Rozwody panujących i kościół

Józef de Maistre pisze, że jednym z celów, jakie założyli sobie papieże w czasach długiej walki z władzą doczesną, było „niezłomne utrzymanie praw małżeństwa przeciw napaściom wszechmocnego libertynizmu." (Du Pape, t. I. str. 268).

Wiadomo jednak, jakie szkody ponosił Kościół z powodu tej surowej karności swej w przedmiocie małżeństwa, ile razy karność ta krępowała książąt panujących; między innemi wiadomo, że nie obeszło się bez licznych apostazyi w epoce protestantyzmu, kiedy reformatorzy jako przynętę zalecali książętom rozwody. I dziwna rzecz! Kiedy Kościół opierał się pogwałcicielom praw małżeństwa, zarzucano mu nadmiar surowości, kiedy zaś ustępował lub tylko wobec nadużyć zachowywał roztropne milczenie, oskarżano go o słabość i schlebianie możnym.

Żeby tak sprzeczne wygłaszać zdania o postępowaniu Kościoła, trzeba było stronniczej poddać krytyce tę wiekową procedurę, jaką stosowali papieże w czasach tak odmiennych i tak różnymi sposobami, ekskomunika bowiem, która była jedyną bronią, jaką papieże mogli popierać swe postanowienia, nie zawsze miała jednakowe znaczenie.

Średniowieczni panujący okazywali skłonność do uważania się zawsze za stojących ponad prawem ogólnem. Uderzający tego przykład mamy w pamiętniku, przypisywanym Hinkmarowi, traktującym o rozwodzie Lotaryusza: „Jest-to król, mówiono, który może podlegać sądowi samego tylko Boga, i którego nie może ekskomunikować ani żaden biskup jego królestwa, ani żaden inny." Na to odpowiadał Hinkmar zgodnie z nauką Kościoła: „Lotaryusz, będąc królem, nie przestaje być jednocześnie podległym prawom Kościoła, grzechy zaś jego są jeszcze bardziej niebezpieczne, niż grzechy innych, z powodu zgorszenia."

Obok tych ważnych pobudek do interwencyi Kościoła, zwłaszcza w czasach, kiedy moralna wartość panującego była główną rękojmią dobrego rządu, stała sprawa zdetronizowanej królowej. Tym sposobem Kościół przychodził na pomoc słabości i pogwałconym prawom.

Że Kościół rzeczywiście powodował się tymi wysokimi względami, widać to z samych dokumentów owych długich procesów, jakie wytaczali papieże sprzeniewierczym królom. Mikołaj I papież tak między innemi pisał w sprawie króla Lotara, który połączył się wprawdzie napowrót z rozwiedzioną żoną, ale na to tylko, by jej obecnością osłaniać swe wiarołomstwa: „Na cóż się przyda królowej Theutberdze, że ją król nie oddala od swej obecności, kiedy serce jego jest zupełnie od niej odwrócone? Na co się jej przyda próżny tytuł królewski, skoro władzy żadnej nie posiada? Czyż w rzeczywistości razem z Lotarem nie panuje i wszystkiem nie rozporządza jej rywalka Waldrada, jakkolwiek przez Kościół ekskomunikowana? Aczkolwiek dla formy wstrzymuje się król od mówienia z nią, to jednak ona przez rozmaitych pośredników czyni więcej, aniżeliby czynić mogła prawowita małżonka. Wszak przez nią tylko wyjednać można dostęp do króla, ona tylko jedna wyjednywa wszystkie dobrodziejstwa i ściąga wszelkie niełaski."

Jakież tedy byłoby lekarstwo na podobne nieszczęścia, gdyby nie wdanie się w nie papieża?

Odnośnie do tej strony rozwodu znajdujemy w historyi XII w. fakt, który najdoskonalej nam odsłania z jednej strony kaprysną i brutalną namiętność księcia, a z drugiej — ducha sprawiedliwości i stałości papieża. Myślimy tu o tem pięknem i młodziutkiem dziecięciu północy, które przywiedzione kiedyś do Reims niebawem poślubione i nazajutrz na królowę namaszczone, a w niespełna trzy miesiące potem rozwiedzione pod pozorem jakichś czarów; mówimy tu o Ingelburdze, żonie Filipa Augusta. Znalazło się w otoczeniu królewskiem kilku dostojników kościelnych, którzy przez pochlebstwo orzekli nieważność małżeństwa z tytułu pokrewieństwa obojga małżonków. Gdy spostrzegła swe nieszczęście Ingelburga, wykrzyknęła zanosząc się od płaczu: Biedna Francya, Biedna Francya! Rzym! Rzym!" Wołanie to zrozumieli papieże; naprzód Celestyn III, a później Innocenty III orzekli ważność małżeństwa króla z Ingelburgą. Filip-August jednak na to nie zważał i poślubił Agnieszkę Merańską, prawą zaś małżonkę zamykał w klasztorach lub w więzieniach. Proces Ingelburgi trwał lat dwadzieścia (1193—1213), w ciągu którego-to czasu raz bywała przywracana do praw, to znów rozwodzona, aż wreszcie ostatecznie do praw królewskich przywrócona. Papieztwo wygrało sprawę, ale kosztem jakich-to wysiłków! Trzeba było króla ekskomunikować, a królestwo całe interdyktem okładać.

Wolter i dzisiejsi jeszcze niekiedy zagorzalsi krytycy nazywają ostateczne te środki — ekskomunikę, a zwłaszcza interdykt, który aby zaradzić prywatnym błędom króla, dotykał naród cały—skandalami. Tymczasem jednak środki te były niezaprzeczenie jedynym pokojowym sposobem przestrzegania stałości praw tam, gdzie dla ich poręczenia brak było siły fizycznej, lub dokąd ona dosięgnąć nie mogła; był-to rodzaj odwołania się do sprawiedliwości publicznej przeciw grzechom panujących; żaden z nich bowiem nie poczuwał się na siłach walczyć aż do końca z cenzurami kościelnemi, które tak jawnie zgrozą przejmowały sumienie chrześcijańskie.

We wszystkich wielkich sprawach małżeńskich, jakie niekiedy w wiekach średnich obchodziły ogół, papieże mieli zawsze na względzie jedynie prawo chrześcijańskie, dobro społeczne i prawo uciśnionych. Są jednak dwa wypadki rozwodów osób panujących, w przedmiocie których Stolica Apostolska zdawała się naginać swe zasady do wymagań okoliczności: są-to rozwody Ludwika XII i Napoleona I.

Rozwód Ludwika XII ogłosiła komissya, naznaczona przez Aleksandra VI w czasach, kiedy ten ostatni prowadził zyskowne układy z Francyą; wolno tedy zapytać, czy jakowe względy polityczne nie wpływały na orzeczenie sądowe, wydawane w sprawie Joanny de Valois.

Żądanie rozwodu ze strony króla opierało się na czterech głównych powodach: 1-o na tem, że był on krewnym Joanny w czwartym stopniu. 2-o na tem, że ponieważ ojciec Joanny, Ludwik XI, był jego ojcem chrzestnym, przeto zachodziło między nim, Ludwikiem XII a jego żoną powinowactwo duchowe, które unieważniało małżeństwo; 3-o na tem, że tylko z przymusu zgodził się on na to swoje małżeństwo; 4-o na tem wreszcie; że Joanna była tak źle zbudowana, iż lekarze uznali ją za niezdolną do macierzyństwa.

Co do dwóch pierwszych punktów przyznać trzeba, że pokrewieństwo i powinowactwo duchowe stanowiły przeszkody rozwiązujące małżeństwo, ale Joanna utrzymywała, że przeszkody te usunięto przez dyspensę, na potwierdzenie jednak swego oświadczenia przytoczyć mogła tylko jakąś kopię dyspensy i świadectwo biskupa Orleańskiego, który miał obowiązek ogłoszenia tej dyspensy. Ten zaś nie śmiał twierdzić stanowczo, że bulla papiezka wspominała o dyspensie od powinowactwa duchowego.

Ze wszystkich powodów, jakie przedstawiał Ludwik XII celem uzyskania orzeczenia nieważności swego małżeństwa, największy kładziono nacisk na przymus. Można wprawdzie z pewném niedowierzaniem przyjmować mniej lub więcej szczere świadectwa i więcej niż podejrzane dowody piśmienne, jakie przytaczano na poparcie istnienia przymusu, wykonywanego na młodego księcia Orleańskiego przy sposobności tego małżeństwa, niemniej jednak prawdopodobną jest rzeczą, że ze względu na charakter Ludwika XI, który gorąco pragnął tych związków, przyszły król Francyi mógł nie posiadać całkowitej wolności w odrzuceniu ręki Joanny. Biskup Orleański zapewniał, że gdy zapytywał księcia Orleanu, czy zgadzał się poślubić księżniczkę Joannę, książę mu odpowiedział: „Niestety, księżę biskupie Orleański i mój przyjacielu, cóż ja mam począć? Nie będę mógł się oprzeć, wolałbym raczej umrzeć, aniżeli się cofnąć, bo wiesz najlepiej, z kim mam do czynienia: niema siły ani lekarstwa." Do innych zaś osób miał się odzywać: „Wolałbym raczej ożenić się z jaką prostą dziewczyną z Beance."

Co do niemożności zaś i niespełnienia małżeństwa, to odpowiadała królowa, że sumienie jej nie pozwalało zgadzać się na to twierdzenie. Król jednak bardzo na ten punkt nalegał. Przytaczano list Ludwika XI do hrabiego Dammartin'a, w którym między innemi było powiedziane: „Postanowiłem skojarzyć to małżeństwo córki mojej Joanny z młodym księciem Orleańskim, zdaje mi się bowiem, że nic ich kosztować nie będzie wyżywienie dzieci, jakie ze sobą mieć będą; uprzedzam, że mam nadzieję złączyć to małżeństwo. Gdyby miało być inaczej, ci coby działali przeciw temu nie byliby pewni życia w mojem królestwie; dla tego też zdaje mi się, że wszystko zrobię podług mej woli."

Ludwik XII pod przysięgą zeznawał, że fizyczne braki Joanny przeszkadzały spełnieniu małżeństwa, tymczasem królowa wciąż się opierała badaniu lekarskiemu, jak-to było w zwyczaju, twierdząc, że próba podobna była przeciwna wstydowi i niegodna osoby jej stanowiska. A przecież przysięga króla i ten opór królowej musiał znacznie zaważyć na zdaniu sędziów. Wyrok o nieważności małżeństwa królewskiego wydano w kościele św. Dyonizego w Amboise dn. 17 Grudnia 1498 r.

Jakkolwiek więc tak stanowcza postawa królowej w tym procesie i wysoka jej cnotliwość budzi wielką dla niej przychylność i współczucie, czego żadną miarą powiedzieć nie można o królu, to jednak wyroku przeciw niej wydanego nie można nazwać niesprawiedliwym, naprzód dlatego, że w sprawie tego rodzaju stanowczo rozróżnić trzeba pomiędzy odpowiedzialnością sędziów, a odpowiedzialnością świadków, następnie zaś dlatego, że sąd w tej sprawie znajdował się w jednej z tych sytuacyi dwuznacznych, w których sędziowie przechylają się na tę stronę, która zapewnia spokój i dobro publiczne.

W czasach znacznie oddalonych od procesu Ludwiku XII ujrzał się Kościół znów powołanym do rozwiązania tych samych trudności, i to w okolicznościach, w których wolność jego była znacznie uszczuplona, a przed sądem jego stawał panujący, bardziej aniżeli Ludwik XII, bezwzględny.

Napoleon I widział się spowodowanym w ciągu swych rządów do starania się o współudział Kościoła w przedmiocie orzeczenia nieważności małżeństwa już-to swego własnego, już-to brata swego Hieronima. W tym ostatnim razie sam papież osobiście wydał wyrok; w pierwszym zaś wypadku wyrokował biskup i urząd Paryzki, umyślnie w tym celu wyznaczony, pod pozorem, że ponieważ Papież pozostawał więźniem w Savona, nie mógł przeto swobodnie badać tak doniosłej sprawy.

W 1805 r. prosił cesarz Piusa VII o uznanie nieważności małżeństwa, jakie brat jego Hieronim zawarł w Stanach Zjednoczonych Ameryki północnej z pewną panienką protestantką. Przesłano papieżowi trzy memoryały, mające udowodnić, że różność wyznania stron zawierających małżeństwo i nieobecność proboszcza przy akcie ślubu stanowiły przeszkodę unieważniającą, a nadto że brak było zgody rodziców pana młodego na to małżeństwo, a przytem zachodził wypadek uwiedzenia panny młodej. Na te memoryały odpowiedział Pius VII listem, który pozostanie na zawsze rozumowanem wyjaśnieniem nauki Stolicy Apostolskiej o nierozerwalności małżeństwa, zawieranego pomiędzy katolikami a protestantami; papież roztrząsa punkt za punktem przytaczane w memoryałach motywy i kończy wreszcie słowami, usprawiedliwiającemi postępowanie papieża i zaszczyt przynoszącemi jego sumieniu: „Wasza Cesarska Mość powinien zrozumieć, że podług otrzymanych dotychczas wiadomości o tej sprawie, wydanie wyroku unieważniającego przechodzi naszą możność. Gdyby oprócz przytoczonych istniały jakie inne okoliczności, z których możnaby powziąść jakiś dowód istnienia przeszkody, zdolnej sprowadzić nieważność małżeństwa, moglibyśmy wówczas oprzeć nasze zdanie na tym dowodzie i wygłosić wyrok, zgodny z zasadami Kościoła, od których nie możemy odstępować przez ogłoszenie nieważności małżeństwa, którego podług woli bożej żadna władza ludzka rozwiązać nie może. Gdybyśmy nadużyli władzy, jakiej nie mamy, to wobec trybunału bożego i wobec całego Kościoła stalibyśmy się winnymi najszkaradniejszego nadużycia świętego naszego urzędu. Sama nawet Wasza Cesarska Mość w sprawiedliwości swojej nie chciałby, abyśmy wydawali wyrok przeciwny sumieniu naszemu i niezmiennym zasadom Kościoła. Dlatego też żywimy nadzieję, że W. C. Mość będzie przekonany, iż ożywiającemu Nas pragnieniu spełnienia, o ile to od Nas zależy, życzeń W. C. Mości — zwłaszcza gdy one tak bezpośrednio dotyczą najdostojniejszej Jego osoby i Jego rodziny — w danym razie uczynić zadość nie możemy jedynie wskutek braku władzy, i że W. C. Mość oświadczenie to nasze przyjąć raczy jako szczere świadectwo Naszych względem Niego ojcowskich uczuć."

W pięć lat potem wznowił Napoleon na swą własną korzyść próbę, którą mu się nie udało przeprowadzić na rzecz brata jego Hieronima. Doszedłszy do szczytu chwały i opanowany troską o losy dynastyi, chciał zerwać bezpłodne małżeństwo z cesarzową Józefiną i poślubić arcyksiężniczkę austryacką, Maryę Ludwikę. Gdy zaś Napoleon czego chciał, to chciał jako panujący i chciał niezwłocznie. Sprawa jednak była bardzo trudna ze stanowiska kościelnego. Ślub kościelny z Józefiną odbył się w przeddzień koronacyi na wyraźne żądanie papieża, błogosławiony przez wuja cesarskiego nadwornego kapelana kardynała Fesch'a. Unieważnienie tego małżeństwa było pod każdym względem jedną z tych wielkich spraw, które zależą wprost od Stolicy Apostolskiej. Jakże tu usunąć przeszkody? W Savonie mieszkał starzec, złamany chorobami i smutkiem; był-to Pius VII; on sam tylko mógł uczynić zadość niecierpliwej woli pana Europy; Napoleon jednak musiał uznać, że żadna strategia nie mogłaby wziąć w niewolę sumienia tego apostolskiego więźnia. Postanowiono więc podstępem usunąć trudności położenia. Ponieważ Papież był więźniem, orzeczono przeto, że odwoływanie się do niego było niemożliwe. Pozostawało więc tylko wnieść sprawę przez sąd oficyalatu paryzkiego. Ale oficyalat już nie istniał. Utworzono go tedy umyślnie. W następstwie tego sprawa została szybko osądzona, i powodowi przyznano najzupełniejsze zadośćuczynienie. Urząd kościelny uznał, że małżeństwo Józefiny z Napoleonem powinno być uznane za złe i nieważnie zawarte wskutek braku świadków i wskutek nieobecności własnego miejscowego proboszcza, aczkolwiek w rzeczywistości było dwóch świadków, a błogosławiący to małżeństwo, delegowany przez papieża, był upoważniony do udzielenia wszelkich koniecznych w tej sprawie dyspens.

Zdaje się, że mogłaby tam nawet znaleść się rzeczywista przyczyna do unieważnienia tego małżeństwa z tytułu względnej niemożności obojga małżonków, ale przyczyny tej nie wymieniono w sądowym wyroku oficyalatu.

Napoleon tedy poślubił arcyksiężniczkę austryacką, ale zdrowsza część kollegium kardynałów, sproszonych na ślub cesarski, nieobecnością swoją na ceremonii ślubnej zaprotestowała przeciwko wyrokowi oficyalatu. Z ogólnej liczby dwudziestu sześciu obecnych w Paryżu kardynałów trzynastu wstrzymało się od udziału w ceremonii kościelnej. Musieli oni odpokutować za ten umiarkowany swój protest. Otrzymali rozkaz noszenia tylko ubioru czarnego i zesłani zostali po dwóch do rozmaitych miast francuskich na wygnanie. Ta szlachetnie i z godnością znoszona niełaska była dostatecznym protestem przeciw pogwałceniu praw sumienia w czasie, kiedy winowajca trzymał swego sędziego pod kluczem. Ale dlaczego później nie protestowała Stolica Apostolska? Dużo można przytoczyć powodów tego milczenia papieża. Naprzód dlatego, że Józefina nie przedstawiała mu urzędownie swej sprawy, a w sprawy tego rodzaju wdaje się papież tylko na wyraźne życzenie strony poszkodowanej. Powtóre, niegodziwość sądu biskupiego była kwestyą sporną. Potrzecie wreszcie, istniała pobudka oportunizmu: papież stał po za tą sprawą; sprawa była wątpliwa; ponownego zbadania jej nikt nie żądał; nieuprzedzone umysły zatem i rozsądne powinny uznać milczenie Stolicy Apostolskiej za akt roztropności, nie zaś za potwierdzenie krzywdy, wyrządzonej świętości małżeństwa.

Ob. Zeitschrift f. Kath. Theologie. IV Heft. 1838; Duhr. S. I. Divorce et second mariage de Napoléon. Guilleux.

X. W. S.