłością prawdy, a nie z zaciekłością je burząc. U nas niestety inaczej: każdy chciałby odkryć nową Amerykę, a wskutek tego zbyt często, zamiast wyjść na Kolumbów, historycy tacy śmiesznością tylko za karę swej pychy zwykli się okrywać.

Pozostaje słów parę dodać o żywotopisarzu św. Stanisława. Mamy tu na myśli wydaną przez Kętrzyńskiego, w czwartym tomie „Monumenta Poloniae," tak zwaną Vita minor, ponieważ jest ona dawniejszą od Vita S. Stanislai, napisanej przez Wincentego dominikanina (Vita maior), która tamtę, głównie tu nas interesującą, niemal w całości wcieliła.106

Przedewszystkiem uważamy za fakt niewątpliwy, że Vita minor, w tej formie, w jakiej do nas doszła, nie stanowi utworu jednego autora, lecz co najmniej dwóch. Wskazuje na to następująca okoliczność. W rozdziale VII mówi żywotopisarz: tempore illo regem Boleslaum, qui Polonie imperabat... frequenter admonebat,— później zaś wcale imienia królewskiego nie spotykamy; nawet wśród długiego opowiadania o wskrzeszeniu Piotra mówi autor o królu Bolesławie jako o kimś dobrze znajomym, rex i tylko rex. Tymczasem w samym końcu opowieści, po słowach: rex vero Boleslaus... in suis sceleribus persistebat obstinatus" (cap. 19), żywotopisarz daje objaśnienie: nec putare debemus, quod hic sit ille Boleslaus, qui fuit rex Poloniae primus...", i dalej ni w pięć ni w dziewięć przez jedenaście rozdziałów opowiada historyę Polski od czasów Bolesława Chrobrego, czerpiąc przytem z Gallusa, a osobliwie z Kadłubka bez ceremonii. Że całe te jedenaście rozdziałów jest późniejszą niezgrabną interpolacyą jakiegoś, chcącego się pochwalić rozległą wiedzą, kompilatora, uważamy za rzecz bardzo wyraźną. Przekonywa nas o tem:

  1. Ton i sposób pisania rozwlekły, gadatliwy, zupełnie sprzeczny z prostotą i ścisłością całości, zwłaszcza pierwszych dziesięciu rozdziałów.

  2. Początek rozdziału XXX-go zupełnie się nie klei z końcem XXIX-go, na co już wskazuje sam wyraz autem. Widocznie kompilator, zacząwszy swój dodatek od słów „nec putare debemus..." (cap. 14), nie umiał końca jego zgrabnie powiązać z dalszym ciągiem oryginału pierwotnej Vita. Gdy przeciwnie, początek rozdziału XIX-go wcale nieźle w jedną całość z początkiem XXX-go możnaby połączyć: rex vero Boleslaus ...in suis sceleribus persistebat obstinatus (XIX); factum est autem, cum (rex Boleslaus, także wtrącone) exteras regiones suo stipatus exercitu peragrasset... (XXX).

Wykazaną interpolacyą w Vita minor uważając za fakt niewątpliwy, temsamem odrzucić musimy to, co Kętrzyński o źródłach żywotopisarza napisał, ponieważ swoje dowody opierał na analizie owego późniejszego ustępu. Tym sposobem nabiera wielkiego prawdopodobieństwa przypuszczenie, że pod wyrazami „ut annales principum Polonie et gestorum, tangunt historie" (cap. 1) ukrywa się jakieś nieznane nam źródło. Objaśnienie, które daje Kętrzyński o uwadze na marginesie jakiegoś rękopismu Gallusa, jest zbyt dowolne. W każdym razie XVIII rozdziałów początkowych Vita, o które głównie nam tu chodzi, niczem nie zdradzają, aby przy ich pisaniu posiłkował się żywotopisarz Gallusem albo kroniką Kadłubka.

Co do osobistości autora, to nie możemy się zgodzić z Kętrzyńskim. Zdaje się, że nie żaden dominikanin układał tę Vita aby ją braciszkom odczytywać, ale pisał ją podobno sam biskup Iwo, który może być, że o kanonizacyi św. Stanisława przemyśliwał. Słowa tekstu, które cytuje Kętrzyński na dowód, iż autor był dominikaninem, zdaje mi się, że daleko lepiej do osoby biskupa Iwona stosowane być mogły; dowód zaś, że to on, a nie kto inny, jest autorem Vita, widzimy w następującej okoliczności. W rozdziale pierwszym znajdujemy wiadomość, że w Szczepanowie był kościółek drewniany, wystawiony przez św. Stanisława ku czci św. Maryi Magdaleny, że autor Vita kościółek ten jeszcze widział i w nim opowiadał słowo Boże, i że takowy przed niewielu laty ze starości się rozwalił: „que nuper ante paucos annos pre vetustate corruit"107 Otóż Vita S. Stanislai brata Wincentego dominikanina, tak zwana Vita maior, wcielając ten ustęp z Vita minor i powtarzając w tej chwili cytowane słowa, dodaje que nuper tempore domini Ivonis bone memorie Cracoviensis episcopi pre vetustate corruit,108 czyli wyrazy: ante paucos annos, przed niewielu laty, zamienia innemi: tempore domini Ivonis, za czasów biskupa Iwona. Nie wiem, jak kto zechce to sądzić, ale się nam ta sprawa dość jasno przedstawia. Biskup, wspominając o kościółku, dodaje, że niedawno się rozwalił, zaś dominikanin Wincenty, wcielając do swego Żywotu dzieło biskupa Iwona i pisząc znacznie później od niego, nie mógł oczywiście za swem źródłem powtórzyć, że się to stało niedawno, bardzo więc roztropnie sobie poradził pisząc, że się to stało za czasów tego, kto był autorem pierwowzoru, czyli biskupa Iwona. To przypuszczenie uważamy za więcej niż prawdopodobne. Vita minor, jako dzieło tak wybitnego autora, jakim był biskup Iwo, gdyby się to przypuszczenie ostatecznie obronić dało, już tem samem nabrałaby większego znaczenia. Choć Żywot ów nie podaje nam nowych faktów, ale gdy chodzi o tak zawiłą rzecz, jak męczeństwo św. Stanisława, choćby szczegół jaki jest bardzo pożądanym. Cóż bowiem ostatecznie, opierając się tylko na notatce Gallusowej, wysnuć potrafimy? Tymczasem Vita minor, obok pięknej charakterystyki świętego, rzuca jeszcze pewne światło na wewnętrzny stan kraju i na stosunek biskupa do króla przed katastrofą.

Skończyliśmy. Pewien obcy nam autor, opisując krwawe czyny tyrana, który do jego narodu należał, kończy swoją rzecz skargą bolesną: nie dziwi się on, że dana epoka takiego potwora mogła wydać, ale dziwi się społeczeństwu, które go znosiło, wyrzuca to przodkom, rodakom swoim. Nie łudźmy się co do naszego Bolesława Śmiałego; był on raczej tyranem, niźli panem hojnym i łaskawym. Czyż dlatego św. Stanisławowi zbrodnię stanu zarzucać będziemy, że przeciwko tyranowi wystąpił, i to w dodatku kiedy nieznamy dostatecznie motywów tego wystąpienia? Dlaczego, pytam, świętego męczennika, który mimo wszystkiego pozostanie na zawsze chlubą naszego narodu, tak skwapliwie, tak uporczywie, tak koniecznie, że tak powiem, chcemy zdrajcą uczynić? Bo gdy niema dowodów, szukamy jakichś listów, nie wiedzieć przez kogo i do kogo pisanych, albo czepiamy się bajeczek obcych kronikarzy, nie bacząc, że one nie mają żadnego związku ze św. Stanisławem, a to wszystko, aby cień jaki lub plamę rzucić na jego pamięć. A czynimy to z rozmysłem, zbrojni w większą od naszych ojców naukę, którzy go tak czcili, i niestety, czynimy to niby w imię nauki i prawdy.

Nie lekceważmy tego słowa: zdrajca. Zbyt pohopni byliśmy zawsze do lekkomyślnego nim traktowania ludzi często niewinnych; zbyt wiele pod tym względem mamy sobie do wyrzucenia, czyż jeszcze i świętych będziemy posądzali o zdradę? Już-to moda przyznawania ryczałtowo słuszności panującym w zajściach i kollizyach z duchowieństwem doskonale licuje z wiekiem naszych zbismarczonych pojęć, stawiających brutalną siłę przed prawem...; moda ta jest tylko jedną z form, w które się wcieliła nasza nienawiść, jakaś szatańska manja prześladowcza przeciw Kościołowi. A ta manja w naszym wieku jest przecie tak silna, że jak słyszałem, w jednem z miast stołecznych (podobno nawet w Rzymie) przed niewielu laty wystawiono w teatrze apoteozę Judasza, samego Judasza Iskaryoty, który za 30 srebrników przedał Chrystusa, i uczyniono go tam zapoznaną dotychczas ofiarą, męczennikiem myśli i t. p. Wspominamy o tem mimochodem, aby pokazać, do czego dojść może złość i zaślepienie ludzkie, do czego może doprowadzić zgubna chęć robienia z dnia nocy i odwrotnie. Pozostawmy Judasza tem, czem był, czyli prototypem zdrajcy, a św. Stanisławowi, si haec nomina componere licet, jeźli godzi się te imiona razem zestawiać, oddajmy jednogłośnie cześć słowami złotoustego naszego wieszcza: „Pierwszy z Polaków, wielki i dalekosławny męczennik Chrystusów..."

Literatura przedmiotu: Maciejowski, Stanisław Święty i Bolesław Śmiały (Polska aż do pierwszej połowy XVII w. pod względem obyczajów i zwyczajów. Petersburg i Warszawa 1842 t. IV, str. 282—307). J. Lelewel, Bolesława Śmiałego upadek (Polska wieków średnich, t. II, str. 185—284. Poznań 1856). M. Dzieduszycki, Św. Stanisław biskup krakowski wobec dzisiejszej dziejowej krytyki. Lwów 1865. D. Mieczkowski, Rocznica siedmsetna ośmdziesiąta siódma św. Stanisława biskupa krakowskiego. Kraków 1866. Z. K. (omarnicki), Św. Stanisław i Bolesław Śmiały, antyteza dziejowa. Drezno 1870. Bezimiennego autora: O Marcinie Gallu wobec dzisiejszej krytyki (Przegląd katolicki 1871, str. 120, 129—132, 145—149). E. Świeżawski. Bolesław II Szczodry i biskup Stanisław (Zarysy badań krytycznych, część II). Warszawa 1873. Al. Skorski, Gallus i Kadłubek o św. Stanisławie. (Tygodnik Wielkopolski 1873 № 9—12). Ks. W. Kalinka, Męczeństwo św. Stanisława i jego znaczenie w dziejach narodu. Kraków 1879. Fr. Stefczyk, Upadek Bolesława Śmiałego (Ateneum 1885, t. I, str. 62 — 87, 279 — 301, 443 — 476). Pichler Fritz. Bolesław II von Polen. Budapest 1832. W. P. Angerstein, Der Konflikt des polnischen Königs Boleslaus II mit dem Krakauer Bischof Stanislaus. Thorn 1895 (W duchu protestancko-polemicznym).

A. W.


  1. Naruszewicz, Historya narodu Polskiego, Lipsk 1836 (wyd. Bobrowicza) t. V, str. 80. 

  2. M. P. H., I, str. 366, n. 5. 

  3. Polska wieków średnich. Poznań 1856 t. II str. 255 i nast. 

  4. Polska aż do pierwszej połowy XVII w., Petersb. i Warsz. 1842 t. IV, str. 282—307. 

  5. Upadek Bolesława Śmiałego, Ateneum 1885 t. I, str. 65. 

  6. Bolesław II um Polen Budapeszt 1892. 

  7. Angerstein, Der Konflikt des poln. König. Boleslaus II mit dem Krak. Bisch. Stanislaus. Thorn 1895, 27—28. 

  8. Bischof Balduin Gallus von Kruszwica, Polens erster Lateinischer Chronist. Wien 1895. 

  9. str. 7. 

  10. str. 13—14. 

  11. str. 23. 

  12. str. 11. 

  13. str. 30—33. 

  14. str. 23. 

  15. str. 11. 

  16. str. 30. 

  17. str. 9—10. 

  18. str. 29. 

  19. str. 30—33. 

  20. str. 12. 

  21. Ob. H. Zeissberg, Dziejopisarstwo polskie wieków średnich, Warszawa 1877, I, 38—39. 

  22. str. 35. 

  23. str. 23. 

  24. Gumplowicz, „stark parteiisch" str. 3. 

  25. Ibid. 

  26. Zeissberg I, str. 39. 

  27. Stefczyk, Upadek Bol. Śm. Ateneum 1885, I, 280. 

  28. str. 282. 

  29. Dicere licet, powiedzieć można, lub „godzi się powiedzieć" (Komarnicki). Tak rozumieją wszyscy z wyjątkiem Dzieduszyckiego, który tłumaczy „wolno powiedzieć" i na ten wyraz wolno kładzie szczególny nacisk, chcąc go niesłusznie wyzyskać. 

  30. Quodlibet, jakikolwiek, więc nie lada jaki występek, jak rozumie bezimienny autor rozprawki o Gallusie (Przegląd katolicki 1871 r. str. 129), ani jakiś, jak tłumaczy Komarnicki. Przeciwnie domyślać się tu trzeba ciężkiego wykroczenia, a nie lada jakiego. 

  31. Corporaliter vindicare, przetłumaczyliśmy: mścić się nieludzko. Wszyscy z wyjątkiem Dzieduszyckiego, tłumaczą dosłownie „mścić cieleśnie." Tłumaczenie to atoli nie dość zrozumiałe, bo i rzeczywiście, cóż to jest mścić się cieleśnie? Oczywiście Gallus robi tu aluzyę do okrucieństw, jakich się król dopuszczał, dlatego przełożyliśmy nieludzko, krwawo, stosownie do słów: non debuit... Christianos vindicare. Tłumaczenie Dzieduszyckiego corporaliter vindicare = „gardłem karać." nie może mieć miejsca. Skazywać na karę śmierci było wówczas na porządku dziennym i kronikarz w żaden sposób nie mógł występować przeciwko temu. 

  32. MPH, I, 422. 

  33. Lelewel, Polska ww. śred. II, str. 257. „Wielce sobie zaszkodził Bolesław, że grzechem grzech dotknął...

  34. Do grzechu grzech zastosował (Dzieduszycki); grzechu użył przeciw grzechowi (Bezimienny autor art. o Gallusie w Przegl. Katol.), przeciw występkowi użył występku (Zeinberg l. l str. 112) i Stefczyk (280). 

  35. Wyrażenie Lelewela. Polska ww. śred. II 258. 

  36. Gallus wyraźnie tam mówi, że pisze swą pracę „ad laudem principum et patriae nostrae," ku chwale książąt. 

  37. Inaczej sądzi pan Stefczyk. Według niego kronikarz poddaje „łagodnej krytyce i naganie króla" (str. 282). Nie wiem czy nieboszczyk Bolesław II byłby zadowolony z takiej pobłażliwości poczciwego Gallusa. 

  38. Cf. kronikę Wincentego: „quod aperte non potest, insidiis aggreditur...

  39. Aiunt enim quosdam aemulos... MPH I 422. 

  40. „Co to był za występek, objaśnia kronika niebawem, mieniąc go zdradą..." str. 283. 

  41. Bischof Balduin Gallus str. 29. 

  42. Str. 285. 

  43. Stefczyk, str. 456. Cf. także Bobrzyński, Dzieje Polski — Warszawa 1879, str. 89—90. 

  44. MPH, IV, 256—258. 

  45. „Unde et colloquium ipsius et contubernium ejus... vir sanctus vitabat" cap. VII, MPH, IV, 257. 

  46. Cf. napis współczesny położony na grobie świętego przez biskupa Lamberta: Tumba Stanislai cineres tegit ista beati Regis Boleslai quia non favet impietati. Łętowski w katalogu T. I, str. 36, cytowany u Dzieduszyckiego str. 27. 

  47. Str. 84. 

  48. Stefczyk cytuje str. 72. 

  49. MPH II 296. 

  50. MPH I 367 

  51. str. 448. 

  52. str. 90. 

  53. str. 90. 

  54. Stefczyk str. 464. 

  55. Brev. Rom. 

  56. loc. cit. 

  57. str. 76 i 461. 

  58. str. 457 i 468. 

  59. MPH IV, 257. 

  60. str. 453. 

  61. Quos aperte non potnit insidiis aggreditur... MPH II 296, 6. 

  62. str. 456. 

  63. MPH IV, 257. 

  64. Polska WW. śred. II 255 i nst. 

  65. str. 284. 

  66. str. 470. 

  67. str. 284. 

  68. MPH, II 555 i inne. 

  69. Męczeństwo św. Stanisława, str. 10. 

  70. Gumplowicz, Bischof Balduin Gallus, str. 32. 

  71. M. P. H., 298. 

  72. Str. 283. 

  73. Kadłubek: ...non modo non sacrilegus, sed sacerrimus sacrilegiorum ultor apud nonnullos censeretur. M. P. H. II, 298. 

  74. W Ossyaku, w dzisiejszej Karyntyi. Tak mniemamy wbrew wątpliwościom, wypowiedzianym przez Pichlera: Boleslaw II von Polen, Budapest 1832, str. 54—64. 

  75. ...ab hac truculentia cum revocare non posset... M. P. H. II, 296. 

  76. ut se corrigeret frequenter admonebat M. P. H. IV 257. 

  77. Król zaś, jako był dziki (ferus)... Gallus I 26, M. P. H. I 421. 

  78. Św. Stanisław str. 30—31. 

  79. M. P. H. I, 422 w. 2. 

  80. Porównaj artykuł o Gallusie w „Przeglądzie Katolickim" 1871, str. 147. 

  81. „Wyższy ten pisarz w tym względzie nad swój wiek (Gallus) wyrzuca zbrodnię królowi, że zabił biskupa, ale biskupowi nie przepuszcza winy obywatela." Naruszewicz, „Historya Narodu Polskiego." Lipsk, r. 1836, V 80, nota Czackiego. 

  82. Czacki czytał rękopism Szamotulski; według niego Bandtke wydał Martini Galli Chronicon, Varsoviae 1824. 

  83. M. P. H., I 422 n. 2. 

  84. Codex dipl.—histor.—epist. Aug. Vind. et Graecii I 295. 

  85. nie podpada wątpliwości, że list niniejszy pisany był do Bolesława Śmiałego", M. P. H. I 365 n. 1. 

  86. T. III, str. 1171 (wyd. IV), cytujemy za Stefczykiem. 

  87. W—znaczy Wesilo; O—Oratislaus, czyli Vratislaus. 

  88. Str. 471 nota. 

  89. Str. 299. 

  90. Str. 293—300. 

  91. Tak przynajmniej domyślać się trzeba, kiedy poniżej z wielką pewnością siebie pisze pan Stefczyk: „Istotnie znalazł posłuch (Wratysław, król czeski) a w części u malkontentów, między innemi i u biskupa Stanisława... Spiskowcom chodziło o zwalenie Bolesława z tronu, a Wratysławowi o sąsiednie polskie prowincye..." str. 470. 

  92. Str. 300 i 467. 

  93. Jac. 2, 4. 

  94. In similitudinem arioli et conjectoris aestimat quod ignorat. Prov. 23, 7. 

  95. Str. 467. 

  96. str. 466. 

  97. Str. 452. 

  98. Obacz Lewicki — Wratysław II czeski—królem polskim. Przemyśl 1876 str. 17. 

  99. Cały więc plan (Wratysława na Polskę) okazuje się nam jako chwilowa chimera, nie licząca się z rzeczywistymi stosunkami, do której wykonania nigdy nie przyszło... Lewicki, str. 36. 

  100. Stefczyk: był to pan szczodry i łaskawy dla maluczkich, str. 468; dla niższych i małych często pan hojny i łaskawy, str. 457. 

  101. Znana starożytna pieśń kościelna: Gaude mater Polonia. Jest tam mowa i o tyranii króla, przeciwko której walczy Stanisław: Tyranni truculenciam, Qui, dum constanter arguit.. 

  102. Powtarzamy ten ustęp za Stefczykiem str. 283, Gallus M. P. H. I 424. 

  103. Str. 297. 

  104. Str. 280. 

  105. Tak nazywa naprz. opowieść o upadku Bolesława Śmiałego „niegodziwym plagiatem," „tendencyjnem kłamstwem," „umyślnem fałszerstwem," zobacz Stefczyk, str. 297. 

  106. Kętrzyński, M. P. H. IV str. 244. 

  107. M. P. H. IV 254. 

  108. M. P. H. IV 367.