PAPIESTWO i JEGO PRZECIWNICY: Macchiavelli, Protestanci.
Jak w Kościele chrześcijańskim urząd apostołów miał z woli bożej trwać rzeczywiście w episkopacie, tak samo również urząd św. Piotra czyli jego prymat miał trwać zawsze w jego następcach, t. j. w tych mężach, którym tenże Piotr przy swej śmierci urząd swój przekazał czyli pozostawił. Że zaś swe życie doczesne zakończył Piotr św. w Rzymie jako przywódca i biskup rzymskiego Kościoła, przeto rzeczony urząd prymatu historycznie się wiąże z osobą biskupów rzymskich czyli papieży. Najwyższy urząd tych papieży jako prawowiernych następców św. Piotra czyli ich pierwszeństwo przed innymi biskupami uznawała cała starożytność chrześcijańska, o czem świadczą niezliczone i niezbite dowody z pierwszych wieków Kościoła. I nietylko wierni uznawali ten prymat, to papiestwo biskupa rzymskiego łącznie z jego przywilejami, ale także uznawali je heretycy, a nawet sami pogańscy cesarze i uczeni.
Piętnaście wieków pośród ludności panował, kwitł i duchem swym, duchem Chrystusowym przejmował umysły Kościół chrześcijański i jego władza, w papiestwie zorganizowana i przez papiestwo działająca. Kościół ten, jako mistyczne ciało Chrystusowe wśród ludzi żyjące, znajdował wszędzie życzliwe przyjęcie, miłość, cześć, posłuszeństwo. Papiestwo było w nim przez Boga ustanowionym i przez każdego uznawanym najwyższym zwierzchnikiem. Na skinienie tego widzialnego zwierzchnika, jakoby na skinienie samego niewidzialnego Zwierzchnika, Chrystusa Pana, pochylały się wszystkie umysły i wszystkie wole od krańca do krańca chrześcijańskiego społeczeństwa. Jednocześnie władza duchowna rzymskiego Pontifex Maximus była zarówno widzialnym zwierzchnikiem chrześcijaństwa, żyjącem sercem Kościoła, jak jedynym punktem środkowym, około którego od piętnastu wieków obracała się wszystka władza chrześcijańska.
Otóż ten przez Boga ustanowiony porządek rzeczy został na schyłku średnich wieków w niebywały sposób napadnięty i na coraz większe niebezpieczeństwo narażany. Pierwszym niebezpiecznym przeciwnikiem był florentczyk, Niccolo Macchiavelli (1469—1527), założyciel nowego klasycznego dziejopisarstwa i polityki nowożytnej, który w dziełach swych „Dzieje fiorenckie,“ „Uwagi nad pierwszemi dziesięciu księgami Liviusza“ i „Monarcha,“ wygłaszał niesłychane dotychczas zasady i poglądy o chrystyanizmie, o Kościele i papiestwie. Macchiavelli, powiada Hipler1, „w swych studyach nad starożytnością i w popieraniu niemiłosiernej polityki całkowicie zatracił ducha chrześcijańskiego. Zarówno chrześcijaństwo samo, jak Kościół, prymat i kapłaństwo pojmuje on jako karykaturę. To też jest on właściwie przywódcą owej, od jego czasów tak licznej grupy historyków, którzy utrzymują, że papieże są odpowiedzialni za wszystkie nieszczęścia Italii. Nie wie on albo zapomina, że przecież świat starożytny dlatego runął, iż zatracił siłę życiową, że chrystyanizm wprowadził nowe życie w organizm ludzkości, że Kościół uratował dla ludzkości zdrowsze pierwiastki starożytnej kultury, barbarzyństwo złagodził i średniowieczne prawo narodów stworzył, że prymat papieski, jako punkt środkowy jednego przez Chrystusa ustanowionego Kościoła, historyczną koniecznością musiał dla siebie obrać siedzibę w stolicy starożytnej potęgi, wielkości i oświaty, jako też że Rzym spełnił w tym charakterze nieskończenie wyższe zadanie, gdy podbił wszystkie ludy pod słodkie jarzmo Ewangelii, aniżeli za pogańskich cesarzy, kiedy wszystkie ludy zbrojną stopą deptał. I nie dość na tem Macchiavelli'emu, że odmawia Kościołowi zasług, jakie miał przed humanizmem, ale nadto ze szczególną lubością wskazuje na wykroczenia, jakie się zdarzały w granicach Kościoła, co zresztą w czasach takiego Alexandra VI nie było zbyt trudne. Składa więc na barki Kościoła to, co przeciw temuż Kościołowi się działo, jak gdyby wykroczenia osób kościelnych mogły świadczyć przeciw samemu Kościołowi! Wszak były to właśnie wykroczenia, które pochodziły z działania wolnej woli ludzkiej przeciw wymaganiom prawa naturalnego, boskiego i kościelnego, i które dlatego właśnie, że sprzeciwiają się prawu wyższemu i świętszemu, nabierają szczególnie odrażającej szpetności. A jednak tenże sam Macchiavelli, gdy po ciężkich doświadczeniach i po twardych próbach życia czuł się bliskim śmierci, szukał i znalazł pociechę i pomoc u tegoż samego rzymsko-katolickiego Kościoła, dla którego był tak obcy myślą i życiem, którego łaski i błogosławieństwa tak stanowczo w swych pismach odrzucał; umarł 22 Czerwca 1527 r., w pięćdziesiątym zaledwie ósmym roku życia, z żalem i szczerze się wyspowiadawszy.
W odpowiedzi na oskarżenia, jakie Macchiavelli i jego naśladowcy podnosili przeciw Kościołowi i papiestwa w imię jedności i wielkości Włoch, przytaczamy słowa Leona XIII, wypowiedziane w breve z dn. 15 Sierpnia 1883 r.: „Zaiste, historya niezatartemi zgłoskami przekazała potomnym zasługi rzymskiego Kościoła i papiestwa dla Europy a w szczególności dla Włoch... W pierwszym rzędzie zaliczamy tu fakt, że Włochy pozostały wolne od rozdwojenia religijnego...; wiadomo również powszechnie, że po upadku panowania rzymskiego papieże-to przedewszystkiem mężny opór stawili okropnym barbarzyńców najazdom, że wielokrotnie tylko ich przezorności i wytrwałości zawdzięczano, iż dzikość wrogów bywała odpierana, a ziemia włoska od ognia i miecza, Rzym od ostatecznej ruiny zachowany... A i to także przyczyniło się do szczególnej pomyślności Włoch, że papieże odważnie się opierali niesprawiedliwym uroszczeniom książąt, że w razach niezgody państw europejskich nawoływali takowe do zawarcia pokoju, a tym sposobem dzikie napady Turków z chwalebnem męztwem powstrzymywali... Potęga i rozgłos Włoch za morzami zakwitł w czasie wypraw krzyżowych, do których zachęta wyszła ze strony papieży; papieże - to również mądrość nadała mieszczańskim rzeczompospolitym prawa, rozwój i trwałość. Sławę, jaką sobie zdobyły Włochy na polu sztuki i literatury pięknej, zawdzięczają po większej części Stolicy Apostolskiej; grecka bowiem i rzymska literatura z pewnością-by przepadła, gdyby resztek tych dzieł wspaniałych nie byli uratowali od zniszczenia papieże i duchowieństwo.
Daleko śmielsza i gwałtowniejsza, ale też i daleko niebezpieczniejsza, aniżeli pisma Macchiavelli'ego, była napaść tak zwanych Reformatorów, czyli założycieli protestantyzmu, na zorganizowaną w papiestwie i przez nie działającą władzę Kościoła, na samo wreszcie papiestwo. Ten, pierwszy właściwie i w następstwa najsmutniejszy, protest przeciw Kościołowi rozerwał chrześcijańską rzeczpospolitę, mocno nadwerężył powagę najwyższego jej zwierzchnika, gwałtownie powstrzymał rozwój zadania i działalności tego serca Kościoła, i coraz nowe spowodował protesty.
Pierwszy protest był religijny: Luter rzucił w świat potworne hasło: „precz z papiestwem,“ „papież—to antychryst!“ Za nim poszedł protest filozoficzny Woltera. Po nim zabrzmiał protest polityczny Mirabeau'go. Po wszystkich przyszedł Proudhon, i rzucił w masy ludowe protest socyalistyczny. Wszystko zaś to ma znaczyć: Precz ze społeczeństwem, z rodziną, z religią, z własnością! Za słowem poszły czyny, za protestem—rewolucya. Naprzód wystąpiła rewolucya religijna, protestantyzm religijny, następnie, w konsekwentnym dalszym rozwoju —rewolucya filozoficzna czyli racyonalistyczna, za nią zaś polityczna, pókiśmy wreszcie za dni naszych nie stanęli wobec groźnej rewolucyi socyalnej. I tak-eśmy szli od protestu do protestu, aż wreszcie przyszliśmy do ogólnego protestantyzmu, który się zwie socyalizmem.
Aby usprawiedliwić swe oderwanie się od papiestwa i nieposłuszeństwo względem jego władzy, już wówczas rzekomi ci reformatorowie i wślad za nimi dzisiejsi ich zwolennicy wymyślili frazes, że tylko Chrystusa uznają za głowę swego Kościoła; dla „rządów Kościołem powszechnym nie powinien istnieć żaden urząd i żaden jego przedstawiciel. Ma to innemi słowy oznaczać, że ludzie ci w zasadzie uznają odosobnienie Kościołów za słuszne i za stan normalny. Jest-to jednakże, jak powiada Döllinger (Kirche und Kirchen, Papstthum und Kirchenstaat str. 31)—droga bardzo pochyła, po której stąpały samodzielne Kościoły. Naprzód mówiono: uznajemy samych tylko patryarchów, z których każdy rządziłby jedną cząstką Kościoła, ale nie uznajemy żadnego papieża, żadnej Głowy innych biskupów. Następnie przyszedł Kościół anglikański i rzekł: ani papieża, ani patryarchów, sami tylko biskupi! Ze swej strony znów protestanci niemieccy wołali: żadnych biskupów! sami tylko proboszcze, a nad nimi konsystorz! Później przyszły nowe sekty protestanckie w Anglii i indziej i oświadczyły, że nie potrzebują żadnych proboszczów, tylko kaznodziejów. Wreszcie zjawili się „przyjaciele“ (Quakrowie) i innych wiele stowarzyszeń religijnych, i zrobili takie odkrycie: i kaznodzieje też są zbyteczni; każdy niech będzie swym własnym prorokiem, nauczycielem i kapłanem. Niżej spaść dotąd się jeszcze nie udało, ale w Stanach Zjednoczonych już i nad tem myślą.“ Tyle Döllinger.
Przedstawione tu powolne opadanie jest historycznie najzupełniej stwierdzone. Otóż tak to się przedstawia w historycznym rozwoju wypadków ów frazes protestancki: uznajemy samego tylko Chrystusa za głowę naszego Kościoła.
Przeciwnicy papiestwa nazywają je uzurpacyą, instytucyą woli Chrystusa przeciwną, ale pominąwszy nawet wszystkie teologiczne przeciw temu frazesowi argumentacye, zarzut ten sam przez się upada; jak to bowiem doskonale wykazał Döllinger (loc. cit. str. 25), sama natura i architektonika Kościoła, a szczególniej jego jedność i widzialność koniecznie wymagają papiestwa. Wszak Kościół boży ma być Kościołem powszechnym, Kościołem narodów; taki zaś Kościół wobec rozumu i dziejów pojąć się nie da bez prymatu, bez najwyższego, wszystko pod sobą jednoczącego zakończenia. Wszelka całość żyjąca wymaga punktu środkowego, wszystko wkoło jednoczącego, wymaga zwierzchnika, któryby poszczególne części jednoczył, i to— pewną jakąś określoną osobistość, pewnego obranego przedstawiciela jakiegoś urzędu, odpowiadającego naturze i wymaganiom Kościoła. Protestanckie zatem Kościoły ani teologicznie ani biblijnie uzasadnić się nie dadzą.
„W cóż się tedy obrócił artykuł apostolskiego symbolu wiary o jednym powszechnym Kościele?“ Aby się choć cośkolwiek poratować, wymyślili teologowie protestanccy pewną abstrakcyę, urojenie, „tajemnicze, święte społeczeństwo, cichy związek duchów, Kościół niewidzialny.“ Ale w jakichże niedościgłych sferach przebywa owo „święte społeczeństwo?“ Gdzież ten Kościół niewidzialny ma mieć miejsce pobytu, i dokądże ma się zwrócić ten, kto chce doń wstąpić, kto chce szukać w nim prawdy, ratunku i szczęścia? Cokolwiek sarkastycznie określa go Döllinger: „Ten „cichy związek duchów“ nie ma ani ręki ani nogi, nie mówi ani nie słyszy, niema tam ani nauki, ani moralności, ani szafarstwa kościelnych środków łaski; ale prawda! wszystkie te rzeczy są zbyteczne, duchy bowiem, z których żaden nie wie nic o drugim, ani w dobrem ani w złem nie mogą wzajem na siebie żadnego wpływu wywierać. Sam nawet znany protestancki teolog, Ryszard Rothe, musiał wyznać (Aufänge der christl. Kirche, str. 100), że „Kościół niewidzialny jest contradictio in adjecto. Żadną miarą bowiem nie można wynaleźć dlań takiej treści, na której-by nie ciążyła jedna z dwóch ostateczności: albo nazwa rzeczona jest na jego oznaczenie niewłaściwa, albo też, on sam w sobie żadnej niema rzeczywistości. Dla tego zaś powstało to wyobrażenie, że faktycznie zatracono pojęcie Kościoła w jego najdoskonalszym rozwoju, t. j. pojęcie Kościoła katolickiego.“
O ile niepojęte, nierozumne i śmieszne jest pojęcie „Kościoła niewidzialnego,“ o tyle smutny i rozpaczliwy jest widok rozdwojenia rzeczywistych Kościołów protestanckich bez papiestwa. Smutny ich obraz skreślił nam z wielką siłą Hefele (Beiträge z. Kirchengesch. II, 45). Na tego raka rozdarcia, powiada znakomity ten pisarz, cierpi protestantyzm od pierwszych chwil swego istnienia. Od początku widzimy go rozdartym na liczne sekty. Zwingliuscy prorocy łącznie z Karlostadyuszem, odłączywszy się od nowej luterskiej formy religijnej, utworzyli drugą formę religijną, tak zwaną naprawę Kościoła. Dalsza forma protestantyzmu wyszła jednocześnie od Zwingliusza z Zurychu; inną znów zaprowadzał Tomasz Münzer w Turyngii; Kalwin wyparł Zwinglianizm z większej części Szwajcaryi; odrębną znów postać protestantyzmu przerzuciła lubieżność jednego człowieka na grunt angielski; nowe formy i nauki rozprzestrzeniali inni prywatni nowatorowie; samo najbliższe otoczenie Lutra, ku największej jego zgryzocie, rozrywał t. zw. Kryptokalwinizm; w Niderlandach strumienie krwi nie zdołały przytłumić Arminianizmu; na południu i północy, na wschodzie i zachodzie Niemiec osiadali Antytrynitarze, a w rocznikach dziejów angielskich przerażającemi zgłoskami zapisały się spory pomiędzy episkopalnymi a purytanami. Sam Luter już gorzko się użalał na zupełny brak jedności w protestantyzmie. „Dopóki panował papież, powiada on, dopóty zgrai słychać nie było, gdyż silny spokojnie posiadał swój zamek. Ale teraz przyszedł silniejszy nadeń, a że dyabeł widzi, iż „praktykowane dotychczas w papiestwie hałasowanie i łomotanie się nie udaje, chwyta się czegoś nowego, i hałaśliwie wykrzykuje najrozmaitszemi dzikiemi wiarami i naukami. „Ten żadnego chrztu nie przyjmuje, tamten Sakrament odrzuca, inny znów stawia jakiś świat nowy między tym światem a przyszłym. Niektórzy uczą, że Chrystus nie był Bogiem, jedni mówią to inni owo, i jest tyle prawie sekt i wiar, ile głów. Dziś niemasz nikogo zanadto nieokrzesanego; skoro mu się cośkolwiek przyśni lub zamarzy, to zaraz myśli, że mu to Duch Ś-ty podaje, i zaraz chce być prorokiem“2.
Ale może później wstąpiła jedność w życie protestantyzmu? Bynajmniej, owszem coraz więcej będzie sekt i rozdziałów: jak grzyby po deszczu wyskakują Kwakrowie, Herrenhutowie, Metodyści, Mennonici, Kollegianci, Latitudinaryści, Levellersowie, Irvingianie, Momiersowie, Swedenborgianie i t. d., tak iż niebawem widzimy ich legionami całymi! Każde stronnictwo rozpada się znów na mniejsze stronnictwa, każda sekta na mniejsze sekty, aż wreszcie w niektórych krajach, jak w Ameryce naprzykład, dosłownie się sprawdziło wyrażenie Lutra: „ile głów tyle sekt.“ Na zdrowym pniu nie wyskakuje tyle narostów. Ten proces rozdwojenia w łonie protestantyzmu bez przeszkody posuwa się dziś coraz dalej, i nie trzeba proroczego ducha na to, aby przewidzieć, że przyszłość procesu tego nie powstrzyma, lecz że całą tę do podstaw wstrząśniętą budowę zamieni w chaotyczną ruinę.
Widzą to i przyznają poważniejsi protestanci w Niemczech, Danii i Szwecyi (ob. Evangelisch Kirchliche Anzeiger z Września 1884 r.). Ale tak być musiało, gdyż protestantyzm odrzucił zasadę powagi kościelnej, z ustanowienia Chrystusowego skupionej w papiestwie, i odłączył się od katolickiej jedności. A ten to właśnie rozpaczliwy obraz rozdarcia i podziału protestantyzmu jest najlepszem odparciem owego kłamstwa historycznego, jakie Luter w świat rzucił a zwolennicy jego dalej rozszerzyli, że papiestwo jest uzurpacyą, że jest instytucyą woli Chrystusowej przeciwną. I owszem, wobec tego rozpadnięcia się protestantyzmu jakże wspaniałym, olbrzymim i wpływowym wydaje się Kościół katolicki w przeszłości i w teraźniejszości ze swą silną wszechświatową jednością, ze swem jedynem w swoim rodzaju, do żadnej innej instytucyi niepodobnem papiestwem, z tym kamieniem węgielnym i koroną widzialnego Kościoła, z tym punktem środkowym i wszystką całość w sobie jednoczącym! Nie też dziwnego, że sam nawet filozof „Nieświadomego,“ Edward Hartmann, widzi w rzymskim Kościele, w „ultramontanizmie,“ prawdziwego przedstawiciela Chrystyanizmu historycznego3, a na widok owego rozdarcia protestantyzmu głośno oświadcza: „jeśli już wreszcie musi być jakiś Kościół, który mnie w jakikolwiek sposób do celu prowadzi, to poszukam przynajmniej jakiegoś potężnego Kościoła i uchwycę się raczej skały Piotrowej, aniżeli któregokolwiek z niezliczonych protestanckich sekciarskich Kościołów“ (ob. Geschichtsliigen, n. 7, Paderborn, 1889).
(Dr J. D.).