Słowo boże
Słowo, druga osoba Trójcy Przenajświętszej, ów Λόγος, tak cudownie opisany przez św. Jana na początku jego Ewangelii, jest pojęciem zanadto wzniosłem, aby się na nie przeciwnicy chrystyanizmu bezspornie zgodzili. To też tu i owdzie słyszeć się dają zdania, że to Słowo było tylko odbiciem pojęcia parsyjsko-awestycznego czyli indyjsko-wedycznego, albo też owego platońskiego czy też philońskiego Λόγος. Wszystkie te zdania zebrał Marius i przedstawił je w dziele swem La personnalité du Christ; wystarczy nam je tu streścić. Dodać jednak musimy, że dawni apologeci sądzili, iż podniosą wiarę katolicką, gdy wykażą, że idea Przedwiecznego Słowa była znana całemu światu. Nie przypuszczali wówczas, jaki wniosek wyprowadzą nieprzyjaciele z ich błędu.
Słowo w Aweście. skopiuj
I rzeczywiście, błędem jest najzupełniejszym, jakoby księgi awestyczne zawierały choćby najsłabsze jakieś pojęcie o Słowie Bożem, stwórcy lub nie stwórcy świata. Tem, co uważano za Słowo Boże w Aweście, było to, co Anquetil nazwał Honover, i o czem cuda opowiadano. Błąd ten jednak był możliwy tylko dopóty, dopóki musiano badać Awestę w rzekomem tłómaczeniu Anquetil'a; skoro zaś księga ta stała się dostępną dla wszystkich, wątpliwość wszelka i możliwość błędu znikła. Przytoczmy więc naprzód przekład naszego przeciwnika:
„Wieczny jest z istoty swej słowem (Wort). Z tronu bożego przyszło słowo (Wort) Honover, wspaniały, czysty, święty, czynny, który istniał zanim się zaczęło niebo i ziemia.
„Z tego słowa i przez to słowo zrodzone zostały światło pierwotne, woda pierwotna i ogień pierwotny (Urlicht, Urwasser, Urfeuer), to znaczy forma bezcielesna, rozumna, pewien rodzaj uprzedniej formacyi żywiołów, — i z tych pochodzą światło, woda, ogień i wreszcie wszystko.
„Tem słowem jest Ormuzd, zrodzony z nieskończonego pierwiastku Wiecznego, pierworodny między istotami, błysk i mułek pierwotny nieskończonego, rozwijające się światło, niezmierzony, wola jego nieskończenie święta aż do korzenia bytu (przekład dosłowny). On pochodzi z mieszaniny ognia i wody pierwotnej. Nazywa się Ehore Mezdas (Marius woli to przełożyć przez Ahura Mazdao").
Następuje dalej długi szereg nieskończonych doskonałości tego słowa, które Anquetil rozwija con amore, aby uwydatnić podobieństwo pojęcia tego z pojęciem ewangelicznego Logos. Dalej zaś dodaje wspomniany tłómacz: „Słowo pierwotne (Urwort) Honover1, Enohe Verihe, to znaczy wieczne „jestem, niech będzie, jest," wola czysta, stworzyła świat dobry i zwyciężyła zły."
Stąd zaś Anquetil taki wyprowadza wniosek: „Widzimy, co z tych odkryć naukowych wynika: upada historyczny Logos świętego Jana, a pochodzenia jego szukać trzeba w Persyi."—Tymczasem rzekome te odkrycia naukowe są w rzeczywistości tylko tkaniną kłamstwa.
Honover jest modlitwą z 21 wyrazów złożoną, szczególnie Parsom drogą i bezustannie przez nich powtarzaną. Ani Awesta, ani żaden Mazdejczyk nie myślał nigdy przedstawiać Honoveru jako słowo, a tem mniej jeszcze jako słowo twórcze. Wszędzie Honover jest uważany za modlitwę nader skuteczną, ale nic więcej. Powodem zaś błędu był dziwny sposób Anquetil'a tłómaczenia XIX rozdz. księgi Yasna, a zwłaszcza używanego w niej wyrazu Vâcem. Wyraz ten znaczy poprostu „wyrażenie," „modlitwa," nigdy zaś Verbum, Słowo, w znaczeniu teologicznem, Słowo substancyalne Ojcu. Iran nigdy nie powziął podobnego pojęcia. Ale Anquetil utożsamił dwa pojęcia zupełnie między sobą różne. Nadto, na początku tegoż XIX rozdziału Ahura Mazda powiada, że wypowiedział tę modlitwę i nauczył jej Zoroastra przed stworzeniem nieba i ziemi, co Anquetil przedstawia, jakoby miało znaczyć, że Bóg stwarzał przez to mniemane Słowo. Pisarz awestyczny chce poprostu zalecić swą ukochaną modlitwę, i nic więcej. Awestyczne zaś słowo boże jest owocem wyobraźni europejskiej.
Słowo w Indyach. — „Indye, tak samo jak Judea, powiada Anquetil, mają swoje objawione Słowo, które księgi Vedów Vâc (głos, słowo) wyprowadzają od miłości, Brahma. Podług filozoficznego systemu, zwanego Vedanta, wszechświat stworzyły tajemnicze słowa."—Marius przytacza znaczną część hymnu z wedów o Słowie; następnie, przypomniawszy pierwszy wiersz Ewangelii św. Jana (Na początku było Słowo... wszystko się przez nie stało co się stało), dodaje: Słowo to tak samo nie jest osobą, jak nie jest nią Vâc.
Żeby tak mówić, trzeba być albo zupełnie nieświadomym tego, co się mówi, albo też człowiekiem zupełnie złej woli. Nic łatwiejszego zresztą, jak się przekonać o nieskończonej różnicy, dzielącej Logos św. Jana od hinduskiego lub wedyjskiego Vâc'a, albo nawet od twórczego słowa Vedanty.
Prawda, że Wedy pochodzą od Brahmy i są dziełem jego, ale one nie pochodzą z jego istoty. Właściwie mówiąc, nie są one objawione, lecz Brahma wytworzył je z substancyi słońca, ognia, wiatru przez pewną czynność, porównywaną w Księdze Manu do czynności osoby, dojącej krowę (ob. Manu. I, 89).
To też pod względem objawienia, pod względem słowa bożego, pisanego przez człowieka, który był otrzymał tajemnicze tego słowa poznanie, niema nic w Indyach, coby przypominało pojęcia chrześcijańskie. Prawdziwa Vedânta nic a nic nie wspomina o tem, co przypuszcza rzeczony samorodny indyanista. Przeciwnie, naucza ona, że byt pierwotny stworzył wszechświat samą tylko wolą swoją. Rys filozoficzny, jaki rozpoczyna kodeks Manu i którego twórca należy do szkoły wedyjskiej, nic nie mówi o świecie tego twórczego słowa. Powiada tylko, że ponieważ Brahma zazdrościł bytów emanacyjnych (Sasrkshus), przeto utworzył wytwórczy rodzaj jestestw. (I, 12).
Księga Sata patha brahmana, drugie, bardzo starożytne rozmyślanie filozoficzne, wchodzące raczej w zakres dodatków ksiąg Vedyjskich (ułożone na długo przed hymnami świętymi), stworzenie wszechświata przypisuje Manu'owi, który go nie wytworzył ani słowem swojem, ani pragnieniem — miłością, lecz poprostu, dlatego, że „pragnął dać im istnienie." Pragnienie jest tu przyczyną okolicznościową, nigdy zaś przyczyną twórczą wszechrzeczy. (Sata patha brahmana 101, 18).
Co się zaś tyczy Vac'u, to jeden rzut oka wystarcza na tekst wedyjski, by wykazać cały nonsens racyonalistycznego teologa Anquetil'a.
By sobie zdać sprawę z natury tego tajemniczego pojęcia o Honover'ze, trzeba sobie przypomnieć zasady hinduskiego panteizmu. W oczach indyjskich marzycieli, zdolności umysłowe i zmysły człowieka, same w sobie uważane, nie są bynajmniej jestestwami oderwanemi, oznaczającemi własności i przymioty, lub też sposoby działania, mające swą rzeczywistość jedynie w poszczególnych osobnikach, lecz są-to byty powszechne, w których uczestniczą wszyscy ci, co je posiadają. Tak więc, umysł, sumienie, wzrok, smak, nie są-to bynajmniej sposoby istnienia, działania lub cierpienia jestestw rozumnych, lecz są-to byty samodzielne, same przez się istniejące, przed tamtemi jeszcze przez emanacye wytworzone, przy pomocy których każda jednostka otrzymuje rozum i życie, każda rozumie, widzi, czuje i t. d.
Tak samo rzeczy się mają z Vâc'ą. Jest-to głos, słowo substancyalne, powszechne; tak się przynajmniej rzecz przedstawia zdaniem tłómaczy, którzy nadają jej najwięcej znaczenia, dla egzegety bowiem, który się ściśle trzyma dosłownego znaczenia tekstu, ową Vâc'ą jest poprostu hymn ubóstwiony. Było bowiem, a po części jest jeszcze w zwyczaju kapłanów hinduskich, przypisywać najdziwniejsze moce nadprzyrodzone temu wszystkiemu, co dotyczy kultu religijnego. Wszechmocną jest dla nich ofiara i modlitwa; pokutą swą może bramin odmienić oblicze nieba i ziemi, może stworzyć nowych bogów, i we wszechmocy swojej postrach rzucić może na samego Brahmę. Aby więc powstrzymać skuteczność tych pokut tak strasznych, bogowie i sam Brahma nawet nie mają innego sposobu, tylko psuć moralnie ascetów, nasyłając im huryski i niebiańskie nimfy.
Taka jest tedy natura Vâc'y wedyjskiej; nie trudno będzie tego dowieść; poświęcono jej ex professo jeden z hymnów świętych; w nim przeto powinniśmy przedewszystkiem szukać prawdziwej istoty Vâc'y. Hymn zaś rzeczony tak o Vâc'e mówi (Rig-Veda, X, 71, 1 nst.):
„Skoro ci, co ustalają nazwy jestestw, podnieśli początek głosu, (vâcas), wówczas ukazał się skarb znakomity i czysty, który był w ich sercach ukryty. Przez ofiarę mogli oni iść jego śladami, i znaleźli go, dotarłszy do śpiewaków świętych. Porwawszy go, osadzili na wielu rozmaitych miejscach, a siedmiu śpiewaków śpiewa go chórem."
„Kiedy Mędrcy zamieniają słowa, przesiewając je jako ziarno przez sito, wówczas przyjaciele rozpoznają prawdziwe przyjaźnie, szczęście ich opiera się na słowie."
„Ale wielu ludzi, dostrzegając głos, nie widzi go, a wielu, słysząc, nie słyszy. Innemu znów oddaje się on, jako piękna kochająca oblubienica swemu oblubieńcowi. Tamtego nazywają utrwalonym w przyjaźni Vâc'y, nie zachęcają go już do wzięcia udziału w poetycznych zapasach. Ten znów jest bezpłodnym w sztukach, nie odnosząc z nich żadnego owocu, żadnego kwiatu słowa."
„Dla tego, kto porzuca wiernego przyjaciela, nie ma już pożytku w słowie. Co słyszy, słyszy napróżno; nie zna on już głosu cnoty."
„Kiedy kapłani razem złączeni składają ofiarę słowami, w sercu urobionemi i z duszy się wydobywającemi, słowa te pozostawiają jednego z kapłanów dalekim od mądrości, podczas kiedy inni działają jak prawdziwi kapłani."
„Jeden pozostaje przy ofierze, tocząc mnóstwo wierszy; inny wyśpiewuje hymny podług najszerszej skali metrycznej; trzeci rozprawia o nauce bytu, inny znów wypełnia prawidła kultu..."
Vâc bywa także niekiedy głosem piorunu: naprzykład w hymnie VIII, 89, 10—12, przypisanym Indrze, bożkowi nieba i piorunów.
„Kiedy królowa bogów, Vâc, pochyla się, wypowiadając słowa niezrozumiałe, wówczas mlekiem (deszcz) obdarza cztery krańce świata, jak gdyby pokarmem. — Bogowie stworzyli boginię Vâc; wydają zaś ją zwierzęta o kształtach najrozmaitszych. Oby ona, udzielając radości wszystkim, obdarzyła nas żywotnością i siłą. Vâc, krowa dojna, bogini, przez wszystkich wielbiona."
Oto macie prawdziwą Vâc'ę hinduską. Jest-to głos w ogólności, wzięty jako jestestwo, głos, jaki wydają ludzie a nawet zwierzęta, głos, jaki słyszeć się daje w grzmotach piorunów. Mogli swoim zwyczajem późniejsi filozofowie przypisywać tej Vâc'e najdziwaczniejsze przymioty, ale przez to natury jej nie zmienili. Pozostała ona tem, czem była w istocie swojej, a każdy rozpozna, że nie ma ona nic wspólnego z chrześcijańskim Logos.
Z drugiej znów strony, gdy przeciwnik nasz, Anquetil, i inni nam mówią, że Słowo ewangeliczne jest bytem nieosobowym abstrakcyjnym, to zapominają, co mówi pierwszy rozdział Ewangelii świętego Jana: „Słowo... przyszedł do własności, a swoiż go nie przyjęli, a ilekolwiek ich przyjęli go, dał im moc, aby się stali synami Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego... A słowo ciałem się stało i mieszkało między nami, (i widzieliśmy chwałę jego, chwałę jako jednorodzonego od ojca) pełne łaski i prawdy." Tem Słowem więc jest Jezus Chrystus, wcielony Syn Boży, twórca chrystyanizmu.
Słowo i Logos filozoficzny. skopiuj
Zbyteczna tu mówić o Logos platońskim, zanadto znanym, by potrzebował nowych wyjaśnień. To tylko można tu o nim powiedzieć, że zbliżał się on nieco do prawdy. Genialny umysł wielkiego filozofa wprowadził go na myśl o istnieniu jakiejś mglistej idei, mającej pewne podobieństwo z rzeczywistością natury boskiej. Tę właśnie rzeczywistość rozpoznać dozwoliło nam objawienie, które wszakże nic nie zapożyczyło od Platona.
Co się tyczy Logos'u Philona, to i tu dowody trudne nie będą. Logos Philona jest ideą, uosobionym rozumem, podstawą wszystkich liczb. Bóg jest bytem tak dalece wywyższonym ponad to, co nie jest Nim, iż nie może się bezpośrednio stykać z istotami stworzonemi, ani też sam ich wytwarzać. Z tego powodu stworzył jestestwa pośrednie pomiędzy Nim a stworzeniami omylnemi, zmiennemi. Pierwszem z pomiędzy nich i najwznioślejszem stworzeniem jest logos, przedstawiciel rozumu powszechnego. Jest-to logos, stworzony przez Boga, będący stworzycielem świata, demiurgem. Dlatego też logos stworzył naprzód obraz świata i jego prawa, następnie zaś idealne to pojęcie urzeczywistnił. Rządzi on swem stworzeniem, gdyż czynność ta jest zanadto nizka dla majestatu bożego. — Trzebaby olbrzymiej dozy dobrowolnego zaślepienia, żeby nie przyznać, iż Philonowe to pojęcie jest odwrotnym biegunem ewangelicznego Słowa. Z drugiej znów strony pojęcie to zbliża się do pojęć Aryusza, którego zdaniem Syn Boży był również istotą pośrednią, quasi-boską, ale nie współwieczną z Bogiem. A zatem Aryusza raczej, nie zaś świętego Jana możnaby posądzać o przejęcie myśli z Józefa Alexandryjskiego.
W przekonaniu katolików Słowo boże jest Bogiem, jak-to doskonale wyłożył Marius, jakkolwiek nie ustrzegł się zniewagi tegoż Słowa. Bóg stworzył wszystko i wszystkiem sam rządzi. Niemasz żadnego dzieła dobrego, któreby nie było godne Boga. Słowo jest osobą boską, co do natury jedną z Ojcem, i co do istoty niczem się nie różniącą od Boga. Jeśli ono stworzyło świat, to Bóg go stworzył, a nie samo Słowo. Słowem, wszystkie pojęcia obu tych nauk są wręcz sobie przeciwne.
A jednak, prawdą jest przecież, że Jan św. nadaje Synowi Bożemu, drugiej osobie boskiej, imię zapożyczone z filozofii helleńskiej. Prawdą jest również, że przypisuje Mu przymioty, uznane już przez Platona i Philona w Logosie ich metafizyki. Fakta te przyznać musimy. Nie obawiamy się ich atoli, ani ukrywać ich nie potrzebujemy. Głęboki geniusz Platona i refleksyjny umysł Philona uchylił rąbek odwiecznej prawdy, ale, rozumie się, pod wielu względami się mylił. Po nich przyszedł natchniony z nieba Jan św., i ten dopiero całej prawdy nauczył. Aby być lepiej zrozumianym, użył terminu już skądinąd znanego, ale mu nadał prawdziwe znaczenie i prawdziwą jego wartość. Tak jest, odzywa się on do filozofów, istnieje Bóg, Logos, ale ten Logos nie jest, jak myślicie, bytem jakimś oderwanym, lub od Boga niższym. Ten Logos, cel myśli Bożej, jest wieczny; należy do natury, do istoty bożej, ale jest osobą, ma swe własne wewnętrzne działanie. Na początku, przed wszystkimi wiekami, był Logos, a Logos był Bogiem i był nie po za Bogiem, nie niższym ani pośrednim, lub też w istnieniu późniejszym, ale był w Bogu samym. Logos ten nie tak uczynił wszystko jak odrębny jakiś demiurg, ale wszystko się przezeń stało, i nic się nie stało bez niego, gdyż on jest w Bogu i Bogiem samym. Logos ten, o ile jest poznawaniem siebie samego, jakie Bóg posiada, jest prawdą i światłem. Światło to świeci nawet w świecie niższym przez wspaniałość stworzeń, przez rozum i sumienie ludzkie.
Ale w głębi namiętności serca ludzkiego powstały grube ciemności, które utworzyły pomiędzy Bogiem a człowiekiem jakoby nieprzenikalną zasłonę. Dla rozproszenia tych ciemności użył Bóg wspaniałego sposobu. Przez Słowo swe połączył się z człowieczeństwem, połączył się bezpośrednio i węzłami osobistymi, aby to człowieczeństwo mogło się ukazać ludziom, nauczać ich i wolę ich poruszać. Słowo więc stało się ciałem, ale przyjmując na się te kształty dodatkowe, pozostaje nadal jednorodzonym synem Ojca i okazuje się w tych promieniach chwały, które świadczą o jego bóstwie.
Taka jest tedy z największą, jak sądzimy, dokładnością nauka św. Jana. Widzimy więc, że ten Ewangelista śledzi filozofizm i zwalcza go krok za krokiem. Ale czyż to ma oznaczać naśladownictwo? Gdyby do plagiatu wystarczało użycie tych samych terminów, to najsprzeczniejsze systemy filozoficzne musiałyby się w jedno ze sobą połączyć.
(Karol de Harlez).
X. W. S.
-
Niechaj jednak wiedzą czytelnicy, że „Honover" albo „Ahuna vairya" jest wyrazem bez znaczenia, nazwą, urobioną z przekształconych wyrazów yathâ ahû vairyô, będących pierwszymi wyrazami modlitwy. Co się zaś tyczy wyrazów Enohe verihe, zastępujących prawdziwe wyrazy Yathâ Ahû vairyô, to one też nie mają żadnego znaczenia, wspomniane zaś prawdziwe wyrazy znaczą: „tak samo jak najwyższy zwierzchnik powinien być wierzony (albo wybrany)." Jeśli zaś w tych wyrazach można dopatrzeć słowa: „jestem, niech będzie, jest," to nie widzimy, dlaczegoby naprzykład nie można było i Pater noster przetłómaczyć w ten sam sposób: „jestem, jesteś, jest," albo inaczej: „żarty sobie stroję z moich czytelników." ↩