Wiedza i kościół
Zarzucają Kościołowi, że przyznaje sobie prawa przewodzenia nauce, narzucania uczonym opieki swej władzy. Nauka, powiadają, jest z natury swej niezależna i zwierzchnicza, nauka bowiem — to prawda, a przeciw prawdzie niemasz prawa. Władza przeto kościelna, która chce przewodzić nauce, potępiać lub potwierdzać systematy uczonych, przypisuje sobie władzę, jaka do niej nie należy; nauka nie powinna być poddaną, lecz panującą, a uczeni, jako uczeni, są niezależni od wszelkiej powagi.
Powiadają dalej, że Kościół nie jest nieomylny w przedmiotach naukowych; uznają to wszyscy teologowie. Kościół zatem, potępiając lub nakazując jakiś system naukowy, naraża się na potępienie prawdy, a narzucenie ludziom błędu. To mu się właśnie zdarzyło w sprawie Galileusza, której następstwem było powstrzymanie na całe lat sto postępu wiedzy astronomicznej w łonie narodów katolickich.
Próżno byłoby powtarzać tu deklamacye, jakie wywoływał i do dziś dnia wywołuje rozwój tego argumentu. Sięgnijmy do dna tej kwestyi i zapytajmy, czy Kościół ma prawo potępiać lub potwierdzać opinie naukowe? Czy rzeczywiście potępienie systemu Kopernika oraz potępienie Galileusza dekretami z lat 1616 i 1633 powstrzymało postęp astronomii? Odpowiedź na te dwa pytania posłuży za rozwiązanie postawionego wyżej zarzutu.
1-o Na pierwsze pytanie: czy Kościół ma prawo potępiać lub potwierdzać opinie naukowe, każdy katolik bez wahania odpowiedzieć powinien twierdząco. Prawda, że Kościół od swego boskiego założyciela nie otrzymał posłannictwa pracowania bezpośrednio nad postępem nauk świeckich, ani tem samem nie otrzymał powagi i przywilejów, koniecznych do nieomylnego osiągnięcia tego celu. To też Kościół, pomimo niezrównanych usług, jakie wyświadczył nauce, nie twierdził nigdy, aby otrzymał od Boga posłannictwo nauczania ludzi matematyki, astronomii, językoznawstwa i innych nauk ludzkich, nie wchodzących bezpośrednio w zakres rzeczy religijnych. Właściwym przedmiotem nauczania Kościoła jest prawda religijna, której głoszenie i strzeżenie Bóg Kościołowi powierzył.
Zauważyć jednak trzeba, że systemy naukowe, mające jakikolwiek związek z nauką chrześcijańską, z konieczności pomagają lub przeszkadzają rozszerzaniu i zachowywaniu prawdy religijnej. Kiedy te systemy są prawdziwe, Kościół wyciąga z nich pewną korzyść dla prawdy religijnej i dla dusz zbawienia; kiedy zaś są błędne, czynią wszelkie usiłowania więcej lub mniej bezpłodnemi, uzbrajając umysły opornie przeciw nauczaniu Kościoła. Oczywista rzecz naprzykład, że naukę chrześcijańską z trudnością przyjmie lub przechowa społeczeństwo, przejęte zasadami filozofii materyalistycznej, fatalistycznej, bezbożnej, — przesiąknięte systemami historycznymi, przedstawiającymi katolicyzm za wroga cywilizacyi i wiedzy, — systemami naukowymi, wykluczającymi jedność rasy ludzkiej, wyprowadzającymi człowieka od zwierzęcia lub rośliny drogą transformacyi naturalnej, wyjaśniającymi cuda Zbawiciela i Świętych Pańskich samemi tylko siłami natury, które do działania przywiódł przypadek lub nadzwyczajna jakaś zdolność, — systemami, w imię dobra ludzkości potępiającymi naukę i zwyczaje chrześcijańskie odnośnie do małżeństwa, własności, lichwy, celibatu, powagi i władzy. Rozpowszechnienie tych błędów oddala ludy od prawdy ewangelicznej i stanowi ogromną zaporę spełnieniu się posłannictwa Kościoła. Konieczna więc, aby tenże Kościół mógł usuwać tę zaporę, przez potępianie błędu a głoszenie przeciwnej mu prawdy. I to jest właśnie istotna podstawa władzy, jaką sobie Kościół zawsze przyznawał i wykonywał, władzy zakazywania lub zalecania pewnych systemów naukowych; jest-to jego prawo i obowiązek, wynikający z jego posłannictwa, jako stróża i obrońcy prawdy.
Sobór Watykański w ten sposób się wyraża o tej sprawie1: „Kościół, który razem z apostolskiem posłannictwem nauczania otrzymał polecenie strzeżenia depozytu wiary, posiada także od Boga prawo i obowiązek potępiania błędnych nauk, iżby nikt nie był w błąd wprowadzony przez filozofię i próżną sofistykę. (Coloss. II. 8). Dlatego też wszyscy wierni chrześcijanie nie tylko nie powinni uważać za prawowierne wyniki naukowe tych opinii, które zostały uznane za przeciwne nauce wiary, zwłaszcza jeśli opinie te zostały potępione przez Kościół, ale nadto powinni je stanowczo uważać za błędy, osłaniające się złudnymi pozorami prawdy... Kościół nie broni naukom ludzkim posługiwać się — każdej w swym zakresie — zasadami i metodą, naukom tym właściwą, ale przyznając najzupełniej całą tym naukom wolność, czuwa nad tem starannie, aby one nie stawały w sprzeczności z nauką boską, wpadając w błąd albo przekraczając właściwe sobie granice..."
Sobór mówi tu tylko o błędnych systemach naukowych, bo systemy prawdziwe nie mogą nigdy być w sprzeczności z prawdą objawioną, jak-to wyjaśnia tenże sobór w tym samym rozdziale swej konstytucyi: „Jakkolwiek wiara jest ponad rozumem, to jednak nigdy nie może istnieć prawdziwa niezgodność pomiędzy wiarą a rozumem, gdyż jeden i ten sam Bóg objawia tajemnice i wiarę oraz udziela duszy ludzkiej światła rozumu; nie może Bóg przeczyć samemu sobie, a prawda nie może pozostawać w sprzeczności z prawdą. Próżne pozory sprzeczności tego rodzaju pochodzą głównie stąd, że ludzie nie pojmują i nie wykładają dogmatów wiary podług rozumienia Kościoła, albo też stąd, że biorą błędne przekonania za pewne zasady i wymagania rozumu."
Taka jest dziś i taka zawsze była nauka Kościoła katolickiego; z temi zasadami zgadzała zawsze swe postępowanie władza kościelna, wyklinając opinie naukowe, wierze przeciwne lub szkodliwe, a popierając opinie wierze przychylne jako prawdziwe. Dowodem na to są liczne postanowienia Stolicy Apostolskiej, a zwłaszcza dekreta Indeksu. Stwierdził to prawo i fakt, o którym tu mowa, papież Leon XIII, ten wielki protektor nauki, w encyklice Aeterni Patris, wydanej r. 1879: „Jak zauważył apostoł, powiada papież, przez filozofię i czcze drobiazgowości dają się zwodzić często umysły chrześcijan, i czystość wiary się psuje wśród ludzi; dlategoż najwyżsi pasterze Kościoła uważali zawsze za swój obowiązek popieranie wszystkiemi siłami postępu prawdziwej wiedzy, a jednocześnie najstaranniejsze czuwanie nad tem, aby wszystkie nauki ludzkie wykładano wszędzie podług zasad wiary katolickiej, szczególniej zaś filozofii, od której w znacznej części zależy dokładność innych nauk."
Takie prawo zawsze przypisywał sobie Kościół i z niego zawsze czynił właściwy użytek; na mocy też tego prawa wytoczono nieszczęśliwy ów proces Galileuszowi. Istnienia tego prawa nie wolno przeczyć katolikowi, jakkolwiek może on boleć nad jego stosowaniem w poszczególnych razach. Boć inna-to rzecz uznawanie jakiegoś prawa, stanowiącego przedmiot nauki Kościoła, a inna rzecz ocena tego lub owego zastosowania rzeczonego prawa. Prawda, że o takiem stosowaniu prawa należy mówić z całem poszanowaniem, winnem świętemu charakterowi pasterzy Kościoła, ale mądrości i roztropności nie poręczono nam w sposób bezwzględny. Zaprzeczać tego prawa, jest-to napadać na wiarę katolicką, zaprzeczać zaś z należnem poszanowaniem właściwości, roztropności lub skuteczności któregokolwiek z tych zastosowań omawianego prawa jest-to spełniać obowiązek historyka, przyjaciela prawdy, a tem samem — obowiązek dobrego katolika.
Co powiedziawszy, przejdźmy teraz do zarzutów. Powiadają, że nauka jest z natury swej niezależna, jest panią zwierzchniczą, gdyż jest prawdą. Uczeni, ze względu na cel, do którego dążą, powinni być tak samo niezależni jak ona, i w badaniach swych poddani samemu tylko prawu prawdy.
Dosyć tu kilku rozróżnień, aby wykazać słabe i silne strony tego zarzutu.
Wiedza, sama w sobie i w swej istocie uważana, jest pewnem poznaniem prawdy przez zasady pierwsze. Tak pojmowana, nie może ona rządzić żadną powagą, gdyż z jednej strony żadna powaga nie ma prawa orzekać za błędne tego, co jest prawdziwe, a z drugiej strony poznawanie prawdy jest najpierwszą potrzebą i ostatecznym celem rozumu. Można tylko powiedzieć, że nabywanie poznania prawdy podlega pewnym prawom, które wpływają na czas, środki i cel tego poznania. Pod tem zastrzeżeniem uznajemy, i Kościół uznaje niezależność i zwierzchniczość nauki. Atoli, rozróżnić należy pomiędzy nauką właściwie zwaną, a opiniami, to jest teoryami, których prawdziwość lub błędność nie jest znana z całą pewnością. Pomiędzy temi opiniami jedne są prawdziwe a drugie błędne, ale wszystkich zaprzeczać można dopóty, dopóki one nie zostaną uznane powszechnie i w sposób niezawodny za prawdziwe. Otóż Kościół względem tych tylko opinii żąda i wykonywa prawo potępiania lub zatwierdzania, podług tego, czy je uważa za korzystne lub szkodliwe dla prawdy religijnej. Prawo to zgadza się z samą naturą rzeczy, bo skoro prawda nie może przeczyć prawdzie, to wszelka opinia, przeciwna nauce wiary, jest błędna. Kościół zatem, potępiając tego rodzaju opinię, potępia błąd, który niezaprzeczenie żadnego nie ma prawa przenikać i opanowywać umysłów. Popiera zatem Kościół prawdę religijną, ale tem samem też i prawdę naukową, gdyż wszelka zapora, stawiana szerzeniu się błędu w jakiejkolwiek materyi, jest przysługą, oddaną prawdzie. Względem prawdziwej nauki, to znaczy względem każdej opinii, powszechnie i niezachwianie uznawanej za prawdziwą, Kościół nigdy nie żądał i nigdy nie wykonywał innego prawa, tylko prawa podtrzymywania rzeczonej opinii i szerzenia takowej. Dowodem są teksty wyż-przytoczone i dokumenty historyczne. Słowem, względem błędu w przedmiocie nauk świeckich Kościół wymaga dla siebie prawa potępiania go, ile razy błąd ten napada na wiarę, a względem zaś nauki czyli prawdy Kościół wymaga prawa podtrzymywania jej i rozpowszechniania. I rzeczywiście, nic nad to słuszniejszego.
Pozostają nam jeszcze do rozpatrzenia prawa i przywileje uczonych. Powiadają, że każdy ma prawo być wolnym w poszukiwaniu prawdy. Tymczasem, prawa te gwałci Kościół, kiedy potępia tę lub ową opinię naukową, jak się-to stało w sprawie Galileusza. — Otóż, przesłanki większej tego argumentu przyjąć nie można, gdyż jest zanadto ogólna. Wszak rozróżnić trzeba pomiędzy prawdami, których poznanie jest konieczne człowiekowi do osiągnięcia celu ostatecznego, a pomiędzy innemi prawdami. Człowiek, który wcale nie zna prawd koniecznych, ma bezwzględne prawo a nawet nieodzowny obowiązek ich poszukiwania; dlatego-to każdy, nie znający zasadniczych prawd religii chrześcijańskiej, ma prawo starać się o ich poznanie, i w tem poszukiwaniu prawdy żadne uczciwe prawo przeszkadzać mu nie powinno. Ale tenże człowiek nie ma takiego samego prawa do poszukiwania i badania prawd innych, gdyż poznanie prawd innych nie jest dlań stanowczo konieczne, a nawet w pewnych razach może mu być szkodliwe. Tak więc poznanie zarzutów, religii czynionych, nie jest wcale konieczne dla wszystkich, i owszem, dla olbrzymiej większości chrześcijan przedstawia ono bardzo poważne niebezpieczeństwo, albowiem większa część wiernych nie ma ani czasu ani przygotowania, koniecznego do wynalezienia i zrozumienia właściwych odpowiedzi. Podobnie również poznanie mnóstwa wydarzeń gorszących bywa najczęściej szkodliwe. Skądinąd wiadomo, że dla bardzo wielu jednostek mnóstwo wiadomości żadnej nie przynosi korzyści; takie naprzykład językoznawstwo, astronomia, znajomość różnych wiar i religii, nauki wojskowe, prosodia grecka i t. p. nauki tylko dla bardzo niewielu wybranych mogą być konieczne lub pożyteczne.
Błędne jest zatem mniemanie, stawiane jako zasada ogólna; że każdy ma prawo, aby mu niestawiano przeszkód w poszukiwaniu prawdy; trzeba ograniczyć to prawo do prawa poszukiwania prawdy koniecznej. Tymczasem Kościół nigdy nie żądał dla siebie prawa przeszkadzania komukolwiek w poszukiwaniu prawdy koniecznej.
Ale powie kto może, że dla dobra społeczeństwa ludzkiego jest rzeczą konieczną, aby wszelkie nauki uprawiano swobodnie i aby tem samem mogły się szerzyć wszelkie opinie naukowe: tymczasem prawo, jakiego żąda dla siebie i jakie wykonywa Kościół, prawo potępiania pewnych opinii naukowych, znosi albo przynajmniej krępuje swobodę sądu, a tem samem i postęp wiedzy ludzkiej; prawo to zatem sprzeciwia się przyrodzonemu i niezaprzeczonemu prawu społeczeństwa ludzkiego.
Na to rozumowanie przeciwników możemy dać podwójną odpowiedź. Popierwsze, dla postępu wiedzy ludzkiej żadnej nie przynosi korzyści swobodne szerzenie systemów lub opinii, przeciwnych prawdzie. Siły, poświęcone obronie i rozszerzaniu tych błędów, są nie tylko dla postępu wiedzy zmarnowane, ale nawet szkodliwe. Władza zatem, która tych opinii zakazuje, żadną miarą nie szkodzi postępowi naukowemu, ale raczej wyraźne oddaje mu usługi. Kościół, jakeśmy rzekli, przypisuje sobie prawo potępiania tylko błędnych opinii; innemi słowy, przypisuje on sobie prawo zakazywania i potępiania tego, co wstrzymuje postęp wiedzy i cywilizacyi.
Powtóre, każdy rozumny człowiek zgodzić się powinien, że gdyby — co jest zresztą niemożliwe — rozwój którejkolwiek gałęzi wiedzy ludzkiej miał szkodzić prawdzie religijnej, a tem samem oddalać ludzi od celu ostatecznego, to wiedza taka powinna być zniesiona. Boć zdrowy rozum powiada, że troska o cel ostateczny przodować powinna wszystkim innym staraniom, że wiedza jest o tyle dobra, o ile pośrednio lub bezpośrednio zbliża nas do ostatecznego celu naszego istnienia. — Gdy więc Kościół, który ma odrębne posłannictwo prowadzenia nas do celu ostatecznego, sądzi, że nauka jakaś od celu tego nas odwodzi, wówczas ma prawo i obowiązek naukę tę potępić.
Wszelako, przypuszczenie to jest nierozumne, bo podług nauki katolickiej pomiędzy wiedzą a prawdą wiary żadna sprzeczność istnieć nie może, a Kościół nigdy nie potępił i nigdy nie potępi żadnej gałęzi wiedzy ludzkiej, przeciwnie, wspiera on i naprzód posuwa wszystkie nauki ludzkie. Tak mówi o tem Leon XIII, wierny spadkobierca tradycyi swych poprzedników2: „Ponieważ wszystko, co prawdziwe z konieczności pochodzi od Boga, przeto Kościół w każdej prawdzie, jaką odkryć zdołają badania ludzkie, widzi pewien rodzaj śladów rozumu bożego. Ponieważ zaś w prawdach porządku przyrodzonego nic nie osłabia nauki objawionej przez Boga, podczas gdy, przeciwnie, dużo rzeczy takową umacnia, ponieważ każde odkrycie prawdy może przyczyniać się do poznania i wielbienia Boga, przeto Kościół będzie zawsze chętnie i radośnie witał wszystko, co będzie rozszerzało granice wiedzy ludzkiej. Przychylnie, jak to zawsze czynił z innemi naukami, sprzyjać będzie i popierać naukę, mającą za przedmiot poznanie przyrody. W tym zakresie nauk nie sprzeciwia się Kościół żadnemu odkryciu, chętnie patrzy na poszukiwania, zmierzające do zwiększenia świetności i wygód życia, co więcej, jako wróg wszelkiego próżniactwa i gnuśności, Kościół gorąco pragnie, aby umysł ludzki przez pracę i kulturę zyskiwał obfite owoce; posiada on sposoby popierania wszelkiego rodzaju sztuki i prac; zwracając swym wpływem wszystkie te poszukiwania ku jednemu szlachetnemu i zbawiennemu celowi, usiłuje on przeszkadzać, aby umysł i zdolności człowieka nie odwracały go od Boga i korzyści niebiańskich."
Takie szlachetne uczucia ożywiały zawsze postępowanie Kościoła; wyraźnym zaś dowodem ich szczerości jest ten szlachetny głos najwyższego pasterza Kościoła, i to w czasach, kiedy tylu ludzi nadużywa wiedzy dla napadania na religję.
Ale, powie kto może, Kościół nie ma prawa potępiać jakiejś opinii naukowej jako przeciwnej prawdzie religijnej, gdyż jest niekompetentny w przedmiocie nauk świeckich i może się mylić, przypuszczając nieistniejącą sprzeczność pomiędzy jakimś systemem naukowym a prawdą wiary. To właśnie spowodowało nieszczęście dla wiedzy i religii w procesie Galileusza.
Pytamy tedy, czy Kościół jest niekompetentny w przedmiocie nauk świeckich? Tak jest, jest niekompetentny, jeśli przez to chcemy powiedzieć, że Kościół nie czyni nauk świeckich właściwym i odrębnym przedmiotem swych prac i usiłowań, jako też, że nie posiada on powagi bożej do wypowiadania sądu bezpośredniego w tych przedmiotach. Natomiast, jest Kościół kompetentny w tych rzeczach, jeśli przez tę kompetencyę chciałby ktoś rozumieć, że sądy kościelne, obowiązane badać zagadnienia naukowe, składają się z ludzi, pozbawionych nauki i niezdolnych do wypowiadania sądu o niej z całą znajomością rzeczy. Kościół zawsze liczył w szeregach swego duchowieństwa, a zwłaszcza wśród członków kongregacyi rzymskich pewną, względnie znaczną ilość uczonych. W XVII wieku szczególnie olbrzymia większość uczonych należała do kleru zakonnego lub świeckiego. Dziś, niestety, stosunek nie jest już ten sam co dawniej, ogromne zmniejszenie się ilości duchowieństwa i materyalnych zasobów kościelnych pociągnęło za sobą odpowiednie zmniejszenie się liczby duchownych, poświęcających się naukom świeckim. Nie mniej jednak i dziś jeszcze Kościół katolicki jest społeczeństwem, ze stanowiska naukowego najbogatszem.
Prawda to jednak, że Kościół nigdy nie był i nie jest nieomylny w zakresie nauk świeckich; tego przywileju nie otrzymał on od swego boskiego Założyciela i nigdy go sobie nie przypisywał. Prawda, że w tym zakresie uczy się on tak samo, jak wszystkie inne społeczeństwa, w miarę tego jak wysiłki umysłu ludzkiego posuwają naprzód naukę, i prawdą jest niezaprzeczoną, że w rzeczach świeckich bierze udział w ogólnej wiedzy swych czasów.
Ale czy Kościół jest nieomylny w orzekaniu sprzeczności, zachodzącej pomiędzy jakimś systemem naukowym a jakimkolwiek punktem objawienia? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć twierdząco. Przywilej nieomylności w zakresie wiary i obyczajów pociąga za sobą albo raczej zamyka w sobie przywilej możności orzekania, bez niebezpieczeństwa błędu, o sprzeczności pomiędzy zasadami naukowemi a prawdami wiary. Kościół w tym razie nie orzeka wprost o prawdzie naukowej i podług zasad naukowych; orzeka on o błędności jakiejś opinii przez oświadczenie, że opinja ta przeczy prawdzie objawionej. Rozum nam mówi, że nauka jakaś nie może być jednocześnie błędna w oczach wiary i prawdziwa w oczach rozumu naturalnego. Zasadę tę zdefiniował Kościół na piątym Soborze Lateraneńskim3 w słowach, przytoczonych przez Sobór Watykański4: „Orzekamy, że wszelkie twierdzenie przeciwne prawdzie, wyraźnie nauczanej przez wiarę, jest absolutnie błędne." Władza kościelna zatem posiada przywilej nieomylności w zakresie nauk świeckich w tem mianowicie znaczeniu, że bez niebezpieczeństwa błędu może wypowiadać zdanie niezgodności jakiegoś systemu lub teoryi naukowej z prawdą objawioną, a tem samem o błędności rzeczonej teoryi. Taką jest odnośna nauka katolicka, przyjęta bezspornie przez wszystkich teologów.
Ale, jakeśmy to wyjaśnili w artykule Galileusz, przywilej nieomylności nie rozciąga się do wszystkich postanowień władzy kościelnej; dotyczy on tylko postanowień ostatecznych, najwyższych, nieodwołalnych, któremi Kościół zakreśla swym dzieciom regułę wiary, od której im nigdy odstępować nie wolno.
Po za temi najwyższemi i nieodwołalnemi postanowieniami władza kościelna czuwa nad zachowaniem całości wiary przy pomocy postanowień prowizorycznych, które nie posiadają przywileju nieomylności; takiemi są dekreta Indeksu, postanowienia Kongregacyi rzymskich i odezw papiezkich. Kiedy w ten sposób Kościół potępia tę lub ową opinję i zakazuje rozszerzających ją książek—to może się mylić; dekrety, jakie w ten sposób wydaje, są odwołalne i błędowi podległe. Prawda, że przy tych także postanowieniach otaczał się Kościół bardzo wielkiemi ostrożnościami, ale te ostrożności nie mogły usunąć wszelkiego niebezpieczeństwa błędu, i rzeczywiście, omylił się już raz, mianowicie w sprawie Galileusza. Odtąd podwoił swe środki roztropności i ostrożności w zakazach i cenzurach prowizorycznych, i być może, iż potępienie Galileusza a pośrednio systemu Kopernikowego pozostanie jedynym wypadkiem tego rodzaju w dziejach Kościoła; jednakże nie jest rzeczą niemożliwą, aby się jeszcze powtórzył kiedy błąd tego rodzaju.
Czyż jednak wnosić z tego trzeba, że przez tę władzę, jaką sobie Kościół przyznaje, władzę zakazywania jakiegoś systemu naukowego przez postanowienie omylne, jakie nieszczęśliwie zastosowane zostało przeciw Galileuszowi, narusza Kościół w czemkolwiek prawa uczonych? Bynajmniej! Ponieważ czystość wiary, koniecznej ludziom do osiągnięcia celu ostatecznego, jest najwyższej doniosłości, musi być ona przeto za wszelką cenę od wszelkiego niebezpieczeństwa broniona. A zatem, skoro tylko władza, do której należy zadanie obrony wiary prawdziwej, przypuszcza, że opinia jakaś naukowa przyprawia tę wiarę o pewne lub prawdopodobne niebezpieczeństwo, powinna tej opinii zakazać, i to pod grozą chwilowego powstrzymania rozwoju jednej z gałęzi wiedzy świeckiej. Nikomu nie wolno się wahać w wyborze pomiędzy niebezpieczeństwem chwilowego zatamowania postępu nauki, która nie jest bezwarunkowo konieczna do osiągnięcia ostatecznego celu człowieka, a niebezpieczeństwem uszkodzenia czystości wiary, bez której zbawienie jest niemożliwe. Tu właśnie zastosować można zasadę Chrystusową: „Co pomoże człowiekowi, choćby świat cały pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł?" przez te drugie słowa Zbawiciela, które Galileusz nie wahał się stosować do samego siebie: „Jeśli oko twoje gorszy cię, wyrwij je i odrzuć od siebie."5 Zresztą szkoda, jaką może przynosić wiedzy ludzkiej wykonywanie tego prawa kościelnego, jest z konieczności bardzo niewielka ze względu na nadzwyczajną rzadkość błędów tego rodzaju w działalności Kościoła i na prowizoryczny charakter zakazów, takimi błędami objętych.
2-o. W ciągu dziewiętnastu wieków jeden jedyny błąd tego rodzaju stwierdzono w procesie Galileusza; a rzeczywiście, potępienie systemu Kopernikowego i Galileusza nie wywarło żadnego znaczniejszego wpływu na postęp wiedzy ludzkiej. Widać to z okoliczności, wśród których nastąpiło to potępienie, a zwłaszcza z tego niezaprzeczonego faktu, że ruch naukowy zamiast osłabnąć w latach następujących po dekretach z r. 1616 i 1633, przybrał zwłaszcza we Włoszech nadzwyczajne rozmiary.
System Kopernikowy był w czasach Galileusza śmiałą tylko hypotezą, której prawdziwe dowody nie zostały jeszcze odkryte;6 te bowiem dowody, na jakie powoływał się Galileusz, nie były dobre i musiały być zaniechane albo przerobione. Otóż, dla postępu naukowego jest rzeczą niekorzystną, kiedy hypotezy nie dość udowodnione są uważane za prawdy; to też nie pozostał bez pewnej korzyści dla nauki ów dekret tymczasowy, który nakładał kwarantannę na opinię Kopernika o obrotach ziemi.
Nie chcemy mówić, aby dekrety z lat 1616 i 1633 nie przyniosły absolutnie żadnej szkody postępowi nauki, ale to pewna, że one szkodziły wiedzy w bardzo nieznacznej mierze — i nie można z dokumentami w ręku oznaczyć żadnego symptomu powstrzymania lub osłabienia ruchu naukowego, któreby dekretom rzeczonym przypisać należało. To jedno tylko można powiedzieć z pewnym pozorem słuszności, że gdyby Kościół nie był zakazał opinii Kopernika, to ruch naukowy, jaki dziś podziwiamy, byłby może znaczniejszy.
I to jeszcze zresztą zauważyć trzeba, że dla rozwoju wiedzy w pierwszej połowie XVII wieku najważniejszą rzeczą była obserwacya, doświadczenie, nie zaś jakieś systemy à priori, z góry powzięte, lub wnioski pośpieszne, jak ten naprzykład wniosek o ruchu ziemi. Tymczasem dekrety kongregacyi w niczem nie przeszkadzały swobodzie obserwacyi i doświadczeń. Zamiłowanie do tej nowej metody badań i jej zastosowanie, pomimo oporu arystotelików, rozszerzało się wszędzie i przygotowywało piękne odkrycia Newtona i szczęśliwe przekształcenie wiedzy, jakiego świadkami jesteśmy. Aby się o tem przekonać, dość rzucić okiem na uczone Włochy w ciągu tej połowy stulecia, która nastąpiła bezpośrednio po dekretach kongregacyi.7 Galileusz po swem potępieniu porzuca zagadnienie o ruchu ziemi, a namiętnie pogrąża się w teoryi naukowej o ruchu, której staje się twórcą. W 1637 r. czyni odkrycia o ruchu księżyca; w 1638 ogłasza wielkie swe dzieło: Discorsi e dimostrazioni matematiche intorno a due nove scienze attenenti alla mecanica e ai movimenti locali, o którem to dziele sam powiada, że jest ono „zbiorem badań całego jego życia."8 Gromadzi wkoło siebie mnóstwo uczonych, którym udziela kierunku wiernie dochowywanego i którzy oddają wiedzy znaczne usługi. Pomiędzy uczniami jego znajdował się od r. 1641 sławny Torricelli, wynalazca barometru.
We Florencyi, drugiej ojczyźnie Galileusza, książę Leopold Medyceusz, późniejszy kardynał, zakłada akademię Cimento, mającą na celu postęp nauk przyrodniczych, a w szczególności astronomii. Instytucya ta istniała krótko, ale pomiędzy członkami swymi liczyła Rinaldini'ego, Oliva i sławnego Borelli.
W Bolonii, mieście papiezkiem, słynęło dwóch zasłużonych matematyków: Ricci i Montalbani; O. Riccioli, jezuita, autor Almagestum; O. Grimaldi, także jezuita, który odkrył diffrakcyę czyli łamanie się światła; Cassini, który niedawno Rzym opuścił, a niebawem miał uświetnić obserwatoryum paryzkie; Costelli, Davisi i mnóstwo innych mniej znanych uczonych. W Bolonii też Mezzavacca ogłaszał Gazetę astronomiczną i badania nad gwiazdami wygasłemi. W Rzymie Cassini odkrywał satelitów Saturna; Magalotti badał komety, a O. Plati robił znakomite spostrzeżenia nad eklipsami słońca; OO. Kircher, Fabri i Gottignies podnieśli wysoko sławę Kollegium Rzymskiego; Campani i Divini budowali teleskopy, uważane w całym świecie za najlepsze, których też Cassini używał przy swych odkryciach. Na miejsce akademii dei Lincei, dobrze zasłużonej dla wiedzy i religii, a zwiniętej w r. 1630 ze śmiercią jej założyciela, księcia Cesi, przyjaciela Galileusza, założono akademię fizyko-matematyczną Ciampini'ego, daleko sławniejszą jeszcze akademię królowej Krystyny i akademię „Miłośników przyrody."
Pisma tego czasu wspominają o częstych obserwacyach astronomicznych, dokonywanych u św. Piotra in Montorio, na górze św. Onufrego i na górze Celius. Ci uczeni i te towarzystwa uczone, których z wykazu ledwieśmy dotknęli, udzielali sobie wiadomości o swych odkryciach za pomocą pism i pamiętników, ogłaszanych często w Efemerydach, drukowanych w Rzymie przez Nazzari'ego. Władza kościelna, która była potępiła Galileusza, nie tylko nie powstrzymywała zapału wiedzy, a w szczególności stosowania metody obserwacyjnej, która przygotowała żywioły, przy pomocy których wiek XVIII zbudował swój system naukowy, ale owszem, podniecała ten zapał wszędzie, a zwłaszcza w państwie kościelnem. Jest-to prawda dziś już udowodniona, której chyba zła wola tylko i gruba niewiadomość zaprzeczyćby mogła.
Słowem, przyznać trzeba, że jeśli dekrety z lat 1616 i 1633 mogły przynieść jaką szkodę rozwojowi nauki astronomii, to w rzeczywistości żadnego znaczniejszego uszczerbku jej nie przyniosły. Opatrzność, która dozwoliła na błąd władzy kościelnej, nie pozwoliła, aby ten błąd sprowadził szkodliwe następstwa dla wiedzy. 3-o. Wreszcie, jedna jeszcze pozostaje nam do rozwiązania trudność. Czy-to nie jest rzeczą niemoralną zobowiązywać kogoś do odrzucenia opinii, która może się z czasem okazać prawdziwą? A to prawo, jakie sobie Kościół przyznawał w XVII w., przyznaje sobie dziś jeszcze; w dzisiejszych jeszcze czasach wkłada Kościół na katolików obowiązek wewnętrznego poddawania się omylnym wyrokom kongregacyi rzymskich, jak go wkładał ongi. „Nie dość jest uczonym katolickim, powiada Pius IX, uznawać i szanować dogmaty Kościoła9, trzeba nadto koniecznie, aby poddawali się postanowieniom, dotyczącym nauki, wydawanym przez kongregacye papiezkie."
Podstawą tego prawa, jakie przyznaje sobie władza kościelna, oraz pobudką obowiązku, jaki ona nakłada, jest konieczność bronienia prawdy katolickiej, usuwania z umysłów tych pojęć, które władza rzeczona uznaje za szkodliwe wierze. Roztropność każe jej zabraniać swym dzieciom uważania za prawdziwe lub prawdopodobne tych opinii, które się jej wydają przeciwnemi prawdzie religijnej. Prawda, że taka ocena opinii może się okazać błędną dopóki nie zacznie należeć do zwyczajnej nauki Kościoła, albo też dopóki się nie stanie przedmiotem nieodwołalnej doktrynalnej decyzyi Kościoła, ale jest ona moralnie pewną, a pewność moralna wystarcza do ustanowienia zasady prowizorycznego postępowania. Toż samo widzimy w całej dziedzinie moralności. Rodzice, przełożeni, nauczyciele mają prawo zakazywania podwładnym tych rzeczy, które uważają dla tych ostatnich za niebezpieczne lub wrogie, jakkolwiek do wydania odnośnego zakazu mieliby tylko pewność moralną, lub nawet poważne tylko prawdopodobieństwo. Podwładni znów są ze swej strony obowiązani do posłuszeństwa, aczkolwiek mają tylko moralną pewność o słuszności rozkazów lub nawet praw tych osób, które im rozkazują. Pewność moralna wystarcza zazwyczaj do uzasadnienia prawa przełożonych i obowiązku podwładnych w społeczeństwie ludzkiem; wystarcza też ona do uzasadnienia prawa władzy kościelnej i obowiązku wiernych.
Prawda-to wielka, że pewność moralna nie wyklucza stanowczo wszelkiego niebezpieczeństwa błędu i że władza kościelna nie może rozumnie wymagać, aby wierni uważali za najzupełniej pewne to, co pewnem nie jest, i wyrzucali z umysłów swych myśl, że może się mylą, udzielając żądanego od nich przyzwolenia. To też przyzwolenie, wymagane przez Kościół w razie jakiegoś prowizorycznego wyroku doktrynalnego, nie jest żadnem przyzwoleniem bezwzględnem, jakiem bywa przyzwolenie, wymagane na decyzye nieomylne—i jakie wyklucza wszelką obawę możliwego błędu, lecz jest ono przyzwoleniem prowizorycznem, zgadzającem się z myślą, że może to, na co teraz przyzwalamy, zostanie uznane z czasem za niedokładne.10 W ten sposób, wymagane przyzwolenie umysłowe stosuje się do pobudki, na jakiej się ono wspiera; że zaś pobudką tą jest oświadczenie władzy kościelnej ulegające zmianie, przeto też i owo przyzwolenie umysłu nie może być bezwzględne. Ulega rozum pod wpływem woli, opierając się na ufności, jaką w nim budzą prowizoryczne nawet orzeczenia Stolicy Apostolskiej; ufność ta zaś opiera się na wypróbowanej mądrości papieży, na łaskach, jakie im Bóg zwykle udziela do odpowiedniego rządzenia Kościołem, na uczciwości i wiedzy członków kongregacyi rzymskich, którzy służą papieżom za doradców i narzędzia kościelnego działania. W tem właśnie znaczeniu powiedział Galileusz w ciągu indagacyi dnia 21 Czerwca 1633 r., że po decyzyi z r. 1616 porzucił system Kopernika „opierając się na mądrości swoich zwierzchników."11
Uległość przeto rozumu, wymagana przez postanowienia doktrynalne, nie zaś nieomylne, Kościoła, najzupełniej się zgadza z rozumem. Uległość ta przynosi właśnie tę korzyść, jaką Kościół otrzymać pragnie. Chrześcijanin, ulegający z głębi serca postanowieniom władzy kościelnej, uważa błędność potępionej opinii za moralnie pewną, i w praktyce, w działaniu swego umysłu, w swych słowach i pismach odwraca się od niej, jako od błędu.
Ale, powiedzieć ktoś może, pewność moralna, taka, jaką nam przedstawiono, powinna ustąpić przed przeciwną jej pewnością naukową. Skutkiem tego, od uczonego, który posiada całkowitą, naukową pewność, nie wolno wymagać żadnego przyzwolenia wewnętrznego, żadnego wyprzysiężenia się błędu, zawartego w omylnej decyzyi władzy kościelnej.
Hypoteza ta, dotychczas nigdy się nie urzeczywistniła, ale nie jest bezwarunkowo niemożliwa. W takim wypadku uczony nie tylko nie jest obowiązany, czy to wewnętrznie, czy zewnętrznie zgadzać się na dekret kościelny, ale nawet nie może tego uczynić bez grzechu; może on tylko zachowywać posłuszne milczenie. Z drugiej znów strony, władza kościelna, która się myli, również nie jest winna, jeśli przedsięwzięła wszelkie środki ostrożności, jakie były w jej mocy, aby się oświecić w prawdzie, aczkolwiek nie powiodło się jej prawdy odsłonić. W takim razie błędu i wynikającego zeń złego nie należy przypisywać ani prawu kościelnemu, ani przewrotności sędziów, ale poprostu tylko słabości ludzkiej. Wszak zdarza się to samo od czasu do czasu w orzeczeniach sądów świeckich, a jednak nikomu nie przychodzi na myśl, aby z tego powodu można było rozsądnie oskarżać prawo państwowe lub sędziów.
(J. B. Jaugey).
X. W. S.
-
Constit. dogmat. Dei Filius, cap. IV. De fide et ratione. ↩
-
Encyklika Immortale Dei. ↩
-
Concil. Lateran. V, sess. 8, w bulli Apostolici regiminis. ↩
-
Constit. Dei Filius, cap IV, de Fide et Ratione. ↩
-
Opere, t. II, str. 17. ↩
-
Ob. Laplace, Essai sur les probabilités: Paris 1820, str. 247; świadectwo O. Sechi w Manuale didattico—storico Schiavi'ego 1874, str. 389, przytocz. „Grisar'a, str. 30. ↩
-
Piękny obraz ruchu naukowego w owym czasie, we Włoszech, znajdujemy w Question de Galilée przez De l'Epinois, str. 272 — 300, oraz w dziele O. Grisar'a o tym samym przedmiocie, str. 337—356. ↩
-
Opere, t. VIII, str. 70. ↩
-
Sapientibus catholicis hand satis esse, ut Ecclesiae dogmata recipiant ac venerentur, verum etiam opus esse, ut se subijciant tum decisionibus, quae ad doctrinam pertinentes a pontificiis congregationibus proferuntur, tum etc. (Epist. Tuas libenter, ad Archiep. Monac.). ↩
-
Pièces du procès. str. 999, 4. ↩
-
„...Qua cognitione existente, nequit habere locum certitudo metaphisica, Dicimus itaque, assensum esse moraliter certum." (Palmieri, Tractatus de Romano Pontifice, Romae 1877, thes 32, schol. 2). ↩