Samorodztwo
Życie na ziemi miało swój początek; jest-to fakt, który bez trudności wykazywały zdrowy rozum i filozofia, zanim jeszcze geologia nadała mu cechę niezawodnej prawdy naukowej. Był czas, kiedy na naszej napoły oziębionej kuli ziemskiej nie istniało żadne jestestwo organiczne, kiedy skorupa ziemna wydawała się suchą i pustą, jak powiada Pismo św., kiedy najmniejsze źdźbło trawy nie przerywało olbrzymiej jednostajności, kiedy najmniejsze zwierzę nie zamącało uroczystej i tajemniczej ciszy a martwoty tej smutnej pustyni.
Jakimże tedy sposobem zakończył się ten stan rzeczy? Co była za przyczyna zjawienia się pierwszego żyjącego jestestwa, zwierzęcego lub roślinnego? Często zadawali sobie to pytanie filozófowie i naturaliści, a odpowiedzi ich nie były zbyt urozmaicone. Sam Bóg, powiadają jedni, mógł udzielić kuli ziemskiej pierwszego organizmu i obdarzyć go tym ogółem tajemniczych własności, które się zowią życiem. Inni znów powiadają, że ziemia sama przez się skutkiem szczęśliwego zbiegu okoliczności miała wytworzyć jedno lub więcej jestestw żyjących, z których wyszła stopniowo cała fauna i flora dzisiejsza, z wyjątkiem może tylko samego człowieka.
Teorya ta o samorodnem pochodzeniu życia mogła przedstawiać pewne prawdopodobieństwo dawnym naturalistom. Wówczas te same obserwacye, które ją dziś najkategoryczniej wywracają, zdawały się ją popierać. Cała starożytność wierzyła w samorodne wytworzenie się nie tylko już niektórych roślin niższego gatunku, jak porosty wodne i grzyby, ale nawet wielu zwierząt, stojących na wyższym stopniu na drabinie zoologicznej. Trzeba było nie znać sposobu rodzenia się zwierzęcia, aby twierdzić o jego samorodnem ukształtowaniu się z materyi obojętnej bez żadnego współudziału zwykłych zjawisk wytwarzania się naturalnego. Stąd też długi czas uważano krety, żaby i węgorze za istoty samorodnie wytworzone w łonie wód i ziemi. Na te dziwną teoryę chętnie przystają Epikur, Arystoteles, Pliniusz, Plutarch, Diodor Sycylijski i wielu innych. Jeden z tych uczonych zapewnia nawet, że w Górnym Egipcie znaleziono krety napół tylko ukształtowane, u których mianowicie sama tylko przednia połowa ciała miała kształty zwierzęce (Diodor. I. 10).
Co do owadów i innych zwierząt niższego rzędu, to zbyteczna dodawać, że uważano je również za wytworzone samorodnie przez naturę w łonie materyi organicznej lub nieorganicznej. Odgłosem tych powszechnych w onym czasie przekonań jest Wirgiliusz, który wyprowadza pszczoły z zepsutych wnętrzności wołu (Georg., IV). Wierzono mianowicie wówczas, że wszelkie ciało, ulegając rozkładowi, wytwarza owady; tylko że każde zwierze miało pod tym względem swą odrębną własność; ciało wołu np. wyradzało pszczoły, ciało osła wydawało chrząszcze, ciało konia — osy, ciało kaczki — ropuchy, i t. d
Dziwne te pojęcia, zapożyczone przeważnie od Arystotelesa, obiegły całe średnie wieki. Niektóre jednak wielkie umysły, które swym rozumem opromieniły te wieki żywej chrześcijańskiej wiary, rozbudziły co do tych pojęć pewne głębokie wątpliwości. Między innymi św. Tomasz z Akwinu zdaje się w jednem miejscu pism swoich ograniczać samorodztwo do samych tylko roślin1, tak wielka jest jednak siła przesądu nawet u wyższych umysłów, że tenże sam św. Tomasz w innem miejscu razem ze swymi współczesnymi wyznaje, iż zwierzęta niższego rzędu mogą się wyradzać drogą samorodztwa2.
Dalej posuwał się św. Augustyn; mniemał on że po potopie wyspy same przez się wytworzyły zamieszkujące je zwierzęta i rośliny3.
Tym sposobem pojęcia te, które dziś w naszych oczach sprzeciwiają się zarówno wiedzy i rozsądkowi, jak religijnej prawowierności, przetrwały przez wszystkie wieki i doszły aż do czasów nowożytnych. Wszak jeszcze sławny jezuita, O. Kircher, aczkolwiek mąż wielkiej przyrodniczej wiedzy i doświadczenia, w pełni XVII w. nauczał, że aby otrzymać węża lub skorpiona, dosyć jest zasadzić w wilgotną ziemię zeschłe i sproszkowane ciała obu tych zwierzątek.
Atoli, Ojcowie Kościoła i teologowie, którzy w ciągu siedmnastu wieków wierzyli w samorodztwo wielu zwierząt, ani przypuszczali nawet, aby ta nauka mogła się w czemkolwiek sprzeciwiać wierze chrześcijańskiej. Nie mamy obowiązku być surowszymi od nich. Wytworzenie jakiegoś żyjącego jestestwa w łonie materyi nieorganicznej, aczkolwiek bardziej niezwykłe i bardziej tajemnicze, aniżeli zwykły sposób rodzenia się, samo przez się jednak nie wyklucza wcale działania potęgi twórczej. I owszem, raczej domyślać się jej każe, nieprawdopodobną bowiem jest rzeczą, aby materya miała sama przez się własność rodzenia jestestw żyjących.
Nie mniej jednak jest prawdą, że nauka o samorodztwie dostarcza materyalistom broni bardzo niebezpiecznej. Zestawiona z teoryą nowożytną o transformizmie (ob. t. art.), pozwala ona, jak mniemają materyaliści, na wytłómaczenie dzisiejszego świata organicznego bez żadnego współudziału stwórcy. I rzeczywiście, skoro jestestwa choćby najniższego rzędu powstały drogą samorodztwa, skoro te jestestwa mogą się rozwijać i z czasem w szeregu kolejnych transformacyi nabierać przeróżnych kształtów coraz bardziej udoskonalonych, jak-to utrzymują dość powszechnie dzisiejsi transformiści i materyaliści, to wszelka tajemniczość, okrywająca powstanie dzisiejszej fauny i flory, znika sama przez się bez żadnej konieczności uciekania się do jakiejś potęgi zewnętrznej. Wprawdzie przy takiej teoryi pozostanie jeszcze dużo punktów ciemnych. Będzie można zapytać naprzykład, czy owe cudowne prawa, rządzące całą przyrodą, nie każą z konieczności przypuszczać jakiegoś prawodawcę? Ale pomimo to materyalizm i ateizm, którego tak drobne trudności powstrzymać nie mogą, nie przestaje głosić swego zwycięztwa.
Nieszczęście jednak materyalistów chciało, że nowożytny postęp wiedzy ludzkiej zburzył do szczętu główny argument ich teoryi, to jest rzekomy pewnik o materyi urabiającej się samej dla wytworzenia życia. Jeżeli transformizm, acz mocno zachwiany przez nowożytne badania i bezstronne spostrzeżenia, zachowuje pewien jeszcze stopień prawdopodobieństwa, uwodzącego wyobraźnię ludzką, to natomiast samorodztwo jest wyraźnie potępione przez olbrzymią większość uczonych, jako przeciwne najbardziej pozytywnym danym doświadczalnym.
Ciekawa byłaby-to rzecz przypomnieć sobie historyę samorodztwa, gdyż z niej przekonać się można, jak dalece są trudne do wykorzenienia błędne zasady, wysnute z połowicznej wiedzy, a z pospolitymi przesądami zgodne. Kiedy udowodniono, że zwierzęta, w szeregu zoologicznym względnie wysoko stojące, jak szczury naprzykład, ryby i żaby, rodziły się z podobnych sobie rodziców drogą rodzenia płciowego, wówczas zwolennicy samorodztwa, zmuszeni do porzucenia tej teoryi, przerzucili się do innej, jeszcze mniej uzasadnionej. Utrzymywali mianowicie, że z pod tego ogólnego prawa wyjęte być winny przynajmniej owady. Jako przykład stawiali pszczoły, które aczkolwiek bezpłciowe, corocznie nowe wydają roje; mszyce, których niezliczone rodziny w ciągu kilku dni obsypują latorośle naszych krzewów różanych; robaki, które bez widocznej przyczyny rodzą się na zepsutem mięsie, w owocach naszych sadów w naroślach liści dębowych, chociaż przez długi czas nie można się było domyślać ich pochodzenia. Ale przyszli naturaliści XVII i XVIII wieku, hollandczyk Swammerdam, genewczyk Bonnet, włosi Redi i Vallisneri, których głębokie spostrzeżenia zmusiły i tym razem jeszcze zwolenników samorodztwa do zatrąbienia na odwrót. Pierwszy ze wspomnianych przyrodoznawców wykazał, że wszystkie młode pszczoły pochodzą z jajeczek, zniesionych przez jednego jedynego osobnika, dotychczas niewłaściwie zwanego królem, a odtąd znanego pod nazwą królowej albo matki. Redi znów z wielką biegłością udowodnił, że robaki, jakimi się pokrywa rozkładające się mięso, zawdzięczają pochodzenie swe jajeczkom, zniesionym przez muchy, i są zwykłemi gąsiennicami much przyszłych. Vallisneri odkrył, że robaki, jakie toczą wewnątrz jabłka i gruszki, są gąsiennicami pewnego motyla nocnego, i pochodzą z rozwoju jajeczka, wprowadzonego w rodzący się owoc w epoce jego okwitania.
Bonnet znów, który obrał sobie mszyce za szczególny przedmiot badań naukowych, wyświetlił, że zadziwiająca płodność tego owadu zależała nie od rozmnażania się drogą samorodztwa, lecz od pewnego odrębnego sposobu rodzenia się, od tego mianowicie dziwnego faktu, że w czasie letnich upałów mszyca rodzi same tylko samiczki, które mają własność wytwarzania nowych samiczek bez żadnego uprzedniego łączenia się płciowego. Obliczono też, że dzięki temu szczególnemu sposobowi rozmnażania się, znanemu pod nazwą parthenogenezy, w ciągu jednego lata zrodzić się mogą miliardy mszyc z jednego osobnika. Atoli, zadziwiająca ta płodność, jakiej każde pokolenie udziela pokoleniu następnemu, znika za nastaniem chłodów jesiennych. Żyworodne dotychczas zwierzątko staje się jajorodnem, a z jajeczek jego tym razem rodzą się osobniki mężkie i żeńskie, z których za powrotem pory ciepłej powstaną na nowo nieskończone szeregi generacyi samych wyłącznie samiczek.
Zmuszeni do uznania swego błędu w zakresie entomologii, zwolennicy samorodztwa czyli różnorodztwa cofnęli się w dziedzinę jestestw nieskończenie maluczkich. Zaczęli twierdzić mianowicie, że wymoczki i inne zwierzątka mikroskopijne powstają samorodnie w łonie jeśli nie materyi nieorganicznej, to przynajmniej w łonie pierwiastków organicznych, które należały do jestestw żyjących.
Tak twierdzić znaczyło tyle, co opierać się na rzeczy nieznanej. Z tego bowiem, że nie można było stwierdzić sposobu rozmnażania się wymoczków wskutek niedoskonałości środków badania nie wynikało bynajmniej, aby to rozmnażanie się nie istniało. Prawo analogii powinno raczej doprowadzić do przeciwnego zdania. Dopóki coś przeciwnego nie zostanie udowodnione, dopóty trzeba było wierzyć, że sposób rozmnażania się, stwierdzony w całej dziedzinie zoologicznej, istnieje również na niższych jej stopniach, tam gdzie bezpośrednie badanie przestaje być możliwem.
Opinia heterogenistów byłaby o tyle tylko prawdziwa, o ileby polegała na faktach dokładnych. Tymczasem, spostrzeżenia doświadczalne były zawsze tej opinii raczej przeciwne, aniżeli przychylne. Doświadczenia, jakie począwszy od zeszłego wieku prowadził Spallanzani były blizkie udowodnienia, że wymoczki o tyle rozwijają się w jakimś płynie, o ile ten płyn pozostaje w łączności z powietrzem; skąd łatwy wniosek, że wymoczki powstają z zarodków, znajdujących się w powietrzu.
Pierwsze wprawdzie jego doświadczenia nie były stanowcze. Jakkolwiek bowiem powiodło się Spalanzani'emu przeszkodzić powstaniu wymoczków wyższego jakiegoś rzędu, to jednak odnośnie do zwierzątek nieskończenie maleńkich zawiodły go wszelkie rachuby i ostrożności. Dopiero Pasteur'owi przypadło w udziale ostateczne rozwiązanie tego zagadnienia.
Doświadczenia tego sławnego uczonego sięgają roku 1858 i lat następnych. Wyzwany do pewnego stopnia przez dwóch zoologów, Pouchet'a i Joly'ego, profesorów — jednego w Rouen, drugiego w Tuluzie, — Pasteur wobec swych kolegów w Akademii nauk wykazał, że żadne jestestwo organiczne, jakkolwiek nizkiego byłoby rzędu, nie rozwijało się w płynie, ile razy ten płyn umiano uwolnić od zarodków, przylegających do ciał sąsiednich, lub w samym tym płynie zawieszonych. W tym celu dość będzie podnieść temperaturę płynu do 100 stopni gorąca, a otwór zawierającej płyn buteleczki zatkać bawełną lub amiantem. Substancye te, jakkolwiek przepuszczają do buteleczki powietrze zewnętrzne podczas oziębiania się płynu, zatrzymują jednak cząstki stałe tego powietrza, a z niemi razem zarodki jestestw żyjących. Jeśli doświadczenie w takich warunkach dobrze jest przeprowadzone, to nie tylko żadne zwierzątka nie rozwijają się w płynie, ale nawet sam płyn, jakkolwiek byłby łatwy do fermentacyi, nigdy się nie zmieni. Rezultatu tego nie można przypisywać zmianie, spowodowanej przez gorąco w zawartości butelki, gdyż dowodem, że zdolny do gnicia płyn może jeszcze po przegotowaniu fermentować, jest ta okoliczność, iż skoro się wrzuci do zawierającego ten płyn flakonika kawałek bawełny lub amiantu, które przejęły już w siebie cząsteczki materyalne w powietrzu zawarte, natychmiast okazywać się zaczyna fermentacya, co znaczy, że wytwory roślinne lub zwierzęce, które powodują przemianę w substancyach organicznych, rodzą się i rozwijają bez żadnego zetknięcia się powietrza zewnętrznego z płynem, we flakoniku zawartym.
Toż samo zjawisko zauważyć można, gdy się zastosuje bańkę szklanną o szyjce, wydłużonej w liczne i rozmaite zakręty i zgięcia. Jeśli zawarty w takiej bańce szklannej płyn, zdatny do fermentacyi, poddamy wrzeniu, i jeśli następnie oziębiać go będziemy powoli bez poruszania bańki, wówczas żaden organizm żyjący w niej się nie ukaże, gdyż zgięcia i zakręty szyjki zatrzymają zarodki wchodzące z powietrza. Jeśli natomiast przechylimy to szklanne naczynie w ten sposób, iż do płynu tego wpadną niektóre cząsteczki materyalne, w szyjce zatrzymane, natenczas w płynie zaczną się wytwarzać jestestwa mikroskopijne, będące czynnikami fermentacyi, i płyn zacznie się zmieniać. A więc, chociażby to było tylko negatywnym dowodem na poparcie panspermizmu, czyli rozrzucenia w powietrzu zarodków organizmów niższego rzędu, to niemniej przyznać trzeba, że negatywny ten dowód jest rozstrzygający.
Zresztą Pasteur nie poprzestał na wykazaniu rozrzuconych w powietrzu zarodków przez widoczne ich skutki; przy pomocy potężnych mikroskopów i zręcznej metody postępowania okazał on same te zarodki pośród niezliczonych cząsteczek nieorganicznych, dostępnych dla wzroku przeciwników jego, Pouchet'a i Joly'ego. Balbiani wyśledził już sposób rozmnażania się wymoczków. Stwierdził mianowicie, że zwierzątka te, w których samorodztwo wierzono, rozmnażały się jedynie przez współudział drugiego osobnika, jakkolwiek obydwa były dwupłciowe. Pasteur postąpił o krok naprzód w dziedzinie nauki o jestestwach nieskończenie maleńkich; widział sam i każdemu, kto chciał widzieć, pokazywał ciała nieskończenie drobne najwidoczniej zorganizowane i niekiedy zupełnie podobne do ziarn pewnego rodzaju pleśni.
Nie tu wszakże miejsce na szczegółowe opowiadanie o doświadczeniach i spostrzeżeniach uczonego chemika. Znaleść je można w wydawnictwach naukowych, sięgających epoki czasu, kiedy powszechnie roztrząsano to zajmujące zagadnienie (r. 1858 — 1865). Co tu przedewszystkiem jest ważne, to wnioski. Jakoż, wnioski te były świetnem zwycięztwem Pasteur'a nad przedstawicielami heterogenizmu. Komissya zaś, wyznaczona przez francuską Akademię nauk dla przejrzenia doświadczeń Pasteur'a, stwierdziła „całkowitą ich dokładność," i heterogeniści radzi nie radzi musieli pochylić czoła.
Jakkolwiek nowsze prace Pasteur'a pogłębiły jeszcze bardziej pierwotne jego założenie o panspermizmie, to jednak myśl o samorodztwie zawsze jeszcze znajduje mniej lub więcej jawnych zwolenników pomiędzy współczesnymi naturalistami; i nie można się temu dziwić. Odrzucać samorodztwo znaczy to samo, co wyznawać fakt początkowego stworzenia, i naturaliści słusznie sądzą, że wiedza nowożytna, na wskroś przejęta materyalizmem i oszołomiona jego postępem, z trudnością się zgodzi na to ustępstwo. Twierdzi ona, że stwarzanie jest cudem, a ona wszelkie cuda z góry uważa za niemożliwe, a wszelkie z nich wnioski za niepotrzebne.
Nie spostrzega przecież wiedza nowoczesna, że to jej rozumowanie opiera się na podwójnym błędzie. Przedewszystkiem zapytać można, dlaczego-by cud miał być niemożliwym, skoro rzecz jasna, że ten co ustanowił prawa natury, ma moc uchylić je, gdy mu się spodoba. Powtóre błędne jest mniemanie, jakoby stworzenie pierwszego jestestwa żyjącego było cudem, gdyż fakt stworzenia nie sprzeciwia się żadnemu prawu. Prawo, przewodniczące dziś rozwojowi życia, zaczęło istnieć dopiero z samem jestestwem żyjącem, więc też stworzenie tego jestestwa nie uchybiało z góry żadnemu prawu.
Co byłoby rzeczywiście cudem, to samodzielne organizowanie się materyi i tworzenie się jestestw bez rodziców, taki bowiem wypadek pozostawałby w wyraźnej sprzeczności z tym sposobem rozmnażania się, jaki stwierdzono w całem królestwie organicznem, dokąd tylko umysł ludzki mógł dotrzeć.
Najoporniejsi nawet biologowie powinniby przyznać, że od czasu sławnych doświadczeń Pasteur'a hypoteza o samorodztwie straciła wszelkie prawdopodobieństwo i wszelką naukową cechę. To też większość tych biologów wyraźnie wcale nie zaprzecza niemożliwości samorodztwa, to znaczy wytwarzania się jestestwa organicznego w łonie materyi nieorganicznej. Dziś twierdzą oni, — i takie właśnie nadają znaczenie wyrazowi heterogenizm, — że z rozkładającej się materyi organicznej mogą wyradzać się organizmy niższego rzędu, jak te np., które stanowią fermentacyę.
Nauka ta, mająca pewne podobieństwo z teoryą Buffon'a, zwaną teoryą molekułów organicznych, i z teoryą mikrozymów Bechamp'a, nie ma na szczęście w oczach swych zwolenników tego znaczenia, co samorodztwo, gdyż wcale nie wyjaśnia początku życia. Z chwilą kiedy jakiś organizm może się rodzić tylko z rozłożonych pierwiastków poprzedniego jakiegoś organizmu, to zawsze musimy pytać, jak się rodzi najpierwszy ze wszystkich tych organizmów.
Dla rozwiązania tej prawdziwie niepokonalnej trudności zaczęto mówić, że pierwszy zarodek żyjący został przyniesiony na ziemię przez jakiś aerolit, to jest przez jedno z tych maleńkich ciał niebieskich, które krążąc w przestworzach niebieskich trafiają wreszcie w sferę przyciągania naszej planety i na nią spadają. Prawda, że przypuszczano kiedyś, iż odnaleziono humus na jednym aerolicie, że ten humus mógł pochodzić tylko z rozkładu substancyi organicznych i że ten rozkład każe przypuszczać fermentacyę, to znaczy organizmy jedno-komórkowe. Ale odkrycie to, bardzo zresztą wątpliwej natury, nie ma wcale tego znaczenia, jakie mu przypisują; albowiem, jeśli nawet kto przypuszcza, że rozpoznano humus na rzeczonym aerolicie, to w każdym razie nie znaleziono tam żadnej najmniejszej komórki, najmniejszego organizmu żyjącego. Gdyby nawet były organizmy w aerolitach, zniszczyłoby ich albo zimno owych niebieskich przestworzy, albo przeciwnie nadmierny żar, jaki w tych ciałach wytwarza przedzieranie się ich przez naszą atmosferę. I rzeczywiście zauważono, że aerolity zaraz po spadnięciu bywały rozpalone na zewnątrz, a lodowato zimne wewnątrz.
Zresztą, gdyby nawet udowodniono, że jakieś ciało niebieskie przyniosło życie na ziemię, to i wówczas zagadnienie o początku życia na ziemi byłoby raczej odwrócone, nie zaś rozwiązane. Pozostawałoby zawsze pytanie do rozwiązania, jakim sposobem ukazało się życie na owem ciele niebieskiem. Jakoż, jeśli samorodztwo nie wytwarza się na kuli ziemskiej, to nie mamy żadnego prawa przypisywać go innym światom.
Przyparci do muru, pewni przyrodnicy, których oburza sama myśl o stworzeniu, a którzy znów z drugiej strony muszą uznać, do jakiego stopnia jest nieprawdopodobnem samodzielne wytworzenie się jestestwa organicznego, przyrodnicy ci, powiadam, zaczęli twierdzić, że materya mineralna dzięki pomyślnym okolicznościom mogła przynajmniej w ten sposób skojarzyć swe pierwiastki, żeby wytworzyć jednę z tych półżywych substancyi, którym brak tylko organizmu, aby miały już życie rzeczywiste, a których dobrze znanym pierwowzorem jest płynny albuminoid, zawarty w komórkach roślinnych. Na potwierdzenie tego faktu wskazywano Bathybiusa (ob. ten art.), niedawno odnalezionego na dnie morza. Ale nie długo trwał tryumf Haeckla i jego zwolenników z powodu nowo-odnalezionego sposobu samorodztwa; dziś bowiem dla nikogo już tajemnicy nie stanowi całkowicie nieorganiczna natura Bathybiusa, będącego najzwyczajniejszym osadem siarczanu wapna. Zresztą, możnaby w Bathybiusie upatrywać materyę żyjącą lub pół-żyjącą, a jeszcze tem samem nie wierzyć w jej wytworzenie się samodzielne, zważywszy, że nie brak zwierząt i zwierzątek, które mogły wydzielić z siebie tę tajemniczą substancyę.
Zauważył ktoś jeszcze, że nowoczesnej chemii udało się wytworzyć niektóre składniki organiczne, i że zatem natura mogła sama przez się dokonać tego, co uczeni nasi otrzymują drogą sztuczną. Ale przypuszczenie-to gołosłowne, na żadnym fakcie nie oparte, a kłam mu zadaje doświadczenie. Zresztą, wytwarzać substancye organiczne, a zwłaszcza substancye organiczne drugorzędne, jak np. pierwiastek zabarwiający urynę, nie znaczy to jeszcze wytwarzać życie. Wiedzą o tem dobrze chemicy: nie tylko że nie roszczą sobie pretensyi do wytworzenia jestestwa żyjącego, ale radzi nie radzi uznać muszą, że nawet proste rozmnożenie substancyi organicznej, że nawet utworzenie prostej komórki wszelkie ich siły przechodzi. Ale gdyby nawet Haeckel i zwolennicy jego moniści otrzymali materyę organiczną, nicby to jeszcze nie znaczyło, gdyż w takim razie mieliby przed sobą tylko wytwór życia, nie zaś życie samo.
Jak widać tedy samorodztwo, sprowadzone nawet do najprostszego wyrazu i posunięte do ostatnich granic możliwości, jest teoryą coraz bardziej potępianą przez doświadczenie i obserwacyę. Że miało ono zwolenników w owych czasach, kiedy nie znano sposobu rozmnażania się zwierząt niższego rzędu, łatwo pojąć się daje, ale dziś, kiedy nauka posunęła swe panowanie aż do jestestw nieskończenie drobnych, byłoby więcej niż uporem przypuszczać, że mogą być wyjątki w prawie tak ogólnem, jak prawo zabezpieczające utrzymywanie się gatunku i rozmnażanie jestestw.
Wniosek zaś z tego taki, że nauka nie zna pochodzenia życia. Chętnie to przyznają naturaliści najmniej nawet podejrzani o stronność dla pojęć spirytualistycznych i tradycyjnych, jak Darwin, Huxley, Tyndall, Virchow i in. „Co do punktu zetknięcia królestwa organicznego z królestwem nieorganicznem, powiada jeden z nich, musimy wyznać poprostu, że o tem nic rzeczywiście nie wiemy... Nie znamy ani jednego pozytywnego faktu, któryby dowodził, że istniało kiedykolwiek samorodztwo, że ciało jakieś nieorganiczne przerodziło się samodzielnie na ciało organiczne... Ludziom przeciwnego zdania zaprzeczają nie teologowie, lecz uczeni"4.
(Ob. X. Arduin, Les origines de la vie, w czasop. La Controverse t. IV, 1882. A. Proost, La doctrine de génerations spontanées w czasopiśmie Révue des Questions scientifiques. Paźdź. 1879. Moigno, Les Splendeurs de la foi, t. III. Pasteur, Milne-Edwards, Claude-Bernard, Pouchet, Joly i t. p. w czasop. Révue scientifique, t. I, II, XVII i t. d.)
X. W. S.