Zmartwychwstanie chrystusa pana

I. skopiuj

Udowodnienie bóstwa Chrystusa Pana i Jego Kościoła opiera się na cudach i spełnionych proroctwach, jakby na głównej swej podstawie. Pominąwszy nadprzyrodzoną cechę nauki i zasad chrystyanizmu, jego skuteczności w moralnem odrodzeniu świata, jego przedziwnej żywotności,—pominąwszy to wszystko, oczom naszym przedstawia się ten chrystyanizm przyobleczony w podwójny znak boży: w dowody wzięte z faktów i przepowiedni, wszelkie siły natury przechodzących.

Z tego stanowiska zmartwychwstanie Chrystusa Pana w najwyższym stopniu zasługuje na uwagę apologety: jako cud i jako urzeczywistnienie rozlicznych proroctw przewyższa ono wszelkie, jakieby można w tym zakresie przytoczyć, dowody. Aby usprawiedliwić twierdzenie nasze odnośnie do cudów, wystarczy udowodnić historyczną rzeczywistość zmartwychwstania, — i to będzie treścią drugiej i trzeciej części niniejszego artykułu. Tymczasem zaś przypomnijmy sobie niektóre przepowiednie, jakie już oddawna z góry ukazywały światu to wielkie wydarzenie.

Izaiasz w głośnem proroctwie rozdziału LII i LIII przedstawia nam głębokie upokorzenie Chrystusa, cierpienia Jego i przebłagalną ofiarę śmierci, jako pewną drogę do chwały; tę zaś chwałę lepiej uwydatnia w r. XI, w. 10, gdzie czytamy: „Onego dnia korzeń Jesse, który stoi na znak narodów, iemu się narodowie modlić będą, y będzie grób iego sławny." Uprzedził Izaiasza Dawid, gdy w usta Chrystusa włożył następujące wyrazy (Ps. XV, 10): „Abowiem nie zostawisz dusze moiey w piekle ani dasz świętemu twemu oglądać skażenia." (Prw. Dzieje Apost. II, 25 nst.)

To też sam Chrystus, wielokrotnie i najwyraźniej zapowiadając, że wyjdzie zwycięzcą z uścisków śmierci, powołuje się ustawicznie na święte księgi żydowskie: zmartwychwstanie tak samo jak męka jest nieodzowne do uzupełnienia dawnych przepowiedni. Piśmiennym i faryzeuszom, żądającym nadzwyczajnego dowodu, jakiegoś niebieskiego znaku boskiego Jego posłannictwa, odpowiada Chrystus (Mat. XII, 38—40): „Rodzay zły y cudzołożny znaku szuka, a znak mu nie będzie dan, iedno znak Jonasa proroka. Abowiem iako był Jonas w brzuchu wieloryba trzy dni y trzy nocy, tak będzie syn człowieczy w sercu ziemie trzy dni y trzy nocy."—Tęż samą przepowiednię pod tym samym obrazem powtarza w innych okolicznościach (Mat. XVI, 14 i Łuk. XI, 29). Kiedy żydzi zapytywali Chrystusa i żądali usprawiedliwienia owej władzy, jaką wykonywał przeciwko kupczącym w świątyni, Chrystus daje podobnąż odpowiedź (Jan II, 18—22): „Rozwalcie ten Kościół, a we trzech dniach wystawię je. Lecz—dodaje Ewangelista — on mówił o kościele ciała swojego. Gdy tedy zmartwychwstał, wspomnieli uczniowie iego, iż to mówił, y wierzyli Pismu y mowie, którą wyrzekł Jezus". W innem miejscu znów: (Łuk. XVIII, 31—33; Prw. Mat. XX, 17 nst. i Mar. X, 32 nst.) czytamy, że „wziął z sobą Jezus dwunaście i rzekł im: oto wstępujemy do Jeruzalem, a skończy się wszystko, co napisano iest przez proroki o Synie Człowieczym, bo będzie wydan poganom, y będzie naigrawan, y ubiczowan, y uplwan, a ubiczowawszy zabiią go, a dnia trzeciego zmartwychwstanie." Wreszcie św. Marek (XIV, 28; XVI, 7) powiada, że Jezus, uprzedziwszy uczniów o ich blizkiem odstąpieniu go, dodał: „Ale gdy zmartwychwstanę, uprzedzę was do Galileiey." Trzeba było istotnie wytartego czoła Renana, aby wobec tak dokładnych i licznych tekstów pisać: „Jezus, jakkolwiek ustawicznie rozprawiał o zmartwychwstaniu, o nowem życiu, nigdy jednak nie powiedział wyraźnie, że zmartwychwstanie we własnem ciele"1.

Te Chrystusowe przepowiednie, po większej części publiczne, jakkolwiek przeważnie były niezrozumiałe dla zwykłych słuchaczy Jezusa, nieokrzesanych jeszcze i cielesnych, nie uszły przecież uwagi zręcznych i złośliwych Jego wrogów. Wspominają też o tych przepowiedniach w czasie męki Chrystusowej (Mat. XXVI, 71, XXVII, 40), a strach przed ich spełnieniem się sprowadza w dzień szabbatu książąt kapłańskich i faryzeuszów do Piłata i wywołuje następującą przemowę (Mat. XXVII, 63, 64): „Panie, wspomnieliśmy, iż on zwodziciel powiedział ieszcze żyjąc: po trzech dni zmartwychwstanę. Przetoż rozkaż, aby strzeżono grobu aż do dnia trzeciego, aby snadź nie przyszli uczniowie iego y ukradli go y powiedzieli ludowi: powstał zmartwych; y będzie ostatni błąd gorszy niż pierwszy." Aniołowie, ukazujący się świętym niewiastom po zmartwychwstaniu, dowodzą im, że spełnienie się wypadku tak wyraźnie przepowiedzianego nie powinno ich dziwić, a tem mniej niedowierzanie budzić (Łuk. XXIV, 6, 7): „Wspomnicie, iako wam powiadał, gdy ieszcze był w Galileiey, mówiąc, iż potrzeba, aby Syn Człowieczy był wydan w ręce ludzi grzesznych, y był ukrzyżowan, a trzeciego dnia aby zmartwychwstał." Też samą myśl znajdujemy w wymówce, jaką Chrystus czyni uczniom z Emmaus (Łuk. XXIV, 25—27): „O głupi a leniwego serca ku wierzeniu temu wszystkiemu, co powiedzieli prorocy! Izaliż nie było potrzeba, aby to był cierpiał Chrystus y tak wszedł do chwały swoiey? A począwszy od Mojżesza i wszystkich proroków wykładał im we wszystkich piśmiech co o nim było." Też samą jeszcze prawdę wypowiada Pan do dwunastu zebranych w wieczerniku (Łuk. XXIV, 45—46), gdy „im zmysł otworzył, żeby rozumieli pisma, y rzekł im: iż tak iest napisano, y tak było potrzeba, aby Chrystus ucierpiał y wstał od umarłych dnia trzeciego." Św. Piotr w pierwszem kazaniu do żydów (Dz. Ap. II, 25 nst.) głosi Messyasza zmartwychwstałego, którego był Dawid przepowiedział w ps. XV; a św. Paweł w Antyochii Pizydyjskiej powołuje się w następujących wyrazach na powagę króla-proroka (Dz. Ap. XIII, 32—35): „Y my opowiadamy wam tę obietnicę która się oycom stała: że ią Bóg wypełnił dziatkom naszym, wzbudziwszy Jezusa. Iako też iest napisano w psalmie wtórym: Syn moy iesteś ty, iam cię dziś porodził. A iż go wzbudził od umarłych, że się iuż nie ma wrócić do skażenia, tak powiedział: żeć wam dam święte Dawidowe wierne."

Przeto y indziey powiada: Nie dasz świętemu twemu oglądać skażenia."

Słusznie przeto w zmartwychwstaniu Chrystusa Pana wielbimy obok najświetniejszego cudu, stwierdzającego wszystkie inne cuda, nadto jeszcze wypełnienie się długiego szeregu proroctw i przepowiedni.

Zmartwychwstanie Chrystusa Pana jest tak wielkiej doniosłości, że apostołowie uważali sobie za najważniejsze zadanie świadczyć o niem przed całym światem (Dz. Ap. XIII, 31), i że istotnie kładą je jako podstawę swych pierwszych kazań apostolskich. Albożto bowiem Mistrz ich nie powiedział (Łuk. XXIV, 46—48): „Tak było potrzeba, aby Chrystus ucierpiał y wstał od umarłych dnia trzeciego, ażeby była przepowiadana w imię iego pokuta i odpuszczenie grzechów po wszystkich narodziech począwszy od Jeruzalem, a wy iesteście świadkami tego?" To też Maciej na to tylko został wybrany na miejsce zdrajcy Judasza (Dz. Ap. I, 21—22), „z tych mężów, którzy się z nami schodzili przez wszystek czas, którego Pan Jezus wchodził y wychodził między nami, począwszy ode chrztu Janowego aż do tego dnia, w który iest wzięt od nas,—aby ieden z nich był z nami świadkiem zmartwychwstania iego. A ieśliż Chrystus nie powstał, próżne tedy iest przepowiadanie nasze, próżna iest y wiara wasza; znajdujemy się też fałszywymi świadki bożymi, iżeśmy świadczyli przeciw Bogu, że Chrystusa wzbudził, którego nie wzbudził, ieśliże umarli nie powstaią."

Ale nie sami tylko apostołowie rozumieli doniosłość zmartwychwstania Chrystusa ze stanowiska rozszerzania i obrony Ewangelii: toż samo przekonanie dzielili z nimi wszyscy wogóle wierni, a trzy pierwsze wieki widziały mnóstwo męczenników, streszczających wśród męczarni swe chrześcijańskie wierzenia w wyznawaniu jednego Boga umarłego i zmartwychwstałego.

Dlatego-to właśnie zawzinali się od dawna przeciwnicy chrystyanizmu, aby wywrócić powagę dowodów historycznych tego wielkiego wypadku. Już Cels bezbożny, zwalczany przez Orygenesa, zwracał swe napaści w tę stronę. Założenie epikurejskiego filozofa podjęli na nowo zeszłowieczni deiści, ponowili dawne wątpliwości i przeczenia, próbując je poprzeć nowymi dowodami. Współczesny wreszcie racyonalizm nie szczędzi żadnego wysiłku, aby zburzyć tę nieodzowną podstawę gmachu objawienia. Wszyscy więc, zarówno przyjaciele jak wrogowie, wierzący i niewierzący uznają doniosłość omawianego tu zagadnienia.

II. — Zmartwychwstanie Chrystusa Pana, jak każdy inny wypadek historyczny, udowadnia się naprzód: skopiuj

1-o. Powagą świadków naocznych, to jest tych, którym dano było własnemi oczyma oglądać chwalebne ciało Chrystusowe, z grobu powstałe. Ilość tych świadków jest znaczna; do nich należy jedenastu apostołów, należą święte niewiasty, które szły za Jezusem z Galilei do Judei, stu dwudziestu uczniów, o jakich wspomina Łukasz św. (Dz. Ap. I, 15, 21, 22), pięciuset widzów, o jakich mówi św. Paweł (I Cor. XV, 16), należy do nich wreszcie sam św. Paweł. Zeznania tych świadków są spisane w pomnikach historycznych niezaprzeczonej powagi, a mianowicie w czterech Ewangeliach, w Dziejach Apostolskich (ob. ten art.) i w pierwszym Liście do Koryntyan.

Podług zasad krytyki oraz zdrowego rozsądku, wszelkie świadectwo zasługuje na wiarę, kiedy pochodzi od osoby, która, znając prawdę, wiernie ją przekazuje. Innemi słowy, aby wolno było odmawiać wartości jakiemuś świadectwu, trzeba, żeby świadkowie mogli byli się mylić lub w błąd innych wprowadzać. Tymczasem zaś bezpośredni świadkowie zmartwychwstania nie podlegają najmniejszemu podejrzeniu o błąd lub oszustwo; nie omylili się sami, nie chcieli innych omylić, a gdyby nawet chcieli, nie byłoby się to im udało.

1-o. Każdy znający okoliczności, towarzyszące zmartwychwstaniu i ukazaniu się Chrystusa Pana, rozumie, że wszelki błąd ze strony świadków bezpośrednich był niemożliwy. Po tem, gdy uczniowie widzieli Mistrza cierpiącym i umierającym na krzyżu, gdy go sami spowili i do grobu złożyli — ponownie ujrzeli go żyjącym, i to nie w chwili jakiegoś przemijającego uniesienia, nie w sennem marzeniu podczas ciemnej nocy, ale w biały dzień, przy świetle słonecznem. O każdej dnia godzinie, w chwilach najzupełniejszej przytomności umysłu, gdy skłonni byli raczej do zniechęcenia i niedowierzania, aniżeli do złudzeń ślepej i naiwnej ufności.

W ciągu czterdziestu dni ukazywanie się Chrystusa Pana zmartwychwstałego powtarzało się często i w najróżnorodniejszych okolicznościach (Dz. Ap. I, 3 nst.). Jakkolwiek Dzieje Apostolskie najprawdopodobniej nie wymieniają wszystkich wypadków ukazywania się Pana, nie mniej jednak znamy ich aż jedenaście. Ukazał się naprzód 1-o Maryi Magdalenie płaczącej przy grobie (Mar. XVI, 9; Jan XX, 11—18), 2-o świętym niewiastom powracającym od grobu do miasta (Mat. XXVIII — 9, 10); 3-o głowie Apostołów (Łuk. XXIV, 34; I Cor. IV, 5); 4-o uczniom z Emmaus, z którymi podróżował i wieczerzał, którym Pismo św. wyjaśniał i niedowiarstwo wyrzucał (Łuk. XXIV, 13 — 35; Mar. XVI, 12, 13); 5-o uczniom zgromadzonym w wieczerniku i siedzącym przy stole, pod nieobecność Tomasza (Mar. XVI, 14; Łuk. XXIV, 36—43; Jan XX, 19—23; I Cor. XV, 5). Chrystus jadł i długo z nimi rozmawiał, karcił ich za niewiarę i udzielił władzy odpuszczania grzechów w sakramencie pokuty. Te pięć wypadków ukazania się Chrystusa zaszło w sam dzień zmartwychwstania. W tydzień potem ukazał się Chrystus nanowo: 6-o uczniom zgromadzonym; wówczas kazał niewiernemu Tomaszowi dotknąć ran nóg swoich, rąk i boku (Jan XX, 24—29). Ukazał się następnie 7-o pięciu apostołom i dwom innym uczniom, łowiącym ryby w jeziorze Genezareth, a św. Jan temu wydarzeniu poświęcił cały ostatni swój rozdział. Ukazał się dalej 8-o w sposób bardziej uroczysty i w dopełnieniu obietnicy często powtarzanej w Ewangelii — na jednej z gór Galilei (Mat. XXVIII, 16 nst.), gdzie było zebranych przeszło pięćset osób (I Cor. XV, 6). Ukazał się jeszcze 9-o Jakóbowi „bratu Jana" (I Cor. XV, 7). Wreszcie 10-o poraz ostatni ukazał się w Jerozolimie, zasiadł do stołu z Apostołami, polecił oczekiwać w mieście świętem zesłania Ducha św.; następnie, idąc z nimi ku Betanii, wstąpił do nieba w obecności co najmniej stu dwudziestu uczni (Mar. XV, 19; Łuk. XXIV, 50, 52; Dz. Ap. I, 1—15). Jeśli jeszcze dodamy 11-o ukazanie się Chrystusa Pana św. Pawłowi (Dz. Ap. IX, 3 nst.; I Cor. XV, 8), to będziemy mieli w porządku chronologicznym szereg objawień się Chrystusa zmartwychwstałego, opowiedzianych w Nowym Testamencie.

Niepodobna tedy przypuścić, aby tylu świadków różnego wieku, płci, charakteru, wychowania i społecznego stanowiska, w tylu rozmaitych miejscach i czasach dało się uwieść jakiemuś złudzeniu zmysłów, niepodobna, aby wszyscy razem sądzili, że widzą, słyszą, dotykają to, co wcale nie istniało, aby z dziwną jakąś zgodnością brali czcze jakieś widziadło, wytwór swej chorobliwej wyobraźni, za rzeczywistość żyjącą, za osobę, którą znali z wieloletnich codziennych relacyi. Gdyby można się zgodzić na taką hypotezę, natenczas trzebaby się zrzec wszelkiej doświadczalnej pewności, księgi dziejów zamknąć na zawsze i zwątpić, czy światło dzienne nam świeci. Wymagać tak dziwnej stałości i zgody w błędzie podobnym, byłoby ze strony racyonalisty chcieć uniknąć cudu przez przypuszczenie innego cudu.

2-o. Pierwsi świadkowie zmartwychwstania nie chcieli oszukiwać. Najsurowsi krytycy uznają prawdomówność i dobrą wiarę ewangelistów, stwierdzoną całym rozwojem myśli i kolorytem ich opowiadania, jak również wielokrotnem a szczerem wyznaniem swej niewiadomości i błędów. Nikt nawet z pośród racyonalistów nie śmiał zaprzeczać prawdomówności św. Pawłowi, ani też autentyczności jego świadectwa. Uczniowie Chrystusa dali niezaprzeczoną rękojmię swej szczerości, gdy umierali za wiarę, a każdy człowiek myślący musi powiedzieć z Pascal'em: „Wierzę świadkom, którzy pozwalają się mordować." Zresztą, jakiż cel mogłoby mieć w tym razie oszustwo? Takie pytanie postawić tu wolno, bo człowiek nie zdradza prawdy z nadmiernej wesołości serca, nie mając żadnej pobudki do kłamstwa. Tymczasem, w tym razie żadnej takiej pobudki wskazać nie można, zważywszy położenie uczniów po śmierci ich Mistrza. Jedno z dwojga bowiem, albo uczniowie wierzyli w niebiańskie posłannictwo i w bóstwo Chrystusa Pana, i spodziewali się, że niebawem strząśnie On więzy śmierci, albo też wcale w to nie wierzyli, a tem samem niczego się po Nim nie spodziewali.

W pierwszem przypuszczeniu powinni byli Jemu samemu pozostawić troskę o udowodnienie swego zmartwychwstania, jak to im był przepowiedział, a gdyby ich oczekiwanie spełzło na niczem, pozostawało im tylko porzucić sprawę i wyrzec się pamięci człowieka, który ich tak niegodnie zawiódł. Że tak postąpiliby z pewnością, dowodem słowa uczniów z Emmaus: „A mychmy się spodziewali, iż on miał był odkupić Izraela; a teraz nad to wszystko dziś trzeci dzień iest iako się to stało" (Łuk. XXIV, 21).

W drugiej hypotezie trzebaby było, aby jakaś korzyść, jakieś wyrachowanie zachęcało ich do zmyślenia baśni o zmartwychwstaniu, i aby prócz tego jeszcze przewidywali możliwość zjednania mu zwolenników. Atoli z obu tych warunków żaden się nie sprawdzał. Przedsięwzięcie takie mogło ściągnąć na nich same tylko zasłużone nieszczęścia i kary. Ze strony ludzi mogli oczekiwać tylko nienawiści Żydów, prześladowań, hańbiącej i okrutnej śmierci, podobnej do śmierci Chrystusa. Ze strony Boga zaś, wystawiali się na karę doczesną i wieczną, należną za kłamstwo, bluźnierstwo, bałwochwalczą bezbożność. Wreszcie, jakkolwiek byli-to ludzie prości, nie byli jednak tak dalece ślepi i zuchwali, aby nie pojmowali, że usiłowania ich z góry byłyby skazane na całkowite niepowodzenie.

3-o. Tak samo jak dziś, tak i wówczas było rzeczą widoczną, że świadkowie zmartwychwstania, choćby nawet chcieli, nie mogli oszukiwać. Ażeby bowiem rzucić w świat takie oszustwo, trzeba było 1-o zabrać z grobu i ukryć ciało Chrystusa, 2-o wmówić w rodzaj ludzki, że to ciało wyszło żywe z grobu. W tem jednak były rzeczywiście, jak powiada Rutten, dwie nie do przezwyciężenia trudności.

1-o. Grób, jak wiemy, był przywalony głazem olbrzymim starannie opieczętowanym, a przed nim żołnierze na straży. W takich zaś warunkach jakim sposobem można było zabrać ciało Jezusowe? Mogli byli uczniowie użyć przekupstwa straży, jawnego gwałtu lub podstępu. Ale żadnego z tych trzech sposobów przypuścić nie można.

a) Aby chcieć zapewnić sobie współdziałanie straży, uczniowie Chrystusa, tacy jakimi ich znamy, nie posiadali ani tyle bezwstydu, ani przewrotności, ani bogactw po temu koniecznych. Czyż mogli się spodziewać, że wszyscy żołnierze dadzą się przekupić, że żaden ich nie zdradzi, że Sanchedryn milczałby uparcie, zamiast poszukiwać winnych i karać ich surowo? Sanchedryn zresztą przedsięwziął tyle ostrożności na wypadek oszustwa; zażądał straży od Piłata, do grobu przyłożył pieczęć rządową, najwidoczniej chodziło mu o niedopuszczenie żadnego oszustwa. Czyż więc można było przypuszczać, że Sanhedryn w danym razie okaże się bezczynnym? Już choćby to samo nie mogło postać w umysłach uczniów.

b) Może kto zechce z większem prawdopodobieństwem przypuścić, że uczniowie mogli użyć gwałtu względem żołnierzy? Ale czyż nie pamiętamy, jak bojaźliwi byli apostołowie? Drżą wszyscy za zbliżeniem się żydów, w czasie męki wszyscy uciekają, niegodnie opuszczając Mistrza; Piotr zapiera się Go na głos prostej służącej, sam tylko Jan znajduje się z Matką Ukrzyżowanego pod krzyżem. I jakże tu chcieć, aby tacy ludzie jawnie napadali zbrojnych przedstawicieli prokuratora! I zresztą w jakimże celu? Czyżby przedsięwzięcie podobne nie wywołało wielkiej wrzawy i nie zburzyło wszelkiej nadziei oszukania publiczności?

c) Co do podstępu, to ileż wobec tego przypuszczenia gromadzi się niemożliwości! Aby się uciec do podstępu, trzeba było, żeby wszyscy żołnierze spali tak silnie, iżby żaden się nie przebudził! Taką chwilę snu musieli wybrać uczniowie, aby się tłumnie między strażą wcisnąć do grobu, pocichu odjąć kamień grobowy, i uwolniwszy ciało Jezusa od prześcieradeł i przepasek, spiesznie je unieść ze sobą. Zgodzi się każdy, że takie postanowienie i taki czyn każą przypuszczać w wykonawcach wielką nieustraszoność ducha i zimną krew, jakiej uczniowie wcale nie złożyli dowodów. Przy tem nie zapominajmy, że trzeba było aby ci słabi i bojaźliwi ludzie, aż do owej chwili prości i ograniczeni, nie zmieszali się i nie zdradzili samych siebie, czy-to skutkiem wyrzutów sumienia, czy-to pośród niepokojów, na jakie z pewnością wystawieni być musieli, czy wobec gróźb i złego obchodzenia się z nimi, jakie ich spotkać miało.

Wreszcie, musieli ukryć ciało Chrystusa w miejscu tak pewnem, iżby nikt nie mógł go odnaleźć! — Widzimy więc, że dziwny musiałby to być podstęp i myśl prawdziwie szalona.

2) „Drugą trudnością byłoby wmówienie w świat, że Jezus zmartwychwstał, podczas gdy ciało Jego ukryto. Ale na to potrzeba było — a) aby naprzód oszukano licznych uczniów Chrystusa nie należących do spisku," i owszem, aby im dano nie wiem już jakim sposobem częste złudzenia fantastycznego ukazywania się Mistrza, aby ich przywiedziono „do wierzenia w te imaginacyjne apparycye wiarą tak silną, iżby się odważali raczej stawiać czoło najokropniejszym męczarniom, samej śmierci nawet, aniżeli budzić najmniejsze nawet powątpiewanie w rzeczywistość zmartwychwstania Chrystusa. I nie koniec na tem. Trzeba było nadto b), aby wszyscy spiskowcy — zarówno sprawcy jak poplecznicy tej samej intrygi — porozumieli się ze sobą i zgodzili się na to, że wszyscy z jednakową stanowczością świadczyć będą, a świadczyć przeciw własnemu sumieniu, i za nieprawdę będą oddawali się na śmierć..., to wszystko zaś jedynie dla przyjemności zapewnienia powodzenia bezecnemu oszustwu. — Trzeba było jeszcze c), aby uczniowie narzucili to swoje twierdzenie żydom, którzy nienawidzili Jezusa, oraz poganom, którzy lękali się Jego surowej moralności, gardzili Jego ubóstwem, i szydzili z głupoty śmierci na krzyżu. — Wreszcie trzeba było d), aby apostołowie Chrystusa nawrócili świat cały tem prostem twierdzeniem swojem, nie popierając go żadnymi cudami, których nie mogli byli oczekiwać, gdyż Bóg nie mógł ich czynić na korzyść nikczemnych oszustów"2.

Widzimy tedy, na ile-to nieprzezwyciężonych trudności natrafiłby wszelki zamiar oszustwa, gdyby nawet uczniowie byli zdolni go powziąść. Wnioskujemy więc z tego, że świadectwo to świadków naocznych, z którejkolwiek rozważalibyśmy je strony, stanowi niewzruszoną podstawę historycznej pewności o zmartwychwstaniu Chrystusa.

  1. Po tem pierwszem świadectwie, które samo aż nadto wystarczyćby mogło, przybywa nam świadectwo nieprzyjaciół Chrystusa, zarówno żydów jak pogan. Niektórzy legioniści rzymscy, stróże grobu Chrystusa, opowiadają przywódcom kapłańskim cuda, jakie zaszły na Kalwaryi (Mat. XXVIII, 11—15), że było trzęsienie ziemi, że ukazali się aniołowie, że grób Jezusa jest próżny, że wielki kamień, zamykający wejście do grobu, został usunięty i wywrócony; wobec tego zaś książęta kapłańscy, zamiast podawać w wątpliwość to, co im opowiadają, nie próbując nawet wyjaśniać tych wypadków sposobem naturalnym, nie znajdują nic nad to lepszego, jak po namyśle przekupić żołnierzy i przy ich pomocy rozgłaszać wieść, że kiedy straże spały, uniesiono ciało Jezusa. Gdyby twierdzenie podobne było prawdziwe, sami członkowie Sanhedrynu pośpieszyliby donieść prokuratorowi rzymskiemu o wykradzeniu ciała Jezusowego, żądaliby ukarania i sprzeniewierczych stróżów i uczniów, ciało unoszących. A zatem, nie można znaleść lepszego dowodu zmartwychwstania Chrystusa nad tę postawę Wielkiej Rady żydowskiej.

Ale nie dosyć na tem przymusowem wyznaniu przedstawicieli Sanhedrynu, posiadamy nadto wyznanie całej Jerozolimy. Tu właśnie w pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu zaczynają apostołowie publicznie i uroczyście głosić Chrystusa zmartwychwstałego. Cud zmartwychwstania Pańskiego kładą za podstawę swej wiary, a z pośród tych tłumów, do których się zwracają, nikt nie powstaje, aby im kłam zadać. Wszak chodziło o wypadek nadzwyczajnie ważny, świeży, uderzający, dla zbadania którego nie brak było sposobów bardzo łatwych; tymczasem zaś apostołowie o nim twierdzą, a nikt im nie przeczy. Przepowiadanie apostołów sprzeciwiało się najbardziej zastarzałym przesądom, najpoważniejszym dążnościom ogółu żydowskiego; uderzało ono, że tak powiem, w samą pierś Sadduceuszów, zaciętych przeciwników wszelkiego zmartwychwstania; ranić musiało kapłanów, starszych ludu, piśmiennych, których powagę wywracało; oskarżało cały naród żydowski o opór posłanemu przez Boga Messyaszowi i o bogobójstwo; a wobec tego wszystkiego naród ten nie podnosi żadnych zarzutów błędu lub oszustwa. Wprawdzie napadają na apostołów, wielokrotnie zabraniają im przemawiać do ludu, chłostają rózgami za to, że opowiadali zmartwychwstanie Chrystusa (Dz. Ap. IV, V), ale nie wchodzą z nimi w rozprawy ani nie zaprzeczają prawdziwości ich twierdzeń. Widać w tem bardzo kłopotliwe a znaczące milczenie. Opór żydów trwać będzie dalej, ale objawiać się będzie zawsze prześladowaniami, więzieniami, zabójstwami, nigdy zaś choćby najmniejszą chęcią odpierania kłamstwa apostołów (Dz. Ap. VI—IX). A Paweł, początkowo najgorliwsze narzędzie tego prześladowczego fanatyzmu, nie omieszka wzmocnić prawdy chrześcijańskiej świadectwem, ponad wszelkie zaprzeczenia wyższem.

  1. Zmartwychwstanie Chrystusa ściśle się wiąże z innymi wypadkami wcześniejszymi i późniejszymi, skupiającymi się wkoło niego tak, iż tworzą razem z niem całość i wiązankę niezbitych dowodów.

Znane są uzdrowienia i inne czyny cudowne, zapełniające publiczne życie Chrystusa, zwłaszcza trzy wypadki wskrzeszenia umarłych: córki Jaira, syna wdowy z Naim i Łazarza. Widoczna, że cuda te zmierzają do jednego celu, do wykazania bóstwa ich sprawcy, że się wszystkie wspólnie łączą i wzajemnie umacniają. Raz stwierdzona rzeczywistość jednych jest już rękojmią rzeczywistości innych.

Atoli innem jeszcze zjawiskiem, stanowczo niezrozumiałem bez zmartwychwstania Chrystusa, jest ustanowienie samego chrystyanizmu, jego szybkie rozpowszechnienie, ilość, różnorodność i niewzruszone przekonanie jego zwolenników, ich stałość niezłomna wpośród męczarni i wobec śmierci. Wskutek dwóch pierwszych kazań św. Piotra w Jerozolimie nawróciło się ośm tysięcy ludzi (Dz. Ap. II, 41; IV, 4), i tym sposobem spełniło akt publicznego przystąpienia do zmartwychwstania Chrystusowego. Przyjmują oni chrzest św. właśnie dlatego, że im ten wypadek udowodniono, że widzieli chromego od urodzenia uzdrowionego odrazu w imię i przez wiarę Jezusa ukrzyżowanego (Dz. Ap. III, 6, 15, 16; IV, 10). Zdaniem św. Piotra i wszystkich towarzyszów jego, prawda o zmartwychwstaniu jest podstawą wszelkiego przepowiadania ewangelicznego. Żydzi wtrącili apostołów do więzienia za to, że „opowiadali w Jezusie powstanie od umarłych" (Dz. Ap. IV, 2—3); ale zaledwie wypuszczono ich na wolność, natychmiast „z wielką mocą dawali świadectwo zmartwychwstania Jezusa Chrystusa Pana naszego" (Dz. Ap. IV, 33); Książętom kapłańskim, którzy im wyrzucali, że nie uwzględniali pierwszego zakazu i gróźb Sanhedrynu, odpowiadają: „Więcy trzeba słuchać Boga niż ludzi. Bóg oyców naszych wzbudził Jezusa, któregoście wy zabili, zawiesiwszy na drzewie. Tego książęcia y Zbawiciela wywyższył Bóg prawicą swoją, aby dał pokutę Izraelowi y odpuszczenie grzechów. A myśmy są świadkowie tych słów: „y Duch święty, którego dał Bóg wszystkim, którzy mu są posłuszni" (Dz. Ap. V, 29—32). Widać tedy, że to należycie sprawdzony fakt zmartwychwstania Jezusa Chrystusa tak raptownie zgromadził wokoło grona apostolskiego liczną rzeszę wiernych wyznawców.

Ci nowonawróceni znajdowali się wszak na miejscu samego wypadku; mogli więc zapytywać żydów i straży, zwiedzać grób Chrystusowy, stwierdzić jawność wydarzenia, porównywać świadectwa apostołów ze świadectwami ich nieprzyjaciół; objawiali tedy swe zdanie z całą znajomością rzeczy. W tem wszystkiem atoli był zaledwie początek olbrzymiego przewrotu w religijnych pojęciach ówczesnej epoki. Niebawem nauka chrześcijańska rozpowszechni się po całej Judei, Syryi, a szczególnie w Antyochii: dzięki żarliwości przedewszystkiem Pawła przejdzie ona niezadługo do Efezu, Koryntu, Aten, Philippów, Alexandryi, do Rzymu i innych miast znaczniejszych; wszędzie powstaną legiony neofitów, objawiających swą miłość dla Boga ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Czyż można przypuszczać, aby tylu ludzi wszelkiej narodowości, wszelkiego stanu i położenia, mogło bez potężnych pobudek, bez poważnych dowodów, bez nieprzepartej podniety oczywistości, bez cudów ze strony głosicieli prawdy, aby mogło, powiadam, wyrzec się swych nawyknień, swych zastarzałych wierzeń lub zabobonów, by się rzucić na oślep w jakąś sektę nieznaną? Czy można przypuszczać, aby takie mnóstwo żydów i pogan lekkomyślnie przyjmowało chrystyanizm, zwłaszcza, że ten chrystyanizm ani dla Izraelitów ani dla pogan nie mógł przedstawiać jakiegokolwiek naturalnego powabu, przeciwnie, wszystko musiało ich odeń odstręczać. Nie był on żadną z tych nowości, które, schlebiając namiętnościom ludzkim, ambicyi, próżności, pożądaniu przyjemności, jednają sobie zwolenników. Dla cielesnego i nieokrzesanego żyda znaczyło to wyrzec się nadziei owego sławnego, potężnego Messyasza, jakiego sobie miał wyobrażać, należało uznać i jako jedynego Syna Bożego uznać tego, którego Wielka Rada żydowska na śmierć skazała, i który skonał na hańbiącem drzewie krzyża, trzeba było pokochać naukę i przykład Mistrza, który rzekł: „Moje królestwo nie iest z tego świata." — Poganie zaś zmysłowi i pyszni, przez przyjęcie chrztu św. zobowiązywali się do wyznawania religii zaparcia się i poświęcenia, religii, która zalecała ubóstwo, nakazywała czystość, przebaczenie uraz, miłość dla nieprzyjaciół. Potężne zaiste być musiały pobudki, które zniewalały do przyjęcia instytucyi tego rodzaju. Skoro zaś wszystkie pobudki opierały się ostatecznie o cud zmartwychwstania, skoro koniecznie i wyraźnie odeń zależały, to z jakże baczną uwagą musieli badać ten fakt interesowani! Dlatego-to największej w oczach naszych wagi musi być głęboka wiara pierwszych pokoleń chrześcijańskich i stałość ich w umieraniu na świadectwo prawdy.

Znamy dwa zarzuty, jakie racyonalizm współczesny przeciwstawia temu argumentowi. Zdaniem racyonalistów 1-o cuda, wspominane bądź w Ewangeliach bądź też w Dziejach Apostolskich, nie na większą zasługują wiarę, niż samo zmartwychwstanie, a to głównie dlatego, że cuda te noszą cechę cudowności. „Jakże można żądać, powiada Renan3, aby dosłownie pojmowano dokumenta, w których się znajdują niemożliwości? Dwanaście pierwszych rozdziałów Dziejów Apostolskich są tkaniną cudów. Tymczasem bezwzględna zasada krytyki zabrania udzielać miejsca w opowiadaniach historycznych okolicznościom cudownym."

Ale, odpowiemy na to Renanowi i jego przyjaciołom: cała ta sprawa polega na tem, czy wypadki i opowiadania Nowego Testamentu są nam poręczone przez świadkśw wiarogodnych. Jeśli tak jest—co my twierdzimy (ob. art. Ewangelie), i co sami nawet racyonaliści przyznają tam, gdzie nie chodzi o wydarzenia cudowne, to czemuż mamy robić wybór między tymi świadkami? Nie trudniejsze są do spostrzeżenia i do wiernego opowiedzenia wypadki przypuszczalne cudowne, aniżeli wypadki tego samego rodzaju, wywołane przyczynami naturalnemi: jak w każdem zjawisku zmysłowem, tak samo i tu wystarczy mieć dobre oczy, dobry słuch, zdrowy rozum zresztą, oraz chcieć świadczyć o całej prawdzie i o prawdzie tylko. Czemuż więc robić wyjątek na niekorzyść faktów, przedstawionych jako nadprzyrodzone? Jest w tem albo najzupełniej samowolna niekonsekwencya, albo też apriorystyczne wyłączanie cudów. Napróżno broni się od tego Renan, dodając w dalszym ciągu po przytoczonych wyżej słowach, że „to nie jest następstwem jakiegoś metafizycznego systemu," że „jest-to poprostu rzeczą spostrzeżenia;" sam sobie z góry zaprzecza, jakiem bo prawem nazywa cud niemożliwością, skoro się nie opiera na zasadzie czy na przesądzie metafizycznym? Jeśli Renan nie odrzuca cudów à priori, to niechże powie, dla czego dowody i świadectwa, w każdym innym razie ważne, są niedostateczne i bezwartościowe, kiedy mowa o cudach; dlaczego żąda „cudu w Paryżu, wobec uczonych specyalistów" (Ibid. 44), jakgdyby fakt materyalny, zewnętrzny, publiczny, jak natychmiastowe uzdrowienie ślepego, paralityka, przywołanie do życia umarłego i t. p., nie mógł być zarówno dobrze stwierdzony przez tłumy ludu, jak przez uczonych specyalistów.

Renan z krzyczącym prawdziwie bezwstydem usiłuje tu odwrócić role: nie znajduje on mianowicie dość słów potępienia dla umysłów uprzedzonych i stronnych; jego zdaniem „spory religijne bywają zawsze sporami złej woli; nie chodzi w nich o jakieś rozprawy niezależne, o staranne poszukiwanie prawdy, lecz o obronę wstecznej jakiejś nauki" (Les Apôtres. Introd. str. LI). Ten sam jednak człowiek, który tak pogardliwe wypowiada słowa, kilka kart dalej nie waha się pisać: „Nie poruszam nigdy sprawy objawienia i nadprzyrodzoności, albowiem nauka niezależna uważa je z góry za rozwiązane." Rozumiemy, w jakiem znaczeniu Renan rozwiązał z góry tę kwestyę zasadniczą, a tem samem pojmujemy, o ile słusznie zalicza się on do owych „umysłów, które prowadzą swe poszukiwania bez uprzedzeń, bez uporczywych upodobań, bez trwałej nienawiści, z wolnością bezwzględną."

Nie będziemy się zatrzymywali nad przypomnieniem dowodów możliwości cudu (ob. art. Cuda). Nie może ich podawać w wątpliwość człowiek, wierzący w istnienie Boga wolnego i osobowego. Znane jest wyrażenie Rousseau'a, który chciałby zamknąć do domu obłąkanych każdego, ktoby odmawiał bóstwu mocy czynienia cudów. „Zgadzam się na to, powiada jeden z wcześniejszych pisarzy, że dlatego właśnie, iż Bóg ustanowił prawa, mające rządzić światem fizycznym, może dowolnie zawiesić ich działanie, jeśli jakikolwiek potemu znajduje powód. Jakto! więc maszynista miałby możność zwolnić, przyspieszyć lub powstrzymać bieg lokomotywy, którą mu powierzono, a Bóg byłby skrępowany swem dziełem, tak iż nie byłby już jego panem, lecz niewolnikiem! Dlatego że postanowił, żeby wilgoć i ciepło były warunkami kiełkowania roślin, nie mógłby przez to kazać kiełkować ziarnu zboża bez ciepła i wilgoci! Takie wnioskowanie byłoby poprostu bezmyślne."

2-o. Racyonalizm, odrzucający cuda w porządku fizycznym, odrzuca również dowód, wzięty z wydarzeń porządku moralnego; tak samo w ustanowieniu chrystyanizmu jak w zaprowadzeniu wszystkich innych religii, widzi on tylko wypadek czysto ludzki i naturalny, który tem samem żadną miarą nie może wzmocnić rzeczywistości zmartwychwstania Chrystusowego. „Utworzenie chrystyanizmu, powiada Renan, którego umyślnie przytaczamy z powodu wziętości i rozgłosu, jakim się cieszy, jest największym wypadkiem religijnych dziejów świata. Ale dla tego nie jest ono cudem. Buddyzm, babizm miały tak samo jak chrystyanizm męczenników, i ani mniej licznych, ani mniej egzaltowanych, ani mniej odważnych. Innej natury były cuda przy założeniu islamu, i przyznaję, że one mnie wcale nie wzruszają. Trzeba jednak zauważyć, że uczeni muzułmańscy tak samo rozumują o założeniu islamu, o rozszerzeniu jego i szybkich podbojach, o sile, jaką mu wszędzie nadaje panowanie bezwzględne, jak rozumują apologeci chrześcijańscy o założeniu chrystyanizmu, oraz sądzą, że w tem okazuje się widocznie palec boży"4.

Wszelako, podobne porównanie żadną miarą usprawiedliwić się nie da wobec rozumu i wobec dziejów.

1) Jakże bowiem można porównywać rozszerzenie się islamu z rozszerzeniem chrystyanizmu? Czyż nie wiemy, że chrystyanizm podług rozkazu samego Chrystusa miał się rozszerzać i rzeczywiście się rozszerzał jedynie drogą przeświadczenia, słodyczy i cierpliwości? Chrystus rozsyłał apostołów „jako owce między wilki," przepowiadał uczniom swoim, że znosić będą za wiarę same tylko prześladowania i pogardę, a wiemy, jak się urzeczywistniły te przepowiednie w ciągu trzech pierwszych wieków Kościoła. — Zupełnie zaś inne były środki rozszerzania islamu; w pierwszym rzędzie szedł zawsze gwałt i siła oręża, nie mówiąc już o zasadach i urządzeniach islamu takich, jak rozwód i wielożeństwo, które mu zapewniały poparcie tłumów i namiętności ludzkich. Dość zajrzeć do ksiąg świętych islamu, aby się naocznie przekonać, jakie obowiązki wkłada on na każdego muzułmanina w przedmiocie wojny z niewiernymi, podbijania ich w niewolę, a w razie potrzeby zupełnego ich tępienia. „Gdy spotkacie niewiernych, powiada Mahomet, zabijajcie ich aż do rzezi krwawej, i zaciskajcie pęta więźniów, których-eście wzięli do niewoli"5. Różne są zatem początki obu religii, i one nam właśnie tłómaczą owo rozumowanie Pascal'a: „Wreszcie, są-to rzeczy tak dalece sobie przeciwne, że o ile Mahomet, po ludzku mówiąc, szedł drogą rozwoju, o tyle Chrystus, po ludzku mówiąc, szedł drogą zaguby; i zamiast stawiać taki wniosek, że ponieważ Mahometowi się powiodło, to i Chrystusowi powieść się mogło, trzeba powiedzieć, że ponieważ Mahometowi się powiodło, chrystyanizm musiałby zginąć, gdyby go nie podtrzymywała siła prawdziwie boża."

Co do cudów przy założeniu islamu, to, pytamy, w kogóż chce Renan takowe wmawiać? Co do nas, to wiemy, że zdaniem niektórych biografów arabskich, życie proroka było nieprzerwanem pasmem cudowności. Ale żaden historyk nie brał nigdy tych twierdzeń poważnie; przyczyna zaś tego niedowierzania jest zarówno prosta jak przekonywająca: sam Koran, który wyraźnie uznaje boskie posłannictwo Jezusa i Jego cudotwórczą potęgę (Sur. II, 254; III, 48), nie mniej wyraźnie zeznaje, że potęgi tej nie posiadał Mahomet. Żydom, chrześcijanom, poganom Mekki, którzy go często błagali, aby utrwalił swą powagę czynami nadprzyrodzonymi, ten syn Abdallaha niezmiennie jedno i to samo zawsze odpowiadał6. W jednem z przytoczonych miejsc Koranu powiedziano: „Niewierni mówią: Nie uwierzymy ci nigdy, jeśli nie uczynisz, aby źródło wody żywej wytrysło z ziemi, aby kawał nieba spadł na nas, albo jeśli nie sprowadzisz Boga i aniołów, jako poręczycieli słów twoich; jeśli nie ujrzymy cię posiadaczem jakiegoś domu lub ogrodu, zarosłego palmami i winnicami, i jeśli nie uczynisz, aby z tego ogrodu wytryskały potoki wody; jeśli nie wstąpisz na niebiosa po drabinie i nie przyniesiesz nam stamtąd księgi, którą wszyscy moglibyśmy czytać. Odpowiadam im na to: Chwała Bogu memu! azaż nie jestem człowiekiem tylko i apostołem?" — To atoli przyznanie się do niemocy, jakie prawda i konieczność wymusiły na założycielu islamu, nie przeszkadza Renanowi pisać ku wygodzie sprawy racyonalistowskiej7: „Cuda Mahometa opisano tak samo jak cuda Jezusa, a zaś arabskie życiorysy Mahometa, taki naprzykład życiorys napisany przez Jbn Hiszama, noszą na sobie cechę z pewnością więcej historyczną, aniżeli Ewangelie. A pomimo to wszakże, alboż przyjmujemy jakie cuda Mahometa?" Co warte takie twierdzenia Renana, możemy sądzić z przytoczonych zeznań Mahometa.

2) Męczennicy buddyjscy, których mnóstwo, stałość i t. d. chcą nam przeciwstawiać racyonaliści, wcale nie istnieli. Tak dziś utrzymują specyaliści najpoważniejsi i najmniej podejrzani o czułość dla chrystyanizmu. Dla wytłómaczenia całkowitego i raptownego zaniku buddyzmu w Indyach w VII wieku mogli niektórzy historycy niegdyś przypuszczać, że zanik ten spowodowały krwawe prześladowania. Ale przypuszczenie to, jako najzupełniej dowolne, odrzuca bardzo wybitny indyolog, Barth w dziele swem o Religiach Indyi. „Dotychczas, powiada on, nie przedstawiono żadnego poważnego dowodu na to, żeby buddyzm był kiedykolwiek przedmiotem trwałego i ogólnego prześladowania. I owszem, najpoważniejsze dowody, jak medale i napisy, dowodzą wyjątkowo szlachetnej ze strony władz świeckich tolerancyi buddyzmu. Nawet w tych czasach, kiedy podług bezmyślnych legend Sanikara miał jakoby wytępić buddystów na całej przestrzeni od Himalajów aż do przylądka Kumarskiego, spotykamy nazwiska książąt visznuickich i należących do dynastyi visznuickich, którzy szczodrobliwością swoją wzbogacali siostrzaną religię buddyzmu, jainizm, który bramini na równi z buddyzmem nienawidzili; szczegóły te znajdują też potwierdzenie w zabytkach piśmiennictwa współczesnego"8.

3) Renan nie wydaje się nam też szczęśliwszym w tem, co wspomina o babizmie. Zwolennicy tej sekty panteistycznej, rewolucyjnej w polityce, a nowatorskiej w religii, rzucili się do oręża, by bronić się przeciw królowi perskiemu. Dzięki swej sile i wprawie, zdobytej przez walkę, mogli oni czas jakiś podtrzymywać zapał nadzwyczajnego fanatyzmu. Ale w końcu zwyciężeni, ujrzawszy pewną ilość swoich na śmierć skazanych, po kilkoletniej egzystencyi (1847—1852) przestali występować jawnie, utworzyli stowarzyszenie tajne, i nie wiadomo nawet, czy ta sekta nie została całkowicie wytępiona. Czy można wszakże z dobrą wiarą przyrównywać kilka setek zapaleńców, którzy, pochwyciwszy broń w rękę, okazali pewną odwagę wobec śmierci, z męczennikami, jakich liczył chrystyanizm w ciągu trzech pierwszych wieków? Acta martyrum, wydane z wielką wiedzą krytyczną przez Dom Ruinart'a, tchną wielką pogodą i spokojem prawdy, nie zaś fanatyzmu; jeśli się tam widzi jakie wzruszenie, to z pewnością zrodzone głębokiem i poważnem przeświadczeniem. Kary, stosowane do pierwszych chrześcijan, nie tylko nie powstrzymują rozszerzania się chrystyanizmu, ale przyśpieszają je i uświetniają, podług znanego wyrażenia Tertuliana: Sanguis martyrum semen christianorum.

Wolno więc nam powrócić do wniosku, opartego na założeniu Kościoła. Oczywistość tego wniosku jest tak wielka, że nie mógł jej nie uznać nawet Edward Reuss, protestant szkoły liberalnej, racyonalista, doskonale wyćwiczony w rzeczach krytyki i egzegezy.

Cokolwiek kto myśli, powiada on, o niejasności szczegółów opowiadania o zmartwychwstaniu Jezusa, „pozostanie zawsze niezaprzeczonym ten fakt, że Kościół, trwający od dziewiętnastu wieków, na tej podstawie zmartwychwstania zbudowany został, że jest on zatem jakżeby żyjącym świadkiem tego zmartwychwstania, i że, prawdę mówiąc, wyszedł on z grobu Chrystusa, z którym pozostałby pogrzebany na zawsze, gdyby nie było zmartwychwstania Chrystusowego"9.

4) Czwartym dowodem zmartwychwstania Chrystusowego jest sama słabość i chwiejna niestałość zarzutów, jakie mu od czasów apostolskich stawiano, a jakie tu szczegółowo zbadać zamierzamy. Prawda, że ten dowód jest sam przez się dowodem tylko negatywnym, nie mniej wszakże jest zdolny wobec myślącego człowieka wzmocnić nasze założenie. Z rozwoju tego dowodu zobaczymy, że całe owe zastępy niewierzących, którym nie zbywało ani na głębokiej wiedzy, ani na różnorodnej erudycyi, ani na silnej woli dojścia do celu, mogły nędzne tylko sofizmaty przeciwstawić zasadniczemu dogmatowi apologetyki chrześcijańskiej. Przekonamy się, jak te sofizmaty, pracowicie wyszukiwane i zręcznie przedstawione, roztrącają się jednocześnie o zdrowy rozum i o historyę, jak bywały zwalczane i wyszydzane w samych nawet szeregach niewiary, jak niekiedy sami nawet ich twórcy je porzucali. Wówczas naturalnym i logicznym okaże się wniosek, że bezpodstawnemi są te napaści i bardzo odmiennemi od historycznej rzeczywistości faktu, przeciw któremu występują, oddawna bowiem mieliby słuszność tak straszni i tak liczni przeciwnicy zmartwychwstania Chrystusowego, gdyby to zmartwychwstanie nie urągało wszystkim napaściom racyonalistycznej krytyki.

III. — Rozważaliśmy już trudności, jakie stawia racyonalizm przeciw naszemu trzeciemu dowodowi, wziętemu z początków chrystyanizmu. skopiuj

Zarzuty zaś, mające się tu wskazać i odeprzeć, sprowadzić się dadzą do trzech głównych, względnie do tego, czy zmierzają wprost do zaprzeczenia lub podania w wątpliwość śmierci Jezusa, albo powrotu Jego do życia, albo wreszcie wartości świadectwa apostołów i innych uczniów. Przekonamy się, że wszystkie te zarzuty są à priori podwójnie bezwartościowe, wszystkie bowiem wychodzą z tego czczego przypuszczenia, że cuda są niemożliwe, i powtóre, wszystkie lekceważą wyraźne i autentyczne teksty biblijne, stawiając na ich miejsce fantazyjne i dowolne hypotezy.

1. skopiuj

Naprzód tedy Paulus i szkoła naturalistyczna mówią tak:

Jezus nie umarł: pozostawał on na krzyżu mniej niż sześć godzin, a tymczasem w Józefie Flaviuszu znajdujemy przykład skazanego na śmierć krzyżową, który po całodziennem zawieszeniu na krzyżu, zdjęty zeń przyszedł do życia. Barth posuwa się aż do przypuszczenia, że Jezus przez wyrachowanie dał się ukrzyżować, „licząc na to, że zawczasu pochylając głowę, niebawem zostanie z krzyża zdjęty, i następnie uleczony przez ludzi ze sztuką lekarską obeznanych, a do jego tajemnych zwolenników należących; jednocześnie zaś przez pozorne zmartwychwstanie myślał wzbudzić uwielbienie dla siebie między ludem prostym"10. Inni racyonaliści ograniczają się na przypisywaniu tego planu uczniom Chrystusowym: ci ostatni mieli jakoby przez upojenie przyprawić Chrystusa o śmierć pozorną i zawczasu zdjąć go z krzyża.

1-o. Zbyteczna prawie wspominać, że zarzut niniejszy, podobnie jak zarzuty następujące, pochodzą jedynie z konieczności uniknięcia za jakąbądź cenę cudu i cudowności. Strauss otwarcie to wyznaje (Ibid. 668). Przypuszczać, powiada on, aby umarły powrócił do życia, jest-to przypuszczać „bezpośrednie wdawanie się Boga w prawidłowy bieg życia natury, — wdawanie się niezgodne z oświeconemi pojęciami o stosunku Boga do świata." To też nowożytni uczeni postawili bardzo wyraźnie następującą alternatywę: „Albo Jezus nie umarł prawdziwie, albo nie zmartwychwstał prawdziwie."

2-o. Ale w podobnym systemie jakież znaczenie przypisuje się świadectwu czterech ewangelistów, którzy bardzo wyraźnie stwierdzają śmierć Chrystusa Pana? Wszak nie mniej od innych znali oni powolne działanie ukrzyżowania. Św. Jan powiada, że aby ciała nie pozostawały na krzyżach w dniu następnym, który był pierwszym dniem świąt i dniem szabbatu, żądali żydzi, aby posłano żołnierzy, którzyby połamali golenie skazańców, t. j. aby śmierć ich przyśpieszyli (XIX, 31); skądinąd znów, kiedy Józef z Arymatei zażądał od Piłata ciała Chrystusowego, zdziwił się Piłat, że Chrystus już umarł (Mar. XV, 44).

3-o. Centurion, zapytany urzędownie przez rządcę, potwierdził mu śmierć Jezusa (Mar. XV, 44, 45).

4-o. Żołnierze oszczędzili Jezusowi łamania kości, gdyż spostrzegli go już umarłym; natomiast zagłębili żelazo dzidy w bok Jego! Najznakomitsi lekarze, między innymi dwaj Grimm'owie z Jeny, wykazali, że podobne uderzenie włócznią, zadane człowiekowi tak wyczerpanemu, jak był Chrystus Pan po ubiczowaniu, po cierniem ukoronowaniu, po zmęczeniu drogą bolesną, po mękach wycierpianych w pretoryum Piłata, które często bywały same przez się śmiertelnymi dla cierpiących, musiałoby nieomylnie dobić Ukrzyżowanego. Zresztą, uderzenia włócznią dokonano właśnie dla upewnienia się o rzeczywistości skonania.

5-o. Jakże Chrystus nie miałby umrzeć w grobie, gdyby Go tam pochowano za życia? Osłabiony i wycieńczony mękami, jakżeby mógł wytrzymać w uściskach bandaży i prześcieradła, wśród nadmiernego zimna groty wykutej w skale? Silne przytem zapachy, z jakimi był pogrzebany, doskonałe do zachowania od rozkładu ciała umarłego, w szczupłym i starannie zamkniętym grobie musiałyby mieć niezawodnie ten skutek, że przyprawiłyby o śmierć żyjącego.

6-o. Co do przykładu zaś, przytoczonego w zarzucie o powadze Józefa, to już sam Strauss sprowadza go do właściwej miary. Ocenia go mianowicie w następujących wyrazach (Op. cit. t. II, 669): „Z trzech ludzi ukrzyżowanych, którzy, jak się zdaje, zdjęci byli z krzyża jeszcze z oznakami życia, pomimo najusilniejszych starań lekarzy, jeden tylko ocalał. Trudno więc pojąć, aby to było prawdopodobne, żeby Jezus, który był zdjęty z krzyża ze wszystkiemi oznakami śmierci, powrócił do życia najzupełniej sam przez się, bez żadnej pomocy lekarskiej."

7-o. Następnie, któż-to zechce uwierzyć, aby Sanhedryn pozwolił, żeby go wyprowadzono w pole i żeby oszukano całą publiczność żydowską w przedmiocie tak doniosłego znaczenia? Na tę uwagę zgadzają się sami nawet racyonaliści. „Najlepszą poręką, jaką może posiadać historyk o szczególe tak ważnym, powiada Renan, jest podejrzliwa nienawiść wrogów Jezusa. Musieli oni dobrze czuwać nad tem, czy aby Chrystus umarł. Jakiekolwiek mogło być w pewnych czasach starożytnych niedbalstwo w tem wszystkiem, co dotyczy prawnej akuratności i ścisłego prowadzenia spraw, to przecież niepodobna uwierzyć, aby w tym razie interesowani nie przedsięwzięli jakichkolwiek ostrożności w przedmiocie, na którym tak wiele im zależało"11. Gdybyśmy nawet przeciwko wszelkiej oczywistości zgodzili się na niepewność śmierci Jezusa, to i w tym razie jeszcze przeciwnicy nasi mogliby nam powiedzieć, jakim że sposobem tak prędko Chrystus tak dalece ozdrowiał, że wyszedł niepostrzeżony z grobu czy-to sam, czy też przy pomocy swych uczniów, że bezpośrednio potem ukazywał się na różnych miejscach, i to w okolicznościach niewytłómaczonych i naturalnym sposobem wytłómaczyć się nie dających, że odbył długą podróż tegoż samego dnia, w niedzielę wieczorem pomimo głębokich ran na nogach, że poszedł niebawem do Galilei, a następnie powrócił do Jerozolimy i czterdziestego dnia wstąpił do nieba czy też znikł w sposób najzupełniej tajemniczy... Przykro patrzeć, powiada apologeta, na te wybiegi, jakimi sumienie ludzkie stara się uwolnić od boskiej pewności.

8-o. Jeszcześmy nic nie powiedzieli o oszustwie, jakie napróżno przypisują Jezusowi i uczniom Jego. Któż nie odczuwa, że przypuszczenie to jest jedną więcej niedorzecznością? Najlepiej z tą sprawą obeznani niedowiarkowie nie mogli w tem przypuszczeniu nie uznać dowolności i nieprawdopodobieństwa. „Dokumenta nie wykazują nam nic z tego wszystkiego, powiada Strauss (Op. cit. II, 670), i nie mamy żadnej podstawy do czynienia podobnych przypuszczeń." Przypuszczenia te nazywa on nieco dalej „potwornymi wyrobami systemu, który bez żadnego hamulca przekręca historyę." Inni racyonaliści rozciągają tę samą ocenę do całego tego pierwszego zarzutu. Renan dał nam swe zdanie o tej sprawie. Posłuchajmy Reuss'a, jeszcze wyraźniej mówiącego: „Dziś już apologetyka może sobie oszczędzić zachodu zwalczania pewnych wyjaśnień, podejmowanych niegdyś do obalenia możliwości cudów, jak naprzykład przypuszczenia zwykłego letargu, z którego jakoby miał Jezus powoli przychodzić do siebie, albo przypuszczenia jakiejś fantazmagoryi, jaką mieliby rzekomo urządzić tajni przywódcy stron nictwa w celu zmylenia śladu uczniom, albo wreszcie przypuszczenia jakiegoś kłamstwa, świadomie przez rzeczonych przywódców w obieg puszczonego, albo wreszcie innych podobnych przypuszczeń, zarówno romantycznych jak dziwacznych. Oddawna już wyjaśniły tę sprawę historya i psychologia, fizyologia i zdrowy rozum ludzki" (Op. cit. str. 701).

2. skopiuj

Wobec oczywistej niemożliwości zaprzeczenia śmierci Chrystusa Pana, większość przeciwników naszych rzuciła się do zwalczania historycznej pewności samego zmartwychwstania. Przedewszystkiem tedy postawiono pytanie, dlaczego nikt nie widział, żeby Jezus zmartwychwstawał, to znaczy żeby się z grobu podnosił i zeń wychodził.

Odpowiadamy: 1-o. Nic to nieznaczy, że Go nie widziano wychodzącym z grobu, skoro Go na pewno widziano, słyszano i dotykano po Jego wyjściu z grobu. Wszak to jedno wystarczać powinno, że na pewno stwierdzono Jego życie po stwierdzonej na pewno Jego śmierci. Wyobraźmy sobie człowieka, któregośmy znali niewidomym lub sparaliżowanym, a który teraz widzi i tak samo jak my się porusza. Czyż będziemy wątpili o jego uzdrowieniu dlatego, żeśmy nie byli przy nim, kiedy oczy jego otworzyły się na światło dzienne, kiedy członki jego poraz pierwszy dały dowód giętkości i samodzielności ruchów.

2-o. Gdyby ktoś natarczywie się dopytywał, co też mogło skłonić Jezusa do wyjścia z grobu niepostrzeżenie, to, pominąwszy, że straże mogły wyjście to widzieć, wobec milczenia o tym szczególe ewangelistów, odpowiadamy: nie do nas należy badanie tajemnych pobudek działania bóstwa; Bóg nie ma obowiązku udzielać nam żadnego pod tym względem objaśnienia. Czego możemy z całą prawomyślnością wymagać, to dostatecznej podstawy dla naszej wiary, aby uległość naszego umysłu była rozumna. Temu zaś warunkowi czynią zadość aż nadto przytoczone wyżej świadectwa.

Ale 3-o przy sposobności zarzutu, jaki nieco niżej rozwiniemy, wykażemy powody opatrznościowe, jakie tu zachodzić mogły.

3. skopiuj

Powiadają jeszcze racyonaliści: Gdyby Jezus był rzeczywiście zmartwychwstał, to czyżby poprzestał na ukazaniu się uczniom? Czyżby nie powinien ukazać się publicznie, a tym sposobem wszelką wymówkę wytrącić z rąk bezbożności, wstydem okryć swych bezbożnych sędziów i nieprzyjaciół, czyniąc ich naocznymi świadkami swego zwycięztwa nad śmiercią?

1-o. Powiedzieliśmy wyżej i powtarzamy tu jeszcze: Chrystus chciał, aby wierzono w Jego bóstwo; bóstwa zaś tego najwyższą rękojmią miało być zmartwychwstanie. Nie może zaś od nas Chrystus wymagać, i rzeczywiście nie wymaga, abyśmy przez jakąś nieuzasadnioną zgodę umysłu naszego zapierali się naszej natury istot rozumnych; powinien był zatem dać ludziom pewne dowody swego zmartwychwstania. Jakoż, udzielił nam takich dowodów. A nad to cóż więcej żądać możemy? Jakiem prawem odrzucać możemy ukazanie się Chrystusa aż nadto wystarczające, i to pod pozorem, że Bóg mógłby uczynić je świetniejszem i bardziej urozmaiconem? Wszak nie wolno nam chyba samowolnie przepisywać prawideł postępowania temu, kto stoi nieskończenie wyżej od nas!

2-o. Gdyby można się zgodzić na podobne żądanie racyonalistów, to zmartwychwstały Chrystus powinienby był się ukazać wszystkim wogóle narodom, wszystkie bowiem jednakowo powołał do wiary, powinienby był się przedstawić nie tylko władzom i żydom jerozolimskim, lecz wszystkim prześladowcom swych uczniów, wszystkim wrogom rodzącej się wiary, gdziekolwiekby się takowi znaleźli. Dziś nawet powinienby zmartwychwstać nanowo przed oczyma niewierzących, aby ich uczynić posłusznymi na głos Kościoła. Niema zatem powodu nie podzielać zdania Jana Jakuba Rousseau, gdy mówi: „Ja tak samo jak inni znam ten cud tylko przez ludzi. Kto cud ten widział? Ludzie. Kto mi o nim mówi? Ludzie. Zawsze ludzie między mną a Bogiem. Czyżby to nie prostsza była droga, żeby Bóg sam do mnie przemawiał?" — Pojmujemy więc teraz, ile niedorzeczności zamykają w sobie te wnioski, z logiczną ścisłością wyprowadzone z zasady, zawartej w powyższym zarzucie.

3-o. Rzecz-to zgodna z mądrością bożą i ze zwyczajnemi drogami Opatrzności, iż w pierwszorzędnym dowodzie boskości religii, jakim jest zmartwychwstanie Chrystusa, pozostawił Bóg pewne szczegóły, w których wyrabiać się może prawomyślność rozumu i pokora. Chcianoby, aby Jezus zmusił niejako swych wrogów do milczenia nieprzezwyciężonym blaskiem swej chwalebnej obecności. Żądać czegoś podobnego znaczy-to zapominać o sposobach, jakimi Bóg umie godzić wymagania swego miłosierdzia z wymaganiami swej sprawiedliwości. Jeśli wiara nasza musi opierać się na rozumie, to musi również być zasługującą, a tem samem wolną. Nigdy Bóg nie gwałci woli naszej w rzeczach religii; wola nasza zawsze może albo rozumnie wierzyć albo też zarozumiale się naigrawać. Takie jest odwieczne prawo boże.

4-o. Gdyby członkowie Sanhedrynu własnemi oczyma widzieli Jezusa ztrząsającego obwiązki i prześcieradła i chwalebnie wychodzącego z grobu, czyż wszyscy uwierzyliby w tego sądownie karanego Messyasza? Gdyby zmartwychwstały Chrystus przebiegł był ulice Jerozolimy, jak tego żąda Strauss, czyż wówczas dzisiejsi krytycy racyonalistowscy uwierzyliby jednozgodnie w bóstwo Chrystusowe? I jedni i drudzy wynajdywaliby tysiące pozorów, by nadal trwać w swym uporze. Przypomnijmy sobie postawę żydów wobec cudów Jezusa: przypisywali je potędze książęcia dyabelskiego. Wspomnijmy na owe głębokie słowa w przypowieści o złym bogaczu: „Jeśli Mojżesza y proroków nie słuchają, ani, by też kto z martwych powstał, nie uwierzą" (Łuk. XVI, 31). Alboż-to nie powiedział Rousseau, że oszalałby chyba, gdyby ujrzał cud własnemi oczyma? a po nim Euzebiusz Salverte i Pecaut czyż nie oświadczyli, że tego rodzaju cudowny wypadek nicby nie zmienił w ich niedowiarstwie?

4. skopiuj

Inne zarzuty występują wprost przeciw ważności głównego świadectwa, t. j. przeciw świadectwu świadków naocznych. Niektórzy z pośród racyonalistów, którzy zuchwalstwem zdają się chcieć zastąpić brak zdolności, wślad za Samuelem Reimarus'em oskarżają apostołów i pierwszych uczniów Chrystusowych o oszustwo. Według zdania tych racyonalistów, zwolennicy Jezusa pokryjomu unieśli ciało Jego, a następnie rozpuścili wieść, że Jezus zmartwychwstał.

1-o. Na to śmiałe przypuszczenie odpowiedzieliśmy już dostatecznie przy wyjaśnieniu pierwszego dowodu, gdzieśmy wykazali, że uczniowie ani chcieli ani mogli w błąd nas wprowadzić. Nie chcieli tego, bo szczerość ich skądinąd nam znana, a innego celu nie mieli prócz poznania prawdy i zgodnego z nią postępowania. Gdyby nawet chcieli, nie mogli nas oszukać, gdyż przeprowadzeniu takiego zamiaru wszystko stało na przeszkodzie, zarówno żydzi, jak prokurator i żołnierze rzymscy, a nawet sami uczniowie. Widzieliśmy, jakie ostrożności przedsiębrał Sanhedryn, aby wszelkiemu oszustwu zapobiedz. Wprawdzie racyonaliści wspominają czas piętnastu godzin, obejmujących całą noc, zanim synagoga zarządziła pewne ostrożności, dopiero bowiem na drugi dzień (Altera autem die quae est in Parasceven. Mat. XXVII, 62), grób opieczętowano i straże postawiono wokoło.

Ale naprzód, czyż można przypuścić, ażeby żydzi, tak staranni a tak nienawiści pełni, nie zwracali uwagi na grób, żeby się upewnić, że się nie stało to, czego się obawiali i czemu zapobiedz chcieli? Szabbat nie przeszkadzał odwiedzaniu grobu, skoro to odwiedzanie było usprawiedliwione względami religijnymi; stwierdzają to uczeni żydowscy Majmonides i Józef Caro. Wszak chodziło tu o zbawienie całej teokracyi. Jakże przypuścić zresztą, że ten szabbat trzymał zdala od grobu Jezusa tych, którym nie przeszkadzał wchodzić do domu Piłata? (Mat. XXVII, 62—65). Jedne i te same względy usprawiedliwiały i jeden i drugi postępek.

Skądinąd znów, przeciąg piętnastu godzin jest czczem przywidzeniem. Owo ewangeliczne nazajutrz oznacza szabbat prawny, rozpoczynający się w sam dzień śmierci Jezusa o zachodzie słońca. Wiadomo bowiem, a Księga Lewityku (XXIII, 32) wyraźnie to stwierdza, że dzień u żydów oznaczał czas pomiędzy dwoma po sobie następującymi zachodami słońca. Przygotowanie do szabbatu, o jakiem mówi św. Marek (XV, 42) i św. Mateusz, kończyło się w piątek popołudniu. Grób zatem opieczętowano i strażą obstawiono, podług naszego sposobu liczenia, w piątek wieczorem. Pomocnicza ta więc uwaga racyonalistów nie ma żadnego znaczenia, jako polegająca na błędzie egzegetycznym.

2-o. Ale pocóż nam zwalczać przypuszczenie, które sami najwybitniejsi przeciwnicy nasi uważają za niedorzeczne? Renan, pomimo swego powszechnego sceptycyzmu, prawie się zgadza ze wspomnianem powyżej kategorycznem zdaniem Reussa (ob. wyżej). Podług niego (Les Apôtres str. 40), nigdy się nie dowiemy, jakim sposobem znikł Jezus z grobu, ale „bynajmniej przypuszczać nie można, iżby ci, co tak silnie wierzyli w zmartwychwstanie Jezusa, byli tymi samymi, co ciało jego unieśli." Szczerzej wypowiada swe zdanie Strauss, poprzednik i mistrz Renana. Wykazuje on doskonale (Op. cit. t. II. 672), że tem bardziej znika wszelka możliwość dobrowolnego oszustwa, iż sami uczniowie Chrystusa po śmierci swego Mistrza stracili wszelką nadzieję. „Jakkolwiek, powiada Strauss dalej, żadna z ewangelii nie pochodzi bezpośrednio od któregokolwiek z apostołów Jezusowych, to jednak rzecz pewna z Listów Pawła i z Dziejów Apostolskich, że sami apostołowie mieli to przekonanie, iż widzieli Jezusa zmartwychwstałego." Dalej znów nieco Strauss przeciwstawia jako dowód decydujący zwyciężką odpowiedź Orygenesa filozofowi Celsowi, „że kłamstwo, przez samych apostołów zmyślone, nie mogłoby im udzielić tyle odwagi i męztwa."

5. skopiuj

Pozostaje nam jeszcze przypuszczenie złudzenia ze strony pierwszych świadków zmartwychwstania; na tej ostatniej desce ratunku skupiło się nowożytne niedowiarstwo, temu wyjaśnieniu hołdują dziś główniejsi przedstawiciele racyonalizmu, mianowicie szkoła Tybińska, szkoła mityczna i Renan.

Baur, zgodnie ze swą ogólną teoryą o cudach, w zmartwychwstaniu Jezusa widzi tylko subjektywną wiarę apostołów, która się stała objektywną; gdyż wiara materyalna i empiryczna przypuszcza jako zasadę wiarę wewnętrzną, wiarę bezwzględną;" — jest tak dlatego, że tak być musi,—takie było rozumowanie apostołów, którzy przeto są w rzeczywistości tylko wizyonerami i niczem więcej12.

Strauss (Op. cit. II, 676—680) rozprawia o kobietach, u których „uczucia wezbrały tak, iż wytworzyły prawdziwą wizyę, czysto wewnętrzną i subjektywną, podczas kiedy na innych a nawet na całych zgromadzeniach przedmiot jakiś zewnętrzny, cośkolwiek na wzrok lub na słuch działającego, niekiedy nawet sam widok jakiejś osoby nieznanej czynił wrażenie objawienia się lub ukazania się Jezusa... W Pawle apostole mamy przykład, że silne wrażenia, wywołane przez młodą gminę chrześcijańską, mogły wzbudzić egzaltacyę, posuniętą aż do chrystofanii i do przewrotu w uczuciach gorącej duszy, która się długo od nich broniła; tym samym też bezwątpienia sposobem potężne wrażenie, wywołane wielką osobistością Jezusa, wzbudziło egzaltacyę w jego uczniach bezpośrednich, posuniętą aż do wizyi podobnych."

Zdaniem Renana, wszystko da się wytłómaczyć dwoma wyrazami: uniesieniem i miłością. „Dzieje początków wiary przenoszą nas w świat kobiet, dzieci, głów zapalonych lub spaczonych umysłów... Eutuzyazm i miłość nie znają położenia bez wyjścia... Miłość też wzbudziła z martwych Jezusa..." Dzięki też kilku słowom Mistrza, jakie sobie przypomniano, jako też dzięki uniesieniu jego ciała niewiadomo przez kogo i w jakich okolicznościach, „mała gmina chrześcijańska tego dnia (w niedzielę po śmierci Chrystusa) dokonała prawdziwego cudu; przez miłość gorącą, jaką dla Jezusa żywiła, wzbudziła go z martwych w swem sercu... W tej sprawie jednak pierwszorzędną rolę grała silna wyobraźnia Maryi z Magdala... Piotr widział tylko grób próżny i prześcieradła. Sama tylko Marya na tyle kochała Mistrza, że wzniosła się ponad naturę i wywołała z martwych jego widziadło. W tego rodzaju dziwnych chwilach stanowczych nic nie znaczy widzieć potem, kiedy już inni widzieli: całą zasługą jest widzieć po raz pierwszy; inni bowiem urabiają swe widzenie podług przejętego już wyobrażenia... Cała zatem chwała za zmartwychwstanie Jezusa należy się Maryi z Magdala. Magdalena umiała lepiej od innych stwierdzić swe marzenie, narzucić wszystkim świętą wizyę swej namiętnej duszy. To wielkie twierdzenie tej kobiety: „Zmartwychwstał," stało się podstawą wiary ludzkości... Boska-to potęga miłości! święte-to chwile, w których namiętność owładniętej hallucynacyą duszy daje światu Boga zmartwychwstałego"13.

Oto więc, co najsilniejszego mogli przywódcy nowożytnej niewiary postawić przeciw rzeczywistości zmartwychwstania! Z tego, cośmy wyżej powiedzieli, możemy teraz zrozumieć, po czyjej stronie są hallucynacye i marzenia. Zarzut ten zresztą nie jest wcale nowy, z wyjątkiem chyba pewnych więcej naukowych pozorów oraz zręczniejszej i bardziej podstępnej formy, w jakiej jest przedstawiony: w gruncie rzeczy jest-to nowe wydanie sofizmatów Cels'a, po tysiąc razy już odpieranych w kolei wieków. Pomimo to jednak, ze względu na sławę i wziętość tych, którzy usiłowali ten zarzut odmłodzić, wykażemy pokrótce słabe jego strony, nie bacząc na to, że z konieczności powtarzać się będziemy musieli.

1-o. Nie same tylko „kobiety, dzieci, zapalone głowy i spaczone umysły widziały zmartwychwstałego Chrystusa. Uczniowie w ogólności, zarówno jak jedenastu apostołów i św. Paweł, byli-to ludzie dojrzali, umysły pozytywne, niekiedy aż do poziomości realne; w najwyższym stopniu zależało im na tem, aby się nie mylili w wypadku takiej doniosłości i tak łatwym do rozpoznania. O ile możliwem jest złudzenie u kilku osób entuzyastycznych pod działaniem przejściowego jakiegoś podniecenia, o tyle sprzeciwia się to wszelkim prawom moralnym i umysłowym, aby liczne i różnorodne tłumy ludzi, wielokrotnie, w długich odstępach czasu, zarówno w Galilei jak w Judei, zarówno na otwartem powietrzu jak w zamkniętym wieczerniku, jednozgodnie w pewnych danych chwilach wierzyły, że widzą, słyszą, dotykają, swobodnie rozmawiają z istotą, która istniała tylko w ich wyobraźni.. Łatwo-to twierdzić z Renanem, że „właściwością jest pewnych stanów duszy, w których się rodzą zachwyty i objawienia, iż stany te innym łatwo się udzielają," ale jakaż poważna krytyka zechce się zadowolnić tem dorywczem rozwiązaniem trudności, które byłoby wywróceniem wszelkiej pewności historycznej? Apostołowie nie tylko nie dają lekkomyślnie wiary, nie tylko nie poddają się „suggestyi" miłości lub „dogmatycznym przesądom," ale wprost nie przyjmują początkowo opowiadania kobiet oraz innych świadków naocznych (Mar. XVI, 11-13; Łuk. XXIV, 11); Piotr i Jan jeszcze nie zrozumieli, że podług Pisma św. Messyasz miał zmartwychwstać (Jan XX, 9); same kobiety nawet, a w szczególności Marya z Magdala, tak mało liczyły na zmartwychwstanie Chrystusa, że szły namaścić jego ciało, a na widok otwartego grobu pierwszą myślą ich była myśl o wykradzeniu ciała (Łuk. XXIV, 4; Jan XX, 1 nst.); uczniowie z Emmaus przedstawiają się nam prawie jakby skończone niedowiarki; Tomasz nie chce uwierzyć jednozgodnemu świadectwu swych towarzyszów; i nie uwierzy, póki nie ujrzy własnemi oczyma, póki własnemi rękoma nie dotknie. Bezpośredni więc świadkowie zmartwychwstania byli w usposobieniu wręcz przeciwnem temu, jakie im zarzut podsuwa pod mianem bezwzględnej wiary subjektywnej, uniesienia, wytworzonego potężnem wrażeniem, entuzyazmu miłości; przedstawiają się nam oni jako zniechęceni i zanadto niedowierzający. Musiał przyznać to Strauss (Op. cit. str. 678): zgadza się on na to, że śmierć Jezusa chwilowo pozbawiła go w oczach apostołów aureoli Messyasza, ostatecznie jednak, dodaje Strauss, wznieśli się oni do zrozumienia Messyasza cierpiącego, jak-to widać w świętym Łukaszu. I rzeczywiście, św. Łukasz przedstawia nam ten dokonany w ich pojęciu przewrót (XXIV, passim); ale jak dokonany? oto przez samego Chrystusa, który się ukazuje swym uczniom, upewnia ich i proroctwa wyjaśnia. Zaprzeczając ukazywania się Chrystusa uczniom, zaprzeczamy jeden cud, a przypuszczamy drugi; wówczas przewrót w pojęciach apostołów będzie skutkiem bez przyczyny.

2-o. Skądinąd znów, jeśli apostołowie zrozumieli, że Jezus musiał umrzeć, jeśli uwierzyli, że zmartwychwstał, musieli się przedewszystkiem upewnić, że on rzeczywiście wyszedł z grobu: to właśnie mówią ewangeliści; i Strauss też odpycha myśl o wykradzeniu ciała Jezusowego z grobu. Ale jakże sobie tę sprawę tłómaczy? Oto wyobraża sobie, że przy śmierci Jezusa wszyscy uczniowie uciekli do Galilei, i że tam właśnie wytworzyła się wiara w zmartwychwstanie, wówczas kiedy nie można było wydobyć z grobu trupa, by całą tę wiarę w zarodku zniszczyć. Renan bynajmniej nie zaprzecza trudności, jaką dla niego i dla jego przyjaciół przedstawia zniknięcie ciała Jezusowego z grobu, ale z właściwą sobie lekkomyślnością usuwa tę trudność twierdząc, że to jest „kwestya zbyteczna i do rozwiązania niemożliwa."

3-o. Widzimy tedy, że hypoteza o złudzeniu apostołów jest nie tylko sama w sobie niedorzeczna, ale nadto, że nie liczy się z przeciwnymi sobie faktami ewangelicznymi. W myśli swych nowożytnych popleczników przyjmuje ona za nieodzowną podstawę albo mityzm, albo zasady szkoły krytycznej, albo miłą Renanowi teoryę legend, grzeszy więc wszystkimi zasadniczymi błędami tych różnych systemów.

4-o. Obok ogólnej teoryi złudzenia stawia Renan inną teoryę, albo raczej usiłuje uzasadnić tamtę i wytłómaczyć ją na swój sposób, godny tego sofisty o nikłych, zmiennych, sprzecznych i niepochwytnych ruchach. Przez pewien czas odczuwał Renan niepokonalną siłę świadectwa uczniów, którzy nie mogli być ani ofiarą ani narzędziem błędu, i aby się od tego poczucia uwolnić, oto co wymyślił: „Sumienie chrześcijańskie było podwójne, jedna połowa tego sumienia stworzyła złudzenie drugiej połowy. Gdyby jedni i ci sami uczniowie wykradli byli ciało, a następnie rozproszywszy się po mieście, krzyczeli: „Zmartwychwstał!" oszustwo byłoby wyraźne. Ale bezwątpienia nie jedni i ci sami uczniowie spełnili obie te rzeczy... Gdy wielu dzieli między siebie podstęp, staje się on wówczas nieświadomy, albo raczej przestaje być podstępem, a zaczyna być jakiemś nieporozumieniem. Nikt wówczas nie oszukuje świadomie; wszyscy oszukują niewinnie. Niegdyś w każdej legendzie przypuszczano oszukanych i oszukujących; naszem zdaniem zaś wszyscy współpracownicy jakiejś legendy są jednocześnie oszukanymi i oszukującymi. Innemi słowy, cud przypuszcza trzy warunki: 1-o łatwowierność wszystkich, 2-o nieco powolności ze strony niektórych, 3-o ciche przyzwolenie ze strony głównego sprawcy"14.

6. skopiuj

Nie będziemy próbowali śledzić za tym kameleonem krytyki we wszystkich jego przemianach i fantazyjnych niekonsekwencyach. Po tem wszystkiem, cośmy już powiedzieli, dość będzie kilku uwag poniższych.

1-o. Renan, pisząc przytoczone wyżej uwagi w r. 1867, zapomina widocznie, że w r. 1866 (Les Apôtres, str. 38) nazywał sprawę zniknięcia ciała Jezusowego „kwestyą zbyteczną i do rozwiązania niemożliwą."

2-o. Jakkolwiek byłoby, na cóż się przyda dzielić świadków zmartwychwstania na dwa działy, jednych—sprawców jego, a drugich—uwiedzionych złudzeniem, skoro jest rzeczą udowodnioną, że uczniowie Chrystusa w ogólności nie mogą być zaliczeni do żadnej z tych dwóch kategoryi? Tem bardziej też niesłuszne jest przypuszczenie o „łatwowierności wszystkich."

3-o. Następnie, niechby ten Renan zechciał łaskawie wytłómaczyć,—ale jasno, poprostu, zwyczajną prozą, bez żadnej fantazmagoryi słów elastycznych, pojęć luźnych, obrazów niewyraźnych, jakim sposobem w jego tłómaczeniu zmartwychwstania, „nikt świadomie nie oszukuje," jakim sposobem „wszyscy oszukują niewinnie," jakim sposobem, jeśli „wszyscy są jednocześnie oszukanymi i oszukującymi," trudność rozwiązania kwestyi nie zdwaja się raczej, zamiast być usunięta?

4-o. Wreszcie, jakimże bytem nadzwyczajnym, tajemniczym, którego „ciche przyzwolenie" mogło tak często, na tylu miejscach, w obecności tylu świadków, okazywać pełnię życia i działania, jest ów człowiek, którego znów „bezduszne ciało pożerały robaki?" (Les Apôtres, str. 39).

7. skopiuj

Celem osłabienia świadectw Nowego Testamentu, przemawiających na korzyść zmartwychwstania, zarzucają nam rzekome sprzeczności, jakiemi ma być przepełniona historya Jezusa zmartwychwstałego taka, jaką nam podają rozmaite źródła. Trudność ta na pierwsze wejrzenie jest najpoważniejsza ze wszystkich trudności. Oto co o niej sądzić należy.

1-o. Gdyby nawet prawdziwe były rzeczone sprzeczności, nie uwłaczałyby w niczem naszemu założeniu, a przeciwnicy nasi najmniejszej przez to nie odnosiliby nad nami przewagi, sprzeczności te bowiem dotyczyłyby jedynie szczegółów drugorzędnych, nie zaś samej istoty faktu. Trzeba sobie uprzytomnić, że dowodzenia nasze zwracają się do racyonalistów i że dowody piśmienne, na których się opieramy, uważamy tylko za autentyczne pomniki historyi. Niema tu mowy o natchnieniu tych ksiąg i o ich bezwzględnej prawdomówności. Nie idzie tu również o zbadanie, czy znamy dokładnie wszystkie szczegóły zmartwychwstania Jezusowego. Wystarcza, aby to zmartwychwstanie było pewne, to znaczy, abyśmy wiedzieli, abyśmy nie mogli rozumnie powątpiewać, że Chrystus umarł, że został pogrzebany i że wyszedł z grobu nowem ożywiony życiem. Tę zaś prawdę zasadniczą stwierdzają jednozgodnie cztery Ewangelie, Dzieje Apostolskie i Listy św. Pawła. Przypuściwszy, że świadectwa te nie zgadzają się ze sobą co do niektórych okoliczności, to i w tym razie zasady krytyki nie upoważniają do odrzucania samej istoty tych świadectw. Trudność, jaką możnaby znaleść w pogodzeniu na tym punkcie czterech Ewangelii, nie może zawierać w sobie nic dziwnego. Weźmy jakikolwiek wypadek, jeśli mamy o nim trzy lub cztery opowiadania opisowe, przekonamy się, że one różnią się między sobą tak, jak te, o których tu mówimy, i że nie łatwiej będzie się zgodzić pozytywnie na opowiedziane przez nie szczegóły. A przecież nie będziemy wnioskowali z tego, że pisarze ci byli w błędzie co do istnienia samego faktu, lub że chcieli nas w błąd wprowadzić. Dlaczegóż więc inaczej sądzić mamy o historykach Jezusa?

To też racyonalistyczny krytyk Reuss, stwierdziwszy rzeczywistość sprzeczności w szczegółach, wierzy pomimo to jednak w historyczny i boski charakter zmartwychwstania Chrystusa (Op. cit. 699): „Większość zaznaczonych przez nas różnic, powiada on, o tyle tylko ma rzeczywiste znaczenie, o ile się czepiamy martwej litery i o ile jej nadajemy wszędzie bezwzględne znaczenie... Lepiej zatem trzymać się istoty opowiadania, a zrzec się ścisłej dokładności w zgodności szczegółów... Co do istoty głównego faktu, to jest samego zmartwychwstania, egzegeza może tylko stwierdzić, że apostołowie nigdy i nigdzie nie wyrazili najmniejszego powątpiewania, najmniejszej pod tym względem chwiejności. Apologetyka więc może dziś sobie oszczędzić pracy poważnego roztrząsania pewnych wyjaśnień, podejmowanych niegdyś dla usunięcia cudu."

Same te nawet pozorne antilogie dają nam cenną rękojmię szczerości ewangelistów. Gdyby byli chcieli zjednać wiarę w swoje zmyślenie faktu, byliby się porozumieli, albo przynajmniej wzorowaliby się jeden na drugim tak, żeby uniknęli wszelkiego podejrzenia.

2-o. Pierwsza ta odpowiedź wystarcza do dania odprawy zarzutowi, pragnącemu zwalczyć nasze założenie. Mielibyśmy więc wszelkie prawo na tem poprzestać i uważać nasze zadanie jako apologetów za skończone. Jednakże, nie wkraczając w dziedzinę egzegezy, dodamy, że opowiadania apologetów mogą doskonale pogodzić się wzajem, byle je rozumiano jak należy, a zwłaszcza byleby nie chciano dopatrywać w nich tego, czego w nich wcale niema. Zuchwalstwem byłoby twierdzić, że to lub owo przedstawienie rzeczy jest jedynie prawdziwe, że żadne inne nie jest możliwe, gdyż nie posiadamy łącznika, któryby wiązał ze sobą te porozrzucane szczegóły.

W żadnym tedy historyku Jezusa Chrystusa nie powinniśmy szukać wyczerpującego metodycznego opowiadania o tem, co zaszło po zmartwychwstaniu. Aż nadto dobrze wiemy, że wschód starożytny nie miał dzisiejszych naszych wymagań co do jedności i porządku w dziełach piśmienniczych. Ewangeliści nie mieli zamiaru pisać biografii w zwykłem znaczeniu tego wyrazu, lecz pragnęli tylko dać świadectwo wierze przez pośrednictwo pamiętników o osobie, nauce i czynach swego Mistrza. Stąd pochodzą w ich opowiadaniu częste niedomówienia, niekiedy pozorne tylko, stąd mało troskliwości o chronologiczną ciągłość opowiadania, stąd brak pretensyi do pisania w jakiś sposób systematyczny. Nie trzeba się przeto dziwić, że jeden ewangelista podaje to, co inny przeoczył, że każdy bywa w opowiadaniu raz obszerniejszy, drugi raz więcej ścisły, że czytelnik nie ma niekiedy możności utożsamić lub rozróżnić pewnych faktów, oraz napewno oznaczyć im miejsca w wątku historycznym.

Ukazywanie się zmartwychwstałego Chrystusa było tak częste i tak różnorodne (Dz. Ap. I, 3), wiele objawień się Jego odbyło się z taką świetnością, sam fakt zmartwychwstania był tak niezbicie udowodniony, że ewangeliści musieli za zbyteczne uważać zgromadzanie niezliczonych szczegółów tego, co zaszło, zbieranie i porządkowanie wszystkich porozrzucanych faktu tego świadectw. Umyślnie przeto poopuszczali wiele rzeczy, przypuszczali bowiem, że mnóstwo okoliczności jest powszechnie znanych. Niemasz ani jednego ewangelisty, u którego nie byłoby widać oczywistego śladu domyślności, bez których byłby on niezrozumiałym albo najwyraźniej ze sobą sprzecznym. Św. Mateusz (XXVIII, 16) mówi o górze, jaką Chrystus wskazał apostołom, ale nie wspomina wcale, kiedy im mianowicie to spotkanie naznaczył. Św. Jan (XX, 1) opowiadając o pierwszem nawiedzeniu grobu przez Magdalenę, żadnej wzmianki nie czyni o jej towarzyszkach, a przecież wiersz następny wyraźnie wskazuje, że ona tam nie była sama. Św. Łukasz (XXIV, 34) najzupełniej niespodziewanie potrąca o ukazanie się Chrystusa Piotrowi, stwierdzone w pierwszym Liście do Koryntyan (XV, 5). Ten sam List mówi również o ukazaniu się Chrystusa Jakubowi (XV, 7), a „miejsce to samo przez się już dowodzi, powiada Reuss (Op. cit. 701), że Ewangelie urywkowo tylko podają nam pierwotne podania o ukazywaniu się Jezusa."

Z pośród niezliczonych cudów, jakie żyły wówczas w świeżej pamięci wszystkich, pisarze święci wybierali tylko niektóre rysy, bardziej odpowiadające specyalnemu ich założeniu, resztę zaś pomijali milczeniem. Ogólnym ich celem było świadczenie o zmartwychwstaniu. Na to zaś czegóż było potrzeba? Oto przypomnieć 1-o że w niedzielę rano znaleziono grób pustym; 2-o że aniołowie zwiastowali zmartwychwstanie i że to ich świadectwo potwierdził niebawem Chrystus; 3-o że początkowo nowinę tę przyjęto z niedowierzaniem i powątpiewaniem, i ustąpiono dopiero przed najbardziej niepokonalną oczywistością. Potrójny ten fakt znajdujemy w każdym ewangeliście oparty na dowodach rozmaitych wprawdzie, ale jednakowo stanowczych. Tu, jak wszędzie zresztą, najdokładniejszym jest Jan św. Św. Łukasz stara się przedewszystkiem wykazać, że Jezus jest synem Bożym i synem człowieczym, z tym podwójnym tytułem Odkupiciela ludzkości; i na to tylko zdaje się opowiadać o trzech scenach zmartwychwstania Chrystusowego, by po każdej z nich zawołać: „Izaż nie było potrzeba, aby to był cierpiał Chrystus y tak wszedł do chwały swoiey" (XXIV, 26). Jeszcze bardziej zwięźli są dwaj pierwsi synoptycy. Św. Mateusz widzi w zmartwychwstaniu tylko zwycięztwo obiecanego Izraelowi Messyasza, a świadectwo św. Marka jest na tem miejscu tem, czem było od początku „Ewangelią Jezusa Chrystusa Syna Bożego." Wystarcza mu też kilka rysów do opowiedzenia tego cudu, a niebawem zdąża opowiadanie jego do tego wniosku, który pochłania wszystkie myśli ewangelisty (XVI, 19): „A Pan Jezus po tym iako do nich mówił, wzięty iest do nieba, y siedzi na prawicy Bożey"15.

Mając na uwadze te niezawodne zasady, łatwo będzie pogodzić owe pozorne różnice. Przekonamy się dzięki tym zasadom, że odnośnie do najbardziej nawet zawikłanego epizodu, do nawiedzenia grobu przez święte niewiasty, można w ten sposób ułożyć teksty biblijne, że one utworzą opowiadanie prawidłowe i we wszystkich swych częściach zgodne. Dokonał tego właśnie Patrizzi w ten sposób16:

Podczas kiedy chowano Chrystusa do grobu, „była tam Marya Magdalena y druga Marya (matka Józefowa), siedząc przeciwko grobowi" (Mat. XXVII, 61), i „patrzyły, kędy go kładziono" (Mar. XV, 47); z niemi były inne też niewiasty (Łuk. XXIII, 55). „A wróciwszy się nagotowały wonnych rzeczy y maści: a w szabbat dały pokóy, wedle przykazania" (Ib. 56). „A w wieczór sobotni, który zaświta na dzień pierwszy szabbatu," to znaczy nazajutrz po śmierci Jezusa, ku zachodowi słońca, „przyszła Marya Magdalena y druga Marya oglądać grób" (Mat. XXVIII, 1). Tegoż samego wieczoru „gdy minął szabbat Marya Magdalena y Marya Jakubowa y Salome nanowo nakupiły wonnych oleyków, aby przyszedszy namazały Jezusa" (Mar. XVI, 1). „A pierwszego dnia szabbatu" (Łuk. XXIV, 1; Jan XX, 1), a więc tegoż samego dnia, podług żydowskiego sposobu liczenia czasu, a nazajutrz, podług naszego sposobu obrachowywania czasu, przed wschodem słońca, Jezus zmartwychwstał, i nastąpiło to, co czytamy u św. Mateusza XXVIII, 2—4. Następnie, „gdy ieszcze były ciemności" (Jan XX, 1), „bardzo rano" (Łuk. XXIV, 1), „Marya Magdalena przyszła do grobu" (Jan XX, 1); i wiele innych niewiast (Jan XX, 2; Łuk. XXIV, 1) znalazło się tamże w tym samym czasie, czy to przybyłych przed Magdaleną, czy też razem z nią lub po niej. „Y nalazły kamień odwalony od grobu" (Łuk. XXIV, 2; Jan XX, 1). „Biegła tedy" (Marya Magdalena) „y przyszła do Symona Piotra y do drugiego ucznia, którego miłował Jezus" (Jan XX, 2); inne pozostały na miejscu i niebawem, „a wszedszy nie nalazły ciała Pana Jezusowego (Łuk. XXIV, 3), ale natomiast „dwa mężowie stanęli przy nich w szatach świetnych" (Łuk. XXIV, 4), którzy je powiadomili o tem, co się stało. Atoli Marya Magdalena, która pobiegła szukać Piotra i Jana, „rzekła im: wzięto Pana z grobu, a nie wiemy gdzie go położono" (Jan XX, 2). Niebawem też inne niewiasty „wróciwszy się od grobu, oznaymiły to wszystko co widziały i słyszały, onym iedenaściom y innym wszystkim" (Łuk. XXIV, 9); co wcale nie znaczy, aby wszystkie te niewiasty jednocześnie pobiegły do zgromadzonych uczniów, gdyż sama nawet ranna godzina czyni to przypuszczenie mało prawdopodobnem: były tedy rozmaite poszczególne i kolejno po sobie następujące zawiadomienia, czynione jednej grupie uczniów przez drugą, jednej osobie przez drugą osobę. Otrzymawszy to drugie zawiadomienie (Jan XX, 2; Łuk. XXIV, 9—12). Piotr i Jan „przyszli do grobu. A bieżeli oba społu, a on drugi uczeń wyścignął Piotra y pierwszy przyszedł do grobu. A schyliwszy się, uyźrzał leżące prześcieradło: wszakoż nie wszedł. Przyszedł tedy Szymon Piotr idąc za nim" (Jan XX, 3—6) i naprzód „schyliwszy się, uyźrzał prześcieradła leżące" (Łuk. XXIV, 2), a następnie „wszedł w grób y uyźrzał prześcieradła leżące y chustę" (Jan XX, 6—7). „Na ten czas tedy wszedł y on uczeń, który był pierwszy przyszedł do grobu, y widział y uwierzył" (Jan XX, 8). Prawdopodobnie obydwaj pozostawali czas jakiś przy grobie lub wewnątrz grobu. Podczas kiedy powrócili do miasta, Marya Magdalena, która niezawodnie powróciła wślad za nimi do stóp Kalwaryi, „stała u grobu zewnątrz, płacząc. Gdy tedy płakała, nachyliła się y weźrzała w grób, y uźrzała dwu aniołów w bieli, siedzących iednego u głowy, a drugiego u nóg, kędy położone było ciało Jezusowe" (Jan XX, 11—13); wtedy właśnie Magdalenie pierwszej ukazał się Chrystus (Ibid. 14—17). „Ona szedszy opowiedziała tym, którzy z nim bywali" (Mar. XVI, 10; Jan XX, 18). Powróciła już była do miasta, kiedy inne niewiasty (Mat. XXVIII, 5; Mar. XVI 2), nie wiedząc jeszcze o tem, co zaszło, „przyszły do grobu, gdy iuż wzeszło słońce" (Mar. XVI, 2). Weszły do wnętrza, i tam anioł opowiedział im o zaszłem wydarzeniu i polecił im zanieść wiadomość o tem „uczniom iego y Piotrowi" (Mat. XXVIII, 5—7; Mar. XVI, 5—7), oraz potwierdzić tym sposobem fakt zmartwychwstania Chrystusowego, który stwierdziła już Marya Magdalena, ale któremu uczniowie nie chcieli jeszcze dawać wiary (Mar. XV, 11). Przerażone niewiasty „wyszły prędko z grobu (Mat. XXVIII, 8), a w drodze, kiedy biegły (Ibid), „nikomu nic nie powiadały" (Mar. XVI, 8). „A oto Jezus potkał się z niemi" mówiąc... (Mat. XXVIII, 9, 10).

Widzimy tedy, że w powyższym szkicu zgodności ewangelicznej każdy szczegół znajduje właściwe sobie miejsce, wszystkie zaś razem zebrane tworzą doskonale harmonijną całość. O powodach, zalecających ten a nie inny porządek, można się radzić Patrizzi'ego (loc. cit.). Uczony ten egzegeta, tak samo jak i my, nie sądzi, aby jego tylko system przyjąć należało, dość wszakże, aby system ten był możliwy, cośmy właśnie wykazali, żeby tem samem upadł odnośny zarzut sprzeczności między ewangelistami. Ponieważ zaś, zdaniem wszystkich, powyższe ewangeliczne szczegóły o zmartwychwstaniu są najzawilsze i najtrudniejsze, przeto mamy prawo postawiony przed chwilą wniosek rozciągnąć do całej historyi zmartwychwstałego Jezusa. Gdyby kto zechciał przebiedz wszystkie szczegóły dziejów zmartwychwstania i oceniać de visu wszystkie dowody procesu, możemy go odesłać do wielkich komentatorów i do dzieła Harmonies évangeliques.

Na zakończenie miło nam powtórzyć tu rozsądną uwagę Wallon'a o przedmiocie przez nas omawianym. „Przyznajemy, powiada on17. że niema takiej odpowiedzi, ponad którą lepszej nie możnaby pragnąć. Gdyby szło o pisarzy świeckich, nie usiłowanoby wyszukiwać takiej odpowiedzi, ale i to również przyznać trzeba, że u pisarzy świeckich nikomuby przez myśl nie przeszło podnosić podobne niezgodności, a tem mniej jeszcze odmawiać na ich podstawie powagi rzeczonym świeckim pisarzom. Ponieważ jednak inną miarę się stosuje do pisarzy świętych, przeto, aby dać odpowiedź, trzeba stanąć na tym samym gruncie co oni, a wtedy choćby dane tłómaczenie nie zawsze było tak prawdopodobnem, jak się nam ogólnie prawdopodobnem być wydaje, to przynajmniej byłoby ono możliwe; a wskutek tego jakkolwiek byłoby ono słabe, niezaprzeczenie byłoby lepsze od tego systemu, który z powodu takich samych trudności, chce potępić pisarzy, prawdomówność których jest tak doskonale udowodniona co do wszystkich szczegółów prawdziwie decydujących."

IV. Wniosek. skopiuj

Zmartwychwstanie Chrystusa jest wypadkiem olbrzymim, jedynym, jaśniejącym w oczach naszych wszelką pewnością historyczną. Ani na chwilę nie pozwalają o niem wątpić zarówno ilość, przymioty moralne, a nawet przesądy świadków naocznych i urzędowych, jak pośrednie ale oczywiste wyznanie, zawarte w postawie żydów, zaciekłych wrogów Chrystusa i Jego dzieła, jak przekonanie pierwszych chrześcijan, przekonanie wyrozumowane, niezłomne, dla którego stwierdzenia takie mnóstwo ludzi poniosło najokrutniejsze męczarnie i życie oddało, jak wreszcie samo ustanowienie chrystyanizmu, ze wszystkimi cudami porządku moralnego, jakie temu ustanowieniu towarzyszyły i jakie się skupiają wokoło zmartwychwstania Chrystusa, jakżeby wokoło swego nieodzownego i koniecznego środka. Wszyscy niedowiarkowie, od Celsa aż do Renana, w zastanawiający i bardzo znaczący sposób różnili się między sobą w wyjaśnieniach, jakie podejmowali dla uniknięcia potęgi widoczności historycznej. Szkoła naturalistyczna z pogardą odrzuciła zuchwałą hypotezę Celsa o złudzeniu, jakiemu rzekomo ulegli uczniowie Chrystusa. Strauss wstrząsa się z kolei nad systemem naturalistycznym i powraca do teoryi hallucynacyi. Również i Renan staje po stronie hallucynacyi, ale wysilając się na udowodnienie jej prawdopodobieństwa, wpada w kłopotliwe i niekonsekwentne twierdzenie, o jakich słyszeliśmy wyżej, i sam się tym sposobem zwalcza i odpiera. Reuss, który w wielu innych zagadnieniach nie ustępuje w racyonalizmie ani Renanowi ani Straussowi, przejrzawszy jednym rzutem oka wszystkie racyonalistyczne wyjaśnienia, widzi się zmuszonym przyznać, że żadne z nich nie zasługuje na jakieś roztrząsania poważne, że niepodobna tu uniknąć cudu, że samo istnienie Kościoła, założonego na wierze w zmartwychwstanie Chrystusa, stanowi nieprzezwyciężony dowód na korzyść tegoż zmartwychwstania. Jest ono tedy faktem najpewniejszym, którego pewności nie wywróci nigdy niedowiarcza wiedza.

Cud zmartwychwstania zajmuje pierwsze miejsce pomiędzy cudami, na jakie powoływał się Chrystus, kiedy chciał potwierdzić boskość swej osoby i swego posłannictwa. „Dokądże duszę naszą na rzeczy trzymasz? Jeśliś ty iest Chrystus, powiedz nam iawnie. Odpowiedział im Jezus: Powiadam wam a nie wierzycie. Sprawy, które ia uczynię w imię Oyca mego, te o mnie świadectwo daią" (Jan X, 24—25). „Wy powiadacie, że bluźnisz: iżem rzekł: Jestem Synem Bożym? Jeśliż nie czynię spraw Oyca mego, nie wierzcie mi, a ieśli czynię, chociażbyście mnie wierzyć nie chcieli, wierzcież uczynkom: abyście poznali y wierzyli, że Ociec iest we mnie, a ia w Oycu" (Ibid. 36). Ale jakież iest dzieło więcej boże, jakież jest pewniejsze świadectwo najwyższego Pana przyrody nad zmartwychwstanie Jezusa, zwłaszcza kiedy je Chrystus najwyraźniej przepowiedział? Zaprawdę, ktokolwiek badać będzie to wydarzenie z religijnem, na jakie ono zasługuje, skupieniem, bez przesądów, bez obawy teoretycznych i praktycznych następstw, bez namiętności, bez powziętej z góry nienawiści, uzna w niem palec boży; kto zestawi następnie to wydarzenie z nauką Jezusa Chrystusa o Jego własnej naturze (ob. art. Jezus Chrystus) i o założonem przez niego społeczeństwie, nie będzie mógł odmówić czci Chrystusowi ani posłuszeństwa Kościołowi; kto patrzeć zechce na Chrystusa zmartwychwstałego wzrokiem spokojnego i o prawdę jedynie troskliwego rozumu, ten jak Tomasz apostoł w szczęśliwem uniesieniu wiary dojrzale wyrozumowanej i samej siebie pewnej zawołać będzie musiał: „Pan moy y Bóg moy!"

Z pośród pisarzy nowoczesnych, piszących o zmartwychwstaniu Chrystusa, zaznaczamy następujących: Hettinger, Apol. d. Christenthums, (tł. fr.) t. II, conf. XV.—Van Weddingen, Les éléments raisonnés de la réligion, chap. VI. Rutten, Cours élémentaire d'apologétique chrétienne, ch. XV, § 4.—Sherlock, Les Témoins de la résurection de Jésus Christ. w Démonstrations évangéliques Migne'go VIII, p. 725, oraz dawniejszy, ale znakomity Bourdaloue, który w drugiem kazaniu o Zmartwychwstaniu Chrystusa z właściwą sobie ścisłością logiczną rozwija dowody tego wielkiego wydarzenia.—Frayssinous (Défense du Christianisme, t. II, wyd. Louvain, p. 167) ma również piękną konferencyę o tym przedmiocie.

Odnośnie do odpowiedzi na zarzuty racyonalistów, z wielką korzyścią radzić się można: Patrizzi, De Evangeliis, lib. III, disp. LIII.—Wallon, De la Croyance due à l'Évangile, passim. Fouard, La vie de N. S. Jésus-Christ. t. II, liv. VII, ch. VIII i IX, oraz Append. XI, — wreszcie Examens critiques, jakie Mgr. Freppel i Mgr. Lamy podają o książce Renana Vie de Jésus.

(J. Forget).

X. W. S.


  1. Les Apôtres, Paris, 1866, str. 1. 

  2. Rutten. Cours élémentaire d'apologétique chrétienne. 

  3. Les Apôtres, Introd. str. XLIII. 

  4. Les Apôtres. Introd. XLIX i LX. 

  5. Sur. XLVII, 4. prw. Sur. IV, wiersz 69—76; 83, 88, passim

  6. Ob. Sur. XXI, 5, 6; VI, 7—10; 34; XIII, 28, 34; XVII, 91—94. 

  7. Vid de Jésus. przedm. do XIII wyd. str. VIII. 

  8. Barth przytoczony podług tł. angiel. I. Wood'a. Londyn. 1822. str. 133—134. 

  9. Histoire évangélique. Paris, 1876, str. 701. 

  10. U Strauss'a. Vie de Jésus, 2 wyd. franc. t. II, 670. 

  11. Vie de Jésus, wyd. 13, str. 90, 444, 445. 

  12. Ob. Mgr. Meignan, w czasop. Le Correspondent, 1860, str. 420. 

  13. Vie de Jésus oraz Les Apôtres (passim). 

  14. Vie de Jésus, przedm. XXVI i XXVII. 

  15. Ob. Vie de Notre-Seignenur, p. Touard, t. II, 458 nst. 

  16. De Evangeliis, lib. III, 543—544. 

  17. De la Croyance due à l'Évangile part. II, ch. VI, p. 449.