Transformizm
Pod tem mianem rozumiemy naukę, która wyprowadzając dzisiejsze formy roślinne i zwierzęce od form dawniejszych, twierdzi, że wszystkie otaczające nas jestestwa pochodzą od kilku, jeśli nawet nie od jednego typu pierwotnego. Nauka ta znana jest pod nazwą Ewolucyi, a jej zwolennicy zowią się prawie bez różnicy transformistami lub ewolucyonistami. Ostatni ten wyraz jednak posiada szersze nieco znaczenie, stosuje się bowiem zarówno do natury nieorganicznej jak organicznej i zarówno w jednej jak w drugiej przypuszcza pewien ciągły prawie rozwój, jakiego znów nie zawiera w sobie z konieczności pojęcie transformizmu.
Powodzenie, jakiem się cieszył w ostatnich czasach transformizm, jest świeżej daty i pochodzi od darwinizmu, będącego ostatniem przeobrażeniem transformizmu; samo pojęcie zaś o transformizmie jest bardzo dawne. W zeszłym wieku Maillet i Robinet przedstawili systemy o pochodzeniu jestestw, a w systemach tych brakło tylko samej nazwy transformizmu. Później nieco Lamarck, obaj Geoffroy-Saint-Hilaire, Bory de Saint-Vincent, Naudin usiłowali również z pominięciem wszelkiego współudziału nadprzyrodzonego wyjaśnić —jeśli już nie sam pierwszy początek życia, to przynajmniej kolejne ukazywanie się gatunków. Nie zgadzają się jednak z sobą co do sposobu i przyczyn tego ukazywania się. Lamarck naprzykład podaje wolę jako przyczynę transformizmu. Ślimak, jego zdaniem, dlatego posiada macki, że potrzebę ich odczuwał do lepszego dotykania ciał, jakie miał przed sobą. Stefan Geoffroy-Saint-Hilaire znów odrzucał możliwość podobnych zmian, i wprowadzał natomiast zmiany raptowne, które się miały jakoby dokonywać w początkach istnienia osobnika w okresie jego życia przedporodowego.
Nie mniej też różnią się między sobą inne rozmaite teorye transformistowskie, i ta właśnie rozmaitość poglądów u twórców tych teryi jest pierwszym zarzutem, jaki można postawić doktrynie ewolucyonizmu. Gdyby ta doktryna, jak utrzymują jej zwolennicy, wynikała z samej natury jestestw, gdyby się z konieczności umysłowi ludzkiemu narzucała, to dziwnem byłoby doprawdy, żeby dwóch naturalistów nie mogło się zgodzić na jedno w rzeczy tak jak powyższe istotnej.
Tymczasem, to jedno jest prawdą, że transformizm, cały jak jest, opiera się wyłącznie tylko na domysłach i przypuszczeniach. Powodzenie jego w dzisiejszych czasach pozytywizmu i nauk doświadczalnych byłoby zgoła niezrozumiałe, gdyby transformizmu nie potrzebował racyonalizm do wyjaśnienia rozwoju życia bez stosowania cudu. I istotnie, jedno z dwojga przyjąć trzeba: transformizm albo stworzenie; jeśli dzisiejsze gatunki nie pochodzą drogą naturalną od dawnych gatunków, a te ostatnie od jednego lub wielu typów pierwotnych głównych, to musiały być one stworzone, niktby dziś bowiem nie śmiał poważnie się powoływać na samorodztwo, aby wytłómaczyć ukazanie się gatunków. Tymczasem, sam wyraz stworzenie w najwyższym stopniu obrusza racyonalistów.
A jednak trzeba wybierać pomiędzy transformizmem pod jakąkolwiek jego postacią, a kreacyonizmem, to znaczy dawną nauką, przypisującą ukazanie się różnych gatunków zwierzęcych i roślinnych poprostu Stworzycielowi, bez żadnego tłómaczenia, w jaki sposób nastąpiło to wdanie się bóstwa w wytworzenie wszechrzeczy.
Pytanie tedy, która strona zwycięży? Gdyby sądzić z ilości i z natury dzieł, jakie się w tym przedmiocie ukazały od lat trzydziestu, możnaby przypuszczać, że zwyciężą transformiści. To wszakże przyznać trzeba, że pisarze tej szkoły nie należą do podnioślejszych sfer umysłowości. Znakomitości naukowe zachowują wobec sporów postawę oględną, niedowierzającą, może nawet niechętną systemowi, który nie znajduje w faktach dostatecznego potwierdzenia. Tylko pomiędzy uczonymi mniejszego kalibru znajduje zwolenników szkoła transformistowska.
Ale co się szczególniej przyczyniło do zajątrzenia sporów, to że z zagadnienia czysto naukowego uczyniono kwestyę wyznaniową, jak gdyby zasada ewolucyonizmu żadną miarą pogodzić się nie dała z wiarą religijną. Tymczasem zaś przeciw takiemu pomieszaniu pojęć, szkodliwemu zarówno dla wiedzy jak dla religii, występowały oddawna największe powagi. Już w 1874 r. O. Valroger, zwalczając odmłodzoną przez Darwina teoryę transformizmu, powiada, że „hypoteza o rozmnażaniu się gatunków zwierzęcych i roślinnych przez rozmaite transformacye dałaby się pogodzić z tekstem Księgi Rodzaju i z tradycyą katolicką."1
Tęż samą uwagę znajdujemy u późniejszych apologetów, tak samo pewnej prawowierności. Ks. Arduin,2 O. Delsaux T. J. w uczonem dziełku o Tyndall'u (str. 61), X. Duilhé de Saint-Projet3, w ślad za takimi uczonymi jak Izydor Geoffroy-Saint-Hilaire, Albert Gaudry i Naudin, wszyscy głośno oświadczają, że religia pozostawia wiedzy przyrodniczej wszelką swobodę naukowego wyjaśniania początku jestestw. „Co przepisuje wiara, powiada jeden z nich,4 w przedmiocie rozwoju królestw organicznych, w przedmiocie kolejnych objawów życia na ziemi? Nic!" — W innem znów miejscu (str. 276) tenże autor powiada: dowodem że transformizm nie jest niezgodny z religijną prawowiernością, jest to, iż miał swych przedstawicieli w średnich wiekach. „Albert Wielki wyznaje go wyraźnie odnośnie do królestwa roślinnego." Coś podobnego uznawał sam św. Tomasz i jego szkoła, gdy nauczał, że zarodek człowieka przebywa dwa niższe królestwa, zanim zostaje obdarzony duszą duchową, która zeń czyni człowieka.
Dalej jeszcze posuwa się O. Delsaux; nie ukrywa on bynajmniej swoich sympatyi dla transformizmu, uważanego jako sposób stworzenia. „Teorya ewolucyonizmu w ogólnem pojmowana znaczeniu,—powiada on — miała dla mnie zawsze nieprzeparty urok. Teorya ta, gdyby się okazała prawdziwą, odpowiadałaby lepiej pojęciom, jakie sobie urobiłem o mądrości i wszechmocy bożej, aniżeli łatwiejsza od niej nauka o kolejnem stwarzaniu rzeczy. Zaliż nie mamy takiej samej ewolucyi światów w astronomii, oraz ewolucyi albo przynajmniej transformacyi sił w fizyce?5 Słuszną nieufność względem transformizmu wzbudził w ludziach wierzących fakt, że materyaliści i ateusze przyjęli go z zapałem. A jednak, nie trzeba być niesprawiedliwym, w czemże bowiem mógłby być niezgodny z dogmatem transformizm, jeśli się go pojmuje jako sposób stworzenia i jeśli się na boku zostawia zagadnienie o pochodzeniu człowieka?
I rzeczywiście, nie tak znaczna, jakby się na pierwsze wejrzenie zdawało, jest różnica pomiędzy dawnym systemem a nowym, pomiędzy kreacyonizmem a ewolucyonizmem. Kreacyoniści, chcąc dokładnie opisać sposób, w jaki pojmują współudział Boga w fakcie ukazania się jestestw, czują się prawie w konieczności przyznać, że według wszelkiego prawdopodobieństwa większość gatunków musiała powstać z gatunków poprzednich, czyto przez jakąś odrębną interwencyę Stwórcy, czy też na mocy jakiegoś prawa, początkowo z góry przez Boga ustanowionego. Inaczej bowiem, trzebaby było przypuszczać, że jak jest setki tysięcy gatunków na świecie, tak setki tysięcy razy musiał Bóg stwarzać jestestwa wszelkiego gatunku, a stwarzać raptownie i w stanie dojrzałym. Tymczasem zaś, ten rodzaj działania nie zdaje się zgadzać ze zwykłem postępowaniem Stwórcy, który zamiast działać przez cuda, zwykł pobudzać do działania przyczyny drugorzędne, i aby dojść do celu posługuje się najprostszymi środkami. Dowodem tego jest znana już dziś mniej więcej historya świata nieorganicznego.
Co się tyczy transformistów, to ci, chociaż nie zgadzają się na to, aby Pan Bóg współdziałał w tworzeniu się każdego nowego gatunku, powinni przynajmniej przyznać, jeśli chcą być szczerymi, że bez takiego współdziałania bożego nie da się zrozumieć ukazanie się pierwszego lub pierwszych gatunków, od których wszystkie inne pochodzą, powiedzieliśmy bowiem już indziej, że obserwacya i doświadczenie wyraźnie przeczą hypotezie o samorodztwie, hypotezie wszelkiemu prawdopodobieństwu przeciwnej i przez zdrową filozofię oddawna potępionej. Jak zatem hypoteza o samorodztwie, tak samo też i hypoteza o transformizmie siłą rzeczy z konieczności prowadzi do Boga, tylko że nie tak bezpośrednio jak pierwsza hypoteza o samorodztwie, gdyż znaczną część działania przyznaje działaniu praw natury.
Trzeba jednak przyznać, że nie wszyscy apologeci i teologowie podzielają przekonanie powyższe. Niektórzy z nich nawet mniemają, że chrześcijaninowi nie wolno podzielać transformizmu z powodu, że ten sprzeciwia się wyraźnie słowom Pisma św. „Nacisk, z jakim Mojżesz ukazuje nam Boga stwarzającego jestestwa żyjące, każde podług rodzaju swego, dowodzi, jak mówi X. Lavaud de Lestrade, że gatunki były rzeczywiście stworzone początkowo w tym stanie, w jakim je dziś widzimy, i że one wcale nie pochodzą jedne od drugich."
Wszelako na to zdanie przystać nie możemy. Naprzód bowiem wyraz gatunek nie ma w Biblii tego znaczenia, jakie mu nadają przyrodnicy. Oznacza on tam raczej każdą kategoryę jestestw, i zarówno odpowiada wyrazom: klasa, rodzaj, odmiana, jak wyrazowi gatunek, we właściwem jego znaczeniu. Powtóre, celem natchnionego pisarza jest wyrazić, że wszystkie jestestwa są pośredniem lub bezpośredniem dziełem Boga, gdy zaś wspomina o rodzajach, ma na myśli te rodzaje jestestw, które go otaczają, nie zaś te, jakie się ukazały początkowo. To też z całą poprawnością się mówi, że Biblia przedstawia nam Boga „stwarzającego jestestwa, każde podług rodzaju swego."
I rzeczywiście, Biblia nam powiada, że rośliny wydają owoce podług gatunków swoich, że morze i ziemia napełniają się kolejno zwierzętami różnych gatunków względnie do żywiołów, pośród jakich zostały powołane do życia. Widać w tem różnicę znaczenia wyrazów, której doniosłość każdy łatwo oceni.
Przeciwstawiany nam argument ma tę słabą stronę, że dowodzi zadużo. Podług niego musielibyśmy przypuszczać, że wszystkie gatunki roślinne i zwierzęce, żyjące i kopalne, zostały stworzone od początku w trzech razach, czyli aktach woli twórczej: naprzód trzeciego dnia wszystkie rośliny, następnie piątego dnia wszystkie zwierzęta wodne i ptaki, wreszcie szóstego dnia wszystkie zwierzęta ziemne. Tymczasem zaś geologia nas uczy, że nie w ten sposób odbywały się rzeczy. Królestwo roślinne rozwijało się, począwszy od epoki pierwszorzędowej aż do końca czasów geologicznych, tak, iż w epoce pierwszorzędowej nie istniała żadna z roślin dziś istniejących. Zwierzęta wodne, zapełniające dziś morza i rzeki, różnią się najzupełniej od zwierząt epoki drugorzędowej, która była właśnie czasem wielkiego ich zjawienia się i odpowiadała piątemu dniowi Księgi Rodzaju. Wreszcie zwierzęta ziemne, aczkolwiek późniejsze od zwierząt wodnych, począwszy od ukazania się swego—do dni naszych wielokrotnie się już zmieniały. Śmiało zatem możemy twierdzić, że większa część dzisiejszych gatunków, jeśli gatunki te zostały bezpośrednio przez Boga stworzone, nie była stworzona w dniu, jaki jej Biblia przeznacza. Dowód-to, naszem zdaniem, że wyrażeń biblijnych nie należy rozumieć w tem znaczeniu zanadto dosłownem i technicznem, jakie im nadaje X. Lavaud de Lestrade.
Jakkolwiek nie myślimy twierdzić razem z Naudin'em,6 że „kosmogonia biblijna od początku do końca jest teoryą ewolucyonistowską i że Mojżesz był praojcem Lamarck'a, Darwina i wszystkich nowożytnych ewolucyonistów," to jednak możemy powiedzieć, że tekst biblijny pod pewnymi względami sprzyja założeniu transformistowskiemu, pojmowanemu w znaczeniu spirytualistycznem. Warto zauważyć także, iż wyraz stwarzać (barah), trzy razy tylko jest użyty w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Naprzód w 1 wierszu, gdzie tłómaczy pochodzenie materyi; następnie w w. 21, gdzie mowa o ukazaniu się zwierząt na ziemi po raz pierwszy; wreszcie w w. 21, gdzie mowa o człowieku. Zdaje się zatem, że pisarz natchniony, który w innych razach używa wyrazu czynić (basah), miał zamiar ograniczyć bezpośrednie współdziałanie Boga do tych trzech wielkich dzieł, dla których zdrowa filozofia musi istotnie wymagać aktu twórczego.
Co do nas, to nie chcemy bynajmniej zbytecznie nalegać na ten przedmiot, który mógłby nas zaprowadzić nazbyt daleko. Zawnioskujemy tylko z tych kilku uwag powyższych, że Biblia pozostawia jednakową swobodę sądu zarówno transformistom jak zwolennikom kolejnych aktów stwarzania. To też żałować nam przychodzi, że w omawianym przedmiocie zahaczono Biblię. Powołując się na powagę Biblii, ilekroć ona nie jest w danej jakiejś sprawie bezwzględnie wyraźna i jasna,—a w tej właśnie sprawie jest taki wypadek,—tylekroć uhybiamy Biblii, a tem samem i religii, której tamta jest znakomitą podporą.
To powiedziawszy, łatwo nam zrobić wybór pomiędzy obiema teoryami transformistów i kreacyonistów, a sądzimy że łaskawy czytelnik zechce uwierzyć w naszą szczerość, gdy pod pręgierz krytyki stawimy dowody, jakimi ewolucyoniści popierają swoje założenie.
Aby ocenić wartość tych dowodów, dość będzie rozważyć pokrótce poważny artykuł, jaki tej sprawie poświęcił Contejean, uczony wcale niepodejrzany o wstecznictwo.7 Contejean jest-to wolnodumca, odrzucający istnienie Boga i cudów, pierwsze objawy życia na ziemi przypisujący pewnym „składnikom organicznym", i utrzymujący, że teorya transformistowska ma swe strony dodatnie. Możemy tedy mu wierzyć, gdy mówi, że nauka ta jest jeszcze daleka od udowodnienia swej prawdziwości. Mamy nadzieję, że wychodzące z pod jego pióra zarzuty przeciw transformizmowi zdołają przekonać tych wszystkich, co nie żywią przeciw kreacyonizmowi takich uprzedzeń, jakie żywi wspomniany pisarz.
Dwa są rodzaje dowodów, na które się powołują transformiści; jedne polegają na przykładach transformizmu, drugie na hypotezach.
Przykłady transformacyi, zaznaczone przez Darwina, są bardzo liczne, „ale żaden z nich nie dowodzi, aby jeden gatunek przemienił się w drugi, albo przynajmniej żaden z nich nie przedstawia transformacyi, dochodzącej do pewnego typu, na tyle różnego od typu pierwotnego, od którego rozpoczęła się transformacya, iżby przyrodnicy mogli go uważać za gatunek odrębny i rzeczywisty."
„Wniosek z tego jest taki, że podobnej metamorfozy nigdy dostrzedz nie było można, oczywista bowiem, że transformiści nie omieszkaliby wyzyskać faktu tak olbrzymiej doniosłości. Jakkolwiek doświadczenia transformistów dotyczą jedynie urabiania się i przemiany ras i odmian gatunków, nie mniej jednak są bardzo ciekawe i wykazują nam wiele dotąd nieznanych szczegółów. Ale, powtarzamy raz jeszcze, nic niema w tych doświadczeniach przemawiającego za teoryą transformizmu, niema nawet w gruncie rzeczy nic nowego, nic bardzo pouczającego. Już przed transformistami wiedziano, że odmiany, jakim podlegają pewne gatunki, bywają tak wielkie, iż rasy jednego i tego samego odrębnego typu mogą się w najrozmaitszy sposób od siebie różnić, i to nieskończenie więcej, aniżeli się różnią między sobą znacznie nawet od siebie odmienne gatunki. Naprzykład: daleko jest większa różnica organiczna pomiędzy chartem a buldogiem, aniżeli pomiędzy wilkiem a psem, koniem a osłem. Wiedziano również już przed transformistami, że odmiany wytwarzają się również u gatunków dzikich, co się przyczynia do zawikłania w nazwach pewnych rodzajów, naprzykład krzewów różanych, w których typy odrębne są prawie niepochwytne. To wszakże nie jest jeszcze dowodem metamorfozy jednego gatunku w drugi. Zanim ta metamorfoza nastąpi, dziś spokojnie twierdzić możemy, że przytaczane niezliczone wypadki transformacyi absulutnie niczego nie dowodzą na korzyść transformizmu."
Contejean nie mniej jest surowy odnośnie do hypotez. „Są one, powiada, nadzwyczaj liczne, gdyż wyobraźnia ludzka ma możność swobodnego bujania." Roztrząsa on tylko niektóre bardziej znane hypotezy, jak: przystosowanie do środowiska, walka o byt, selekcya czyli dobór naturalny, transformacye w stanie zarodkowym, co Contejean nazywa organami — świadkami i zjawiskami atawizmu.
Hypoteza o przystosowaniu do środowiska polega na tym fakcie, do pewnego stopnia prawdziwym, że każde jestestwo żyjące względnie do zmian, zaszłych w otaczających je warunkach, doznaje zmian w swych organach. Tak np. konie i psy, przeniesione w północne okolice kuli ziemskiej, pokrywają się na nowo grubą i obfitą szerścią, chroniącą je od zimna danych okolic. Podobnież niektóre żaby, przebywające w jeziorach podziemnych, zatraciły organa wzrokowe, jako w warunkach ich życia zbyteczne. Tego rodzaju faktom przeczyć niepodobna, ale wytworzone z czasem takie zmiany organiczne nigdy nie sprowadzają tak wielkiej różnicy w formach, aby one zasługiwały na nazwę gatunków. „Ta różnica w formach wytworzyła tylko rasy i odmiany, które natychmiast powracają do typu, skoro tylko powrócą pierwotne warunki ich bytu."
Hypotezie walki o byt (ob. art. Darwinizm) przypisywano nadzwyczajne znaczenie w nowej doktrynie transformistów. Hypoteza ta jednak, jak uważa Contejean, „która zwiodła tyle wyobraźni ludzkich," nie zdaje się posiadać tego znaczenia, jakie jej przypisują. Ogólnie mówiąc, niema wątpliwości, że w naturze to co silniejsze niszczy to co słabsze. Walka-to konieczna, inaczej bowiem nadmierne rozmnożenie się jestestw pochłonęłoby całą ziemię. Ale dla tego przecież nie przemienia się osobnik zwyciężki, i owszem, traci nawet powód do dalszej walki, chyba, że napotka nowe jakieś przyczyny do walki, wśród których będzie dążył zawsze do przemiany tych samych organów. „Ale w takim razie ileż-tu hypotez gwoli bardzo niepewnego wyniku! Boć rzeczywiście, nic nie dowodzi, że najbardziej nawet wyposażone fizycznie zwierzę będzie miało potomstwo, nic nie dowodzi. że potomstwo to jego, wskutek nieuniknionych jakichś połączeń z osobnikami normalnymi, nie powróci całkowicie do typu pierwotnego, jeśli w ogóle jeszcze jest prawdą, że ono mogło się od tego typu oddalić." Zresztą przypuściwszy nawet, że takie metamorfozy mogą się dokonywać w ten sposób, to i w tym razie metamorfozy rzeczone nie miałyby nigdy jakiegoś charakteru gatunkowego.
Dobór naturalny wynika z walki o byt; skoro bowiem w walce życiowej najsilniejsi tylko przetrwają, to oczywista, że ci najsilniejsi będą mieli najwięcej danych do wytworzenia trwałego potomstwa. Atoli, po doborze naturalnym, w którym połączenia zależą od przypadku, nie można oczekiwać tych samych skutków, co po doborze sztucznym, przy którym w wyborze reproduktorów współdziała człowiek. A przecież i ten ostatni dobór daje nam tylko pewne jakieś odmiany i rasy, ileż więcej przeto dobór naturalny będzie niezdolny do wytworzenia nowych form gatunkowych. Słusznie więc dziwić się trzeba owym zachwytom, z jakimi przyjęto w swoim czasie tę hypotezę, w której upatrywano jakby jakiś nowy objaw geniuszu ludzkiego.
Wreszcie, robią niektórzy uwagę, że każde zwierzę wyższego rzędu, że człowiek sam nawet przed urodzeniem przechodzi przez pewne stany pośrednie, podobne do tych, jakim podlegają zwierzęta niższego rzędu, że bywa on kolejno zwierzokrzewem, rybą, żabą, płazem. Ale tych zmian w stanie zarodkowym człowieka zaprzeczali sami nawet naturaliści transformistowscy. Jeden z nich, Edmund Perrier, powiada, że „zarodek człowieczy w żadnym okresie swego rozwoju nie bywa prawdziwą rybą, jak nie bywa w późniejszych okresach bytu ani płazem ani ptakiem."8
Przypuśćmy jednak, że te rozmaite stany następują po sobie z przypisywaną im dokładnością, i że jestestwa, zostające na niższym stopniu drabiny zoologicznej, tem się tylko różnią od swych braci bardziej wydoskonalonych, że zatrzymane zostały w rozwoju; otóż ten szczegół w niczem poprzeć nie może założenia transformistowskiego. Bo niechże nam kto wytłómaczy, „dlaczego niektóre typy się rozwinęły i postąpiły naprzód, a drugie pozostały na tem samem miejscu; dlaczego i dziś jeszcze mamy zwierzokrzewy i ryby i płazy ziemne?"
Powiadają, że przemiany zarodkowe udowadniają przez analogię transformacyę jestestw dojrzałych; ale „z tą samą logiką można w imię analogii zarzucić, że omawiane fakta tem lepiej wykazują jedność planu i budowy. Skądinąd zaś ta jedność planu tłómaczy się prawami, rządzącemi zarówno materyą organiczną jak nieorganiczną. Jeśli pierwiastki chemiczne zestawiają się ze sobą zawsze w pewnym określonym stosunku, jeśli niezliczone formy krystaliczne w pewnych gatunkach minerałów należą zawsze do jednego i tego samego systemu i nie bywają rzucone przypadkowo w kształtach do siebie wzajem niepodobnych, to rzecz naturalna, że bardziej jeszcze skomplikowane formy i narządy jestestw żyjących przylegają jedne do drugich i stanowią jedną harmonijną całość, bez względu na to, jaki był pierwszy powód danego porządku rzeczy."
Taż sama uwaga stosuje się do pewnych zarodków organów, spotykanych u niektórych zwierząt, a zwanych organami—świadkami; mają one być resztkami i jakoby świadkami organów bardziej rozwiniętych i w rzeczywistości używanych przez najodleglejszych przodków zwierząt rzeczonych. Przykładem ma tu być noga konia. Posiada ona dwie małe kostki w kształcie sztyletów, ukryte pod skórą. Gdyby wierzyć transformistom, przejąłby koń te kostki w spuściznie po anchitherium i peleotherium, swych przodkach kopalnych, u których stanowiły one wyższą część dłoni albo rzeczywiste palce. „Ale, czy się w ten sposób nie za prędko idzie i nie zadaleko zachodzi?—pyta słusznie Contejean. Czyż te organa-świadkowie nie dowodzą również pewnej jedności planu? Azaż nie istnieją podobneż bardzo charakterystyczne organa zaschłych i bezużytecznych brodawek u piersi samców? A któż jednak powie, że samcy były niegdyś samicami?
Zdarza się niekiedy, że zwierzę jakieś, do jakiegokolwiek stopnia w szeregu zoologicznym należące, niespodziewanie odtwarza rysy jednego ze swych przodków, od którego wiele pokoleń go dzieli; nazywa się to zazwyczaj wypadkiem atawizmu. Tym sposobem, faktem synostwa i dziedziczności chciano wytłumaczyć rzekome rysy podobieństwa, jakie ma jakoby od czasu do czasu przedstawiać zwierzę, ssące naprzykład, z gatunkami porządku niższego, takimi naprzykład, jak płazy lub ryby. Ale czyż takie rozumowanie nie przekracza granic zdrowej indukcyi? „Jak dowody, brane ze stanu zarodkowego i z organów—świadków, tak samo dowody, czerpane przez transformistów z atawizmu i z potworności, o tyle tylko rozumnie przyjąć się dadzą, o ile przytaczane fakta dotyczą wyłącznie odmian jednego i tego samego gatunku. We wszystkich zaś innych wypadkach oznaczają one raczej jakąś jedność planu. I rzeczywiście, chętnie zgadzamy się na to, że przypadkowe zmiany osobników bywają zazwyczaj zbliżone do grupy, do której te osobniki należą. Rzecz-to naturalna, że konie lub osły mają niekiedy golenie zebry, gdyż wszystkie gatunki rodzaju Equus, z wyjątkiem właściwego konia, bywają w rozmaity sposób pręgowane, ale to wcale nie dowodzi, jakeśmy rzekli, żeby one miały jakiegoś wspólnego przodka, pokrytego pręgami."
Słowem, przyznać trzeba, że hypotezy, postawione przez transformistów na udowodnienie swego założenia, „grzeszą wszystkie stanowczym brakiem dowodów bezpośrednich i namacalnych", że wszystkie te dowody „polegają na samych tylko twierdzeniach mniej lub więcej upozorowanych, z których żadne nie wykazuje możliwości jakiejś transformacyi gatunków."
Ku swej obronie powołują się transformiści na czas. Ale wszak nie brakło czasu gatunkom epoki trzeciorzędowej, a jednak oba królestwa organiczne przedstawiają nam mnóstwo gatunków, które do dnia dzisiejszego nie podległy najmniejszej nawet zmianie. Zresztą, powiedzieliśmy już przy sposobności Darwinizmu, że astronomowie i fizycy w imię swych nauk energicznie protestują przeciw nadużywaniu pojęcia czasu przez transformistów. Uczeni ci chętnie mówią o milionach lat, gdy idzie o oznaczenie czasu ukazania się życia na ziemi, ale stanowczo sprzeciwiają się nagromadzaniu milionów i miliardów wieków.
Jest jeszcze jeden zarzut, który wydaje się nam posiadać nie mniej doniosłości. Zwolennicy doktryn transformistowskich powołują się chętnie na nowoczesne odkrycia w dziedzinie paleontologii, oraz na owe liczne luki, jakie odkrycia te wypełniły w drabinie jestestw. Zdają się oni mieć nadzieję, że nadejdzie kiedyś czas, kiedy w szeregu jestestw nie będzie już miejsca próżnego, kiedy każdy gatunek połączy się z gatunkiem następnym, każdy dział z działem sąsiednim, i to bez żadnych przejść raptownych, nieznacznie i stopniowo, tak, iż całe stworzenie stanowić będzie jeden nieprzerwany łańcuch. „Te świetne przewidywania, powiada słusznie Contejean, w gruncie rzeczy są tylko złudnemi widziadłami. Chociażby niezaprzeczenie istniał ten jedyny łańcuch jestestw, to i wówczas jeszcze pozostawałaby do rozwiązania nazbyt często przeoczana trudność udowodnienia przechodzenia jednego gatunku w drugi, oraz wykazania form, jakie te gatunki jednoczą. Wystarczy odrobina uwagi, by przekonać umysł bezstronny, że jestestwa pośrednie pomiędzy klasami, rzędami, rodzajami a nawet gatunkami nie mają żadnego znaczenia, gdyż pomimo wszystkiego pozostają jeszcze do zapełnienia olbrzymie luki. Ciągłe zaś odkrycia w zakresie paleontologii dowodzą tylko tego, że ramy świata organicznego, rozważanego w swej całości, są nieskończenie więcej wypełnione, aniżeli ramy natury żyjącej. Rodziny, rodzaje, gatunki kopalne mieszają się z innemi rodzinami, z innymi rodzajami, z innymi gatunkami, a jednak przez to nie zmniejsza się wcale odległość wzajemna typów gatunkowych. Chętnie też przyrównałbym gatunki do żołnierzy jakiegoś plutonu, otrzymującego nowo-zaciążnych: szeregi się zacieśniają, ale pluton pozostaje zawsze ten sam, a ludzie w nim nie różnią się jedni od drugich.—Możnaby wyszukiwać przejścia pośrednie w zakresie samego gatunku, ale śmiało twierdzić można, że te pośrednie przejścia nie istnieją. I rzeczywiście, nie tylko nie można przypuszczać, aby gatunki przechodziły jedne w drugie przy pomocy raptownych skoków i bez przejść pośrednich (co sprzeciwiałoby się nauce transformistowskiej), ale owszem przypuścić należy, że każdy z owych licznych etapów, zaznaczających transformacyę dwóch sąsiednich typów gatunkowych, bywa reprezentowany przez pewną formę odrębną, którą powinnoby się odnaleść w stanie kopalnym. Przejściowe zaś te formy byłyby niezliczone, a w każdym razie nieskończenie liczniejsze, aniżeli formy, przedstawiające gatunki znane; prócz tego—i na ten punkt kładę szczególny nacisk—typy gatunkowe, utopione w tem mnóstwie typów pośrednich, nie dawałyby się żadną miarą jedne od drugich odróżnić, czyli innemi słowy, nie istniałyby wcale. Tymczasem w rzeczywistości dzieje się wręcz przeciwnie."
Aby wyjść z tej trudności na cało, wymyślili transformiści teoryę wędrówek czyli migracyi. Gdy się im powie, naprzykład, że się nie zna żadnej formy pośredniej pomiędzy hipparionem a koniem, odpowiadają, że to nic dziwnego, bo ta forma pośrednia, to pośrednie stworzenie istnieć może w jakimś kraju, bardzo odległym od tych stron, w których żyły te zwierzęta, boć inaczej stworzenie to nie ulęgłoby transformacyi. A zatem, w jakimś dalekim kraju, w odmiennym jakimś klimacie można mieć nadzieję spotkania owej formy pośredniej, o której tu mowa.
Przyznajemy, że bardzo-to wygodna teorya, bo pozwala transformistom odpowiadać na wszystkie trudności z zakresu paleontologii; ale jest-to teorya dowolna i czcza, pełna nieprawdopodobieństw, dla których odrzuciła ją większość darwinistów. „I rzeczywiście, trzeba sobie wyobrazić daleką podróż tam i z powrotem, aby wyjaśnić utworzenie się każdego gatunku, a gatunków tych są tysiące we wszystkich ziemiach i we wszystkich epokach czasu. Niepodobieństwem się wydaje przeto, aby one nie pozostawiły tu i owdzie śladu swych form pośrednich."
Inni znów, roztropniejsi, do których zaliczyć można uczonego botanika francuskiego, Naudin'a, zgadzają się chętnie na brak form pośrednich, mających łączyć gatunki między sobą wzajem; żeby zaś wyjaśnić zjawienie się nowych typów, uciekają się do hypotezy transformacyi raptownych, dokonywanych na miejscu. Na poparcie tej teoryi przytacza Naudin swe własne doświadczenia. Zauważył on u roślin, a nawet u niektórych zwierząt, pewne zmiany wytworzone raptownie. Co do nas, to nie przeczymy temu bynajmniej, ale zauważymy tylko, że zmiany, o jakich mówi Naudin, zachodziły jedynie pomiędzy rasami i odmianami jednego i tego samego gatunku. „Należałoby udowodnić, że podobny przeskok może się dokonać od jednego gatunku do drugiego, a następnie, że istnieją ciągłe przyczyny odmian, wytwarzające kolejno gatunki jedne za drugimi, i to w każdym rodzaju, a następnie w rodzaju sąsiednim, tak, iżby te odmiany, jedne obok drugich zszeregowane, tworzyły rodzinę, rząd, klasę, dział, a punktem wyjścia tego wszystkiego—aby był typ jeden jedyny."
„Nie ulękły się tej trudności serca nieustraszone, powiada Contejean, i wielu przyrodników wskazało na pokrewieństwo wielu rodzajów w królestwie zwierzęcem, wykazując każdego z nich punkt wyjścia oraz fazy kolejno przezeń przebyte i zstępując kolejno do jestestwa najniższego, z którego ród ludzki bierze swój początek. Zbyteczna prawie dodawać, że pojęcia tych przyrodników nie zgadzają się ze sobą, każdy z nich bowiem ma swój odrębny pogląd na rzeczy. Niektórzy nawet entuzyaści zaczęli głosić zjawienie się zoologii przyszłości. Wiedza wszakże dzisiejsza nie zadawalnia się argumentami tego rodzaju, i dowód najmniejszy, ale wprost rzeczy dotyczący, miałby dziś daleko większe aniżeli takie argumenta wobec nauki znaczenie."
Takich zaś dowodów bezpośrednich, jakich brak transformizmowi, wcale nie brak przeciwnej mu teoryi. Zwolennicy mianowicie kolejnego stwarzania rzeczy podnoszą stałość typów dzisiejszych, ulegających odmianom tylko w granicach ras, następnie brak form, oznaczających przejście od jednego gatunku do drugiego, a zwłaszcza ten fakt szczególny, że nawet najbliższe sobie gatunki nie wytwarzają nigdy istot pośrednich stałych drogą rodzenia płciowego.
Ten ostatni głównie szczegół zwrócił uwagę Contejean'a. „Na tym punkcie, powiada on, doświadczenie w olbrzymiej większości wypadków przemawia za hypotezą stworzenia. Wszystkie próby krzyżowania doprowadzają do następnych wyników, nie podlegających żadnej wątpliwości: albo połączenie płciowe bywa niemożliwe z powodu wzajemnego wstrętu osobników, które chcianoby przymusowo połączyć, albo połączenie rzeczone odbywa się bez żadnych następstw, albo zwierzęta z takiego krzyżowania powstałe bywają bezpłodne, jak-to bywa najczęściej u mułów, albo też zatracają płodność po kilku pokoleniach, albo wreszcie osobniki takie są nieograniczenie płodne między sobą, ale potomstwo ich coraz bardziej staje się podobnem do rodziców, tak, iż niechybnie i szybko następuje zwrot do jednego z typów pierwotnych. Wyniki te są właściwością obu królestw organicznych. Stąd wniosek, że pomiędzy najbliższymi nawet gatunkami zachodzi nieprzeparta zapora, albowiem nie wytwarzają one drogą rodzenia żadnej stałej formy pośredniej, a osobniki, jeśli jakie się rodzą, pozostają bezpłodne lub powracają do typu rodziców."
Jest atoli jeden wyjątek od tego powszechnego prawa. Pewna mianowicie roślina, zwana aegilops ovata, zapładniana przez pyłek zbożowy, wytwarza hybrydę nieograniczenie płodną w właściwych sobie cechach. Niesłusznie przecież w tym wypadku dopatruje Contejean poważnego jakiegoś zarzutu przeciw systemowi o stałości gatunków. Wszak sam Contejean robi uwagę, że ta hybryda utrwala się jedynie przy odpowiednich staraniach ze strony człowieka. Co więcej, kto nam udowodni, że obie owe rośliny, które ją wytworzyły, należały rzeczywiście do dwóch różnych gatunków? Tak dalece rozmnażano gatunki, zwłaszcza w botanice, że często nadawano nazwę gatunków najzwyklejszym odmianom jednego gatunku. Nic też dziwnego, że wreszcie zaczęto znajdować przejście pomiędzy temi rzekomemi formami gatunkowemi. Sam Godron, który pierwszy wykazał szczegóły dotyczące aegilopsa, robi uwagę, że z nich nic wywnioskować nie można przeciwko zasadzie o stałości i niezmienności gatunków. I my też idziemy tu za zdaniem tego uczonego botanika.
Może się też zdarzyć, że w królestwie zwierząt, przynajmniej w stanie kopalnianym, spotkają się takie jestestwa dwuznaczne o cechach nieokreślonych, które zdawać się mogą pewnem nieznacznem przejściem pomiędzy dwoma typami, uważanymi za typy gatunkowe. Tak naprzykład poszukiwania paleontologiczne, przeprowadzone w pokładach czwartorzędowych, wyprowadziły na jaw, niekiedy w jednej nawet stacyi, zbiór typów, przedstawiających wszystkie stopnie pośrednie pomiędzy mammutem (Elephas primigenius), a dzisiejszym słoniem indyjskim; z okazów tych z całą słusznością zawnioskować można, że jedno z tych zwierząt dało początek drugiemu, i wcale niema potrzeby posuwać się dalej jeszcze i twierdzić razem z transformistami, że jeden gatunek może rodzić drugi. Wniosek podobny byłby więcej niż śmiały, przypuszczałby bowiem, że mammut i słoń indyjski stanowią dwa różne gatunki, czego właśnie dopiero dowieśćby należało.
Powtarzamy raz jeszcze, że dowód transformistowski znaczną część swej siły czerpie z tego nadmiernego i samowolnego rozmnożenia typów gatunkowych. Gdyby zechciano się wyrzec tego zbytku w nowo-wytwarzanych nazwach, które pod pozorem rozwoju nauki, wprowadzają raczej straszliwe zamieszanie do niej, gdyby mnóstwo form, jakie niesłusznie chciano wynieść do godności gatunków, zaczęto uważać za zwykłe rasy albo odmiany, wówczas trudno byłoby znaleść w naturze świadectwa na poparcie dogmatu transformistów.
Przy braku poważniejszych dowodów przeciwnicy nasi odwołują się do przyszłej paleontologii i twierdzą, że braki, jakie dziś przedstawiają fauna i flora, wypełnią przyszłe wykopaliska. Ale, jeśli tak, to niechby przynajmniej cierpliwie czekali, a nie opierali się, jak to dziś czynią, na rzeczy niezbadanej. I owszem, dalej jeszcze idą, bo występują przeciw danym dzisiejszej paleontologii, która nam ukazuje większość typów, zjawiających się raptownie w rozmaitych epokach geologicznych, aczkolwiek typów tych nie zapowiadało nic do nich podobnego. Niechby nam, naprzykład powiedzieli transformiści, jacy-to byli przodkowie ssaków w ogólności, ryb, a idąc jeszcze wyżej,—trylobitów i cephalopodów—dwu klas najbardziej wydoskonalonych, a jednocześnie najdawniejszych ze wszystkich grup, do których się one odnoszą.
Zwolennicy kolejnego stwarzania mogą zawsze pokonywać swych przeciwników, nie tylko ukazując im przekształcające się typy kopalne, ale nawet oznaczając poszczególne szeregi, w których krok za krokiem od wieku do wieku śledzić można przemiany, prowadzące od jednego gatunku do drugiego.9
Byłoby rzeczą zbyteczną i bezcelową zatrzymywać się dłużej nad zagadnieniem, które ubocznie tylko obchodzi wiarę religijną. Powiedzieliśmy już bowiem i chętnie to powtarzamy, że nauka o ewolucyonizmie nie sprzeciwia się wcale dogmatowi chrześcijańskiemu. „Niema co sądzić o tem inaczej,—powiada pewne czasopismo naukowe, nie zwykłe bronić zasad prawowiernych, jak to czynią osoby, nie znające i źle rozumiejące teoryę transformistów, a przywiązujące więcej wagi do wniosków nielogicznych i przesadzonych, jakie z rzeczonej teoryi wyprowadzają pewni nieroztropni i nierozważni jej zwolennicy, aniżeli do samej zasady,—jaką ze swego stanowiska postawił sam Darwin. Wszak darwinizm wcale nie wyklucza przyczyny pierwszej, jakiemkolwiek mianuje ją imieniem, ale owszem, wymaga jej w sposób stanowczy."10
Pomimo to uważaliśmy za stosowne poświęcić słów kilka tej nowej nauce ze względu na jej doniosłość wewnętrzną, na znaczenie, jakie jej nadają i na czynione w niej nadużycia. „Nie wolno już dziś, powiada pewien uczony i bogobojny obrońca wiary chrześcijańskiej, wobec nowoczesnych odkryć żartobliwie traktować zagadnień tak poważnych i w tak wysokim stopniu dotyczących prawd dogmatycznych i moralnych."11 „Aczkolwiek, słusznie powiada inny apologeta, teorya transformistów nie wydaje się być uzasadniona faktami, dostatecznie licznymi i przekonywającymi na to, aby ją można zaliczać do rzędu teoryi niezawodnych i pewnych..., nie mniej jednak jest ona teoryą poważną, której nie wolno milczeniem pomijać, z warunkiem wszakże niezapominania o tem, że jest-to teorya niepewna i hypotetyczna."12 Na tych słowach zakończymy to studyum, przedstawiające dzisiejszy stan zagadnienia o transformizmie. (Ob. dzieła przytoczone w art. Darwinizm).
(Hamard).
X. W. S.
-
La Genèse des espèces, str. 32. ↩
-
La réligion en face de la science, t. III, str. 425. ↩
-
Apologia naukowa wiary chrześć. (przekład polski X. Bpa Kossowskiego). ↩
-
Duilhé de Saint Projet. ↩
-
Les Derniers Écrits philosophiques de M. Tyndall. str. 61. ↩
-
Révue scientifique, 6 Marca 1875. ↩
-
W czasop. Révue scientifique 30 Kwietnia 1881. ↩
-
La Philosophie zoologique avant Darvin. ↩
-
O znaczeniu paleontologii w nauce transformizmu, ob. uczone uwagi Vallée Poussin'a w brukselskiem czasop. Révue des questions scientifiques, t. 1, str. 274, t. III str. 262, t. VII str. 297, t. XIII str. 233, t. XVI str. 66. ↩
-
Révue scientifique, Maj 1886. ↩
-
Arduin. Controverse, 1 Paźdz. 1882. ↩
-
Jean d'Estienne. Révue des questions scientifiques, Styczeń 1880. ↩